Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Tunezja 2006 - 2 tygodnie z dziećmi
gosia_monastir.jpgDo Tunezji jechałam „jak na wojnę”. Wyjazd był przypadkowy - jechali nasi sąsiedzi mający dzieci w tym samym wieku co nasze. Dopiero po błyskawicznej decyzji zaczęłam zbierać informacje o tym kraju (w necie, więcej „od znajomych”). Obraz jaki mi się z tego wyłonił był przerażający, otóż brudno, robaki, niebezpiecznie, nic ciekawego do obejrzenia, morze pełne wodorostów alg i Bóg wie czego jeszcze, jedzenie wstrętne, a poza tym kraj mułzumański i wyjazd tam w napiętej sytuacji geopolitycznej nie jest najlepszym pomysłem.
Miałam ochotę nie jechać. Mam narażać dzieci na karaluchy, biegunkę i atak terrorystyczny?
Jednak zaliczka wpłacona, wąż w kieszeni głośno syczy, więc z przyczyn czysto materialnych postanowiłam jednak zaryzykować życie oraz zdrowie rodziny i zapakowaliśmy się do samolotu. Z duszą na ramieniu, bo nie mieliśmy lecieć naszym poczciwym LOTem tylko Tunisaire. Miłe zaskoczenie odlecieliśmy dokładnie o czasie i po niespełna trzech godzinach byliśmy na innym kontynencie. Jak na czarter obsługa była pomocna, miła, cierpliwa dla dzieci naszych „pomysłów” – a dzieci był pełen samolot.

Nie wiem gdzie były osoby, które odradzały mi wyjazd i dokładnie jakie mają standardy. My byliśmy w strefie turystycznej między Sousse a Monastirem w hotelu Ruspina ze Scan Holiday i były to jedne z bardziej udanych wakacji w naszym życiu. Już śpieszę wyjaśniać dlaczego.

Jadąc na wakacje z małymi dziećmi (5 lat i 1,5 roku) nie nastawialiśmy się na zwiedzanie i niezwykłe przygody. Potem żałowaliśmy, że nie jesteśmy sami. Ominęła nas na przykład kilkudniowa wyprawa na pustynię jeepami i spanie w namiotach.
Jednak nie byliśmy sami – tylko z dziećmi właśnie i ich potrzebom cały wyjazd był podporządkowany.

Po horrorze zeszłorocznego urlopu nad Bałtykiem Tunezja była cudowna. Wrzesień – ciepło, ale nie upalnie. W chłodniejsze dni (czyli takie na T-shirt) można było pospacerować po mieście czy pojechać do supermarketu. Z dziećmi oglądaliśmy tylko pobliskie miasta (Monastir i Sousse i nie widzieliśmy nic poza tym co można przeczytać w każdym przewodniku). Moja relacja skupi się więc na „technicznych” aspektach.

morze.jpgMORZE i PLAŻA
Tam gdzie byliśmy morze było bardzo czyste z bardzo długą płycizną dzięki czemu dzieciaki można było śmiało w rękawkach puszczać, piasek drobniutki, słomkowy – prawie jak nad Bałtykiem.

LUDZIE
Cudowni, przyjaźni, otwarci i ciekawi „jak się żyje w Polsce?, „Ile euro zarabiacie?” itd. Nie tylko w hotelu i okolicach ale także w mieście, nawet w najmroczniejszych zakamarkach mediny.
Opowiem dwie historie:
* Jesteśmy w środku mediny (stara cześć miasta) w części gdzie turyści raczej w mniejszości – na targu spożywczym. Wcześniej kupiłam w markecie 2 paki pieluch pampersów. Są tu relatywnie (zarobki Tunezyjczyków) drogie. Zostawiam pod apteką córkę w wózku, męża i pieluchy. Wychodzę – odjeżdżamy zapominając o pieluchach. Przeszliśmy kilka przecznic, weszliśmy do kilku sklepików, minęło dobre 15-20 minut. Orientujemy się – ojoj, pieluchy. Bez większej nadziei wracamy w okolice apteki, pieluch nie ma. Za minutkę wbiega jak oszalały pan sprzedajacy pieczywo na straganie z naszymi pieluchami rozpytując wszystkich o „madame z dzieckiem w czerwonym wózku”. Pieluchy nam oddał, pogroził palcem, żebyśmy nie byli takimi gapami i jeszcze dzieciakom dał po słodkiej bułce za fri.

* Druga historia –chłopczyk żebrał pod marketem. Nie dałam mu nic ale gdy wypakowaliśmy kosz do samochodu poprosiłam o odstawienie (w środku był dinar). A ta dzieciaczyna odstawiła mój wózek i przyniosła pieniądz z powrotem. Oczywiście wysypałam mu wszystkie drobne z portmonetki tak się wzruszyłam.

Na zakupach w medinie trzeba się targować. Nie ma wyjścia! My z mężem robiliśmy to na „stupid women” – ja targowałam się pół godziny, potem wchodził mąż zapłacić, i jak dowiadywał się wynegocjowanej przeze mnie ceny zaczynał na mnie „krzyczeć” że jestem głupią, rozrzutną kobietą i on nie zapłaci. Zwykle jeszcze 2-3 dinary udawało nam się „zbić” z ceny.
Pamiętajcie! Nigdy nie targujemy się o jedzenie!!!
To kraj mułzumański, a my dodatkowo trafiliśmy na Ramadan. Nie czuje się jednak dużej różnicy kulturowej. „Winne” są tu zapewne silne wpływy francuskie. Ludzie generalnie „wyluzowani”, obyczajowo dość swobodni. Mnóstwo dziewczyn ubranych „po europejsku”.
Po strefie turystycznej i mieście można poruszać się tanimi taksówkami (o cenę należy się targować i koniecznie ustalić ją przed jazdą!!!)

osio.jpgJEDZENIE, ALKOHOL, PAPIEROSY I MARKETY
W miastach większość sieciówek, niewiele różniących się od naszych. My robiliśmy głównie zakupy w carrefour ale wybór jest spory. Większość popularnych marek dostępna. Chociaż „Pampersy” na ich rynek różnią się znacznie od „naszych” (na zdecydowaną korzyść naszych, chłonność). Alkohol dostępny w holetach (miejscowe piwo Celtia i tutejsze wina – trzeba spróbować) oraz ... w marketach. Ale „za kotarką”, trzeba się rozejrzeć. Markowy (np. Jack Daniels) potwornie drogi, miejscowe wódki figowe i takie tam – bardzo tanie. Największy problem jest z papierosami. W sklepach są miejscowe marki i tylko kilka rodzajów. Jeśli mamy swoją ulubioną markę (ja np. popalam Vouge mentolowe) a nie chcemy kupować nielegalnie (w medinie, trzeba poszukać „papierosowego cinkciarza”, z „lewego” źródła są drogie) lepiej kupić w domu lub na lotnisku.
Jedliśmy zarówno w hotelu jak i na mieście. Kuchnia bardzo podobna do pozostałych krajów basenu Morza Śródziemnego po stronie naszego kontynentu (te zwiedziłam wszystkie), oczywiście z wpływami arabskimi i afrykańskimi. Jednak silniejsze są moim zdaniem wpływy francuskie i włoskie. W Monastirze polecam restaurację Alhambra (trudno przeoczyć, przy postoju taksówek naprzeciwko wejścia do mediny) specjalizującą się w kuchni europejskiej.
Dla miłośników warzyw (bakłażany na 1000 sposobów, przepyszne), kuskus i baraniny Tunezja to raj.

ANIMACJE DLA DZIECI
wszedzie_koty.jpgHotel w kórym byliśmy był objęty "programem" Fun Scan. Rano i po południu dwie animatorki organizowały zajęcia dla dzieci (w blokach po 2 godziny). Dzieci dostawały znaczki, plecaki i paszporty. w ramach programu malowały, wyprawiały się po pirackie skarby, robiły kukiełki, miały zajęcia sportowe i tysiące innych rzeczy. A co najfajniejsze - na miarę swoich możlwości były zapoznawane z tunezyjską i arabską kulturą - uczyły się jak powiedziec "cześć", przedstawić się, "jak się masz", "podoba mi się w waszym kaju" i takie tam. Co prawda czas animacji był za krótki by wyprawić się (rodzice) do miasta, ale i tak taka chwila oddechu w ciągu dnia od naszych skarbów byla bardzo sympatyczna. Dorośli też byli objęci programem animacji. Można było poćwiczyć (jedne zajęcia na sucho - zwykły aerobic, drugie aquaqerobic, a po południu na matach połączenie jogi, pilates i strechingu), pograć w piłkę wodną, mini golfa, ping-ponga, a na plaży w siatkówkę lub boule (pentaque).
Można było też nauczyć się tańca brzucha. Wieczory rozpoczynała Kinder Disco, a później organizowano jakieś atrakcje dla dorosłych. no, niezbyt wysokich lotów owe atrakcje ale w końcu na wakacjach człowiek był. Przy pewnej dozie wakacyjnego luzu i kilku wypitych w barze Celtiach wysokość lotów przestawała przeszkadzać a brzuchy niekiedy bolały nas od śmiechu nawet następnego dnia. Miejscowa ekipa animacyjna złożona była z młodych ludzi, bardzo komunikatywnych, aktywnych i sympatycznych. Mówiących doskonale po francusku, angielsku i niemiecku.

JĘZYK
W zasadzie każdy Tunezyjczyk, który ukonczyl szkołę nawet na poziomie podstawowym radził sobie nieźle z językiem francuskim. Znając francuski (choćby na poziomie podstawowym) nie ma problemu z dogadaniem się i w eleganckej restauracji i na ulicznym straganie w Tunezji. Z angielskim jest już gorzej. Większość osób obslugujących turystów bezpośrednio -w hotelach, na torze cartingowym, w parku wodnym, w lepszych knajpach mói oczywiście po angielsku. Ale już wiekszość kart restauracyjnych (także w hotelach) jest napisana "robaczkami" i po francusku. Mniejsze knajpki i pizzerie w medinie zdecydowanie francuskojęzyczne. Znajoma z którą byliśmy mówi świetnie po angielsku, pracuje w firmie gdzie z częścią kadry menadżerskiej tylko w tym jezyku można się dogadać. Jakież więc było zdziwienie kiedy w jednej z medińskich pizzeri powiedziala panu pytającemu o nasze zamówienie, że już ktoś z obsługi je przyjął, a pani patrzyła nadal baranim wzrokiem. Dopiero mój mąż, kóry świetnie się dogadywał stosując mieszankę angielsko-francusko-niemiecką, którą nazywaliśmy ze znajomymi "lingłicz" powiedział do pana "Your frend have ouer please" hahahah i pan się natychmiast rozpromienił. Ale to już takie smaczki ;) Generalnie warto zabrać rozmówki polsko-francuskie, ale w innych językach też mozna się dogadać.
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;