| Minęło parę dni i w drogę, tym razem jednak w troszkę lepszej atmosferze no i cel przyjemniejszy. Jedyna ciemna plama na tym planie to fakt, że zarywam weekend i wolny akurat wypadający dzień. No, ale mówi się trudno, przynajmniej się trochę napiję ze znajomymi. Czwartek wieczór 19:50, standardowy lot do Sofii. Wpadam na lotnisko o 18:45 i parkuję w garażu nr 4 – parking długoterminowy. Na dole od razu się czekuje w maszynie, jako że generalnie podróżuję tylko z bagażem ręcznym, no chyba że wybieram się gdzieś na dłużej. Aczkolwiek teraz na Schwechat i nie tylko już zaczynają wprowadzać automaty do chekowanie, gdzie można również odprawić bagaż, jednak jeszcze nie mam żadnych doświadczeń ze współpracy z tym maszynkami. Gate A12, czyli za paszportami, na lewo od głównego hallu ze sklepami. Potem bramki do wykrywania metali i schodkami na dół do autobusu. Skoro mam już kartę pokładową, i widzę, że zostało mi jeszcze całe 15 minut do boardingu, lecę do business lounge na szybkie piwko. Mała uwaga, dla zainteresowanych, mając nawet bilet ekonomiczny, ale posiadając kartę Frequent Flier lub Senator, można sobie używać do woli w business lounge’ach, jeśli ma się chwilkę czasu. Przydaję się zwłaszcza, kiedy się czeka na połączenie, które lub się spóźniać. Biegnę na dół do bramki, już czeka autobus. Spotykam kolegę z biura – lecimy razem. Lot jak każdy, absolutnie żadnych przygód w ciasnym europejskim samolocie. Do Sofii z Wiednia leci się jakieś półtorej godziny z groszami. Sobie pogadaliśmy, kupiłem piwko i kawałek pizzy – austriackie linie teraz wprowadziły system kupowania żarcia i drinków. I tak przyjemnie wylądowaliśmy w Sofii. Taksówka i po parunastu minutach jesteśmy w hotelu. Check-in, i do baru nawet nie idąc na górę do pokoju, no bo po co .... :-) Koło 23:30 wraca grupa naszych znajomo-kolegów z innych oddziałów firmy, którzy również się wybierają na jutrzejszy Team Building. No i się dosiadają do obok. I tak niewinne piwko tzw. quickie jak to nazywam, przerodził się w imprezę. Koło 3-ciej cześć stwierdziła, że czas iść spać, ale inna część (niestety ze mną) jak najlepiej sobie „czytała” w barze. Całość zakończyła się w moim pokoju, gdzie jeszcze była butelka wina podarowana przez hotel na powitanie stałego gościa (mnie) oraz przy internecie o zgrozo o 7:00 rano. 3 godzinki spania i na krótką prezentację do biura, w ciemnych okularach. Szybko poszło, chyba coś przespałem :-) Koło 15:00 wsiadam w podstawiony autobus, tzn. wsiadam razem ze zgrają jakiś 70 ludzi – Bułgarów oczywiście, Włochów, paru Polaków licząc mnie, i Greków. Jedziemy do Pamporova, czegoś w rodzaju bułgarskiego Zakopanego i aby się „integrować”. Zobaczymy co z tego integrowania jutro wyjdzie. Nikt nic nie wie dokładnie jaki jest plan, ale napewno sobie usiądziemy w jakiejś knajpie aby przedyskutować bardzo istotne elementy na przykład jakiegoś projektu :-) Trasa długa, prawie 5 godzin autokarem z Sofii na południe w góry, ludzie niektórzy trochę się poczuli nie najlepiej, włączając mnie, ale ja chyba jeszcze się nie czułem w formie po poprzedniej nocy. Ale jakoś dojechaliśmy i zaczekowalismy się i na kolację... i od razu widać jak się grupki usadowiły. Mafia lokalna – czyli Bułgarzy sobie a reszta czyli my z innej planety sobie. Sama kolacja się udała że tak powiem w starych znanych strukturach, zobaczymy jak będzie dalej. Ja jak to się mówi odpadłem, jednak już nie te lata... musiałem odespać swoje aby mieć siły na następny dzień. Jednak pewna grupa szturmowa ze składem grecko-włoskim jeszcze trafiła na dyskotekę do klubu nocnego. Na razie tyle. Kolejne wrażenia, muszę przeżyć i przetrawić i znaleźć parę minut aby je opisać. |