Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Blog
Wybierz blog


Start arrow Blogi
Blogi użytkowników

Jaki nie powinien być rezydent
Napisał: gosiaczek112
poniedziałek, 30 lipiec 2007
Niektórzy z Was może nie zechcą mi uwierzyć, że zdarzają się jeszcze wycieczki, w których rezydent nie wie, co powinien robić jako rezydent, a czego absolutnie nigdy nie może uczynić. Niektórzy pytają mnie, jak to możliwe, że rezydent zmusiła nas, żebyśmy jeździli całą grupą na plażę. Przecież to nie kolonie. Przecież na wycieczkach uczestnicy sami sobie organizują czas, rezydent co najwyżej dostarcza ofertę wycieczek fakulatywnych i decyzja o zakupie należy do każdego indywidualnie. Cóż, nasza pani rezydent używała swoich sposobów straszenia, wywoływania poczucia winy („nieobecność nie była zgłoszona wcześniej”) i unikalności wyjazdu (to prezent od hotelu, dziś bus na plażę jest darmowy), dodatkowo brat mnie namówił, żebyśmy jednak pojechali na tę plażę, spalił plecy i miął bąble, a ja przesiedziałam cztery godziny w klimatyzowanej restauracji, czytając polska prasę, którą sobie przywiozłam. Potem już nie przywiązywaliśmy się tak do tego, co mówi pani i było ok, choć pani nieustannie miała fochy. Nie mam poczucia straconego urlopu z powodu pani. Urlop był super, kraj fajny, a zachowanie pani dodawało kolorytu. To był urlop z przygodami... Poznałam świetnych ludzi z Polski i nieskażoną turystycznie Jordanię. Jordania dopiero się otwiera na turystów. Jest dziewicza. Mieliśmy szczęście poznać życzliwy arabski kraj, tak różny od tych podobnych do siebie nadmorskich kurortów wypełnionych sklepami znanych marek: np. Givenchy, Nike, Adidas itd. Jednak o egzotyce Jordanii następnym razem...
 

Tym, którzy na wycieczkę jadą po raz pierwszy i nie wiedzą, czego należy oczekiwać od rezydenta i jak go ocenić, wypisuję poniżej jak zazwyczaj zachowuje się dobry rezydent – zaś w nawiasach – jak zachowywała się nasza pani.
 
Rezydent:
-         Informuje turystów o okolicznych atrakcjach i ciekawych miejscach do zwiedzenia, opowiada o kulturze i zasadach panujących w kraju (u nas prawie zero informacji – nawet na pytanie, kiedy arabskie kobiety zakładają ten czarny strój – odpowiedź była – „wtedy, kiedy już cos rozumieją. Dziewczynka może mieć i cztery lata. Jak wy mało wiecie o Arabach.” )
-         nie wyśmiewa się z turystów (typowe wyśmiewanie się na naszej wycieczce: „jak wy mało wiecie o Arabach” gasiło wszystkie pytania)
-         informuje wszystkich, a nie tylko pewną część grupy
-         informuje o swoich oczekiwaniach wobec grupy (u nas pani oczekiwała, że wszystkie wyjścia będą grupowe, a samodzielne wyjścia będą jej zgłaszane. Domyśliliśmy się tego  po jej obrażaniu się, gdy ktoś nie chciał jechać na plażę)
-         nigdy, pod żadnym pozorem, nie zatrzymuje paszportów turystom (u nas zatrzymała, bo nie chciała, żebyśmy sami jechali na wycieczkę do Petry, zrobiliśmy awanturę)
-         kiedy sprzedaje wycieczkę fakultatywną, daje pokwitowanie zakupu.
-         jest przedstawicielem biura turystycznego i bierze odpowiedzialność za decyzje tego biura (u nas było: „czego wy ode mnie chcecie, ja nie mam z tym nic wspólnego, ja te pieniądze przekazałam takiemu Panu”)
-         nie epatuje turystów opowieściami o własnej rodzinie, kiedy turyści sobie tego nie życzą (u nas to było nagminne: „mojego teścia to uratował nie lekarz, ale pielęgniarka z 27-letnim stażem" i powtarzanie na okrągło różnych opowieści z życia rodziny)
-         nie zachwyca się sobą (u nas było: „i on leżąc na łożu śmierci, powiedział wtedy do mojego męża: pamiętaj, opiekuj się Ewą. Dbaj o nią.”)
-         nie obraża się (typowe na naszej wycieczce: „nie zgłosiliście, że sami jedziecie, to teraz sobie sami organizujcie czas do piątku” i za chwilę okazuje się, że to fochy)
-         trzyma porządek: (u nas było: „spotkajmy się za 10 minut na kanapach. Albo nie, w restauracji” – i część grupy przychodzi na kanapy, a część jest w restauracji)
-         nie okłamuje (u nas było np.: „dzisiejszy wyjazd na plaże jest prezentem od hotelu, jutro bus będzie płatny” – co oczywiście było nieprawdą, albo: „pojedziecie do Ammanu, jak policja turystyczna pozwoli”, podczas, gdy policja nie miała w tym żadnego udziału)
-         dotrzymuje słowa i nie zmienia zdania
-         No i jeszcze drobiazg: imię nazwisko i kontakt do rezydenta wiszą w recepcji hotelu, zawsze wiadomo, gdzie go można znaleźć (u nas odwrotnie, ja do dziś nie znam nazwiska pani – nigdy go nie podała.)
 
 Normalnie rezydent odbiera turystów z lotniska i już w autokarze, w drodze do hotelu przedstawia się, przekazuje informacje o kraju, o kulturze, o ZASADACH wycieczki, podkreśla niebezpieczeństwa i sprawy, których ludzie mogą nie być swiadomi (np. Ostre słońce). U nas było inaczej -  Pani weszła do autokaru, usiadła na pierwszych siedzeniach, po czym w drugim, czy trzecim zdaniu poinformowala, że ona została wyrwana do prowadzenia tej wycieczki, gdy wieszała firanki w domu. I Akabę będzie widziała pierwszy raz, tak jak my, bo nigdy tam nie była. Mieszka w Ammanie. Przez całą podróż do hotelu powiedziała może jedno zdanie do mikrofonu, do całej grupy, a poza tym, rozmawiała tylko z osobami siedzącymi najbliżej niej. Wybitny brak profesjonalizmu, bo nawet jak ktoś nie wie nic o Akabie, to może zarzucić tekst typu: 
 „Witam Państwa bardzo serdecznie w Jordanii, nazywam się Ewa X ......, będę państwa przewodnikiem i opiekunem. Przed nami podroż do Akaby, drugiego co do wielkości miasta w Jordanii. Podróż będzie trwała około 4 godzin. Na zewnątrz temperatura wynosi 30 stopni. Różnica czasu pomiędzy Polską a Jordanią wynosi 1 godzinę, mamy teraz godzinę 15.30, proponuje przestawić zegarki. Zwracam państwa uwagę na temperatury tutaj – słońce jest w tym kraju bardzo ostre i bardzo proszę pamiętać, aby  używać kremów z filtrem – to słońce jest naprawdę bardzo zdradliwe. Tak jak mówiłam, jestem Pastwa rezydentem, będę z państwem mieszkać w hotelu, aby być w każdej chwili do państwa dyspozycji i aby służyć pomocą we wszystkich sprawach. Teraz opowiem o kulturze tego kraju, o tym, na co musicie państwo zwrócić uwagę, aby zachować się zgodnie z przyjętymi tutaj zasadami. Jeśli wchodzimy do meczetu to należy mieć zakryte ręce i nogi po kostki. Przed meczetem zdejmujemy buty.....itd” .
 
J po tym, ile napisałam o dobrym i złym rezydencie, wnioskuję, że mam chyba jakąś traumę po spotkaniu z niezapomnianą osobowością pani rezydent J

Pokaż/Dodaj komentarz (1)

Jordania
Napisał: gosiaczek112
niedziela, 29 lipiec 2007
Jordania. Kto z nas, zapytany, gdzie leży Jordania, odpowie prawidłowo, bez zerkania na mapę? Ile czasu potrzeba, aby zdecydować się na urlop tamże? Zapewniam, że parę chwil, jeśli oferta jest korzystna. Decyzja zapada więc szybko: tydzień w Jordanii. Bedzie fajnie, myślę, zobaczę Morze Czerwone, Morze Martwe, slynną Petrę. Mówią, że Jordania jest najbardziej europejskim ze wszystkich krajów arabskich, więc nie ma się czego bać... Wyjeżdżam z bratem Leszkiem, mój chłopak zostaje, nie ma urlopu. Z podróży wysyłam mu tylko dramatyczne SMS-y. Przytoczę je tutaj, są najlepszym odzwierciedleniem tego, co się działo.

Sobota

P: I co tam?
 
Ja: Jest fajnie. Hotel elegancki. Pokój duży. Szwedzki stól dość bogaty. Tylko ponoć do plaży jest 15 km, musimy to jutro wyjaśnić. Kraj może być. Arabi fajnie wyglądają w tych swoich bialych sukienkach. Chyba zaraz pojdę spać, bo jestem zmęczona podróżą. I słychać disco. Muzyka arabska. Trzeba się na nią otworzyć…


P: Odpoczywajcie. Dobrej nocy.

Niedziela
 
P: I jak z tym morzem?
 
Ja: Rano okazało się, że morze widać z okna naszego pokoju, więc jest dość blisko. Ale plaża, na którą mamy wstęp, jest poza miastem. I kursuje jeden umówiony bus. Dziś od godziny 10 jesteśmy właśnie na tej plaży, bo musiała jechać cała grupa.  Jest STRASZNIE gorąco. Zgłupieli, zaplanowali powrót na godz. 16. Kto wytrzyma tyle na ostrym słońcu pierwszego dnia? Ja siedzę w knajpie, bo ma klimę. Na molo spotkaliśmy wcześniej fajnego araba, inżyniera z pobliskiego portu. I Hiszpankę. Rozmawialiśmy o wszystkim prawie godzinę. Skarżyła się, że obsługa jej hotelu nie zna angielskiego. I że w hotelu mieszkają tylko trzy osoby, a w restauracji obsługa wyznacza im stoliki, przy których mogą usiąść. Pisz, SMS-y dostaję za darmo.

 
P: Co to znaczy gorąco? Ile stopni? Jaka jest woda w morzu? Jaka plaża? Jak ze znajomością angielskiego?Jak z cywilizacją?

 
Ja: nasza grupa ma 21 osób. W naszym hotelu obsługa zna podstawy angielskiego. Trudniejsze rzeczy, jak to gdzie jest kościół, to już słabo rozumieją. A ten Arab-inżynier, Mahmud, dla przyjaciól Mudi, znał dość dobrze. Plaża: piasek z kamieniami i ze śmieciami. Bardzo mało ludzi na plaży. Za to nasz hotel ok. Duże pokoje, czysto, żadnych stworków, barek w lodówce, klima. Duża, elegancka restauracja i dobre jedzenie.

 
(to było o holetu Aquamarina II w Akabie)

 
Ja: A tak w ogóle to wcale nie chcieliśmy jechać na plażę. Chciałam iść do kościoła, ale pani zmusiła wszystkich, choć jej wczoraj zgłaszałam rezygnację z plaży. A nasza pani to jest w zastępstwie prawdziwego rezydenta, który zachorował i kobieta się nie zna na prowadzeniu grup, nie ostrzegla nas np przed slońcem, tylko pierwszego dnia zaplanowala 6 godzin na plaży. Ale za to zna polski i arabski.


P: jak pani jest głupia, to musicie się jej urwać. Nie musicie wszędzie chodzić z grupą. Jak z wycieczką do Petra?
 
JA: Damy radę. Z panią idzie się dogadać na ludzkiej stopie. Po prostu nie zna się na prowadzeniu wycieczek. A jej mąż jest Palestyńczykiem i pracuje w ambasadzie. A pani została wyrwana do prowadzenia wycieczki, kiedy wieszała firanki. A trzy lata temu pracowała na Stadionie. Poza tym ludzie w Jordanii są mili, gościnni, I wydaje sie, że zrobią dużo, żebyśmy poczuli, ze Jordania to jest nasz kraj.

 
Niedziela po południu:

P: u nas burza, a u Ciebie :-)
 
JA: Tylko można pozazdrościć.  U nas 40 stopni. Jeszcze jesteśmy na plaży. Tesknię za burzą. Leszek strzaskał sie na czerwono.


P: uważajcie z tym slońcem.
 
JA: Pani zarządzila, że jutro też na plażę. Nie ma wyjścia.


P: no nie żartuj. Nie musicie z nią chodzić. Co ze zwiedzaniem?
 
JA: Pani nas zmusza, żeby jechać z nią do Petry za 80 dolarów, a my sprawdzamy, czy wycieczka wynajęta na mieście nie byłaby tańsza. Pani mówi, że stracimy ubezpieczenie, jak pojedziemy bez niej. Poszlismy w osiem osób na miasto, pilismy świeże soki owocowe, a potem w knajpce nad brzegiem morza moczyliśmy nogi w Morzu Czerwonym (stolik był w wodzie) – fajny klimat, nie? I badalismy sprawę innego dojazdu do Petry.

 
Poniedzialek:
 
JA: Nie poszłam dziś na plażę. Pani się obraziła, że nie zglosiłam wczoraj. Źle się czuje. Mam biegunkę. Boli mnie głowa i plecy. I jestem niewyspana. Myślę, że mi przejdzie do wieczora.


P: To się wyśpij. Weź laremid. I niech ci przejdzie.

poniedziałek wieczorem:

P:I jak się czujesz?
 
JA: Trochę lepiej. Jeszcze leżę w łóżku, ale już mogę czytać. Leszek też miał biegunkę. Pewnie te soki owocowe…

 
P: jak ci do jutra nie przejdzie, idź do lekarza.

 
Wtorek

P: i jak dzisiaj?
 
JA: o dziwo, znacznie lepiej. Siedzę na plaży. Przestała mnie boleć glowa.

 
P: Cieszę się, że już ci lepiej, ale martwię się o Ciebie. Czy coś poza plażą uda Ci się zobaczyć?
 
JA: jutro planujemy wyjazd do Petry, bez pani. Szukaliśmy najtańszej opcji. Dziś na plaży całkiem fajnie. Pływam w basenie. Ludzie chodza nurkować, ale dla nas to za drogo (40 dinarow dla początkujących) i zbyt strasznie.

 
P: pamiętaj, że w tym kraju piątek jest dniem świątecznym.

 
JA: w piątek jedziemy nad Morze Martwe, bo to po drodze do stolicy, więc się nie martwię, że w piątek święto.
 
P: no, to juz lepiej. nareszcie jakies pozytywne informacje :-)
Jak już będziesz wiedzieć, o której przylatujesz, to daj znać.
 
JA: Już wiem. Będziemy w Warszawie o 6 rano. A nasza pani nie lubi Żydów, bo napadli na Palestynę i zabrali Palestyńczykom miejsce do życia.

 
JA: News z ostatniej chwili: Pani zabroniła recepcjonistom wydać nam nasze paszporty – chce, zebyśmy jechali z nią do Petry za 80 dolarów, a nie samodzielnie za mniej. I podobno wiza do Akaby jest bezplatna a my zapłaciliśmy 15 dolarów. I mamy uiścić opłatę wyjazdowa 30 dolarow, choc inne wycieczki płacą tylko 8… Na razie mnie to bawi…

 

Środa

 
JA: Dziś bylo fajnie: zmęczyliśmy się w Petra, upał okropny. Wspaniałe miasto! Potem pani zrobiła zebranie i postraszyła nas policją turystyczną. Nie do końca rozumiem rolę policji w tym kraju. A nasza pani się obraża i ma fochy. Było zabawnie. Potem – bez pani – poszliśmy negocjować z Arabami wyjazd do Wadi Rum na jutro.

 

Czwartek

 
JA: Wadi Rum było super. Tu wieczorkiem spada temperatura do 20 stopni i jest bardzo przyjemnie I romantycznie. Arab-Kierowca opowiadał nam o swojej ukochanej, która go rzuciła i opowiadał, ile biorą tancerki brzucha za dwie-trzy godziny z mężczyzną.  Taksówkarze maja duże zniżki J. A tancerki sa z Ukrainy… Wie, bo je podwozi, a czasem jeździ z nimi na zakupy…

 
Piątek

P: Kitek, kiedy dokladnie wracasz?
 
JA: Kitek – teoretycznie wylatujemy w piątek o trzeciej w nocy. Ale może sie coś zmienić, bo walczymy* o te bezprawnie pobrane od nas dolary, jako opłatę za wizy wjazdowe do Akaby, które sa bezpłatne. Dziś będziemy nad Morzem Martwym.

 
(*Dziękuję Monice i jej chłopakowi, że o to walczyli.)

 
Piątek w nocy, z lotniska:
 
JA: Będziemy w Polsce o godzinie 6. Mamy paszporty, zwrócono nam kasę za wizy. Jordania to piękny kraj, tylko niektóre baby są głupie.

 

Pokaż/Dodaj komentarz (1)

[Czytaj całość...]
Napisał: Tulip
środa, 28 marzec 2007
oj dawno nie pisalam, ale czasu znalesc nie moglam
jako,ze to pora sie zegnac
trudny czas bo zazwyczaj najfajniej jest na koniec
duzo sie dzialo ostatnio
mecz czechy niemcy w klubie a wczesniej wielka bitwa na placu waclawa
i ostatnie dlugie do bolu spacery po malej stranie, na(po?) petrzinie, po starowce, wzdluz weltawy
i ostatnie rozmowy do rana z ludzmi o tak zwanym zyciu- wniosek taki, ze czy polak czy ruski, czy arab to wszyscy mamy podobne marzenia.
i chyba kazdy z nas chce wrocic
chociaz na chwile pojsc w podobnym gronie do hospudki, pozniej moze wieczorem poszlajac sie po moscie karola i znowu poglaskac nepomucena
a noz tym razem poslucha:)
za 48h juz bede w krakowie
do milego
zdjecia i opowiesci dziwnej tresci w realu
pozdrawiam


Pokaż/Dodaj komentarz (0)

Bluga de Cuba - odcinek warszawski nu 1
Napisał: oolga
czwartek, 22 marzec 2007
Niestety ostatni odcinek powstaje juz w Warszawie..Wielka szkoda ze nie jestesmy juz na Kubie..hlipiemy sobie od czasu do czasu, szczegolnie jak wygladamy za okno - obrzydliwosc..Niby wiosna, ale jakas oszukana..ta wiosna. A wiosna na Kubie..ech..

Troche wypada uzupelnic Bluga. To najpierw zalegla historia roku z pociagu. Pociagu bardzo klimatyzowanym relacji Santa Clara - Santiago de Cuba. W pociagu bylo straszliwie zimno: zalozylismy na siebie wszystkie cieple rzeczy jakie mielismy w plecakach i na koniec przykrylismy sie recznikami :P Jakos dotrwalismy do rana. Wszystkim Kubanczykom bylo bardzo zimno, dziewczyny byly niebieskie i trzesly sie, panie konduktorki rowniez..Ale nie bylo mozliwosci wylaczenia klimy. Nie bo nie. System dziala tak i koniec. Cos tam jest zepsute i tyle. Wiec wszyscy  podróżni sie trzesa z zimna,  ale sa dumni ze maja klimatyzowane pociagi :)
W kazdym razie spimy sobie zakutani i zastanawiamy sie jak bardzo nalezy pilnowac przed kradzieza swoje rzeczy. W moim plecaku byly 3 aparaty, czyli najcenniejsze nasze rzeczy. Troche mi sie juz robilo niewygodnie przez to nie spuszczanie plecaka z oka i zaczelam sie zastanawiac czy nie moge moze postawic tego plecaka pod nogami, na ziemi. Stwierdzilam jednak, ze mniej wiecej 10 tysiecy pln jest warte lekkiego poswiecenia..Spie wiec dalej. Po czym budze sie nagle na skraju pociagu, przy otwratych drzwiach (srodek nocy, pociag jedzie), bez plecaka, drąc się na caly przedzial: "Dominik!Dominik!"..Za chwile ku mojemu wielkiemu zdziwieniu (dopiero zaczynam wracajac do swiadomosci po twardym snie) Dominik staje przede mna (a przeciez wyskoczyl przed chwila..Nic nie kapuje..), pociag sie zatrzymuje a Pani Konduktor oglasza wazny komunikat - z ktorego nie rozumiemy nic,  chyba zbyt oszolomieni i rozemocjonowani tym co sie wydarzylo..A co sie wydarzylo?.. zrekonstruowalismy dopiero po czasie.. Otóż: laska siedziaca obok mnie (turystka) zostala okradziona.. Zginal jej plecak - ze wszystkimi ciuchami na podróż oraz zakupionymi prezentami. Zlodziej - ubrany w bluze kolorytycznie podobna do bluzy Dominika (murzyn ;P) biorac jej plecak widocznie lekko mnie nadbudzil. Ja spiac nadal, otworzylam oczy i zobaczylam ze w otwartych drzwiach jadacego pociagu stoi Dominik, a w zasadzie z niego wyskakuje..Wiec zerwalam sie z wrzaskiem na caly przedzial zeby nie wyskakiwal!!!Ze to nie najlepszy pomysl :P Gdy dobieglam do otwartych drzwi (cenny jeszcze przed chwila plecak porzucilam na fotelu) "Dominik" wlasnie zniknal za rogiem w jakiejs ciemnej dziurze..Wtedy pomyslalam, ze spoko, skoro sobie wy skoczyl to trudno, widocznie taki mial pomysl na przygode :P - nie bede mu przeszkadzac. To byla pierwsza rzecz, ktora pamietalam z calego wydarzenia - czyli dopiero wtedy sie obudzilam..Po czym przede mna stanal Dominik..I przerazona wrzaskiem Madzia..Wiec ja zdziwiona stwierdzilam: "O jednak jestes..Nie wyskoczyles!:P"..I dopiero po zamieszaniu w przedziale, placzu turystki i  przesluchaniu policji dzoslismy do tego, ze chodzi o kradziez!!!..I ze po prostu bylismy najlatwiejszym łupem, bo siedzielismy najblizej wyjscia, w dodatku po przekątnej - czyli najkrótsza droga do ucieczki..No i jak zwykle Wielki Fart (tak chyba powinnismy nazwac naszą wyjazdową drużynę) sprawił ze to jednak nie nasz dobytek, wart 10 000 pln wyskoczyl z "Dominikiem" z pociagu..Niewiele brakowalo..Szczegolnie ze najblizej wyjscia to siedzialam ja, a  okradziona dziewczyna przy scianie!!!!..Juz nie bede wiecej miec dylematow czy pilnowac cenne rzeczy w pociagu! Reszte nocy spedzilam przepasana plecakiem dookola siebie. Zlodziej musialby mnie cala wyniesc z tego pociagu..:P

Potem bylo Santiago - duze, zatloczone, zasmrodzone miasto, ale z bardzo fajnym miejscem na potancowki (obok budynku muzeum Bacardi czy cos..)i upierdliwymi kolesiami. Spotkalismy tam naszego znajomego z Hawany - rappera Donato, ktorym sie zachwycilismy na Malekonie (bulwarze nadmorskim) gdy wraz z bratem odstawili dla nas (dla kasy rzecz jasna)super show rapperski - chłopaki orkiestra!Bylismy zachwyceni ile dzwiekow mozna wydobyc z siebie!!!W dodatku chlopaki nagrali kawalek z polskim rapperem Sokołem - Acerato!!!!!!! - ktory mielismy okazje slyszec w Polsce, przed wyjazdem :P Oczywiscie nie wiedzielismy wtedy, ze spotkamy gwiazde osobiscie!:P No w kazdym razie  duet Donato i Tony znany nie tylko na Kubie :P spotkalismy tez w Santiago i poczulismy sie jak u siebie - starzy znajomi :) I to jacy!:P...

Z Santiago wypozyczylismy terenowy samochod i ruszylismy na podboj dzungli - okolice Baracoa. Rewelacja!!!!Coprawda na samo Baracoa trzeba uwazac, bo to trójkąt bermudzki - wciaga i nie mozna sie wydostac (miasto nie spodobalo nam sie od poczatku a w wyniku roznych tam splotow wydarzen wracalismy do niego z 10 razy!!Myslelismy ze juz sie nie wydostaniemy!..) Fantastyczna droga łącząca Baracoa z Moa - w stanie strasznym (dziury w drodze i przepaści na poboczu!uwaga!) ale niesssamowita pod wzgledem przyrody. Kipiąca zieleń, palmy, dżungla, czerwona ziemia, chatynki, brudne dzieci przy drodze..Wg mnie sceny z "Czasu Apokalipsy"..Extra!Pomyslelismy wtedy, ze Kuba jest bardzo urodzajna ziemia, rosnie tam w pyte fantastycznych rzeczy i tylko tak debilny system byl w stanie doprowadzic ja do takiej biedy - naprawde  trzeba bylo bardzo sie postarac!..ech..
Potem jedlismy super kolacje na plazy przyrzadzona przez Pania mieszkajaca w pobliskiej chatce, swiezutka rybka zlowiona przez meza Pani, zachod slonca, morze, piwko..ech..

Wrocilismy do Santiago i tzreba bylo dostac sie z powrotem do Hawany, bo niestety dzien powrotu do RP sie juz zblizal. Mielsimy jechac autobusem, ale Pero przekonal nas na odrobine luksusu i .. stanelo na samolocie!!!!!:))) a co, kurcze blade! :).. Potem okazalo sie ze baaaaaaaaardzo bylo warto!hi, hi..Z 2 powodow, czyli 2 przygod :P. Przyjechalismy na lotnisko w Santiago na lot, kotry mial sie odbyc o godz 9 rano.Ale sie nie odbyl. W koncu to Kuba :P Okazalo sie ze samolot odleci o godz..9 - ale wieczorem :) Oczywiscie nie wiadomo dlaczego..Bo tak i juz. Troche sie zaniepokoilismy, bo zostawilismy sobie specjalnie 1 dobe na wszelki wypadek w Hawanie, przed odlotem do RP na niespodzianki podrozne, a tu nawet nie moglismy rozpoczac podrozy o czasie..Ale postanowilismy sie oczywiscie nie denerwowac. Zreszta tak nam bylo tam dobrze, ze wcale nie bylo nam spieszno do polski. Hi, hi - wypowiedzialam to zdanie na glos i .. jak sie pozniej okazalo ktos je uslyszal :P Ale to za chwile. No wiec wymusilismy tylko na Kubanczykach przestemplowanie biletow na inna godzine i z nadzieja, ze samolot rzeczywiscie odleci o 21 (rano mielismy juz samolot do Polski wiec robilo sie goraco..) zaczelismy dyskutowac o zmianie naszych planow. Co tu robic caly dzien w Santiago?Z bagazami..Znowu taxowka..nieeee. Tak se grymasilismy i opieszale sie zbieralismy z lotniska, ze Pan wystawiajacy nam nowe bilety na samolot sie nami zainteresowal i zaproponowal.... hehe.. taxowke, hotel oraz wyzywienie fundowane przez linie lotnicza!!!!!!!!!!To ze jest to normalna praktyka na swiecie w momencie gdy samolot nawala to wiedzielismy, ale ze na Kubie!!!!!Tak bylismy zaskoczeni i tak Panu nie dowierzalismy, ze Pan juz lekko zirytowany zapytal: "Czy wy mnie w ogole rozumiecie?Rozumiecie hiszpanski?????Za darmo!!!!..." Nie no..Okazalo sie ze zawieziono nas do najlepszego hotelu w miescie, niezle wypasionego, wktorym to dostalismy wypas sniadanie oraz obiad na basenie..w hotelu jeszcze upewnialismy sie czy nie bedziemy musieli za to placic..Serio. To nie byl sen!Tak bylo!Wiec spedzilismy fantastyczny ostatni dzien na Kubie wylegujac sie na basenie z piwkiem, wspominajac kubanskie przygody i planujac kolejna podroz.Hi,hi - dzien w stylu Varadero (starsznego kurortu w okolicach Hawany) od ktorego tak sie dystansowalismy przez caly pobyt i nie chcielismy slyszec o takim spedzaniu czasu..No ale w prezencie..I tak na koniec podrozy..Idealnie :))) Potem zawieziono nas taxowka na lotnisko i o dziwo.. samolot wedle obietnicy odelecial!!!!I to jak!Z wielkim dymem!Powaznie..zaraz po starcie w samolocie zrobilo sie dosyc zastanawiająco..Spod siedzen na calym pokladzie zaczely wydobywac sie dymy, opary..Przejscie wygladalo bardzo malowniczo - z pzreswitujacymi lampami ewakuacyjnymi..Hmm..Ale zaraz podrozni zostali uspokojeni przez dobrze przygotowana Pania stewardesse (cala swoja przemowe miala napisana na karteczce :) hi,hi..), ktora poinformowala ze dymy sa rzeczna ruynowa, normalna, tak dziala system klimatyzacji!!!!!:))))

Polecamy wiec kubanskie systemy klimatyzacyjne - zarowno te pociagowe jak i samolotowe!!!!

Oki, na razie tyle, wracam do pracy, ostatnia przygoda - przez bardzo duze P w nastepnym odcinku!

O!

Pokaż/Dodaj komentarz (0)

slonce w koncu
Napisał: Tulip
środa, 21 marzec 2007
ajaj tyle napisalam i skasowalam:(
ale postaram sie cos tam odtworzyc.
slonce niesmialo wychodzi zza chmur, wiec jest bardzo dobrze.
wczoraj bylam w kaplicy betlejemskiej i ze wszystkich obiektow sakralnych(chociaz obecnie sluzy swieckim)podobala mi sie najbardziej. skromna, niepozorna, urocza. pracuja tam rowniez fantatyczni starsi ludzie, ktorzy udziela dobrych rad, odpowiedza na kazde pytanie, ale trzeba wiedziec w ktorym momencie przerwac kobiecie bo pozniej moze byc problem:)
no i jako,ze zaczelam biegac po wystawach, poszlam do klementinum na wystawe o polskich dekadentach. wygladala troche jak te, ktore organizowalo sie w liceum w gablotach na korytarzach. troche kioskowych wydan, lektur szkolnych, troche skserowanych reprodukcji, i krotkie biogramy. wiec generalnie nic specjalnego ale dzieki temu moglam bezproblemowo powloczyc sie po klementinum, bez karty bibliotecznej.
poza tym w pradze bardzo preznie dziala polski instytut, i naprawde promuja polska kulture. pod koniec marca koncert stanki na hradczanach, co tydzien projekcja filmow polskich, za tydzien spotkanie z markiem koterskim.
no i wieczorem klub. kto byl ten wie, ze to specyficzne miejsce:)i o dziwo bylo zaskakujaco fajnie. niektorzy jeszcze odsypiaja:)

o sis to raczej bardziej do ciebie, bo reszta niekojarzy. pamietasz pania wratna ktora robila wam problemy jak waletowali znajomi?uwziela sie chyba, bo teraz aj mam z nia przeboje. pogubila moje i chlopakow papiery, ktorych miec nie powinna.ale dzielnie walczymy z wero:)

pozdrawiam:)

Pokaż/Dodaj komentarz (1)

pada snieg
Napisał: Tulip
wtorek, 20 marzec 2007
no dramat normalnie, i z utesknieniem czekam na czwartek, bo ma wyjsc slonce. teraz 0 stopni a ja nie mam ze soba zimowej kurtki:)
na rynku chyba szykuja sie do jakiegos festiwalu, festynu(moze pierwszy dzien wiosny??)bo i jakies budy rozstawione, scena.
zobaczymy co to bedzie
o pogodzie powiedzialam, rewelacji brak wiec uciekam
a noz cos sie wieczorem ciekawego wydarzy:)


Pokaż/Dodaj komentarz (6)

juz blizej niz dalej
Napisał: Tulip
poniedziałek, 19 marzec 2007
pogoda neistety sie popsula
jest strasznie zimno, ciagle wieje wiatr ale nie ma tego zlego
przynajmniej ogladam to co mozna obejrzec w srodku i nie stoje jak glupia na moscie karola(chociaz lodow kreconych sobie nie odmawiam:)
wiec dzisiaj miedzy innymi wit i mikolaj- na legitymacje ksiedza wchodzi sie za darmo:)to jakby sie ktos wybieral-polecam:)
loreta -zystko wokol sacrum
mam nadzieje,ze jednak slonce wyjdzie niedlugo bo do karlsteinu chcemy pojechac.
poza tym taka krotka refleksja. stwierdzilam ze pewne toksyczne znajomosci beda mnie przesladowac nawet jakbym byla lata swietlne stad. jeden sms potrafil zabrac troche radosci. ale moze to i dobrze,ze stalo sie to tutaj, bo wlasnie ci ludzie- czesi- maja na wszystko czas(po co biec do tramwaju skoro przyjedzie nastepny) nie przejmuja rzeczami malymi(bo najwazniejsze jest tu i teraz)
i choc troche tego ich optymizmu i beztroski chcialabym zabrac
mowie na podstawie wlasnych obserwacji i doswiadczenia, byc moze strasznnie uogolnilam i minelam sie z prawda:)
coz wiecej?pozdrawiam?czasami tesknie, czesto mysle o bliskich mi ludziach,ale i kazdy dzien mnie przeraza ze czas biegnie nieublagalnie
dobrze mi tu:)

Pokaż/Dodaj komentarz (1)

Staromestka radnice
Napisał: Tulip
czwartek, 15 marzec 2007
dzisiaj sie wybralismy wlasnie do rastusza. generalnie kuplilismy bilety tylko do poddziemi bo mialy byc wyjatkowo ciekawe. kobieta w kasie sama zdecydowala sie nas oprowadzic gdy dowiedziala sie,ze jestesmy polakami.milo:) mowila bardzo wolno, ze wlasciwie jakies 85% zrozumialam.az do pewnego momentu, gdy zaczela krzyczec rychle, rychle i nas poganiac na gore. totalna konsternacja,ale bylismy posluszni(bo coz innego robic jak jezyka w gebie sie zapomina)okazalo sie, ze chciala nam pokazac mechanizm dzialania zegaru o pelnej godzinie, przy okazji zobaczylismy tez kaplice na gorze. bylam pewna,ze to koniec wycieczki, bo nie mielismy zadnych biletow na gore.ale owa kobieta pokazala nam caly ratusz, otwierala drzwi, ktore chyba nie sa otwarte na codzien(w jednym pomieszczeniu trwal jakis remont). i przez totalny przypadek trafilismy na wystawe zdjec jiriho kolbaby- obrazy sveta.(swoja droga piekna)
po czym na koncu powiedziala,ze jak byla studentka i byla w krakowie tez ktos oprowadzil ja po jakims muzeum za free
normalnie,az czlowiekowi cieplo na sercu sie robi:)
poza tym polowa juz za mna co mnie nie bardzo cieszy. to znacyz z jednej storny no chcialabym do Polski, ale z drugiej wiem,ze taka przygoda nie zdarzy sie szybko
no nic smecic nie bede
uciekam cos zjesc
a kto to mowil,ze knedliki sa dobre?ziemniaczane i owszem,ale te maczne to nie bardzo. 
pomidorowke bym zjadla.... 


Pokaż/Dodaj komentarz (1)

[Czytaj całość...]
Napisał: Tulip
środa, 14 marzec 2007
pogoda jest rewelacyjna, generalnie wszystko bez zmian
ale jak sie okazalo jakies 30 minut nijak nie potrafie ludziom pomoc
grzesiek chcial polknac tabletke, co okazalo sie wyzwaniem ponad jego mozliwosci i zaczal sie dusic.
a ja co zrobilam?zaczelam sie smiac bo bylam pewna,ze udaje
szczesliwie lukasz byl calkiem przytomny i mu pomogl
poza tym w desperacji kupilam kolejny przewodnik
mamy juz trzy i naprawde zaden nie jest sensowny
no i  taka mala refleksja- osobiscie nie mam nic do wlochow,ale co druga spotkana grupa gdzies w okolicach zabytkowych to wlasnie wlosi. pewnie wplyw ksiazki praga magiczna
a praga to jednak jest magiczna. widzialam dzisiaj najprawdziwszych, w tradycyjnych strojach hindusow. oczywiscie zrobilam pare zdjec, chcialam byc dyskretna,ale nie bardzo mi to wyszlo:)
most karola im ladniejsza pogoda tym bardziej stanowi tor przeszkod
to tyle narazie
pozdrawiam:)

Pokaż/Dodaj komentarz (2)

nic nie mozna planowac
Napisał: Tulip
poniedziałek, 12 marzec 2007
mialy byc hradczany, wypadl zizkov. chyba tak sie to pisze:) calkiem sympatyczna robotnicza dzielnica, aczkolwiek spacer meczacy tym bardziej,ze lato a nie wiosna zawitalo do pragi:)a gory trzeba bylo pokonac nie male. no i wieza telewizyjna, ktorej czesi nie lubia, a dla mnie calkiem fajna, troche surrealistyczne, pasujaca jak piesc do nosa,ale charakterystyczna. 
 poza tym mamy male problemy.moj aparat padl na amen i ani drgnie, a lukasza dzisiaj spadl i tez swiruje(nie da sie zgrac zdjec, zoom nie dziala). ale ze ja mam niesamowite szczescie do dobrych ludzi wiec pozyczylam aparat od xP:)i zdjecia beda, nie ma co sie stresowac, obawiam sie jedynie, ze ze mnie taki fotograf jak z koziej....reszte znacie:)o dzisiaj grzesiek ma imieniny tak wiec impreza w kuchni. moze uda sie rozruszac akademik bo jak narazie to calkiem inny niz te lubelskie:)
najbardziej mnie jednak przeraza czas, ktory leci jak szalony. to juz 12 marzec, a z kazdym dniem blizej do wyjazdu.
cieplo pozdrawiam:)

Pokaż/Dodaj komentarz (0)

obiad niedzielny i inne takie
Napisał: Tulip
niedziela, 11 marzec 2007
wczorajsze zoo nie wyszlo bo zimno bylo jak diabli.a dzisiaj cieplutko,az lato czuc:) a dzisiaj jestem na obiedzie xP i w koncu sie najdlam:) o wczoraj sluchajcie 3 minuty od starego rynku zjadlam swietny obiad za 80 kc wiec nie jest zle. generalnie weekend leniwy, ale bardzo przyjemny. ucze sie grac w szachy. kto by pomyslal prawda?ale pierwszy sukces odnioslam- w koncu udalo mi sie wygrac:)
jutro postaram sie napisac cos wiecej.
moze i wiecej sie bedzie dzialo:)

Pokaż/Dodaj komentarz (0)

dzieje sie dzieje
Napisał: Tulip
piątek, 09 marzec 2007
wczorajszy dzien byl fantastyczny.
wieczorem jako,ze byl dzien kobiet pojechalysmy z weronika na spacer po moscie karola. poglaskalysmy w koncu Nepomucena i tak bylo przyjemnie ze wyladowalysmy na hradczanach. wprawdzie pogoda nie do konca dopisywala,ale co to dla nas mlodych, niezonatych:)w sumie spacer zajal ponad 2 h i o dziwo nawet nie pobladzilismy, chociaz obie nie mamy zmyslu orientacji w terenie:) najbardziej rozbawila mnie zlota uliczka- sliczne domki, ale nie wyobrazam sobie byc tam w dzien, kiedy sa tlumy turystow i jeszcze za to placic:)o i kosciol sw. Wita. wprawdzie narazie z zewnatrz,ale robi imponujace wrazenie. czlowiek jest wobec tego wszystkiego taki maly...
no i zaszalalysmy sobie bo wracajac wstapilysmy na kolacje. (sis w pol drogi jadlam te papryczki, no przepraszam cie bardzo,ale gusta mamy rozne:)
dzisiaj rano w koncu dotarlam na zajecia czeskiego. wszystko super, nawet nie zrobilam z siebie idiotki, chociaz grupa sporo wie,ale niestety kobieta na dwa tyg wyjezdza. tak wiec nadal zostaje mi nauka czeskiego w hospudce i klubie:) a jedynym osobnikiem w akademiku z ktorym nie idzie sie dogadac jest pies. rano, jak ide do lazienki wita mnie, skacze i merda ogonem,ale nijak nie rozumie co do niego mowie:).
i w koncu pojde chyba na wystawe saudka. codziennie wstepuje do jego galerii i jak durna ogladam te same plakaty i kartki:)
jutro zoo. mowilam juz o tym?ciesze sie jak dziecko, ktore zostanie zabrane do parku rozrywki
pozdrawiam was baaaardzo:)



Pokaż/Dodaj komentarz (2)

wyszehrad
Napisał: Tulip
środa, 07 marzec 2007
jako, ze dzisiaj dzien leniwy a slonce piekne, po obiedzie(ktory jemy okolo 11 bo pozniej moze zabraknac hehe) pojechalismy na wspomniany wyszehrad. nie moge powiedziec ze jest pieknie az dech zapiera,ze powalilo mnie na kolana ot wzgorze , piekny park i bloga cisza.(po wczorajszym wskazana) ale bylo bardzo bardzo przyjemnie
¨najbardziej podobal mi sie cmentarz( w sumie zadne nowum bo ja zawsze na tym punkcie mam hopla). malutki, z pieknymi pomnikami, kazdy w innym stylu.ktos kiedys powiedzial ze to miniatura powazek, ale pojecia nie mam ile w tym prawdy bo na powazkach nigdy nie bylam. moglabym po nim chodzic i chodzic niestety tylko ja:).zachowywalam sie jak typowi japonczcy- foto, foto:) 

aha czy ktos moze mi napisac ile moge przewiez alkoholu z czech:) bo ty sis to chyba mnie celowo w blad wprowadzilas. bynajmniej tutaj nikt o tych rewelacjach nie wie. no i gambrinus wcale nie jest dobry

Pokaż/Dodaj komentarz (3)

[Czytaj całość...]
Napisał: Tulip
wtorek, 06 marzec 2007
a jednak zapisanie sie na zajecia to nie taka prosta sprawa.
moze inaczej- to banalne,ale nigdy nie wiesz w jakiej bedziesz grupie:)chyba trzeba sprawdzac listy co trzy godziny
mialam byc dla slowian jestem w angielskojezycznej(tak ja lepiej byc nie moze:), mialam byc w poczatkowej, jestem w tej ktora czeski troche zna:)
i dalej nic nie wiem, a godzina za godzina mijaja
plany na dzisiaj napiete
zobaczymy co z tego wyjdzie:)

Pokaż/Dodaj komentarz (3)

Moja Praga??:)
Napisał: Tulip
poniedziałek, 05 marzec 2007
Piąty dzień.
Już wszystko pozałatwiane, legitymacja odebrana, na zajęcia jestem zapisana więc pora napisac co i jak
otóż poczatkowo koszmar tym bardziej ze ja czeskiego ni w zab. niby mialy byc te jezyki podobne a tu niestety- rozumialam co 20 slowo- zdecydowanie za malo zeby w jakikolwiek sposob sie dogadac
jak sie bardzo szybko okazalo po 3 piwie nie mam juz jakichkolwiek barier.:)
kiedy tu jechalam, troche z dusza na ramieniu, bylam pewna ze miesiac bedzie sie dluzyl,a  praga wyglada pewnie jak kazde inne miasto. jejq jak bardzo sie mylilam- dni leca za szybko, w pradze jestem totalnie zakochana i chce tu jak najszybciej wrocic
jedyny problem to czesi- ci co mieszkaja w akademiku nie bardzo przychylnie patrza na obcych- o jeszcze cos o akademiku
dwie lazienki na pietro, w kazdej 6 prysznicy- mozna by rzec super. nie do konca tak jest- zadnych drzwi, zadnych zaslonek wiec adrenalina przy kapieli skacze:)
ale nie bede o takich pierdulkach pisac
nie napisze tez jeszcze nic o miescie- bo nic konkretnego nie zwiedzilam- ot poszlajalam sie po uliczkach, dzisiaj bylam w muzeum narodowym- az 30 minut:)i zrobilam sobie ktoregos dnia wieczorny spacer po moscie karola. ale to sie zmieni bo niestety zostalo mi tylko 25 dni:(
z moich obserwacji- czesi przywiazuje ogromna wage do dzieci i psow. a psy sa co najmniej wyjatkowe- nie szczekaja, nie gryza sie- a wygladaja jak nasze:)to chyba pierwsza rzecz na jaka zwrocilam uwage
tutaj zyje sie zdecydowanie wolniej. jest czas na wszystko, czesi nigdzie sie nei spiesza- dla nich 20 minut spoznienia to nie spoznienia. obiady praktycznie wszyscy jedza w knajpach bo nijak nie oplaca sie gotowac, a o 6 rano tlumy w parkach, bo wszyscy biegaja(nie to ze ja widzialam, co to to nie bo dla mnie to wciaz srodek nocy:)
co do czeskiego filmu- powoli zaczynam rozumiec w czym rzecz:)
to tyle narazie. odezwe sie calkiem niedlugo:)(w weekendy cisza w eterze, bo kafejki nie uracze)
pozdrawiam bardzo bardzo cieplo
o w Polsce tez wiosna?tutaj az od razu chce sie zyc:)





Pokaż/Dodaj komentarz (2)

Fuacata!!!!!
Napisał: oolga
sobota, 24 luty 2007
Kolejny cd z Kuby..

Dzis opiszemy tylko 3 najwazniejsze rzeczy bo znow bylo tyle wrazen, ze musimy zrobic selekcje :)

Pierwsze primo (cmok agus :) Trynidad- super extra zajebista bailapreza na schodach glownego placu, pod golym niebem i gwiazdami, oczywista z kubanczykami, muza na zywo. w rolach glownych wystapili: czarny, zielony, ten z czapka i ten na koniec..no i my pierwsze baleriny kuby ;) bylo to moje (olga) najlepsze doswiadczenie taneczne w zyciu, poniewaz tam byl.......... W I A T R ....:)))))) wreszcie pot nie zalal mi oczu juz po pierwszym tancu, nawet rzeklabym bylam tylko leciutko spocona..to zupelnie inna rozmowa..tak to kurcze mozna tanczyc :) extra. bailowalismy cala noc, dla nas obu byla to takze pod wzgledem tanecznym najfajniejsza salsa w zyciu!!!!! Nie wiem jak madzia, ale ja stad nie wyjezdzam..:)
A ja wracam potanczyc z aga reggeaton!

drugie primo: Fuacata!Fuacata! - slowo nieprzetlumaczalne na zaden ze znanych nam jezykow, ale slowo klucz naszego ulubionego kubanskiego zespolu - uwaga aga - REGGEATONU..yeahhhhh!!!!!!!! zespol nazywa sie Impacto, jest wielka gwiazda na kubie, przyjezdza na trasy koncertowe do polski (najblizsza w kwietniu), bylismy na ich probie, rozbijamy sie po imprezowniach z tancerzami a glowny wokalista - gangsta madafaka - zaproponowal nam nawet wspoly wystep ;) i to nie tylko taneczny - uwaga fani naszych glosow - dobra, nie bojcie sie, odmowilysmy ;)... ale cos zarymowac zawsze mozemy :)

no i trzecie primo, akcja roku (no dobra, nie wiemy co sie jeszcze wydarzy) specjalny transfer dyplomatyczny gosci z Polski!!!!!!!
Donde son locos Polacos??!!!! - cytat konduktora pociagu...:))))))
zaczelo sie normalnie, kubansko, pociag ktorym mielismy jechac 12 godzin zaczal od spoznienia 6 godzinnego. normalka. latalismy coprawda z plecakami w te i we wte z naszymi kubanskimi kolegami tancerzami, bylismy nawet w kinie. po czym grzecznie wrocilismy na peron i.. wsiedlismy do -  niespodzianka - zlego pociagu..szkoda tylko ze najblizszy przystanek byl dopiero po 5 godzinach. miejsc nie mielismy (bo bilety mielismy przeciez na inny pociag), a przypadek chcial ze ten do ktorego wsiedlsimy byl najnizszego mozliwego standardu. jedyna wolna miejscowka byla dziupla miedzy w kolko trzaskajacymi drzwiami, skitrana za siedzeniami konduktorow w bardzo milym towarzystwie karaluchow i szczypawek :))))))..
walczac ze snem w mocno niewygodnych pozycjach uslyszelismy nagle zbawienne zdanie kondukotora donde son estos locos???? aqui...za siedzeniami - pomachalismy seredecznie :).. akcja transfer rozpoczeta. w srodku pola okazalo sie ze zarzadzono dla nas specjalny postoj dwoch pociagow, telegram zadzialal. w nocy, w biegu, z latarkami, za konduktorem, ktory po drodze zginal nam 3 razy..niezla adrenalinka..nie bardzo wiedzielismy gdzie jestesmy, gdzie trafimy, czy wsiadamy tym razem do dobrego pocigu, komu ufac itd..no ale jak zawsze wszystko sie udalo :) gigant emocje..!!!!

w nastepnym pociagu zdarzyla sie kolejna akcja roku, ale poniewaz nie moze byc 2 akcji roku jednej nocy to szczegoly pozniej. tym razem byla wstrzasajaca i halucynacyjna..



Pokaż/Dodaj komentarz (2)

Dzial Natura
Napisał: oolga
wtorek, 20 luty 2007
To znowu my :)


Wlasnie zakonczylismy dzial ¨natura¨ - dzungle bananowo-backgroundowe, plantacje tytoniu oraz trzciny cukrowej, muszle z morza karaibskiego i inne pierdoly..cos tam, cos tam, cos tam ;)

Dominik chory - przez niego nie poszlismy wczoraj na salse ;)- zlamas ;) - 1 kolo przebite i wymienione w naszym samochodzie, mega kapiel w rzece (jechalismy na nia 10 godzin, kapal sie tylko domin bo byla tak metna ze nie widzielismy nawet kawalka dominika) ale widok z rzeki podobno zajebisty.., ale podroz super super obfitujaca jak zwykle w mase przygod i spotkan z lokalsami (wbilismy sie naszym sposobem ludziom do domu, na pole, dop suszarni tytoniu, na wozek itd.. i jak zwykle kupe fanu dla miejscowych z naszymi wszedobylskimi aparatami..

Nasza akcja humanitarna przybiera ostatnio na znaczeniu. Jak Domin zaczal wyciagac wczoraj dary, to ustawila sie taka kolejka ze nie dalismy rady wszystkich obsluzyc. Fajne uczucie..Najwiekszym powodzeniem ciesza sie wbrew pozorom - ropas - czyli ciuchy dominika :) niedlugo pol kuby bedzie wygladalo jak On ;P
Biora chetnie wszystko: mydla, pasty do zebow, podpaski, kredki, flamastry itd..


Przedostatnia noc spedzilismy w wozie drzymaly - w chateczce prawie pod golym niebem (niby miala dach ale niezle w niej hulalo..)- chodzi ze na plazy mowi domin i przewraca oczami - w ktorej to ci co sie nie zorientowali napili sie herbaty na morskiej wodzie :PPPPP pyszka :)))))) smecta po niej to deser:)

co to deserow - wczoraj dostalismy na polu trzciny cukrowej palki trzciny do chrupania jak marchewka :) super, strasznie slodkie (no w sumie nic dziwnego..) tylko tzreba wypluwac wlokna..
Trzcina dolaczyla do naszego warzywniaka na tylnym siedzeniu samochodu, w ktorym to przewozimy: 100 kilo bananow (prowiant na cala podroz :), gujawe, kokosa, pomarancze oraz liscie tytoniu - wszystko zerwane badz otrzymane na polach/plantacjach itd. a wszystko dzieki naszej upierdliwosci (¨nigdy niezaspokojonej checi w dazeniu do poznania prawdziwego JA rdzennych mieszkancow karaibskiej wyspy¨ - zgadnijcie czyj to cytat?Naszego Che Guevary..;P)- czyli wpieprzaniu sie z nasza ciekaowscia i aparatami gdzie sie tylko da..:)


Z ciakwostkowych przygod, zwiazanych scisle z charakterem Dominika (czyzby nieco roztrzepany? ;P..nieeee....) (sprostowanie dominika: nie przywiazujacy wagi do rzeczy materialnych scisle zwiazanych z przyziemna egzystencja) - udalo nam sie ostatnio, bagatela, zamknac kluczyki w naszym super wypozyczonym samochodzie...i co dalej?..zastanawialismy sie czy wybijac szybe, wolac lokalnego magika..czy robic zdjecia o zachodzie slonca..dobrze ze sie za bardzo nie przejelismy, bo okazalo sie ze  w serwisie luksusowego hotelu w ktorym akurat pozwolilismy sobie na nocleg jest pan z dlugim drutem otwierajacy drzwi w zatrzasnietych samochodach w 5 minut, w dodatku co dziwne w tym kraju - za darmo...pomijajac nasza podwojna oplate za korzystanie z plazy (ze wzgledu na administracje rzadowa, ktora pobiera za plazowanie oplaty :) w kazdym razie troche wymarzlismy, bo z rzeczy nie zatrzasnietych w srodku mielismy tylko i wylacznie kostiumy na sobie oraz reczniki (ja - olga-  nawet nie mialam butow..)..troche nas wiec wydygalo :)


Furrore robi wsrod nas Perro Caliente - czyli tlumaczac linearnie - goracy pies (czyli..hot dog po polsku :).. Wszedzie na ulicach, za te ich smieszne drobniutkie pieniazki, i calkiem mniam mniam wg domina.. Nawet zasluzyl sobie On dzieki temu na ksywe Perro Caliente.. Dla przyjaciol po prostu PERO :P

Dziewczyny (teraz pisze ja P.) uwielbiaja robis sesje zdjeciowe z czerwona szmata! Czyli O. fotografuje M, ktora wije sie wdluz i wszez propagandowych sciennych malowidel i udaje, ze wiwatuje na czesc el comendante <fidela. Boimy siew zawsze o ubekow, ktorzy moga nas przyciac i zabrac karty filmoiwe, lub co hgorsza caly aparat. Tym niemniej efekty sa niezle, co zobaczycie soon na wystawie.


P odkryl w sobie wczoraj ducha motoryzacji i robi z kolei sesje samochodom - wiecie tym takim oldschoolowym chevroletom z lat 50..


Oke, to na razie tyle
Pewnie nastepnym razem napiszemym z Santiago - naszego ostatniego etapu podrozy.

no to calusy

MPO


Pokaż/Dodaj komentarz (1)

Havana, 13.02.07
Napisał: oolga
środa, 14 luty 2007
Hola Amigos!

Uwaga!!!Pierwsze wiesci z Kuby!!!

Jest supa, supa, supa!!!!!!

Dzisiaj okrzyknelismy sie dzikusami-wariatami z Polski. Wygladamy jak stado Japonczykow, debili..Grasujemy w trojke, z 3, nie - z 4 aparatmi foto i rzucamy sie na biednych Kubanczykow na trzy cztery:) Patrza sie na nas juz od dluzszego czasu dosc dziwnie, ale spoko bo maja nie mniejszy ubaw niz my :P
Wlasnie zakonczylismy nasz tour po Hawanie i wyruszamy wypozyczonym (quasi zarezerwowanym) autem do Pinar del Rio - ciekawostka czy bedzie na nas czekal, tak jak nam sie wydaje..

Kubanczykow uczymy polskiej salsy - okazuje sie ze nie bardzo umieja tanczyc..Dobrze ze mamy Madzie w teamie, to znamy najnowsze trendy z tanecznej sceny ;) (wybiegow mody oczywiscie tez :PPPPP). Calkiem nas zaskoczyli goscinnoscia i otwartoscia. Na przyklad: idziemy sobie ni z tego ni z owego ulica, bawimy sie w szalonych fotografow, Domin wklada glowe do co drugiego okna/drzwi/bramy i... nagle ladujemy z rumem w reku, w tanecznych objeciach Kubanczykow :) Reggeaton, reggeaton,
reggeaton!!!!Yeahh!!!!!! Wciagaja nas po prostu z ulicy do swoich domow, bo z daleka poznaja w nas takich zajebistych tancerzy :P Muza ryczy z glosnikow, domownicy zapraszaja, wszystkie ciocie, dzieci sie ciesza, a pograzona jeszcze przed chwila we snie babcia wytrzeszcza oczy ze zdumienia!!!!Fajnie jest :) To chyba najbardziej ekscytujace przezycie jak na razie...

Olga - najbardziej gorliwy misjonarz kosciola katolickiego - wreszcie odnalazla sens wiary wymachujac dzis drewniana afrykanska grzechotka, proszac bozkow santerii (religii afrokubanskiej smiesznie wymieszanej z katolicyzmem)o wstawiennictwo:P na modlach znalezlismy sie oczywiscie przypadkiem, bo zgarneli nas z ulicy :)

Na plaze nie mielismy jeszcze czasu pojechac :) W koncu Kuba jest wyspa... ze wszad do morza daleko..

Jest tylko jeden szkopul. Nie docenilismy przestrog z przewodnikow i nie wzielismy ze soba wystarczajacych zapasow jedzenia. Nie wierzylismy, ze nic nie bedzie mozna kupic. Bieda bieda, socjalizm socjalizmem..Serio..TU W SKLEPACH NIE MA TOTALNIE NIC!!!!!!!Co gorsze w knajpach rowniez!!!Suche pieczywo, Wasa, batoniki, gorace kubki wlasnie nam sie koncza, zaczynamy sie obawiac co bedzie dalej. Oby to tylko w Hawanie..Moze w innych prowincjach bedzie lepiej. Bo na samej cervezie daleko nie pojedziemy..

Hasta luego!
Kolejny list za tydzien :P

Olga, Magda, Dominik

Pokaż/Dodaj komentarz (1)

bluga de cuba :)
Napisał: oolga
środa, 07 luty 2007
Oto blog, ktory od pojutrza bedzie powstawal na Kubie:)))
Jesli wszystko sie uda i w koncu tam dotrzemy :)
Trzymajcie kciuki!!
Fidel, drżyj :P!!!

Pokaż/Dodaj komentarz (1)

Team Building, czyli integrowanie się
Napisał: JurekBin
sobota, 28 październik 2006

Minęło parę dni i w drogę, tym razem jednak w troszkę lepszej atmosferze no i cel przyjemniejszy. Jedyna ciemna plama na tym planie to fakt, że zarywam weekend i wolny akurat wypadający dzień. No, ale mówi się trudno, przynajmniej się trochę napiję ze znajomymi. Czwartek wieczór 19:50, standardowy lot do Sofii. Wpadam na lotnisko o 18:45 i parkuję w garażu nr 4 – parking długoterminowy. Na dole od razu się czekuje w maszynie, jako że generalnie podróżuję tylko z bagażem ręcznym, no chyba że wybieram się gdzieś na dłużej. Aczkolwiek teraz na Schwechat i nie tylko już zaczynają wprowadzać automaty do chekowanie, gdzie można również odprawić bagaż, jednak jeszcze nie mam żadnych doświadczeń ze współpracy z tym maszynkami.

Gate A12, czyli za paszportami, na lewo od głównego hallu ze sklepami. Potem bramki do wykrywania metali i schodkami na dół do autobusu. Skoro mam już kartę pokładową, i widzę, że zostało mi jeszcze całe 15 minut do boardingu, lecę do business lounge na szybkie piwko. Mała uwaga, dla zainteresowanych, mając nawet bilet ekonomiczny, ale posiadając kartę Frequent Flier lub Senator, można sobie używać do woli w business lounge’ach, jeśli ma się chwilkę czasu. Przydaję się zwłaszcza, kiedy się czeka na połączenie, które lub się spóźniać.

Biegnę na dół do bramki, już czeka autobus. Spotykam kolegę z biura – lecimy razem. Lot jak każdy, absolutnie żadnych przygód w ciasnym europejskim samolocie. Do Sofii z Wiednia leci się jakieś półtorej godziny z groszami. Sobie pogadaliśmy, kupiłem piwko i kawałek pizzy – austriackie linie teraz wprowadziły system kupowania żarcia i drinków. I tak przyjemnie wylądowaliśmy w Sofii. Taksówka i po parunastu minutach jesteśmy w hotelu. Check-in, i do baru nawet nie idąc na górę do pokoju, no bo po co .... :-)

Koło 23:30 wraca grupa naszych znajomo-kolegów z innych oddziałów firmy, którzy również się wybierają na jutrzejszy Team Building. No i się dosiadają do obok. I tak niewinne piwko tzw. quickie jak to nazywam, przerodził się w imprezę. Koło 3-ciej cześć stwierdziła, że czas iść spać, ale inna część (niestety ze mną) jak najlepiej sobie „czytała” w barze. Całość zakończyła się w moim pokoju, gdzie jeszcze była butelka wina podarowana przez hotel na powitanie stałego gościa (mnie) oraz przy internecie o zgrozo o 7:00 rano.

3 godzinki spania i na krótką prezentację do biura, w ciemnych okularach. Szybko poszło, chyba coś przespałem :-) Koło 15:00 wsiadam w podstawiony autobus, tzn. wsiadam razem ze zgrają jakiś 70 ludzi – Bułgarów oczywiście, Włochów, paru Polaków licząc mnie, i Greków. Jedziemy do Pamporova, czegoś w rodzaju bułgarskiego Zakopanego i aby się „integrować”. Zobaczymy co z tego integrowania jutro wyjdzie. Nikt nic nie wie dokładnie jaki jest plan, ale napewno sobie usiądziemy w jakiejś knajpie aby przedyskutować bardzo istotne elementy na przykład jakiegoś projektu :-)
 

Trasa długa, prawie 5 godzin autokarem z Sofii na południe w góry, ludzie niektórzy trochę się poczuli nie najlepiej, włączając mnie, ale ja chyba jeszcze się nie czułem w formie po poprzedniej nocy.

Ale jakoś dojechaliśmy i zaczekowalismy się i na kolację... i od razu widać jak się grupki usadowiły. Mafia lokalna – czyli Bułgarzy sobie a reszta czyli my z innej planety sobie. Sama kolacja się udała że tak powiem w starych znanych strukturach, zobaczymy jak będzie dalej. Ja jak to się mówi odpadłem, jednak już nie te lata... musiałem odespać swoje aby mieć siły na następny dzień. Jednak pewna grupa szturmowa ze składem grecko-włoskim jeszcze trafiła na dyskotekę do klubu nocnego.

Na razie tyle. Kolejne wrażenia, muszę przeżyć i przetrawić  i znaleźć parę minut aby je opisać.


Pokaż/Dodaj komentarz (0)

Atrakcyjny Wyjazd Służbowy
Napisał: JurekBin
wtorek, 17 październik 2006
Zajadam sobie migdały i popijam schłodzonym piwkiem na 11 piętrze hotelu gapiąc się z oddali na Akropol i zastanawiam się, co zrobić z resztą dnia. Dziś w Atenach jest dużo zimniej i wieje wiatr i raczej jest mało przytulnie. Ale coś zjeść trzeba, inaczej zanim pójdę spać po tych kilkunastu piwach na głodny żołądek będę miał jutro niezły pasztet albo dosłownie ból głowy. Ale jak mi się nie chce nigdzie iść i szukać knajpy. Pewnie wypiję jeszcze coś i pójdę na dół do restauracji hotelowej i coś na szybko połknę.
image059.jpg
 
Takie wyjazdy służbowe to niezła jazda w sensie paranoicznym. Pamiętam kilka lat temu byłem naprawdę zadowolony, że mnie to spotkało. Człowiek był głupi i myślał, że go doceniają, że jest ważny, że bez niego firma nie będzie się rozwijać, itd. Z czasem jednak zmieniłem zdanie. I niech to będzie przestrogą dla młodszych, którzy na przykład się załapali na jakieś stanowisko w firmie. Każdy pracownik to pionek, z którego należy wyssać, co się da i pozbyć się na koszt tańszego pracownika. Tak działają duże firmy. Człowiek pracuje ileś lat, coś robi, przyzwyczaja się do różnych przywilejów, wpływów a nagle prawie z dnia na dzień się okazuje, że na przykład na awans czy nowe stanowisko trafia ktoś inny... Prosto z ulicy! Tzn. nie z szeregów firmy. I co, wyższy management ma w nosie twoje doświadczenie lata itd. Najchętniej by się ciebie pozbyli, ponieważ obok jest ktoś tańszy. Więc nigdy nie słuchajcie jak jakiś kretyn z wypranym mózgiem w krawacie w wieku 30 lat mówi ci, że firma myśli o pracownikach. Myśli, ale jak użyć do maksimum i jak najtaniej.

 
Więc, wracając do tych podróży służbowych. To niezła jazda. Czyli na początku jest fajnie, można się pochwalić, napić, pobawić itd. Jest jak to się teraz mówi „kul”. I co się nagle dzieje?! Nagle po jakimś roku człowiek patrzy, że jego dom i życie idzie ku upadkowi! Zamiast się wyłączać o na przykład 17:00 z trybu pracy na tryb domowy, mózg leci 24 godziny na dobę i myśli o pracy. Czyż to nie horror. Dom staje się przechowalnią, miejscem tranzytowym pomiędzy kolejnym hotelem. Radzę się zastanowić przed podjęciem takiej pracy.

No, ale nic. Trzeba coś zjeść, aby mieć siły na dalszą część tego nudnego samotnego wieczoru w oddali od domu. Czyli nic nowego, kolacja w hotelu, piwo w hotelu, rano taksówka do biura i na lotnisko i do domu. Jednak nie ma to jak wyjazd służbowy ;)

Pokaż/Dodaj komentarz (0)

Wiedeń - Ateny
Napisał: JurekBin
wtorek, 17 październik 2006

O dziwo dzień się zaczął w miarę normalnie z wyjątkiem faktu przejścia ze strefy czasowej weekendowej do tej nienormalnej, czyli od poniedziałku do piątku, czego nie cierpię. Ponieważ miałem spokój przez jakieś 3-4 tygodnie z wyjazdami jakoś się pogodziłem z faktem, że musze gdzieś lecieć. Lot o 10:45 jest lepszy niż o lot o 6:55. Z punktu widzenia pracy i tak dzień jest stracony i tak, a mając na uwadze powrót, to lecąc na przykład do Aten jak tym razem na paru godzinne spotkanie i tak traci się 3 dni. Ale cóż takie realia. Aczkolwiek tak nie było. Za lepszych czasów jeszcze niedawno, kiedy się latało Business klasą człowiek się troszkę poświęcił i poleciał z przesiadką na przykład przez Monachium lub Frankfurt wieczorkiem, aby być na rano na miejscu i powrót kolejnego dnia o 18:00 też prze Monachium do Wiednia. Teraz, jednak nie będę ryzykował takich manewrów. Jeśli pierwszy lot się spóźni to szanse na złapanie połączenia są mniejsze, a przy bilecie ekonomicznym również traci się pewne priorytety w prze-bookowaniu. No, ale coż zrobić, tak jak większość firm ograniczyło latanie klasą business na krótkich lotach, więc nie ma, co dalej narzekać. Jeszcze tylko ponarzekam, że w liniach austriackich teraz w klasie ekonomicznej nie dają jeść „za darmo”, więc musiałem za wczasu się najeść w domu i w business lounge. W Wiedniu jest fajnie, w business lounges, mają Wi-Fi za darmo. Jako że jeszcze mam tam wejście sobie podjadłem i łyknąłem (szkoda, że rano), ale przynajmniej sprawdziłem pocztę i właściwe się dobrze podładowałem. Moje internetowe działalności reklamowe z weekendowych nocy zaczynają przynosić efekty... Widzę po ilości konkretnych mali.

W końcu lecę do bramki. Jak ktoś będzie leciał przez Wiedeń, to jest tak, przynajmniej dopóki nie skończą nowego terminala. W każdym bądź razie „gejty” A są po lewo od wejścia, a B i C na prawo. Z tym że B idą na dół, i potem czeka nas autobus, a C są na górze i ma się rękaw. W przypadku bramek A, te od 1 do chyba 6, ale nie pamiętam na 100%, są na górze, a reszta leci w autobusy. Bramki A, są za paszportami, B są w Schengen, C różnie!

Więc dziś mi się trafiło C62, nie jest źle – tuż od lounge. No nic, 10:20 lecę do rentgena. Przechodzę z monetami w kieszeni, ale tak jest zawsze. Chyba wszystkie wykrywacze na całym świecie nie wykrywają monet... siedzę sobie dalej w oszklonej klatce i mówią że boarding jest opóźniony o kilkanaście minut.... nie ma to jak karta UMTS i dalej można siedzieć w sieci.

W końcu siadam, miejsce 6A – pierwszy rząd za business - czyli za parawanem, ale dziś przynajmniej nie ma nikogo w środku tzn. siedzenie jest niby na 3 osoby, ale tylko jakaś dziewczyna siada obok, a pomiędzy pusto. Nie jak w zeszłym tygodniu z Sofii. Dziewczyna fajna na oko, ale za młoda i te sztuczne paznokcie brrr.

Już wspomniałem, że w AUA nie dają teraz w ekonomii za darmo żarcia. Mimo, że mogę to wrzucić w rachunki, powiedziałem sobie, aby się bujali i starałem się zająć drzemką, ale jakoś mi to nie wychodziło.... w końcu zaprzestałem starań zaśnięcia i zacząłem się gapić w okno. Wówczas przypomniałem sobie, że zapomniałem aparatu aby może coś ewentualnie pstryknąć. Tak to jest gdy się za często rusza z domu, pewnie rzeczy stają się tak normalne i tak mało ważne udokumentowania, że aż strach.

Po tych w miarę znośnych niecałych dwóch godzinach, podchodzę do lądowania. I tu kolejna paranoja, której nie cierpię. Czasami człowiek sobie spokojnie pisze coś na laptopie i mu mówią, że lądujemy!!!! Na 40 minut przed lądowaniem i każą wyłączać!!! Samolot leci na 37.000 stóp, a oni chcą lądować. Z drugiej strony czasami człowiek czuje, że samolot już schodzi w dół i na 10 minut przed samy lądowaniem mówią, że lądujemy. Kretyni jedni i drudzy, nie ma balansu. W zeszłym roku przelatałem jakąś chora liczbę lotów i wiem, kiedy samolot idzie w dół i mój laptop nikomu na pewno nie zawadzi.

Podejście do Aten jest całkiem fajne, jeśli ma się dobra pogodę i jest dzień. Lot z Monachium (19 coś) nie daje takie możliwości, ale lot z Wiednia tak! Więc sobie dziś poleciałem nad Atenami patrząc i klnąc, że nie wziąłem aparatu, przyglądając się za dnia temu wszystkiemu na dole jakże inaczej wyglądającemu niż w reszcie Europy. No Grecja to Europa, ale Grecy to... też Europejczycy, ale jacyś inni. Ale fajni. Lubię Greków, a oni lubią również Polaków. Tak czy inaczej mają fajne żarcie. Polecam ichnie „suflakia”.

W Atenach każdy leci na Plaka i Akropol itd. Jasne,  to też trzeba zaliczyć, też to zrobiłem swego czasu. Jednak teraz dla mnie się liczy WSZĘDZIE jak najszybsze wydostanie się z lotniska. Po olimpiadzie z lotniska Venizelos jest ładna autostrada do miasta oraz kolejka. W zależności od nastroju biorę albo kolejkę albo taksówkę. Taksówka do miasta w dzień to jakieś 20 euro (zależy gdzie), a w weekend w nocy do Hiltona to 30-35 euro w zależności jak cię chcą okantować. Ale zawszę, parę razy należy puścić magiczne słowo „malakija” i z 30 się zejdzie na 20! Grecy kantują w taksówce jak Polacy!

Dojechałem do biura w dzielnicy Maroussi (chyba tak się pisze). No, więc muszę trochę popracować i napić się frappe! Jutro spotkanie z firmą, z którego pewnie nic nie wyniknie, albo dojdą do wniosku, że trzeba się spotkać jeszcze raz.


Pokaż/Dodaj komentarz (0)

XXXVII "Braniewska Jesień"
Napisał: Kula
środa, 27 wrzesień 2006

W dniach 22-24 września, już po raz 37, odbył się rajd „Braniewska Jesień”, którego organizatorami byli Klub Garnizonowy w Braniewie, Stowarzyszenie na Rzecz Młodzieży w Braniewie oraz KTP „FIGA”. W ramach rajdu przeprowadzono trzy trasy piesze, jedną rowerową oraz trasę motocyklową. W rajdzie wzięło udział łącznie ponad 220 osób. Tradycyjnie już wraz z Jackiem Łukasikiem prowadziliśmy najdłuższą trasę rajdu, która w tym roku biegła z Górowa Iławeckiego do Braniewa.

W piątek 22 września już od godziny 10.00, na dworcu PKS w Górowie Iławeckim, zaczęły stawiać się kolejne grupy. Jako pierwsi stawiliśmy się my (czyli Pietrucha i jego dwóch kolegów z wojska, 10 żołnierzy z kompanii rozpoznania 9 Brygady Kawalerii Pancernej i ja). Zaraz po nas przyjechał Darek Szwajkowski wraz z pierwszą turą swoich uczniów. O godzinie 11.40 przyjechali turyści z KTP „Bąbelki” z Gdańska pod przewodnictwem Gosi Szumały. Po krótkim powitaniu wyruszyliśmy w drogę. Nasza trasa prowadziła z Górowa Iławeckiego do Lelkowa przez Dzikowo Iławeckie, Lipniki, Sągnity, Głębock. Tego dnia pokonaliśmy łącznie ponad 30 km (głównie asfaltem) co bardzo wyraźnie odbiło się na kondycji stóp uczestników rajdu. Ale wysiłek ten wynagrodziła nam piękna pogoda, wspaniałe widoki oraz często spotykane ślady kultury ukraińskiej. Rejony naszej wycieczki są specyficzne, ponieważ kultura ukraińska jest na nich wszechobecna: w Górowie Iławeckim znajduje się Liceum Ukraińskie, w Głębocku i w Lelkowie znajdują się ukraińskie obiekty sakralne, a miejscowi ludzi często porozumiewają się ze sobą po ukraińsku. Sytuacja ta spowodowana jest tym, że tereny te zamieszkuje wiele osób mających korzenie ukraińskie, którzy zostali przesiedleni na te tereny w wyniku akcji „Wisła”. Na nocleg w Lelkowie dotarliśmy już po zmierzchu, a tuż przed szkołą przywitała nas ekipa rowerzystów z wcześniej już wspomnianego KTP „Bąbelki” z Gdańska. Po posiłku większość wykończonych turystów udała się na zasłużony wypoczynek.

Kolejnego dnia, ok. godz. 9.00, wyruszyliśmy na trasę w kierunku Lipowiny. Ze względu na drobne kontuzje, będące rezultatem dnia poprzedniego, postanowiliśmy z Jackiem skrócić trasę o kilka kilometrów. I tak z Lelkowa udaliśmy się do Wyszkowa, a następnie do Krzewna. Tam na uczestników rajdu czekała bardzo miła niespodzianka. Otóż Darek Szwajkowski zaprosił nas do siebie na ognisko. Przypominało to jedną wielką sielankę: pieczenie kiełbasek, leżenie pod drzewkiem, pyszna kawa zrobiona przez Martę (narzeczoną Darka). Po krótkim odpoczynku i posiłku przystąpiliśmy do konkursów. W ramach rywalizacji odbył się m. in. turniej rzutu podkową do wiadra, wbijania gwoździa w pieniek oraz konkurs wiedzy o regionie. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy... I zgodnie z tą starą jak świat zasadą musieliśmy nałożyć na nogi swoje ukochane buty i wyruszyć do Lipowiny. Na szczęście nie było tak ciężko – musieliśmy przejść tylko 4 km, a na dodatek w/w Marta zawiozła nam plecaki samochodem. Nawet nie macie pojęcie jaka to kochana dziewczyna... Na miejscu noclegu czekał już na nas kierownik braniewskiego Klubu Garnizonowego który zrobił nam pamiątkowe zdjęcie grupowe. W niedługim czasie dotarli również nasi kolaże.

W niedzielę wyruszyliśmy parę minut po godzinie 8.00. Ta wczesna pora wymarszu spowodowana była tym, że musieliśmy być już o godzinie 12.00 na zakończeniu rajdu w Braniewie. Niedzielną trasę przeszliśmy bez większego wysiłku i już o godzinie 11.00 byliśmy pod braniewskim Klubem Garnizonowym. Zaraz po nas zaczęli schodzić się turyści z innych tras, a wielkie zainteresowanie wzbudził przyjazd uczestników trasy motocyklowej. Wszyscy uczestnicy rajdu otrzymali pyszną wojskową grochówke, a najlepszym drużynom wręczono nagrody.


Podsumowując muszę stwierdzić, iż XXXVII Rajd Pieszy „Braniewska Jesień” uznaję za udany. Na naszej trasie stawiło się 40 turystów, a w ciągu 3 dni pokonaliśmy dystans 63 km. Jednak niewątpliwie najwspanialsza była atmosfera panująca na rajdzie, która oczywiście nie miałaby racji bytu gdyby nie wspaniali ludzie którzy ją tworzyli. Wspólne wędrowanie było wspaniałą okazją do utrwalenia znajomości, co będzie z pewnością miało efekt w postaci setek wspólnie spędzonych rajdów. A więc do zobaczenia na „Braniewskiej Wiośnie”!


Pokaż/Dodaj komentarz (4)

Podróżowanie
Napisał: JurekBin
wtorek, 05 wrzesień 2006
Te cholerne podróżowanie.... niektórzy lubią podróżować, inni chcą, jeszcze inni podróżują ponieważ generalnie rzecz biorąc muszą, a jeszcze jeszcze inni mają tego serdecznie dość i fakt oddalenie się od domu na 5 km już napawa ich odruchami jeszcze większego mienia wszystkiego dość. I tylko perspektywa czegoś potwornie strasznego jest ich w stanie wyciągnąć z domu.
Po kilku ładnych latach doszedłem do tego właśnie stanu. Na to nałożyło się jeszcze parę innych czynników pracowniczo-kulturowych.

Aby troszkę może zmienić ten pesymistyczny początek. Podróżowanie dla przyjemności jest generalnie ok, pod warunkiem że się jedzie tam gdzie się chce i z kim się chcę i ma się na przykład również jeszcze portfel pełny gotówki. Tak sobie polatać raz na pół roku to może i  w sumie fajnie i do tego zabrać jeszcze rower....

Wracając do kwestii pesymistycznej. Wszystkie inne formy podróżowania są potworne.
Wyobraźcie sobie sytuację:
"Para-normalny" dzień pracy - jeszcze za dobrych czasów, kiedy nie było paranoji na lotniskach - pobudka 05:00 poniedziałek lub wtorek, jesień, czarno i zimno. Natychmiastowy odruch Pawłowa, aby jak najszybciej wskoczyć do łóżka. Jednak wbijana przez lata poprzez pranie mózgu w firmach siła obowiązku wyciąga nas na dwór. Szybka toaleta, telefon - zamawiam taksówkę - i o jakieś 05:30 jestem w drodze na lotnisko. W taksówce dalej śpię, próbuję przynajmniej. Około 6tej, docieram. Wpadam do terminalu - i o zgrozo... widzę zgraję podobnych jak ja, niedospanych ludzi walących do swoich bramek. Jeśli się ma się danego dnia szczęście, to sie odleci tylko z 30 minutowym opóźnienem..... jeśle ma się mniej szczęścia to powiedzą że samolot odwołany (Alitalia 90% szans problemów).
Jakoś dostałem się do samolotu i po 07:00 kołujemy do pasa..... Na pokładzie... coś do zjedzienia, najgorsza kawa na świecie i tuż przed 09:00 jestem na miejscu, np. w Zürichu. tego dnia.  Akurat lot z Wiednia do Zürichu przy ładnej pogodzie czasami może być ciekway wizualnie, można sobie pogabić się zaspanymi oczami na Alpy.
Koło 9:30 docieram do biura.... tam standardowe głupoty, spotkania, uśmiechania się do głupiej gry itd. Wszyscy są oczywiście happy i All right. Tego nie znoszę między innymi też "Jak się masz?" Choćby ci rękę obcieło, bank zablokował karty itd. to z uśmiechem odpowiadasz "GOOD". No szlag powala człowieka na miejscu.
Po kilku godzinach głupich  rozmów, kolejna taksówka tym razem z biura na lotnisko Kloten i  koło 17:00 już siedzisz w poczekalni dla krawaciarzy i pijesz drinka. I kolejny stres.... samolot będzie o czasie czy nie?! Jeśli tak, to masz szansę na dotarcie do domu koło 21:00, jeśli samolot nie doleci... to... wszystko się może zdarzyć.

Pokaż/Dodaj komentarz (0)

Hejka! Czy ktoś był w Australii?
Napisał: gosiaczek112
wtorek, 22 sierpień 2006
Wiecie, Australia jest tez ciekawym krajem, choc to daleko. 26 godzin samolotem, z przesiadką w Hongkongu. Był tu w Polsce niedawno moj przyjaciel Polak-Australijczyk. Ale się dziwował Polsce!


- Dlaczego jesienią i zimą drzewa są łyse, bez lisci? Zawsze tak macie?
- Oj, bo liście spadają na zimę. U was nie spadają?
- Tez spadają, ale nie wszystkie na raz!
Tak oto dowiedzielismy sie, ze w Australii praktycznie caly rok jest zielono lub zółto (od wysuszenia Sloncem, nie z powodu jesieni :-) ). Nigdy nie ma tam wielu drzew na raz bez lisci...

***
Odwiedził kolezankę mieszkajaca w 10-pietrowym wiezowcu, bodajze na 8-mym pietrze. I wpadł w japonski styl, zaczął wszystko fotografowac, widok z 8 piętra na piaskownicę, inne wiezowce w poblizu. Zapytany skąd to dziwne zachowanie, powiedzial:
-Muszę zrobić zdjęcia, bo inaczej mi koledzy nie uwierzą!
(Ponoc w Australii mieszka sie glownie w jednorodzinnych domkach, cala Adelaide to domki polozone wzdłuz jednej ulicy, ciagnie sie to 80 km)

***
Pamiętam tez, jak kiedyś patrząc nostalgicznie na zaledwie 4-ro piętrowy budynek, w którym mieszkaliśmy, powiedział:
-Moze bym sie i nauczył w takich mieszkac...

***
To była jego druga wizyta w Polsce. W czasie pierwszej strasznie chciał zobaczyć snieg, a akurat zima była bezśniezna.
Rzekł tylko:
-Wiedziałem! Nie ma zadnego sniegu! Snieg to propaganda!

***
 Jak juz sie trochę zadomowił, opowiadal nam, jakim koszmarem byla jego pierwsza wizyta w Polsce, jak bardzo nie mogl zrozumiec tutejszych zwyczajow i regul spolecznych.
-Za pierwszym razem, jak tylko przylecialem do Polski, potem pojechalem na dworzec, wsiadlem do pociagu i pojechalem do Szczecina. Tam na dworcu, chcialem pójsc do toalety. Patrzę, dwoje drzwi, i na jednym kółko, na drugim trójkąt, w ktore powinienem wejśc? Na dworcu pusto, nie ma kogo zapytać, rozglądam się po hali i nagle widzę taki wielki napis "Informacja". Idę do informacji i pytam, czy drzwi oznaczone kółkiem są toaleta dla facetów?
A Pani jak sie nie wydrze, zebym z niej sobie jaj nie robił! Ze jestem zboczeniec i ona nie bedzie odpowiadac na takie wyglupy! Ze tu jest informacja kolejowa!

***
Zostawiłam go na poczcie, i poprosiłam, zeby stanął w kolejce po znaczki, a ja coś w tym czasie załatwię. Wracam, a on ciągle stoi tam gdzie stał i mowi załośnie:
- Ja nie umiem u Was kupować! Ludzie się przede mnie wpychają!
Okazało się, ze w Austalii w ogole ludzie maja wieksza "bańke prywatnosci", w związku z tym w kolejach tez stają dalej od siebie i on przyjechawszy do Polski, stawal w odleglosci, do ktorej byl przyzwyczajony, a to byl taki dystans, ze nik się nawet nie domyslil, ze on w kolejce stoi!

***
Z moich opowiesci niektorzy mogą odniesc wrazenie, ze to był moze jakis Aborygen, człowiek z buszu, NIC Z TEGO! To był bialy, bardzo sympatyczny i wesoly, wykształcony czlowiek, urodzony w Polsce, mówiący po polsku, lecz od 22 lat zyjacy w Australii. Kiedy opowiadal o ustroju spolecznym w Australii, o tym, ze np u nich nie ma zebraków na ulicach (bo jak ktos zebrze, to straz go zabiera i sprawdza, czy on rzeczywiscie jest taki biedny, jesli tak, dostaje zasilek i opiekę), to mialam wrazenie, ze jestesmy daleko w tyle. I gdybym pojechala do Australii, to pewnie tez bym się dziwowała i dziwowała. A moze napisze ktoś, kto był w Australii?

Pokaż/Dodaj komentarz (2)

Hurra! Mogę opowiedzieć o mojej wycieczce na Kretę!
Napisał: gosiaczek112
niedziela, 20 sierpień 2006
Ale super, ze jest taki blog!

W zeszlym roku bylam na Krecie i bardzo milo to wspominam. Przed wyjazdem bylam strasznie zawalona robotą i modliłam sie do Boga, aby mi pozwolił wypocząć! W dodatku zdecydowalam się jechać sama, bo mój chlopak nie mógl jechać, a ja MUSIALAM odpoczac. To byl tylko tydzien, ale było SUPER! Mały, rodzinny hotelik, wszyscy goscie spotykali się przy basenie i drink barze, takze anglicy i niemcy. Po raz pierwszy w zyciu, z ogromną powagą, Anglik powiedzial do mnie "how do you do" - czułam sie tak zaszczycona, ze myslalam, ze sie rozpłacze.
Urokliwe zatoczki, pierwsze w zyciu slimaki w cieście, niesamowita goscinnosc i prostota Greków (czy tez moze Kretenczyków). Czy wyobrazacie sobie, ze w knajpie kelnerka nie doliczyla mi do rachunku tych slimakow, ktore zamowilam, sprobowalam z ciekawosci, a potem z obrzydzenia nie moglam dalej jesc juz więcej z obrzydzenia?
Tacy są Kretenczycy - nie robią problemów i nie licza się drobiazgowo. W dyskotece - nocnym klubie, do ktorego poszłam ze starsza babeczką poznaną na tym wyjezdzie, grupa studentek i studentow postawili nam "wódeczkę" - ichni specjał - nic za to nie chcąc.  Jak wam jeszcze napisze, ze kilka dni temu rezydent tamtej wycieczki napisal do mnie sms-a z pozdrowieniami - tak, ja tez usiadlam z wrazenia! Oni po prostu tacy są! Polecam Kretę gorąco!

Pokaż/Dodaj komentarz (2)


Pobierz nagłówki ostatnich blogów. - Pobierz nagłówki ostatnich blogów.
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

REKLAMABIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2008 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;