|
O dziwo dzień się zaczął w miarę normalnie z wyjątkiem faktu przejścia ze strefy czasowej weekendowej do tej nienormalnej, czyli od poniedziałku do piątku, czego nie cierpię. Ponieważ miałem spokój przez jakieś 3-4 tygodnie z wyjazdami jakoś się pogodziłem z faktem, że musze gdzieś lecieć. Lot o 10:45 jest lepszy niż o lot o 6:55. Z punktu widzenia pracy i tak dzień jest stracony i tak, a mając na uwadze powrót, to lecąc na przykład do Aten jak tym razem na paru godzinne spotkanie i tak traci się 3 dni. Ale cóż takie realia. Aczkolwiek tak nie było. Za lepszych czasów jeszcze niedawno, kiedy się latało Business klasą człowiek się troszkę poświęcił i poleciał z przesiadką na przykład przez Monachium lub Frankfurt wieczorkiem, aby być na rano na miejscu i powrót kolejnego dnia o 18:00 też prze Monachium do Wiednia. Teraz, jednak nie będę ryzykował takich manewrów. Jeśli pierwszy lot się spóźni to szanse na złapanie połączenia są mniejsze, a przy bilecie ekonomicznym również traci się pewne priorytety w prze-bookowaniu. No, ale coż zrobić, tak jak większość firm ograniczyło latanie klasą business na krótkich lotach, więc nie ma, co dalej narzekać. Jeszcze tylko ponarzekam, że w liniach austriackich teraz w klasie ekonomicznej nie dają jeść „za darmo”, więc musiałem za wczasu się najeść w domu i w business lounge. W Wiedniu jest fajnie, w business lounges, mają Wi-Fi za darmo. Jako że jeszcze mam tam wejście sobie podjadłem i łyknąłem (szkoda, że rano), ale przynajmniej sprawdziłem pocztę i właściwe się dobrze podładowałem. Moje internetowe działalności reklamowe z weekendowych nocy zaczynają przynosić efekty... Widzę po ilości konkretnych mali. W końcu lecę do bramki. Jak ktoś będzie leciał przez Wiedeń, to jest tak, przynajmniej dopóki nie skończą nowego terminala. W każdym bądź razie „gejty” A są po lewo od wejścia, a B i C na prawo. Z tym że B idą na dół, i potem czeka nas autobus, a C są na górze i ma się rękaw. W przypadku bramek A, te od 1 do chyba 6, ale nie pamiętam na 100%, są na górze, a reszta leci w autobusy. Bramki A, są za paszportami, B są w Schengen, C różnie! Więc dziś mi się trafiło C62, nie jest źle – tuż od lounge. No nic, 10:20 lecę do rentgena. Przechodzę z monetami w kieszeni, ale tak jest zawsze. Chyba wszystkie wykrywacze na całym świecie nie wykrywają monet... siedzę sobie dalej w oszklonej klatce i mówią że boarding jest opóźniony o kilkanaście minut.... nie ma to jak karta UMTS i dalej można siedzieć w sieci. W końcu siadam, miejsce 6A – pierwszy rząd za business - czyli za parawanem, ale dziś przynajmniej nie ma nikogo w środku tzn. siedzenie jest niby na 3 osoby, ale tylko jakaś dziewczyna siada obok, a pomiędzy pusto. Nie jak w zeszłym tygodniu z Sofii. Dziewczyna fajna na oko, ale za młoda i te sztuczne paznokcie brrr. Już wspomniałem, że w AUA nie dają teraz w ekonomii za darmo żarcia. Mimo, że mogę to wrzucić w rachunki, powiedziałem sobie, aby się bujali i starałem się zająć drzemką, ale jakoś mi to nie wychodziło.... w końcu zaprzestałem starań zaśnięcia i zacząłem się gapić w okno. Wówczas przypomniałem sobie, że zapomniałem aparatu aby może coś ewentualnie pstryknąć. Tak to jest gdy się za często rusza z domu, pewnie rzeczy stają się tak normalne i tak mało ważne udokumentowania, że aż strach. Po tych w miarę znośnych niecałych dwóch godzinach, podchodzę do lądowania. I tu kolejna paranoja, której nie cierpię. Czasami człowiek sobie spokojnie pisze coś na laptopie i mu mówią, że lądujemy!!!! Na 40 minut przed lądowaniem i każą wyłączać!!! Samolot leci na 37.000 stóp, a oni chcą lądować. Z drugiej strony czasami człowiek czuje, że samolot już schodzi w dół i na 10 minut przed samy lądowaniem mówią, że lądujemy. Kretyni jedni i drudzy, nie ma balansu. W zeszłym roku przelatałem jakąś chora liczbę lotów i wiem, kiedy samolot idzie w dół i mój laptop nikomu na pewno nie zawadzi. Podejście do Aten jest całkiem fajne, jeśli ma się dobra pogodę i jest dzień. Lot z Monachium (19 coś) nie daje takie możliwości, ale lot z Wiednia tak! Więc sobie dziś poleciałem nad Atenami patrząc i klnąc, że nie wziąłem aparatu, przyglądając się za dnia temu wszystkiemu na dole jakże inaczej wyglądającemu niż w reszcie Europy. No Grecja to Europa, ale Grecy to... też Europejczycy, ale jacyś inni. Ale fajni. Lubię Greków, a oni lubią również Polaków. Tak czy inaczej mają fajne żarcie. Polecam ichnie „suflakia”. W Atenach każdy leci na Plaka i Akropol itd. Jasne, to też trzeba zaliczyć, też to zrobiłem swego czasu. Jednak teraz dla mnie się liczy WSZĘDZIE jak najszybsze wydostanie się z lotniska. Po olimpiadzie z lotniska Venizelos jest ładna autostrada do miasta oraz kolejka. W zależności od nastroju biorę albo kolejkę albo taksówkę. Taksówka do miasta w dzień to jakieś 20 euro (zależy gdzie), a w weekend w nocy do Hiltona to 30-35 euro w zależności jak cię chcą okantować. Ale zawszę, parę razy należy puścić magiczne słowo „malakija” i z 30 się zejdzie na 20! Grecy kantują w taksówce jak Polacy! Dojechałem do biura w dzielnicy Maroussi (chyba tak się pisze). No, więc muszę trochę popracować i napić się frappe! Jutro spotkanie z firmą, z którego pewnie nic nie wyniknie, albo dojdą do wniosku, że trzeba się spotkać jeszcze raz. Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze. Powered by AkoComment 2.0! |