|
|
|
|
|
RELACJA - Bałkański Kocioł 2007 - patronat medialny eturystyka.org |
|
Autor: Wielicka Grupa Rowerowa Bajkers
|
15 sierpnia, godzina 10 z minutami. Samolot właśnie wylądował. Przez okna widać bezchmurne niebo i spalone słońcem góry. Kilka chwil wcześniej, jeszcze z powietrza wydawały się niemal płaskie, teraz straszą swą wertykalnością. W dodatku, choć to dopiero przedpołudnie, jest upał, nie czujemy go jeszcze, ale zaraz jak tylko wyjdziemy z samolotu uderzy nas rozgrzana masa powietrza. Mogłoby się wydawać, że po wylądowaniu napięcie powinno z nas opaść, jednak chyba w każdym z nas niepokój się wciąż wzmagał. Niby wszystko było zaplanowane, trasa ustalona, ekwipunek zabrany, niemniej świadomość, iż w pewnym sensie wkraczamy w Nieznane, nie dawała nam spokoju. Dobra, wylądowaliśmy, ale co teraz, jak to będzie, czy rzeczywiście uda się za miesiąc tu wrócić, czy wytrzymamy? – te pytania, które gdzieś tam w środku od kilku tygodni cicho pobrzmiewały, stały się teraz nieznośnie głośne. Ale cóż, klamka zapadła i nie pozostało nam nic innego jak rzucić się w wir przygody.
Pierwszą ulgę przyniosło nam odnalezienie bagaży i rowerów – na szczęście nic nie poniszczyli w czasie transportu, trochę się pudła sponiewierały, poza tym wszystko na swoim miejscu. Niepokój całkiem opadł jednak dopiero gdy zabraliśmy się do skręcania rowerów. Poszło szybko i sprawnie, a co najważniejsze wszystko działało. Pudła udało się zostawić w graciarni przy jednym z domów w pobliskiej wiosce, wsiedliśmy więc na objuczone rowery i ruszyliśmy na południe. Tym samym wyprawa rowerowa Bałkański Kocioł 2007 rozpoczęła się na dobre...
CZARNOGÓRA Do granicy Czarnogóry dotarliśmy po jakiejś godzinie jazdy, po dwóch kolejnych oczom naszym ukazała się w całej swej okazałości Boka Kotorska, zatoka morska głęboko wcięta w ląd i otoczona stromymi, sięgającymi jakiś 1500 metrów górami. Nie objeżdżaliśmy całej Boki, wybraliśmy wariant krótszy, mianowicie w najwęższym miejscu przeprawiliśmy się promem, który dla rowerzystów jest darmowy, a następnie pojechaliśmy w stronę Kotoru wąską i malowniczą drogą wzdłuż południowego brzegu. Boka robi wrażenie, nie bez kozery nazywana jest fiordem Adriatyku, otaczające ją góry niemal pionowo spadają w zwierciadło wody. Góry te jednak są raczej jasne, niemal białe, być może z lekkim zabarwieniem żółcią, nie rozumiem więc czemu to właśnie one dały taką a nie inną nazwę temu niewielkiemu krajowi. Ponoć po zmroku góry te uderzały swoją czernią wpływających do Boki Wenecjan, i stąd powstało określenie Monte Negro. Jak dla mnie każde góry po zmroku są raczej czarne...
W Kotorze po godzinach poszukiwań odpowiedniego miejsca udało się nam rozbić na kawałku nieużytku. Łatwiej byłoby chyba za miastem, no ale było późno i trochę się jednak zmęczyliśmy. Drugiego dnia czekało nas chyba największe przewyższenie na trasie - z poziomu morza na Jezerski Vrh w górach Lovćen (1660 m n.p.m.), co dawało jakieś 30 km pod górę. Na szczęście pierwszą część trasy pokonywaliśmy w cieniu gór, przez co słoneczny skwar nie dał nam aż tak w kość. Droga uroczo wspinała się serpentynami nad Kotor, a roztaczające się z niej panoramy na miasto i na Bokę należą chyba do najwspanialszy w Czarnogórze. Co ciekawe, znak „uwaga, ostre zakręty” pojawił się dopiero gdzieś w połowie serpentyn. Po dwudziestu kilku zakrętach na chwilę się wypłaszczyło, można było więc przyspieszyć i dać odpocząć mięśniom. Byliśmy na jakichś 900 metrach, stąd od głównej drogi odbijał Lovćenput – wąska, acz asfaltowa ścieżka, która już bez zbędnych serpentyn stromo wzbijała się w górę. Gdy po pierwszych kilkuset metrach zza drzew wyjrzał nasz cel ogarnęło nas lekkie zwątpienie – to jeszcze tak wysoko mamy się wspinać? Ale zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy, choć słońce grzało coraz silniej i praktycznie nie było już cieni, by można było przed nim uciec. Po drodze spotkaliśmy grupkę Słoweńców, a właściwie Słoweńca i dwie Słowenki, którzy również atakowali Jezerski, był to o tyle szczęśliwy przypadek, iż Słoweniec pomógł na szczycie Maćkowi wymienić pękniętą jeszcze podczas pierwszego dnia szprychę. Ale zanim tam dotarliśmy był czas na krótki odpoczynek na łące pod ostatnim etapem podjazdu. Siedzieliśmy przy stoliku razem z dwoma Serbami (?), jeden z nich nie miał ręki, z tego co nam opowiadał zrozumieliśmy, że rękę urwała mu bomba zrzucona przez NATO podczas konfliktu w Kosowie, podobno ukrywał się przed policją, drugi z nich natomiast obrabował bank (ale to był chyba żart...). Wszystkiego nie zrozumieliśmy, byliśmy dopiero dobę na Bałkanach i nasz serbsko-chorwacki pozostawiał jeszcze sporo do życzenia....:) Na sam Jezerski wjechać się nie da, ostatnie kilkaset metrów na szczyt pokonuje się po schodach wydrążonych w tunelu. Niemniej 1500 czy 1600 metrów w pionie – co to za różnica, byliśmy strasznie szczęśliwi, ze się udało, bo to oznaczało, że nie koniecznie jesteśmy na straconej pozycji, że stać nas na wiele, i że powinniśmy dać radę. Nie muszę chyba dodawać, że upał był straszny, że wypiliśmy masę wody i byliśmy totalnie przepoceni. Na szczycie Jezerskiego stoi mauzoleum Njegoša (taki czarnogórski Mickiewicz), wokół zaś roztacza się wspaniała panorama, w której uderza przede wszystkim to, że w którą by stronę nie spojrzeć, to widać same góry. Jak się później okazało, nie był to wyjątek wśród pejzaży bałkańskich, lecz reguła. Podczas naszej wyprawy nie byliśmy bowiem ani raz w miejscu, z którego nie byłoby widać gór. Owszem, zdarzało się, że jechaliśmy po płaskim, niemniej zawsze, przynajmniej gdzieś na horyzoncie majaczyły niższe bądź wyższe góry. Z Jezerskiego pojechaliśmy przez Cetinje w stronę jeziora Szkoderskiego. Nie trzeba chyba dodawać, że zjazd przez kilkanaście kilometrów po trudach podjazdu sprawił nam ogromną przyjemność. Widok Jeziora Szkoderskiego ze wzgórz w okolicach Virpazaru należy do kolejnych sztandarowych panoram Czarnogóry – błękitna toń wody, okalające ją niewielkie, acz strome góry, połacie trzciny wcinające się w jezioro – to wszystko skąpane w promieniach wieczornego słońca robiło fantastyczne wrażenie. Przeciwległego brzegu nie można było wyraźnie dostrzec, jedynie wątłe zarysy majaczały w zamgleniach na horyzoncie.
Z Virpazaru postanowiliśmy się przebić przez góry na wybrzeże, i dopiero stąd ruszyć ku Albanii – taki wariant wydał nam się mniej męczący. W wykonaniu planu miał nam pomóc niedawno wybudowany, 6 kilometrowy tunel pod górami Rumija. Jak się jednak okazało, w tunelu obowiązuje zakaz poruszania się rowerów, nie przejmowalibyśmy się tym zbytnio, gdyby nie obsługa rogatek (tunel jest płatny), która kategorycznie zabroniła nam wjazdu. Nie zostało nam nic innego jak złapać stopa. Nie było to łatwe – w końcu było nas troje, w dodatku każdy z niebagatelnym bagażem w postaci roweru! Na szczęście po jakiejś godzince czekania udało się nam zabrać tirem – rowery na pakę między betonowe rury, a my do kabiny. Koszt: 5€, w miarę uczciwie. Z Baru już bez przeszkód ruszyliśmy w stronę granicy. Czarnogóra pożegnała nas piękną drogą wijącą się wśród pól, gajów oliwnych, oraz wiosek, z których strzelały ku górze minarety meczetów – znak, że zbliżamy się już do kolejnego etapu podróży, do Albanii.
ALBANIA Dla przeciętnego mieszkańca Europy Albania jest krajem trochę dziwnym, w pewnym sensie nawet egzotycznym. Tak właściwie to niewiele o nim wiadomo, w ostatnich latach w mediach więcej mówiło się chyba o Albańczykach w Kosowie niż o Albańczykach w Albanii. Kraj ten zawsze stał gdzieś na uboczu historii, czy to pod panowaniem Turków, czy pod rządami Envera Hodży, którego marzeniem było samowystarczalne państwo izolowane od reszty świata. Już sam język albański, niepodobny do niczego, w jakimś sensie świadczy o „inności” tego kraju. Mówiąc więc, czy pisząc o Albanii popada się często w stereotypy o tym, że jest biedna i zacofana, że drogi są w fatalnym stanie, rzadko nawet wyasfaltowane, że są wszędzie śmieci, że Albańczycy jeżdżą samochodem jak chcą, i że tym samochodem musi być koniecznie mercedes. I nawet jeśli jest w tym wszystkim trochę prawdy, to taki obraz Albanii jest bardzo niepełny, pozbawiony niesamowitego kolorytu, którym Albania wręcz emanuje. Nie można bowiem zapominać, że Albania to oprócz śmieci, dziur w drogach i mercedesów również cudowna przyroda, przepiękne góry oraz życzliwi i sympatyczni ludzie, których spotkaliśmy na naszej trasie.
Przejście graniczne Muriqan (jedno z dwóch między Albanią a Czarnogórą!) nie wygląda szczególnie ciekawie – kilka bud, okna z braku firanek poobklejane gazetami, chaos taki, że właściwie bez trudu można by się przemknąć bez kontroli. A zaraz za przejściem jeden z ewenementów albańskich – całkiem spory bar, czy wręcz nawet restauracja, w której nie ma nic do jedzenia! Obiad postanowiliśmy zjeść więc w najbliższym większym mieście, tj. w Szkodrze. Szkodra dość głęboko zapadła nam w pamięć, pewnie dlatego, iż było to pierwsze nasze spotkanie ze zjawiskiem, jakim jest albańskie miasto. Generalnie rzecz biorąc, albańskie miasto sprawia wrażenie chaosu, nieuporządkowania, czy wręcz niechlujstwa. Domy często nie są dokończone, z dachów sterczą druty, śmieci walają się nie tylko po ulicach, ale i po posesjach, chodnikach itp. No i ruch uliczny – w Szkodrze nie było chyba żadnych działających świateł ulicznych, i tak zresztą nikt by na nie nie baczył, bo tu zasady ruchu drogowego kształtowane są przez kierowców indywidualnie i na bieżąco. Wszyscy trąbią, zwłaszcza wyprzedzając, jazda pod prąd jest wręcz normą, a o pierwszeństwie na skrzyżowaniach decyduje chwilowa sytuacja na drodze czy też spryt kierowców. Ale co ciekawe – jakoś to wszystko działa, ruch jest płynny, nie widzieliśmy żadnej stłuczki czy wypadku. I co również ważne – nie miałem poczucia jakiejś wrogości kierowców względem siebie nawzajem czy względem nas, co nieraz przecież zdarza się w krajach „o wysokiej kulturze drogowej” – co więcej, trąbnięcia Albańczyków podczas wyprzedzania nigdy nie były złośliwe, raczej przyjazne czy też po prostu informujące: „uwaga, wyprzedzam”. Brakowało nam tego w kolejnych krajach. Co do samochodów to faktycznie dominują mercedesy, przy czym są to głównie stare modele, sprowadzane z Niemiec, często uszkodzone, bez maski, czy reflektora. Natomiast główna droga w Szkodrze była nowiutka – gładki asfalt, szeroka jezdnia – Polacy mogą pozazdrościć...
Ze Szkodry udaliśmy się w góry, w stronę Puki – odradzano nam tą drogę, gdyż ponoć miała być szutrowa, stroma i nieprzejezdna dla rowerzystów, opinie te były chyba jednak skutkiem niedoinformowania u udzielających nam porad, bo był to jeden z najwspanialszych odcinków na naszej wyprawie. Trzeba przede wszystkim wyjaśnić, co znaczy droga wybudowana w albańskich górach. W większości znanych mi krajów drogi górskie kładzie się w możliwie największym stopniu w dnach dolin, wzdłuż rzek, potoków czy choćby wąwozów. W Albanii wręcz przeciwnie, tu mało która droga biegnie doliną, przeważają drogi, które wspinają się zboczami gór, biegną po wierzchowinach, schodzą to wyżej, to niżej, i to nawet jeśli w tym samym kierunku w dole płynie rzeka. Ma to swój urok, jednak w 40-stopniowym upale potrafi sprowokować rowerzystę do niejednego siarczystego przekleństwa pod adresem architekta. Nieraz bowiem z trudem wspinaliśmy się na przełęcze motywowani jedynie nadzieją, że to już koniec, że teraz będzie wreszcie w dół, po których okazywało się, że wcale w dół nie jest, że droga skręca i wspina się zboczem jeszcze wyżej... Jeśli chodzi o góry, to trzeba również powiedzieć, że góry w Albanii są przepiękne. Właśnie w górach przed Puką mieliśmy jeden z najwspanialszych noclegów na wyprawie – namiot rozbiliśmy na wypłasczeniu na jednym z grzbietów, z dala od jakichkolwiek zabudowań, rozciągał się stamtąd widok na niemal wszystkie okoliczne pasma. W nocy widać było tylko gwiazdy i niewielkie ogniska pożarów na przeciwległych zboczach...
Za Puką odbiliśmy w stronę Rubika, stamtąd już doliną rzeki dotarliśmy do głównej drogi na Tiranę. Przed Rubikiem nocowaliśmy na ogrodzie u pewnej rodziny, a dzięki temu, że była tam też dziewczynka, która znała angielski, udało się zamienić kilka słów, zostaliśmy również poczęstowani kolacją (nasz pierwszy kontakt z burkiem – domowej roboty, moim zdaniem przepyszny, zdaniem Maćka za suchy). Wtedy też zapoznaliśmy się ze specyfiką bałkańskich toalet, mianowicie nieczęsto korzysta się tam z sedesu, zamiast tego należy się liczyć, z mniej lub bardziej gustownie urządzoną dziurą w ziemi (przykładowo w Chorwacji, przy Plitwicach, „dziura” była zrobiona z nierdzewnej blachy i miała wyszukany dwustronny system opłukiwania wodą). Przed Tiraną czekała nas jeszcze jedna atrakcja – targowisko w Milecie. O tym, że było tu targowisko można się było dowiedzieć zanim jeszcze się je zobaczyło, mianowicie towarzyszył mu specyficzny hałas, na który składały się odgłosy wszelkiego rodzaju zwierząt domowych, splatające się z nawoływaniem kupujących i sprzedających, oraz dźwiękiem wszystkich niemal możliwych pojazdów oraz oczywiście klaksonów. Targowisko odbywało się częściowo na drodze krajowej (była niemal całkiem zablokowana), częściowo na poboczu a częściowo na terenie jakiejś starej zrujnowanej fabryki (?). Panował tam okropny chaos, wszędzie były zaparkowane samochody, przy których ktoś coś sprzedawał lub kupował. Głównie handlowano zwierzętami domowymi – mnie najbardziej zapadł w pamięć widok kilku kóz przywiązanych do haka przyczepowego jednego mercedesa. Zastanawiałem się czy kozy te będą musiały biec za autem do jednej z okolicznych wiosek, czy był to tylko tymczasowy sposób zabezpieczenia mienia...
Tirana nie zrobiła na nas jakiegoś oszałamiającego wrażenia, kilka miast i miasteczek albańskich już minęliśmy, a stolica była po prostu trochę większa, był większy smog, no i chyba ze dwa skrzyżowania z działającymi światłami. Oprócz placu w centrum z pomnikiem Skanderberga i operą ozdobioną ciekawą socrealistyczną mozaiką nie ma tam specjalnie co podziwiać, no może poza wielgachnym transparentem z napisem „Welcome president Bush”. Tiranę opuściliśmy więc względnie szybko. Pokonawszy kolejne góry (znowu cudowny odcinek!) dojechaliśmy do Elbasanu, do centrum jednak nawet nie wjeżdżaliśmy. Miasto leży bowiem w głębokiej kotlinie, a wskutek działającej tu elektrowni czy huty (?) nie da się w nim niemal oddychać, w naszym interesie było więc jak najszybciej się stąd oddalić. Kolejny etapem było Jezioro Ochrydzkie, do którego brzegów zjechaliśmy malowniczymi serpentynkami. Okolica wyglądała iście sielankowo – krystaliczna błękitna woda, pola zbóż złocących się w słońcu, ludzie na osiołkach, żadnych turystów (oprócz nas!), coś niesamowitego! Szkoda tylko, że nie bardzo się da wejść do jeziora, bo po pierwsze jest dość płytko po tej stronie, a po drugie trzeba wchodzić po jakiś takich dużych, śliskich kamieniach, obrośniętych glonami, co najprzyjemniejsze nie jest. Nocleg znaleźliśmy za Pogradcem, pewna rodzina zaprosiła nas do siebie na noc. Nie była to chyba typowa albańska rodzina, bo miała chatę tak odstawioną, że pewnie niewielu Polaków na taki wystrój byłoby stać. Szkoda tylko, ze prawie nie było wody w kranach, a prąd pojawiał się na kilka godzin dziennie...
Kolejnego dnia wreszcie trafił się nam kilkunastokilometrowy fragment słynnej albańskiej szutrówki. Należy zaznaczyć, że świadomie zdecydowaliśmy się na tę drogę, bo nie chcieliśmy opuszczać Albanii bez pokonania choć fragmentu po szutrze. Wszyscy bowiem jakoś tak strasznie narzekają na drogi w Albanii, a wcale tragicznie nie jest. Na ważniejszych jest asfalt, wiele odcinków, które mijaliśmy, było świeżo zreperowanych, lub było do naprawy przygotowywanych. Prawda – są fragmenty, gdzie dziur jest więcej niż nawierzchni, ale nie jest to reguła, ponadto są również takie drogi, które naprawdę nas jako Polaków wprawiały w kompleksy. Mam tu na myśli m.in. drogę z Korczy do granicy greckiej, która była chyba najlepszą (w sensie jakościowym) drogą po jakiej jechałem.
Obraz Albanii nie byłby kompletny gdybym nie wspomniał jeszcze o dwóch znakach rozpoznawczych, cechujących albański krajobraz, mianowicie o lavazhu (wym. laważ) i bunkrach. Lavazh jest to nic innego jak myjnia samochodowa, która znajduje się przy co drugim albańskim domu, a która składa się z myjki ciśnieniowej, gąbki, kilku młodych Albańczyków i wielgachnego transparentu „Lavazh”. Jest to chyba najpopularniejsza forma działalności gospodarczej w Albanii, i o dziwo dość dobrze prosperująca – w końcu kto chciałby jeździć brudnym mercedesem? Warto może jeszcze dodać, że spora grupa klientów lavazhy to auta na włoskich, czy greckich numerach, niemniej są to wszystko Albańczycy, którzy po prostu przyjechali na urlop do ojczyzny. Kolejny element krajobrazu albańskiego, którego nie sposób nie zauważyć, to bunkier. Podobno Hodża wybudował ich 800 tysięcy, czy to prawda – nie wiem, nie liczyliśmy... Sporo znajduje się zwłaszcza w okolicach przygranicznych, przy czym zdecydowana większość jest na tyle zniszczona i zaniedbana, że raczej nie są one w stanie pełnić swej pierwotnej funkcji. Dziś są raczej tylko urozmaiceniem pejzażu, wkomponowanym miedzy zakurzone skały i stada pasących się owiec.
GRECJA ...a właściwie to grecka Macedonia, o czym informowała niebieska flaga ze złotą gwiazdą pośrodku, łopocząca tuż obok greckiej zaraz za przejściem granicznym. Na terytorium Grecji byliśmy niecałą dobę, właściwie to tylko wyjechaliśmy na przełęcz i zjechaliśmy w dół do Floriny, z której udaliśmy się już do... no właśnie, gdzie? Żeby nie narazić się Grekom, należałoby napisać, że do F.Y.R.O.M.-u, bo tylko takie określenie państwa ze stolicą w Skopju jest przez Greków do przełknięcia (dał nam to do zrozumienia pewien celnik na granicy, który na wzmiankę o Macedonii-państwie trochę się wkurzył i omal nie kazał nam rozpakowywać sakw). Niemniej, biorąc pod uwagę, iż żaden Grek tej relacji raczej nie przeczyta, napiszę po prostu, że udaliśmy się do Republiki Macedonii.
MACEDONIA Macedonia miło zaskoczyła nas m.in. cenami, które są tam zdecydowanie niższe niż w innych państwach byłej Jugosławii. Oprócz tego jest tam naprawdę pięknie, zwłaszcza w okolicach Ochrydy – można w miarę spokojnie wypocząć, popływać i trochę pozwiedzać. Minąwszy Bitolę dostaliśmy się nad Jezioro Prespa, malowniczo otoczone górami, jednak przy brzegu zbyt płytkie, by móc się kąpać. Może dlatego brzegi nie były zagospodarowane turystycznie, przez co jezioro wyglądało względnie dziko i dziewiczo. Chcąc dostać się nad znane już nam Jezioro Ochrydzkie musieliśmy pokonać góry Galičica, co oznaczało wdrapanie się na jakieś 1600 m n.p.m. Łatwo nie było – upał i zmęczenie dawały już znać o sobie, w dodatku wiecznie chyba panujące tu zamglenia na tyle ograniczały przejrzystość powietrza, iż z przełęczy nie można było dostrzec drugiego brzegu jeziora. Ale i tak było warto, choćby ze względu na świetny zjazd. Z racji zmęczenia, późnej pory i profilu drogi nabrzeżnej, którą chyba konstruowali Albańczycy (jakby droga wzdłuż wybrzeża nie mogła być płaska...), nie dotarliśmy tego dnia do Ochrydy, nocleg znaleźliśmy 5 km wcześniej, w monastyrze w miejscowości Sveti Stefan. Brakowało wprawdzie wody bieżącej, ale miejsce było bardzo klimatyczne, a przy tym śmiesznie tanie (jakieś 1,5 € od osoby). Nad Ochrydzkim mieliśmy wreszcie pierwszy dzień odpoczynku, zrobiliśmy pranie, popływaliśmy i zwiedziliśmy Ochrydę, która znajduje się na liście dziedzictwa Unesco. Jest tam kilka starych i naprawdę pięknych cerkwi, poza tym troszkę wąskich uliczek, fragmenty murów, jakieś ruiny twierdzy itp. Naprawdę warto się tam udać, i to zanim na dobre rozwinie się przemysł turystyczny i zniszczy urok tego miasteczka.
Dalszy etap naszej podróży przebiegał wzdłuż zachodniej granicy Macedonii, tereny zamieszkałe głównie przez Albańczyków, nieszczególnie ciekawe. Zanim jednak dotarliśmy do Skopja, nocowaliśmy nad Jeziorem Mavrovskim. Pierwszy raz spotkaliśmy się tu z odmową pozwolenia nam rozbicia namiotu – zwykle bowiem rozbijaliśmy się na ogrodach u ludzi, oczywiście za zgodą właściciela. Przyjęło nas ostatecznie starsze małżeństwo, które nie dość że wielce się ucieszyło z naszego towarzystwa, to w dodatku poczęstowała nas m.in. kawą – był to chyba nasz pierwszy kontakt z typową dla Bałkanów kawą parzoną po turecku i podawaną z charakterystycznego dzbanka. Skopje rozczarowało nas dość znacznie, oprócz kilku uliczek starej dzielnicy tureckiej i nawet niezłej buregdžinicy (lokal gdzie sprzedają burki) nie napotkaliśmy na nic interesującego, poza tym dawały o sobie znać smog i upał, dlatego szubko zdecydowaliśmy się jechać dalej, w stronę granicy z Kosowem.
KOSOWO Wjeżdżając do Kosowa odczuwaliśmy pewien niepokój – w końcu tu jeszcze kilka lat temu trwały działania zbrojne, tu grasowała, a może i jeszcze grasuje Armia Wyzwolenia Kosowa, spadały bomby, ginęli ludzie itp. Przestrzegano nas, by tam nie jechać, bo ludzie są tam agresywni i może być niebezpiecznie. Na szczęście żadna z tych obaw się nie sprawdziła, były to tylko pozbawione obiektywizmu stereotypy, powstałe pewnie jeszcze w czasie, gdy o Kosowie było głośno w telewizji. Na granicy spotkaliśmy Polaków z KFOR-u, którzy wcale nie sprawiali wrażenia, jakby byli narażeni na jakieś straszne niebezpieczeństwa. Zresztą powiedzieli nam, że żyje się tu zwyczajnie, jak w każdym normalnym kraju. Faktycznie, jakichś istotnych różnic w stosunku do Albanii czy Macedonii nie zauważyliśmy, pomijając oczywiście dość spory stopień zmilitaryzowania kraju – porządku pilnują tu zarówno żołnierze KFOR-u, policjanci UN jak i miejscowi. Nie mają jednak specjalnie dużo roboty – jeden patrol zatrzymał nas i wylegitymował, przy czym ewidentnie było widać, że robią to z czystej ciekawości i chęci zabicia nudy. Biorąc pod uwagę ilość mundurowych o bezpieczeństwo nie musieliśmy się obawiać – zresztą napotykani mieszkańcy byli do nas raczej przyjaźnie nastawieni. Przeważają oczywiście Albańczycy, aczkolwiek jest też trochę serbskich wiosek, zwykle na drogach wokół nich umieszczone są punkty kontrolne KFOR-u. W jednej nawet nocowaliśmy, u bardzo gościnnej serbskiej rodziny. Miasta, które mijaliśmy (Prizren, Đakovica i Peć), zamieszkiwane obecnie niemal wyłącznie przez Albańczyków, sprawiały wrażenie trochę bogatszych krewnych miast albańskich (zapewne dzięki pomocy finansowej z zachodu). Ich mieszkańcy na szczęście zwykle znali trochę serbski, można się było więc dogadać „po słowiańsku”.
Z Kosowa postanowiliśmy się udać do Czarnogóry, wybraliśmy jednak nie główną drogę przez Rožaje, lecz trakt wiodący z Peću na zachód, wzdłuż kanionu Rugova, a następnie przez przełęcz Čakor. Na wszystkich mapach droga ta była zaznaczona, a pytani miejscowi zapewniali, że zarówno droga jak i przejście istnieją – co prawda nie wszędzie leży asfalt, ale bez problemu powinniśmy sobie poradzić. Faktycznie, asfalt skończył się po 20 kilometrach malowniczego podjazdu kanionem Rugova (najpiękniejsze miejsce w Kosowie), dalej był już tylko szuter. Po kolejnych kilku kilometrach natrafiliśmy jednak na ogromne wyrwy w drodze, ewidentnie sprowokowane jakimś ładunkiem wybuchowym, oraz tablicę informującą, że opuszczamy Kosowo. Autem przejechać by się nie dało, ale dla rowerów wyrwa nie stanowiła większego problemu, a że na tablicy nie było żadnego zakazu, a jedynie informacja, ruszyliśmy dalej, oczekując, iż na przełęczy spotkamy przynajmniej pograniczników czarnogóskich. Podjazd był naprawdę cudowny, piękne widoki, wspaniała przyroda, i słońce, które wreszcie ogrzewało, a nie paliło nam pleców i karków. Krótko przed przełęczą, dostrzegając w górze coś w rodzaju stróżówki i spodziewając się kontroli, przygotowaliśmy sobie paszporty. Jak się okazało – niepotrzebnie, bo na przełęczy stała jedynie zdezelowana budka i kilka baraków. I jeśli nawet były to obiekty pograniczików (w co wątpię, bo wyglądały raczej jak stajnie), to od lat nie było tam żadnego z nich. Odpoczęliśmy nieco, popodziwialiśmy przepiękną panoramę i ruszyliśmy w dół, ku Czarnogórze. I w ten oto sposób, przez zieloną granicę, opuściliśmy jedno z najpilniej strzeżonych i najbardziej zmilitaryzowanych państw Europy...
CZARNOGÓRA (znowu...) Celem naszej ponownej wizyty w Czarnogórze były góry Durmitor i kanion Tary. Zanim jednak dotarliśmy w ich pobliże, przecięliśmy kolejne górskie pasmo (przełęcz na wysokości ok. 1500 m n.p.m.) i pierwszy raz porządnie zmarzliśmy w nocy – był już koniec sierpnia, a my znajdowaliśmy się w górach i na dodatek spory kawałek od wybrzeża (potem już staraliśmy się nie rozbijać namiotu w wąskich dolinkach obok potoku :). Kanion Tary z pewnością był jednym z ładniejszych na trasie, ale mnie jakoś szczególnie nie zachwycił. Może dlatego, że się w nim paliło i miejscami nic oprócz dymu nie było widać... Most na Tarze również – ciekawy, ale czy porywający? Jakoś most Krk sprzed roku głębiej utkwił mi w pamięci... Chcąc dostać się do Žabljaka – punktu wypadowego w Durmitor – musieliśmy się wspiąć 10-kilometrowym podjazdem na płaskowyż powyżej kanionu. Na tym odcinku mogliśmy podziwiać m.in. akcję gaszenia pożaru w wykonaniu czasrnogórskich strażaków – polegała ona na tym, iż jeden ze strażaków, zaopatrzony w gałązkę z jeszcze nie spalonego drzewa, uderzał ową gałązką w płomienie, dość zresztą apatycznie i niemrawo, podczas gdy reszta strażaków skupiała się na dopingowaniu mijających ich turystów rowerowych z Polski. Na szczęście pożar nie był groźny, bo aż strach pomyśleć, jak by to wyglądało, gdyby rzeczywiście się porządnie paliło... Często góry Durmitor porównuje się do naszych Tatr, a Žabljak do Zakopanego – jest to porównanie trochę na wyrost, bo mimo iż podobnej wysokości, to Durmitor stanowi zdecydowanie mniejszy łańcuch górski od Tatr, zaś Žabljak to ledwo kilka sklepów i hoteli, jedno większe skrzyżowanie i trochę domów na okolicznych wzgórzach (aczkolwiek tempo budów jest ogromne, i być może za kilka lat porównanie z Zakopcem będzie już bardziej adekwatne). Uderza przede wszystkim ogromna „suchość” terenu – cały płaskowyż od kanionu Tary do Durmitoru porastają słomiane, wypalony słońcem trawy, zaś w Žabljaku (choć to w górach!) woda bieżąca bywa przez kilka godzin dziennie. Gdy się jednak weźmie pod uwagę krasowe podłoże geologiczne, dziurawe jak ser szwajcarski, to brak wody w zasadzie dziwić nie powinien. Uderzają również ceny – dosyć wygórowane, przypominające te z wybrzeża, co nas, „krakusów”, siłą rzeczy trochę bolało... Turystyka w Durmitorze dopiero zaczyna się rozwijać, są to góry jeszcze niezadeptane i stosunkowo dzikie, choć pewnie szybko to się zmieni – inwestycji i turystów przybywa, o czym świadczy choćby wprowadzenie opłat za wejście do Parku Narodowego w stronę Czarnego Jeziora. W porównaniu do naszego Morskiego Oka, Czarne Jezioro jest wciąż dziewicze i wolne od chmar wycieczek szkolnych, jednak już chyba nie dałoby się rozbić namiotu w jego okolicy, co jeszcze kilka lat temu, wedle relacji w necie, było możliwe.
Chcąc przebić się przez Durmitor wybraliśmy drogę od północy, w większości pokrytą asfaltem (alternatywą była szutrówka w południowym Durmitorze, którą ponoć tego lata również mieli wyasfaltować...). Podjazd na wysokość prawie 2000 m n.p.m. wcale nie był szczególnie wymagający, byliśmy już zaprawieni w bojach, w dodatku startowaliśmy z prawie 1500 m. Asfalt skończył się we wiosce Crna Gora (nomen omen ;), stąd też można by pewnie zobaczyć kanion Tary w całej swej okazałości, gdyby nie pożary – my mogliśmy podziwiać jedynie tabuny dymu... Na szczęście w kanionie Sušicy (boczna odnoga Tary) nic się nie paliło, widok w dół nas jednak nie tyle zachwycał, co raczej przerażał, gdyż chcąc jechać dalej kanion ten musieliśmy przeciąć – oznaczało to ni mniej ni więcej tylko okropny zjazd na dno kaniony drogą wyłożoną nawet nie kamieniami, ale wręcz blokami skalnymi, a następnie wjazd podobną drogą na przeciwległe zbocze. Nie ma co ukrywać, zarówno w dół, jak i w górę musieliśmy częściowo prowadzić rowery, bo jechać się po prostu nie dało. Na szczęście w dole był punkt czerpania wody, zbocza zaś porastały dające cień lasy – jakoś daliśmy więc radę. Potem już bez przeszkód urokliwą drogą (znowu asfalt!) dojechaliśmy do miasteczka Trsa – miasteczka to chyba za dużo powiedziane, bo było tam z pięć domów, jeden bar i jeden sklep, w którym można było kupić m.in. gwoździe. Niemniej Trsa zaznaczana jest na wszystkich mapach i to nie tylko Czarnogóry, ale i całych Bałkan... Stąd ruszyliśmy w stronę rzeki Pivy, a następnie granicy z Bośnią. Odcinek ten był jednym z ciekawszych podczas wyprawy, a to ze względy na niesamowite zagęszczenie tuneli. O ile na drodze wzdłuż Pivy tunele wybudowano na prostych odcinkach, to na zjeździe do rzeki od strony Trsy w tunelach poprowadzone były zakręty serpentyn, a w jednym wybudowano nawet skrzyżowanie! Oczywiście tunele były nieoświetlone i niczym niezabezpieczone, na szczęście ruch był znikomy i jakoś udało się nam w końcu dotrzeć do przejścia granicznego.
BOŚNIA Tym wszystkim, którzy w Bośni nigdy nie byli, kraj ten kojarzy się głównie z wojną, masowymi grobami i zbombardowanymi domami. I pewnie większość oczekiwałaby adekwatnych do tych skojarzeń widoków – jakichś ruin, lejów na drogach czy płaczących kobiet nad mogiłami bliskich. Na szczęście taki obraz Bośni pozostaje już tylko zdezaktualizowanym stereotypem, gdyż dziś, kilkanaście lat po zakończeniu działań wojennych, Bośnia to dynamicznie rozwijający się kraj, który z powodzeniem próbuje przezwyciężać widmo historii i stawiać na przyszłość. Owszem, nieraz spotykaliśmy ślady wojny – czy to zniszczone i opuszczone budynki, dziury po kulach na elewacjach, pola minowe, niemniej nie są to elementy dominujące w bośniackim krajobrazie. Przykładowo w Sarajewie oprócz rozsianych po okolicznych stokach cmentarzy i spalonym budynku ratuszu (póki co umyślnie nieodrestaurowanym) praktycznie nie widać śladów wojny (miasto było oblegane przez trzy lata!). Dopiero gdzieś w oddali od centrum, w dzielnicy blokowisk, na elewacjach co poniektórych domów dostrzec można dziury po kulach, ale i to pewnie wkrótce zniknie.
Generalnie Bośnia, zwłaszcza północna jej cześć, trochę przypominała nam polskie Beskidy czy Pogórze – zalesione, kopulaste góry, wsie wyglądające w zasadzie jak nasze, pasące się krowy itp. Tylko minarety meczetów, czy niektóre napisy cyrylicą świadczyły o tym, że jednak nie jesteśmy w Polsce. No i rzeki. Każda bowiem szanująca się bośniacka rzeka musi choć troszkę, jakimś swoim fragmentem, płynąć w kanionie. I nie chodzi tu o to, że brzeg ma mieć dwa-trzy metry wysokości, ale po prostu rzeka musi się naprawdę głęboko wcinać w powierzchnię terenu, między skały, inaczej mogłaby stracić twarz i zostać przez Bośniaków nazwana potoczkiem czy strumyczkiem... Jak to w praktyce wygląda – odsyłam do zdjęć, dość tylko powiedzieć, że jeśliby przełom Dunajca w Pieninach przenieść do Bośni, to nikt za bardzo by się tym nie zainteresował, bo podobnych przełomów mają tam na pęczki.
Pierwszy nocleg wypadł nam w Fočy, jak się okazało, nasi gospodarze byli zaprzyjaźni z Polką, która od lat tu mieszkała, i która wieczorem przyszła z nami chwilę porozmawiać. Był to naprawdę miły wieczór i sporo dowiedzieliśmy się o Bośni, o współżyciu różnych bośniackich nacji w dzisiejszych czasach oraz gdzie najlepiej robić zakupy (pani Grażyno, serdeczne pozdrowienia!). Dalej było już Sarajewo. I tu warto odnotować pewne zdarzenie, które w istotny sposób zaważyło na dalszym przebiegu naszej wyprawy. Otóż wjeżdżając do centrum musieliśmy przeciąć tory tramwajowe, a że trochę tego dnia padało i tory leżały pod skosem do kierunku jazdy, a nie prostopadle, zarówno Maciek, jak i Staszek, na tych torach się wywalili – po prostu tylne koła zablokowały się im w szczelinie i rowery stanęły dęba. Nic wielkiego się nie stało (na szczęście nie jechał żaden tramwaj), Maćkowi jednak pogięła się rawka z tyłu, co spowodowało dość znaczne scentrowanie koła i przyczyniało się do nasilenia łamliwości szprych. Najgorszą jednak konsekwencją było to, iż zdjęcie i założenie opony wymagało ogromnego wysiłku przynajmniej dwóch osób i użycia porządnych łyżek, których niestety nie mieliśmy – nasze plastikowe (w sumie 4) nie dożyły do końca wyprawy...
W Sarajewie przywitał i ugościł nas Victor. A kimże jest Victor, spytacie? Otóż Victor jest mołdawskim Rumunem, który w Sarajewie pracuje dla Ważnej Organizacji Międzynarodowej, który jeździ autem z plakietką CD, i który z chęcią przyjmuje u siebie, oprowadza po mieście i zaprasza do restauracji zagranicznych turystów rowerowych ;) Victora naraił nam Michael, amerykański Żyd, którego Magda poznała jakoś przez internet, a który również pracuje dla Ważnej Organizacji Międzynarodowej, i który na ważne spotkania biznesowe jeździ z Banja Luki do Sarajewa rowerem (jakieś 200 km – oczywiście bagaże przywozi mu potem autem prywatny kierowca). Obrazu „mafii” (jak nazwaliśmy ową Organizację ;) dopełnia Rudolf – francuski Niemiec, który z kolei przyjął nas w Banja Luce. Może trochę to wszystko podejrzanie wygląda, niemniej bardzo nam owa „mafia” pomogła, i w tym miejscu wszystkim trzem panom chcielibyśmy serdecznie podziękować!
A teraz kilka słów o samym Sarajewie – otóż jest to naprawdę piękne miasto, malowniczo rozłożone na dnie i stokach dość sporej doliny, z uroczą dzielnicą turecką (Baščaršija), i równie uroczym klasycystycznym nowym miastem, wzniesionym przez Austriaków. Są tu zarówno wspaniałe meczety, jak i kościoły czy cerkwie. Zabytki są zadbane i odrestaurowane, miasto zaś sprawia wrażenie prawdziwej europejskiej stolicy. Właściwie tylko cmentarze rozsiane po wzgórzach, gdzie na nagrobkach daty śmierci są dziwnie do siebie podobne, przypominają o minionej wojnie. Uwagę zwraca dość specyficzny styl ubierania się, panujący zwłaszcza wśród nastolatek – dość spora ich część nosi typowe muzułmańskie chusty. Nam wydało się to raczej bośniacką modą młodzieżową, niż przejawem jakiegoś radykalizmu religijnego czy demonstracji swojej wiary, większość bowiem z tych dziewczyn, z racji młodego wieku, pewnie nawet nie pamięta wojny. Mówiąc o Sarajewie należy jeszcze koniecznie wspomnieć o burkach – otóż tu są po prostu najlepsze, nigdzie indziej nie spotkaliśmy tak chrupiących i smacznych!
Z Sarajewa przez Travnik (ruinki zamku) i Jajce (też jakieś ruinki i stare domy, w zasadzie nic ciekawego) dotarliśmy do Banja Luki – stolicy Rep. Srpskiej. Stąd, po wizycie u Rudolfa, o którym wyżej, ruszyliśmy w stronę Bihaca i Jezior Plitwickich. Pech chciał, że właśnie przechodził jakiś front i zlało nas tak niemiłosiernie, ze musieliśmy się zatrzymać w Prijedorze, 50 km za Banja Luką. Nocleg znaleźliśmy w domu kombatanta (nasz najdroższy nocleg na trasie – ponad 12 € od osoby!). Następnego dnia na szczęście już nie padało, acz było chłodno i trochę wiało. Niemniej, już bez przeszkód, dotarliśmy do Bihaća, skąd do granicy z Chorwacją był przysłowiowy rzut beretem.
CHORWACJA W Plitwicach mieliśmy znowu pecha, bo prawie cały dzień padało, było naprawdę zimno i chmury przysłaniały góry – niezbyt sprzyjające okoliczności do podziwiania cudów natury PN Plitwickich Jezior. W dodatku na szlakach w Parku ledwo można było się prześlizgnąć między tabunami wycieczkowiczów, zwłaszcza niemieckiej i japońskiej proweniencji. I może dlatego Jeziora Plitiwckie jakoś nas nie powaliły, fakt, jest to piękne i urokliwe miejsce, z unikalnymi jeziorkami i kaskadami, niemniej następnym razem wolałbym je zwiedzać w bardziej sprzyjających warunkach. Popołudniu dotarliśmy do najbliższego miasta – Korenicy – gdzie udało nam się znaleźć nocleg w salce na plebani. W końcu Chorwaci to katolicy, wystarczyło wspomnieć, że jesteśmy z Polski, i że chcemy odwiedzić Međugorje i już zyskiwaliśmy sympatię duchownych. Manewr ten powtórzyliśmy potem w Gospiću i Mostarze, w Dubrovniku jednak już się nie powiódł ;) Kolejnego dnia znowu padało, jednak postanowiliśmy jechać mimo deszczu. Maciek dostał od svećenika (czyli księdza) worek na śmieci, który nałożył na kurtkę, gdyż ta mu przemakała. Wyglądało to zabójczo... Dojechaliśmy tylko do Gospića (koło 40 km) – trasa była przepiękna, ale zbyt mocno padało by jechać dalej. W Gospiću kończyliśmy wyprawę rok temu i miło było wrócić do tego miejsca i zobaczyć jak się zmieniło – okazało się, że wcale nie jest tak ponurym miasteczkiem, jak się nam przed rokiem wydawało, zwłaszcza że popołudniem trochę się chmury rozwiały i wreszcie pokazało się słońce. Następnego dnia udaliśmy się przez Gračac w stronę Knina – trasa jak z bajki, niezbyt wymagająca, prawie zero ruchu (równolegle leciała autostrada), a w dodatku pogoda cudowna (trochę chmur jeszcze się przewijało przez niebo, nawet chwilę padało, ale i tak było super w porównaniu z poprzednimi dniami). Gdzieniegdzie tylko widać było zrujnowane domostwa czy cerkwie, był to bowiem obszar serbskiej Krajiny, gdzie podczas wojny toczyły się ciężkie walki. Knin jakoś nas nie zachwycił, nawet nie mieli serwisu rowerowego (Maćkowi znowu pękły dwie szprychy). A że do Bośni było stąd już niedaleko, ruszyliśmy w kierunku granicy.
BOŚNIA (a właściwie to HERCEGOWINA...) Granica południowej Bośni z Chorwacją przebiega w przybliżeniu przez główne pasmo Alp Dynarskich, zaraz za przejściem czekała nas więc wspinaczka na kolejną przełęcz (ok. 1000 m n.p.m.). Trochę wiało, ale widoki zapierały dech w piersiach i z tego odcinka pochodzą jedne z najwspanialszych zdjęć z wyprawy. Z przełęczy zjechaliśmy do Bosanskiego Grahova, pierwszego osiedla ludzkiego za granicą – kiedyś pewnie było to miasto, dziś jest tu więcej ruin niż zamieszkałych domostw. W Grahovie ugościł nas Dušan, Serb z Belgradu, który miał tu dom, a w nim prywatny pub dla przyjaciół i znajomych. Dušan jest miłośnikiem zlotów hipisów w stylu Rainbow, a w wolnych chwilach pędzi rakiję, którą oczywiście nas poczęstował. Nocowaliśmy na jeszcze nie wykończonym piętrze jego domu, nie było tam wprawdzie ogrzewania, ale i tak musiało być cieplej niż na zewnątrz, gdzie w nocy było pewnie blisko zera stopni... Nazajutrz ruszyliśmy w stronę Livna przez śródgórską równinę, Livanjsko Polje. Drogę tę koniecznie chcieliśmy zobacz, a to za sprawą Vicora, który stanowczo nam ją odradzał – mówił, że są tam tylko ponure, opuszczone wsie, i że nawet psy tam nie szczekają. Oczywiście bardziej zachęcić chyba już nas nie mógł, i Tam Gdzie Nawet Psy Nie Szczekają stało się obowiązkowym punktem w naszych planach. Od razu muszę wyjaśnić, że Victor się pomylił, nie tylko bowiem spotykaliśmy psy, nie tylko psy te szczekały, lecz niektóre nas wręcz goniły! (mijaliśmy kilka stad owiec, i były to pewnie psy pasterskie...) Fakt, sporo wsi było zniszczonych i całkowicie opuszczonych, ale im bliżej Livna tym więcej mijaliśmy normalnych osad ludzkich, spotkaliśmy też oddział saperów odminowujących przydrożne pola. Na nocleg zatrzymaliśmy się w Šuicy, manewr z kościołem tym razem nie wypalił (proboszcz udał się właśnie na pielgrzymkę do... Međugorje), rozbiliśmy się zatem w ogrodzie u chorwackiego małżeństwa. Poczciwi Chorwaci nie tylko nas poczęstowali kawą, nakarmili i użyczyli łazienki, ale jeszcze przynieśli nam masę koców i przykryć do namiotu (znów okropnie zimna noc...), a wieczorem zaprosili do domu, byśmy się ogrzali i wspólnie obejrzeli kawałek meczu ukochanej przez Chorwatów „koszarki” w TV (Chorwaci przegrali z Grekami, co gospodarz skwitował dosadnym „pičku mater”). Kolejny dzień zaserwował nam znowu naprawdę rewelacyjny odcinek – drogę z Šuicy do Ramy, a potem kanionem Neretwy do Mostaru. Początkowo musieliśmy się wspiąć na płaskowyż, którym podążaliśmy kilkanaście kilometrów wśród skalistego, przypominającego trochę Dziki Zachód, krajobrazu. Nie tak daleko i wcale niespecjalnie wyżej (płaskowyż miał jakieś 1000 m n.p.m.) na grzbietach gór widać było płaty świeżego śniegu, który tu pewnie padał, jak nas przemaczało w północnej Bośni i nad Plitwicami. Było to o tyle dziwne, że widok śniegu w Hercegowinie z początkiem września raczej do częstych nie należy... Po przekroczeniu niewielkiej przełęczy zjechaliśmy nad jezioro Ramsko, które wyglądało doprawdy przeuroczo – niebieska, otoczona przez góry, toń wody, z której wystaje cała rzesza mniejszych i większych wysepek – a must see! Stąd mieliśmy już tylko rzut beretem do kolejnego wielkiego kanionu na trasie – kanionu Neretwy. Kanion niezmiernie ciekawy i atrakcyjny krajobrazowo, niemniej poprowadzono nim jedną z głównych dróg Bośni i Hercegowiny, łączącą Sarajewo z Mostarem – droga ta, dość wąska i bardzo ruchliwa, do najprzyjemniejszych na trasie nie należała. Za to Mostar zaskoczył nas ze wszech miar pozytywnie. Stare miasto nie jest specjalnie rozległe, niemniej ze swoimi ciasnymi, zastawionymi kramami uliczkami, Starym Mostem i strzelistymi minaretami sprawia niezmiernie urokliwe wrażenie, zwłaszcza o zachodzie słońca, lub po zmroku, gdy historyczne budynki rozświetlają iluminacje. Miasto znacznie ucierpiało w wyniku wojny – dość powiedzieć, że Stary Most runął, a obecny jest jego repliką – dziś w starym mieście nie ma jednak śladu po zniszczeniach, nie licząc oczywiście galerii zdjęć z czasów wojny i kilku kamieni pamiątkowych. Widać je natomiast w innych częściach miasta, zwłaszcza przy ulicy, na której przez ok. 2 lata utrzymywała się linia frontu – tu spotkać można jeszcze doszczętnie zniszczone kamienice, w oknach których dziś rosną drzewa, czy podziurawione na sito mury klasztoru franciszkanów. W klasztorze tym, a właściwie w salce przyklasztornej, nocowaliśmy, i to przez dwie noce, gdyż z powodu burzy musieliśmy opóźnić nieco nas wyjazd z Mostaru. Tu też, z inicjatywy Maćka, powstało jedno z najbardziej oryginalnych dań wyprawowych – małopolskie ćevapi. By je przygotować wykorzystuje się typową bośniacką bułkę – lepinję – którą podaje się w klasycznym ćevapi, jednak zamiast grillowanego mięsa mielonego, do środka należy wsadzić coś a’la pastę z sosu pomidorowego i fasoli, oczywiście ze sporą dozą pieprzu. Strat w ludziach nie było, więc chyba jadalne...
Mostar opuściliśmy wcześnie rano, pogoda wreszcie była taka, jak kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża Morza Śródziemnego być powinna, znowu mogliśmy więc czerpać przyjemność z jazdy. Tego dnia odwiedziliśmy kilka ciekawych miejsc – zaczęliśmy od Blagaju, gdzie znajduje się jedno z największych wywierzysk Europy (przez dziurę w ścianie skalnej wypływa potężnych rozmiarów rzeka) oraz stara tekla derwiszy (tj. klasztor muzułmańskich mnichów – dziś tylko atrakcja turystyczna). Kolejnym punktem było Međugorje – miejsce gdzie religijne uniesienia tysięcy pielgrzymów przeplatają się z komercją i religijną tandetą sprzedawaną w dziesiątkach kiosków i sklepików. Nam się jakoś nic nie objawiło, ruszyliśmy więc dalej, w stronę Wodospadu Kravicy, gdzie dość spora i szeroka rzeka spada z tektonicznego progu w kształcie półokręgu – ładne, nie powiem, ale do Plitwic to trochę brakuje (choć tym razem świeciło nam słońce!). Była to zarazem nasza ostatnia atrakcja w Bośni i Hercegowinie, spod wodospadu udaliśmy się bowiem w stronę położonego już w Chorwacji Metkovića.
CHORWACJA raz jeszcze Chcąc zaoszczędzić trochę na noclegu postanowiliśmy tego dnia nie przecinać nadbrzeżnych gór, na wybrzeżu nie mielibyśmy raczej szans na rozbicie namiotu w ustronnym miejscu i pewnie trzeba by było szukać kempingu. Okazało się, że nasza decyzja była strzałem w dziesiątkę, gdy bowiem w jeden z wsi za Metkovićem zatrzymaliśmy się, by się spytać, gdzie można by postawić namiot, to od razu zostaliśmy zaproszeni do kućy (czyli domu). Żeby było śmieszniej, właściciel domu właśnie wyjeżdżał, zostawił nam więc klucze i poprosił byśmy nazajutrz oddali je sąsiadom! Niesamowite, co? I to wszystko zaledwie kilka kilometrów w linii prostej od wybrzeża, gdzie podobne cuda nie byłyby wręcz do pomyślenia! Fakt, kuća nie była jeszcze całkiem urządzona i w nocy łaziły po ścianach jaszczurki, niemniej gościnność Chorwatów i tak przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. W wiosce tej zakupiliśmy rakije na prezenty do Polski – wystarczyło zapytać pierwszego lepszego tubylca, a on tylko spytał ile chcemy, po czym znikł w piwniczce i przyniósł napełnione i pięknie zakapslowane butelki po wodzie mineralnej. Litr wyszedł po ok. 25 zł, a więc cena całkiem przyzwoita jak za porządny, mocny alkohol.
W Dubrovniku byliśmy następnego dnia już wczesnym popołudniem, po drodze przecięliśmy znowu Bośnię (okolice Neumu) oraz zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zażyć rozkoszy kąpieli w Atlantyku – nic się jednak od ostatniego roku nie zmieniło, woda nadal była wyjątkowo, jak na południe Europy, zimna. W Dubrowniku zaliczyliśmy pierw kilka kościołów, ale właściwie bez większego przekonania, bo jasnym było, że tym razem nikt za darmo nas na noc nie przyjmie. W końcu daliśmy się zwieść lokalnej naganiaczce, której angielski ograniczał się do „very nice room” i „very cheap” (i tak wyszło nas taniej niż w domu kombatanta w Prijedorze...), zostawiliśmy bety i ruszyliśmy na miasto. Nie będę się tu rozpisywał o urokach starego Dubrovnika, powiem tylko, że jest to bez wszelkiej wątpliwości prawdziwa perła światowej architektury, z przepięknym starym miastem i majestatycznymi, zachowanymi w całości murami miejskimi. Jak się okazało nie był to tylko nasz pogląd, ale podzielało go również jakieś kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset tysięcy innych turystów, którzy wybrali dokładnie ten sam moment co my na zwiedzanie miasta. Dlatego też dobra rada dla tych wszystkich, którzy Dubrovnik pragną odwiedzić – należy udać się na miasto możliwie wcześnie rano, gdyż już koło 10-11 natężenie ruchu pieszego jest na tyle duże, że zwiedzanie to żadna przyjemność. Dotyczy to też spacerów po murach miejskich – my weszliśmy na nie zaraz po otwarciu, czyli chwilę po 8, i tylko dlatego udało nam się zrobić kilka fajnych zdjęć, na których nie ma przewijających się przez kadr niechcianych osób trzecich. Po południu ruszyliśmy już w stronę lotniska, po drodze zahaczyliśmy jednak o górę Srd, która wznosi się bezpośrednio nad starym miastem. Stąd roztaczała się wspaniała panorama Dubrovnika, co miało również swoje tragiczne konsekwencje, gdyż właśnie z tego wzgórza armia czarnogórska prowadziła ostrzał miasta podczas ostatniej wojny (dziś większość dachów starego Dubrovnika to repliki sprzed kilku lat), dziś stoi tu krzyż i ruiny górnej stacji kolejki linowej, nieczynnej od czasu wojny. Tu też można było zobaczyć ślady niedawnego pożaru, który szalał mniej więcej tydzień przed tym jak rozpoczęliśmy wyprawę i poważnie zagrażał miastu – linia ognia zatrzymała się w kilku miejscach zaledwie parę metrów od zabudowań.
Nie muszę chyba opisywać naszej radości, gdy w końcu dotarliśmy na lotnisko, które z drżącymi sercami opuszczaliśmy przed miesiącem. Ogarniało nas uczucie ogromnej ulgi i spełnienia – wreszcie, w końcu, udało się, cali i zdrowi wróciliśmy, a przy tym odwiedziliśmy właściwie wszystkie miejsca, które mieliśmy w planach. Przejechaliśmy 2800 km, by trafić do punktu wyjścia, który jednocześnie był naszym celem – naprawdę było to coś niesamowitego, coś, czego nam już nikt nie odbierze! Okazało się, że pudełka czekały na nas w nienaruszonym stanie, a więc wszystko układało się po naszej myśli. Jeszcze tylko jeden nocleg w namiocie (na tarasie przy jednym z domów), wieczorny lavazh (czyli przysznic wężem ogrodowym ;), a nazajutrz ostatnie śniadanie w Chorwacji, spakowanie rowerów do pudełek i leniwe godzinny wyczekiwania na trawniku przed lotniskiem na samolot, (przerywane wypadami do zagajnika figowego nieopodal, gdzie opędzlowaliśmy chyba wszystkie dojrzałe owoce...). A potem odprawa, start samolotu, widok Boki Kotorskiej nocą z wysokości kilku kilometrów, i już Kraków, lądowanie, i nasze rodziny, czekające na nas na terminalu... W ten oto sposób wyprawa rowerowa Bałkański Kocioł 2007 dobiegła końca! |
|
|
|
|