Nasza przygoda rozpoczela sie w Delhi. Dolecielismy tam swietna linia Finnair (duzo szybszym i krotszym kanalem polnocnym) z Adamem Malyszem(!) na pokladzie, towarzyszacym nam do Helsinek, gdzie mielismy miedzyladowanie.
Z Delhi postanowilismy uciec jak najszybciej, ze wzgledu na straszny brud, halas i meczaca atmosfere. Siedzielismy wiec w przydworcowej restauracji 5 godzin, gdzie walczac z nuda i snem (nieprzespane ostatnie noce) odliczalismy czas do pociagu. Podejmujac desperacka probe przebudzenia na niewiele przed odjazdem pociagu olsnilo nas, ze mozemy przeciez zobaczyc cos w okolicy, zamiast bezsensownie siedziec bezczynnie. Pojechalismy wiec do Ogrodu Lodich - co byla swietna decyzja, szkoda ze tak pozno!.. Bardzo ciche, ladne i mile miejsce, z dala od zgielku miasta.. Odbylismy tez pierwsze targi z rikszarzami, zakonczone sukcesem, wzglednie porazka - kawal drogi wracalismy na piechote, uniesieni honorem, bo nikt nie chcial przystac na nasze warunki :P. Ledwo w ten sposob zdazylismy na pociag, ale udalo sie :)
W pociagu do Agry zdazylo sie mnostwo interesujacych rzeczy, ale Piotrek nie chce juz o nich pisac. Agra - jeden wielki syf, halas, naciagacze. Nic milego. Tu poznalismy caly zestaw trikow naciagaczy - rikszarzy, na ktore w naszym mniemaniu :P nie dalismy sie naciac. Zaczelo sie od Rikiego, ktory najpierw fajny i szalony (spiewal po drodze na cale gardlo) na koniec podrozy chcial wiecej niz sie umowilismy. W rezultacie dostal mniej niz sie umowilismy - chyba mu sie nie oplacilo ;P; kolejny - w ramach najnizszej ceny w okolicy, chial koniecznie bysmy przejechali przez bazar, gdzie kupilibysmy mu spodnie (faktyczne mial podarte lachy), udajac ze nic nie rozumie po angielsku; gdy sie nie skusilismy - postanowil sprzedac polowe z nas do kolegi, bysmy jechali jeden na jeden - jak radzowie :) za dwukrotnie wieksza stawke rzecz jasna - nie zgodzilismy sie, wiec znowu wysiedlismy, zostawiajac 5 rupii za przejechany dystans; jeszcze nastepny - w trakcie podrozy zmienil zdanie o kwocie, poniewaz to przeciez tak daleko, i on sie biedny meczy pedalujac.. Piotrek wiec zeskoczyl z rikszy i mu pomogl wtaczac nas wraz z plecakami pod gorke :) jeszcze inny, bedac rikszarzem w Agrze - nie wiedzial gdzie jest Taj Mahal.. :) jeszcze inny - po dojezdzie za umowiona stawke i po zatrzymaniu rikszy oswiadczyl, ze jest jeszcze oplata za parking! I kolega wreczyl nam bilecik na 10 rupii :) Rozbawilo nas to akurat do lez i zaplacilismy bez dyskusji :) Byli tez i pozytwni - jeden chwalil nas ze jestesmy taka fajna para, a Olga jest movie star - od razu dostal napiwek :) MIelismy tez swoich wiernych przyjaciol, uczciwych i na sczescie pojawiajacych sie kilka razy tam gdzie bylismy :) Piotrkowi skutecznie wychodzilo targowanie, na propozycje rikszarza: 80 rupii, pytal - what about 70? i sie bez wahania zgadzali!!! Prawdziwe negocjacje ;P
Agra - turystyczna papka na wlasne zyczenie. Mnostwo nemilych ludzi, czatujacych na turystow, bardzo meczacych. Taj Mahal o wschodzie slonca - super!:P nic nie widac poza mgla, nie bylo wiec roznicy miedzy wschodem a sloncem w pelni..Za to widac wielka kolejke o godz. 05:30, czekajaca godzine na otwarcie bram.. Mimo wszystko warto zobaczyc biale mury Taj'a. Hotel w ktorym spalismy - bardzo ciekawy: cala noc slyszelismy wrzaski: ptakow, ich nawolywaczy, malp, koz, psow - kakofinia przedziwnych dzwiekow.. A na gorze specyficzne dachy - niby knajpki z potencjalem, ale biedniutkie, obdrapane i dosc obskurne. Ciekawe widoki z dachow na inne dachy: golebie, ich nawolywacze, kozy, malpy i inne zwierzeta domowe. Wszystko to - malo przyjemne, ale bardzo pouczajace.. Klimat pokoju oddaje nastawienie Piotrka: zamyka na noc drzwi do lazienki, jakby szczury mialy wyjsc z sedesu.. !!! :P