Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Ameryka Południowa
Autor: Sylwester Polak   
Tekst - Irena Choma, Zdjęcia - Sylwek Polak

Termin 11.07-24.08.06


Trasa planowana: Fortaleza - Rio - Sao Paolo - wodospady Iguazu - Buenos Aires - Santiago de Chile - Nasca - Lima - Machu Piachu - La Paz (ewentualnie) - Quito - Bogoda - plaże w północnej Kolumbii, ewentualnie, jeśli starczy czasu w Wenezueli - Cartagena

Trasa przebyta: Fortaleza - Salvador - Rio de Janeiro - Puerto Iguazu - Buenos Aires - Mendoza - La Quiaca, Villazón - La Paz - Puno - Cusco - Machu Piachu - Cusco - Lima - Tumbes - Quito - Atacames i Sua - Quito - Caracas - Maracaibo - Santa Marta - Cartagena




11 lipca 2006
Przygotowania nie trwały długo (miesiąc), ale w miarę gotowi i spakowani wyruszamy. Mamy lot z Barcelony (o 23.50 z Air Madrid) do Fortalezy i powrót 6 tygodni później z Kolumbii.
Czy wystarczy nam czasu, aby przebyć większość krajów Ameryki Południowej i pełnym wrażeń powrócić za niespełna półtora miesiąca?
Zobaczymy...
Pierwsza niemiła niespodzianka to opóźnienie lotu o 4 godziny. Wkurzeni bierzemy bloczki na diner finansowany przez linie lotnicze z powodu opóźnienia
Bufet w lotniskowej kafejce: ryby, owoce morza, sałatki, wędliny, owoce, ciasta, bogactwo menu wynagradza nam te 4 godziny oczekiwania. Może to i lepiej - pomyśleliśmy, przylecimy do Fortalezy o 7.30 a nie 3.30 w nocy.

12 lipca 2006
Zwiedzanie miasta (z lotniska autobus nr 404 do dworca centralnego, gdzie kupujemy bilety na dalszą drogę 156 reali (do Salvadoru), Salwadoru potem 013 lub inne z napisem Centro do centrum) przyniosło niedowierzanie i lekkie rozczarowanie. Odrapane budynki, sklepiki jakby w garażach, brud, mieszkańcy leniwie rozlożeni na słońcu pośrodku tego wszystkiego...Samo centrum wygląda jak hale targowe w Chinach: niezliczone ilości straganików, straganików: T-shirty, ręczniki i inna tandeta. Może jesteśmy wybredni, jeśli ktoś podziwial Norte Dame, jak może zachwycać się na widok Katedry w Fortalezie. Nic nas specjalnie nie zachwyciło, ale dzień zaliczamy do udanych. Upal, sok kokosowy do nabycia na każdym rogu - inaczej wyobrażaliśmy sobie najdroższy chyba kraj w Ameryce Łacińskiej, ale pasuje nam ten klimat.
W Fortalezie jest supermarket na rogu Rua Pedro I i Rua Solan Pinheira, nazywa się Lagoa. Przykładowe ceny: 3,5 reala za litr rumu, 3 - kilo bulek (ok. 20 szt.), bilety miejskie 1,6, toaleta 0,75, prysznic 1,9, dolar to około 2 reale.

13 lipca 2006
Po dlugiej drodze docieramy do Salwadoru. Naczytaliśmy się dużo o tym jak tu niebezpiecznie, ale z godziny na godzinę czujemy się coraz pewniej. Z dworca (autobus z Fortalezy dociera tu około 17) bierzemy taxi do dzielnicy Pelourinho (19-20 reali). Jeśli ktoś nie planuje wlóczyć się po calym mieście i nieciekawych rejonach caly smak miasta może znaleźć tutaj, jest bezpiecznie i egzotycznie.
Policja przez calą dobę na każdym rogu. Pokoik znajdujemy w uliczce na północ od krzyża Św. Franciszka. Należy minąć posterunek policji i za pierwszym skrzyżowaniem jest niezły hotel (25 reali z lazienka i sniadaniem: melony, arbuzy, jajo sadzone, bulka, ser i pyszna brazylijska kawa - czarna z dużą ilością cukru oraz duża szklanka soku przecierowego z mango), niebieski szyld Albergue Ajnos. Sam Salwador kojarzyć nam się będzie z muzyką i zabawą do białego rana. Centrum tętni życiem do bardzo późna. Nie zdążyliśmy obejrzeć obrzędów candoble, ale spędzamy mily wieczór wieczór restauracyjce na jednej z uliczek niedaleko hotelu. Wieczorami na wąskie, brukowane uliczki wystawiane są plastikowe stoliki, a z każdego lokalu rozbrzmiewa muzyka. Jak później się okazalo lokale zarabiają na grajka z gitarą poprzez dodawanie reala do r-ku ‘za słuchanie muzyki’. O ile ceny transportu są niewiarygodnie wysokie, ceny za wyżywienie są do zaakceptowania ( 8 reali za grillowaną pierś kurczaka z ryżem, czarną fasolą oraz salatką, 3 reale za 600 ml piwo, najpopularniejszy Scol ).

14 lipca 2006
O 12.30 mamy już autobus do Rio (aż 217 reali). Żalujemy później tej decyzji, bo Salvador okazal się bardzo przyjemnym miejscem i mogliśmy zostać dlużej, autobus następnego ranka 195 reali. No ale naczytaliśmy się jak turyści siedzieli w hotelu bojąc się wyjść na ulicę, by nie zostać ograbionym i skróciliśmy pobyt w mieście do minimum.
O 8 rano wyruszamy na krótką wycieczkę po mieście: kościół Św. Franciszka (genitalia na obrazkach wcale nie są tak duże jak sobie wyobrażaliśmy), plac do Se, bazylika, potem spacer aż po Elevator Lacerda, skąd rozciąga się wspanialy widok na miasto i zatokę.
Zakupy na dalszą drogę można zrobić w supermarkecie na Rodoviara (dworzec główny). Ceny: 2,6-4,3 litr rumu z trzciny cukrowej, 1,2 napoj z guarany: 1,5 litra, 1,5 krakersy, 4,2 kilo bulek.

15 lipca 2006
Około 28 godzin minęlo nam w autobusie zanim dotarliśmy do Rio de Janeiro.
Jest 16.30 – początek naszej przygody w tym wielkim mieście. Obawiając się o bezpieczeństwo bierzemy taxi, do dzielnicy Catete (25 reali). Jest tu kilka tanich hotelików (dwójka za 50-55 reali). Zatrzymujemy się nieopodal Rio Lisboa na rua Arturo Bernardes. Uliczki nieopodal hoteli roją się od straganów z owocami, biżuterią, barów ze świeżymi sokami i przekąskami, jest też ze 2 supermarkety.
Życie nocne natomiast prawie w ogóle na Catete nie istnieje, więc warto się zastanowić, czy nie lepiej zaplacić więcej za hotel np. w Copacabana niż wydawać potem na taksówki, jeśli planuje się imprezowanie.

16 lipca 2006
Na śniadanie w hotelu dostajemy bulkę z dżemem i krakersy. Po tym małym posilku szybko ruszamy na zwiedzanie miasta. Pierwszy cel: Copacabana. Pogoda jest piękna, więc caly ranek opalamy się na jednej z najpiękniejszych plaż świata. W porównaniu z nędzą i żebractwem na każdym kroku plażami może się Brazylia szczycić.
Po mieście najłatwiej podróżować metrem, choć nie wszędzie da się nim dojechać. Ceny: 2 reale miejski autobus, 2,6 metro lączone z busem (tak najłatwiej dojechać np. na dworzec autobusowy), niecale 2 reale samo metro.
Po południu jedziemy obejrzeć Cristo Redentor. Kursuje tam 180 i 184 z centrum, numer 583 z plaż na południu i 584 z dzielnicy Leblon – oznaczone sa Cosme Velho. Kolejka na szczyt Corcovado znajduje się na Rua Cosme Velho 513 (36 reali w obie strony)
Figura Chrystusa jest jedną z tych rzeczy na świecie, które trzeba zobaczyć.
O ile posąg wywiera na nas wielkie wrażenie widoku na miasto nie możemy podziwiać w pelnej krasie z powodu mgly.
Ceny: pieczywo, napoje w supermarkecie kosztuje tyle samo co w Salwadorze, tu też można kupić bulki na kilogramy, obiad można zjeść w bufecie na wagę (sałatki, dania mięsne, ryż, makaron itd. za jedną cenę, z reguly ok. 25 reali kilo, maly wybór dań w konkretnych godzinach np. 14-16.00 już za 14 reali kilo), które są dość popularne, 4 kotlety ważą około 30 dag, co uważamy za dobry interes, bo nakładając tylko mięso mamy solidny posiłek za stosunkowo niską cenę, uliczni sprzedawcy: sok z kokosa 2 reale, rurki z kajmakiem 1, kiść bananów 2, dużo jest warzywniaków, gdzie ceny za kilo owoców lub warzyw zaczynają się już od 1 reala.
Licząc się z groszem ciężko tu przeżyć – krótki tour po Brazyli to min. 1000- 1200 zl na osobę.
Po południu czekają nas jeszcze mile i niemile niespodzianki.
Mamy przyjemność trafić na festiwal przy Muzeum Republiki na Catete. Pyszne słodkości domowej roboty, szaszłyki, drinki, hot-dogi, baloniki, biżuteria, przypomina to trochę polskie odpusty.
Natomiast w centrum w niedzielę są kompletne pustki i masa żebraków. Banki, biurowce, eleganckie sklepy są wtedy zamknięte i caly teren przed budynkami staje się noclegownią dla rzeszy szczerbatych, brudnych i zapijaczonych bezdomnych. Strach iść ulicą. Uciekamy stąd czym prędzej z sercem na ramieniu.

17 lipca 2006
Śniadanie zamawiamy bardzo wcześnie, gdyż czeka nas napięty program zwiedzania miasta.
Pierwszy przystanek: Glowa Cukru. Z Catete latwo dojechać metrem, do stacji Botafogo i potem bus, który dowozi w pobliże kolejki na szczyt, bilet laczony metro+bus 2,6 reala. Na miejscu okazuje się, że nie przyjmują kart kredytowych kredytowych a bankomat w pobliżu oczywiście nie dziala. Gotówki wystarczy nam na jeden bilet tylko, trudno (35 reali). W sklepie z lodami zaraz Kolo kasy biletowej można placić kartą, ale w samej kasie nie. Takich paradoksów spotkamy jeszcze wiele na tym kontynencie.
Już o 16.30 wyjeżdżamy z miasta – cel Puerto Iguazu w Argentynie, bilet 185 reali. Brazylia jest droga i niebezpieczna, a Argentyna czeka na nas taka nieodkryta ze swoim peso wartym złotówkę.

18 lipca 2006
Około 16 następnego dnia jesteśmy już za granicą. Kwaterujemy się w gwarnym i popularnym, a także atrakcyjnym cenowo Corre Caminos – lożko 20 peso.
W miasteczku glówną i jedyną właściwie atrakcją są wodospady, do których udamy się następnego dnia. Wobec tego resztę dnia przeznaczamy na ‘podróż kulinarna po miasteczku’. Pierwsze miejsce w Argentynie, trzeba zobaczyć co czeka na nas w argentyńskich garnkach.
Na ulicznych straganach pyszne empanadas – smażone pierogi z wolowiną, kurczakiem lub serem, już za 0,5 peso, w supermarketach litrowe piwo za 2,5, milanesa (prawie jak schabowy) za niecale 3 peso, naprzeciwko dworca na rogu jest lodziarnia, pyszne, domowej roboty lody za 7 peso duzy pojemnik. W niedrogiej knajpce de Rolo za frytki, pierogi i duże piwo placimy 15 peso. Miasteczko bardzo nam się podoba, jest bezpiecznie, nawet nocą; Indianie sprzedają koraliki i tkane, barwne torebki; wieczorem w co drugiej restauracji skwierczy grill i rozbrzmiewa muzyka.

19 lipca 2006
Wczesnym rankiem wyruszamy do wodospadów, autobus z głównego dworca za 7 peso w obie strony. Wstęp 30 peso.
Zjawisko oszałamiające, warto było tu przyjechać. Na przejście wszystkich szlaków w parku i obejrzenie również mniejszych wodospadów potrzeba kilku godzin. Po parku jeździ specjalny pociąg. Flora i fauna nie jest bardzo różnorodna, ale fotografujemy kapibara i barwne motyle. No i wodospady – niedziwne, że lata temu żeglarze myśleli, iż dotarli na koniec świata: tak wielka jest Diabelska Gardziel.
Późnym popludniem ruszamy dalej, czeka Buenos Aires, a po wizycie w milym przygranicznym miasteczku, mamy apetyt na Argentynę.
Bilet Iguazu – BA 115 peso, kursy mają wliczony posiłek.

20, 21 lipca 2006
W stolicy zatrzymujemy się w Residence Carly, dwójka bez lazienki 28 peso. Hotel jest super zlokalizowany, przez okno widać pobliskie bary z pokazami tanga i plac Dorrego – serce dzielnicy San Termo.
BA też przypada nam do gustu – ceny przystępnego jak na kieszeń biednego podróżnika, może trochę za duże, w centrum cieżko przejść niektórymi ulicami, takie tlumy, ale bardzo mila atmosfera, dobre jedzenie, nastrojowe pokazy tańca…
W mieście oglądamy Casa Rosada z różowymi balkonami, z których przemawiala Elita Peron, Katedrę, Obelisco, większość atrakcji jest w zasięgu spacerku na piechotę, do innych dojechać można tanim metrem (0,7 peso).
Popołudnie można spędzić na placu Dorrego, przy piwku lub kolacji – danie 15 peso, oglądając pokazy tanga. Inna opcja to bary, gdzie w cenie wstępu, około 40 peso, mamy kolację i pokaz tanga.
Kolejnego dnia zwiedzamy cmentarz Recoleta, Wieżę Anglików (kopia Big Bena) i kolorową dzielnicę La Boca – ma swój artystyczny klimat, mimo wszechobecnej tandety.

22 lipca 2006
Docieramy do Mendozy. Bilety 90 peso – autobus comun o 21.00. Jeśli kogoś stać to polecam klasę najdroższą, maximum 40 zl drożej, a my już nie mieliśmy potem żadnego kursu, na którym jeździlyby first lass (skórzane fotele, pelna obsluga, posilki, szampan). W comun wąskie siedzenia i ohydne jedzenie.
W Mendzie zatrzymujemy się w Casa del Sol, na Catamarca 515. Warunki ok., ma się tylko wrażenie, że hotelu nikt nie prowadzi (15 peso za osobę). Na ulotce reklamowej jest informacja, że śniadanie w cenie, porady itd., ale to nieprawda. Tak czy siak zadowoleni jesteśmy z ceny i niedużej odległości od dworca autobusowego. Poza tym musimy szybko się organizować, bo przyjeżdżamy do miasta o 11.30, a o 14.30 jest większość ‘tourów’ do winnic.
Busik zabiera nas z hostelu. Wycieczka liczy około 10 osób, w programie jest zwiedzanie 2 winnic, wytwórni oliwy i starego kościoła (cena 30 peso).
Milo spędzamy popołudnie kosztując Chardonnay, Malbec, Savignon…
Na koniec zajeżdżamy do wytwórni oliwy z oliwek. Nasze blade pojęcie na temat rodzajów win i techniki degustacji zostaje nieco rozjaśnione.
Następnym etapem podróży mialo być Santiago Santiago Chile, ale przelęcz w Andach jest zasypana. Chilijczycy już drugi dzień koczują na dworcu w Mendozie i czekają na wieści z granicy. Nie zamierzamy podzielić ich losu i postanawiamy jechać na północ, do Salty, a potem do Boliwii.
Boliwia
23 lipca 2006
Rankiem niedaleko dworca kupujemy kanapki z kotletami (milanesa) za 2 peso, a już o 13 mamy autobus do Salty (99 peso).
Dotrzemy tam o 7 rano.

24 lipca 2006
Docieramy do Salty, nie planowaliśmy tu postoju, więc próbujemy jak najszybciej się wydostać. Najszybszą i najtańszą opcją jest za 25 peso zwykly autobus do granicy z Boliwią. Wybieramy ją i jeszcze przed południem znów siedzimy w autobusie. Przed podróżą można zjeść tanie i dobre śniadanko, kanapki na dworcu, już od 1 peso, nieopodal są też sklepiki, gdzie można kupić piwo czy napoje oraz drobne przekąski.
Prowincja na północ od Salty jest najbiedniejszą w kraju, więc podróż przez te rejony dostarcza niespotykanych wrażeń, czujemy się jakbyśmy wjechali już do innego kraju.
Za oknem jakby krajobraz z planu filmowego o dzikim zachodzie, najpierw pustkowia gdzieniegdzie solniska, przeplatane gdzieniegdzie krzaczastymi trawami i kaktusami, potem różnokolorowe wzgórza, czerwone i czarne, pośród nich male osady indiańskie, na postojach baby w szerokich spódnicach i kapeluszach.
Na 18.00 docieramy do miejscowości granicznej La Quica. Granica jest czynna do 20.00, więc zdążymy przejść na drugą stronę, z odprawą paszportową nie mamy problemów.

25 lipca 2006
Nocujemy w La Plaza Hotel, za 80 boliwianos. Na granicy można kupić walutę w malych kantorach, należy wybierać tylko te miejsca, które podają przewodniki ( 1 dolar 7,95 boliwianos, euro to 9,2).
Wieczorem wyruszamy jeszcze na miasto, wygląda trochę na opuszczone, pusto i ciemno. Jemy kolację: hamburgery z milanesą za 5 bol. sztuka w obskurnej budce na ulicy. Tak, to jest inny świat, jakbyśmy cofnęli się ze 100 lat w przeszłość.
O 8 rano odjeżdża autobus do La Paz (80 bol.). Ciężka droga, wyboista, dluga, na postojach obrzydliwe jedzenie, strasznie tanio, ale ile można żywić się ryżem i tłustymi, bezsmakowymi zupami. I te suszone, czarne ziemniaki, blee.
O 4 rano jesteśmy jesteśmy w La Paz.
Bierzemy taxi (ok. 20 bol.) i udajemy się do Alojamiento El Viajero (25 bol. za noc). Pokoje są wieloosobowe, ale mamy szczęście nocować sami, przez 2 dni nikogo nam nie dokwaterowują. Jest ciepla woda i warunki nas zadowalają.

26 lipca 2006
Spędzamy mily dzień w La Paz. Dziwni ludzie, jakby z innej epoki, dlugie, szerokie spódnice, kapelusze, ubierają się tak bez względu na wiek i zamożność.
Zwiedzamy tzw. Targowisko Czarowników, kościół św. Franciszka, plac Pedro Murillo itd. Wysokość trochę daje się we znaki, jesteśmy na prawie 4000 m. n. p. m., wolnym tempem więc pokonujemy kolejne ulice i uliczki. Na jednej z bogatszych ulic jemy śniadanie, wybierając jedne z najdroższych dań, za 3 osoby placimy 80 bol., kupujemy też niedrogie i fajne pamiątki, m. in. poncza z alpaki za jedyne 50 boliwianos. Generalnie La Paz jest bardzo tanim i bardzo przyjemnym miejscem, można zjeść, wypić, zadzwonić do Europy za grosze, jedyny minus to pogoda – wysoko, więc jest dość zimno.
Ceny: woda 2 l. – 4 bol., lody, pierogi i in. przekąski ‘uliczne’ tylko 1 bol., kurczak z frytkami 10 bol., pralnia 5 bol. za kilo, piwo w knajpie 7 bol., koktajl owocowy 4 bol., czapki, rękawiczki ok. 10 bol.

27 lipca 2006
Opuszczamy La Paz. Autobus mamy do Cusco w Peru, otwarty na trasie Puno – Cusco. (120 bol., 50 do Puno, i 70 na dalsządrogę).
Peru, Cusco
Okazuje się, że to jedna z najgorszych decyzji w tej podróży. Mogliśmy jechac bezpośrednim do Puno za 80 bol. i być tam przed południem, tymczasem tłuczemy się przez Copacabanę, autobus psuje się przed Puno i po kilku jeszcze niemiłych przygodach docieramy do Puno na 16.00.
Mamy szczęście zalapać się jeszcze na 17.00 na kurs lódką do plywających wysp.
Placimy 20 soli. Blokujemy też autobus do Cusco na 20.00.
Wycieczka udaje się wspaniale, jezioro Tititaca jest piękne, wyspy imponujące, ale zaraz po niej problemów ciąg dalszy.
Autobus nie przyjeżdża. Z calą rzeszą innych turystów koczujemy do rana na dworcu w Puno. Nad ranem na skutek interwencji policji udaje nam się odzyskać 36 soli - po potrąceniu nadzwyczajnego podatku, ale z kim się klócić i jak o te parę groszy. Kupujemy też bilety na inny autobus do Cusco. Autobus ten kosztuje tylko 18-25 soli, w zależności od klasy, więc całkowicie bezsensowne było przedwczesne kupowanie przejazdu w Boliwii, na nieistniejący kurs zresztą. Dnia nie uznajemy za stracony tylko ze względu na interesującą wycieczkę do trzcinowych wysp.

28 lipca 2006
Na godzinę 13 docieramy do Cusco. Okazuje się, że jest święto państwowe więc nici z planowania dalszej podróży – kasy biletowe zamykają o 13. Machu Piachu musi na nas jeszcze poczekać.
Trip do Machu można kupić w biurach podróży (jest ich sporo w centrum miasta oraz w okolicach dworca kolejowego); oprócz biletu kolejowego zapewniony jest wtedy bilet wstępu, dojazd autobusem z postoju kolei do wejścia, przewodnik w jęz. ang. po Machu. Ceny jednak nie zachęcają, najmniej 125 dolarów, z reguly 130-135 i wiecęj.
Szukamy więc kolejnych biur informacji, aby znaleźć inną opcję jak najszybszego dotarcia do ruin. Bilety na pociąg dla obcokrajowców sprzedawane są tylko w dolarach, najlepszy kurs znajdujemy w biurze informacji turystycznej na Plaza de Armas: $1 = s./3,20, euro =s./4,02, a dolary kupujemy w cenie 1 euro = $ 1,245.
Centrum Cusco mile nas zaskakuje, może trochę za dużo turystów, ale tak już jest w Peru: tlumy w każdym ciekawym miejscu, ceny wywindowane a zaplecze usług mizerne. Ma się Peru czym pochwalić, ale podnoszenie cen dla bialasów 2 albo 3 krotnie strasznie nas denerwuje.
Suma sumarum lazimy, szukamy, zwiedzamy i najlepszą opcją dotarcia do Machu okazuje się autobus do Ollantaytambo (w polowie drogi do Machu) za jedyne 5 soli, a stąd są 2 opcje:
- nocny do Aguas Calientes ($44 w obie strony lub 30 w jedną stronę), zanocować tam i po obejrzeniu Machu wrócić za 2 dni, z Aguas Calientes jest tylko 20 min do Machu autobusem ($6) lub pieszo ponad godzine
-jeśli dotrze się po 19 do Ollantaytambo jest za późno by kupić bilety na ten sam dzień, na następny zresztą też, bo sprzedają tylko w danym dniu, więc nocujemy Ollantaytambo w Chaska Wasi (15 soli/os., ewentualnie śniadanie 5 soli, ale nie polecamy: chleb, maslo i dżem). Na mieście za podobną cenę można zjeść lepiej i dodatkowo dostać sok, tosty, kawę…
Pierwszy poranny pociąg do Machu jest o 6.40 za $53 obie strony-backpackers lub 34 w jedną stonę.
Wariant nasz spodoba nam się jeszcze bardziej po poznaniu cen w Aguas Calientes.
Rozklad pociągów backpackers z Ollantaytambo:
Wyjazd - Przyjazd do Machu: 6.40-8.06; 9.05-10.35; 11.05-12.37; 12.25 - 14.00; 17.15 – 19.15
Wyjazd z Machu – Przyjazd do Ollant. 9.15- 11.31; 16.20 - 17.48; 17.40 – 19.18; 14.30 – 16.13; 20.15 – 21.52
Ceny pociągów Cusco – Machu 1st lass $105 (one way 52,50)
Backpackers $68 (one way 44)
Cena 1st class z Ollant.- Machu 71,50 (one way 35,75)
Zarówno Ollsntaytambo jak i Agues C. są dość przyjemne, ale za dużo turystów. Dużo drożej niż w Cusco, nie ma miejsc, gdzie można zjeść za grosze z miejscowymi. Aczkolwiek zupa i danie w Ollantaytambo to wydatek od 10 soli – tania opcja dla turystów (tania i smaczna, krem z pieczarek i ryż z kurczakiem dostaliśmy bardzo dobre) lub dania z karty 8-20 soli. W Agues Calientes ceny idą w górę, ale można zjeść hamburgera z frytkami za 6 soli.

29 lipca 2006
MACHU PICCHU!!!
Peru, Machu Picchu
Rankiem kupujemy bilety, na 8 docieramy do Machu (około 10 jest tu już bardzo dużo turystów, więc radzimy przyjechać jak najwcześniej). Na górze jednak kolejny raz peruwiańska glupota nam dziala na nerwy. Bilet kolejowy trzeba kupić w dolarach, autobus z peronu do Machu też, ale sam wstęp trzeba opłacić w solach…79 soli.
Odliczoną kwotę w dolarach musimy więc po barbarzyńskim kursie wymienić na sole, na szczęście jest kantor parę kroków od wejścia. (3,07 soli za dolara).
Kilka godzin zajmuje nam zwiedzanie kompleksu i pobliskiego mostu Inków.
Samo Machu Picchu bardzo nam się podoba. Rankiem nie ma tlumów, więc możemy podziwiać zjawisko w pelnej krasie. Pobliskie szczyty zaś spowija mgla co jeszcze bardziej nadaje miejscu tajemniczości. Nie widzieliśmy wszystkich cudów świata, ale Machu postawilibyśmy obok Wielkiego Muru i piramid egipskich.

30 lipca 2006
Niedziela, w miasteczku trochę pusto, ale na nas i tak czas udać się w dalszą drogę. Po negocjacjach z kilkoma kierowcami busików znajdujemy kurs za 5 soli za os. do Cusco. O ile na dworcu w Cusco jest stala cena 5 soli na trasie Cusco – Ollantaytambo, droga powrotna wygląda inaczej, chcą 10, 15 a nawet więcej za ten sam przejazd.
Z Cusco dwa razy w tygodniu odjeżdżają autobusy do Quito, cena ok. 120 dolarów. Nie czekamy jednak dwu dni na ten kurs i kupujemy bilet do Limy (120 soli).

31 lipca 2006
Poniedziałek około 2 po południu: docieramy do Limy. Tutaj każdy przewoźnik ma swój dworzec autobusowy więc zajmuje nam conajmniej godzinę sprawdzenie
cen kilku firm, ceny są podobne, różne glównie godziny odjazdów.
Kupujemy bilety do Tumbes – najbliżej do granicy z Ekwadorem za 80 soli sztuka. Jemy bardzo dobry obiad. W trasie tej mieliśmy okazję jeść w różnych miejscach, tańszych i droższych, ale ten obiad na pierwszym piętrze w dworcowej jadłodajni był jednym z najsmaczniejszych (ryż, frytki, kotlet – 7 soli).
W Limie z wyżywieniem nie było problemów, już za sola można coś przekąsić na ulicy.

1 lipca 2006
Tumbes – do granicy jeszcze ok. 26 km. Jest Jest godzina 14. Posługując się ogólnikowa mapką z przewodnika znajdujemy ulicę Piura – miejsce odjazdu busików do Aguas Verdes (miejscowość graniczna, cena 1,5 soli od os.)
Dostawszy się tam trzeba się cofnąć 2 km po stempelek wyjazdu w placówce peruwiańskiej, ze względu na bezpieczeństwo najlepiej wziąć tuk-tuka, 1,5 soli w obie strony. Po załatwieniu tej formalności można już piechota przejść granicę.
Po drugiej stronie stempel dostaje się dopiero po przemierzeniu 5 km. Większość autobusów zatrzymuje się tam i czeka na pasażerów, tak więc można już kupić bilet, gdziekolwiek się chce jechać i formalności załatwić po drodze.

2 lipca 2006
Po 12-godzinnej podróży docieramy do Quito. Ekwador mile nas rozczarowuje, spodziewaliśmy się biedy i zacofania jak w Peru, a tu: ladnie, zielono, wielkie plantacje bananów cieszą oko prawie przez calą drogę, w stolicy dość czysto, cywilizowane budynki, starówka trochę niebezpieczna nocą, ale komunikacja bardzo dobrze zorganizowana.
Wynajmujemy pokój w Catedral International na Starym Mieście, pokoje schludne i czyste, codziennie sprzątane, ręczniki wymieniane; restauracja trochę brudna (brudne talerze i wlosy na stolach), ale przecież nie trzeba się stolować w miejscu zamieszkania.
Placimy $12 za dwójkę. Generalnie ceny w starym mieście są o 30-50% niższe, niż w nowej części miasta. Plusem Nowego Miasta jest masa knajpek oraz restauracji, pizzerii, pralni (już od $0,60 za kilo np. na ulicy Pinta) – wszystkiego czego turyście potrzeba.
Alternatywą do Catedral jest La Casona, tylko $8,5 za dwójkę, ale nie zawsze są miejsca.
Popołudnie spędzamy na zwiedzaniu starówki, zakupach i biesiadowaniu.
Polecamy pyszne śniadania za $1 zaraz obok hostelu La Casona. Miejsce nazywa się Popular, a dostaniemy za wymienioną cenę świeży sok przecierowy (pycha!), jajka na miękko, świeżutkie buleczki, maslo i biala kawę. Zjemy jeszcze wiele śniadań w Ekwadorze, ale żadne do tego się nie umywa.
Obiad można zjeść już za 1-2 dolary, często 2 dania z sokiem i deserem. Trochę nam ta tania miejscowa kuchnia przypomina ohydne zupy w Boliwii, więc jemy hamburgery i frytki+cola w jednej z licznych ‘kurczakarni’.

3 lipca 2006
W Quito można starać się o wizę do Kolumbii. Zwykly czas oczekiwania to 3 dni, nam trafilo się święto i weekend więc czekaliśmy trochę dlużej.
W planie dnia mamy też zobaczenie pomnika na równiku. Dotrzeć tam można autobusem z Av. America (niebieska linia), jedziemy do końca za $0,25, a następnie przesiadka do autobusu z napisem M. del Mundo (tutaj oplata $0,15).
Wstęp pod pomnik, który i tak nie stoi we właściwym miejscu to wydatek $2. Uznajemy te 2 dolary za stracone, bo nic tam nie ma ciekawego, jest niby linia w miejscu równika, ale spod wejścia widać to samo….
O wiele ciekawsze jest muzeum ukryte za ogrodzeniem po prawej stronie od wejścia, gdzie jest narysowana linia we właściwym miejscu (obliczenia za pomocą GPS), a na potwierdzenie tego możemy zobaczyć szereg eksperymentów.

4 lipca 2006
Zobaczyliśmy już dużo w Stolicy, więc pozostaly czas oczekiwania na wizy postanawiamy spędzić na plaży.
Kupujemy bilet w Panamericana za $9, mamy tam być na rano, wyruszamy o 23.15.
Do wieczora jednak jeszcze dużo czasu, więc buszujemy po ekwadorskich centrach handlowych, próbujemy różnych dziwnych owoców, których tu jest dostatek. Po mieście latwo się poruszać, każdy przejazd $0,25.
Na obiad polecamy chińszczyznę, zestaw za 2,2-2,5 dolara, z cola. Najlepsze jedzenie i tanie piwo znajdujemy na ulicy Colon, niedaleko Panamericana.

5 lipca 2006
Mieliśmy dotrzeć do Atacames na 7, ale jesteśmy na 10.30.
Weekend, wszędzie tlumy i straszne korki. Rankiem zaczyna się koszmar szukania noclegu…wszystko zajęte. Busikiem za $0,25 jedziemy do Sua, wioski kilka kilometrów dalej, ale tu też nie lepiej. Na dodatek plaża bardzo wąska i nieciekawa. Przewodnik informuje, że to mala wioska rybacka, tymczasem tu też są tlumy, a nie ma żadnych rybaków…Znajdujemy maly obskurny pokoik bez okien w nieciekawym miejscu, właściciel chce $10 od osoby – zgroza!
Wracamy więc znów do Atacames, bary przy plaży tętnią życiem (Vamos a la playa o! o! o!...)
Spieczeni słońcem i zmęczeni kwaterujemy się, więc w jedynym pokoju, jaki znaleźliśmy – wielkim, apartamencie na ostatnim piętrze Paraiso Hotel. Cala kondygnacja dla nas, pierwszorzędny widok na plażę, skórzane kanapy, super!
Cena tylko niezbyt zachęcająca $60 za dwójkę. No ale mamy w końcu spokój i szum fal.
Na plaży jest najczarniejszy piasek, jaki kiedykolwiek widzieliśmy.

6,7,8 lipca 2006
Po jednej nocy, spędzonej w Paraiso, przeprowadzamy się do o polowę tańszego Camino Real
Trzy kolejne dni spędzamy na plaży.
Rano śniadanko: za 1,70 można mieć croissanty, jajecznicę i kawę oraz napój.
Mimo zachmurzonego nieba slońce grzeje niemiłosiernie, po godzinie już czujemy skutki na naszych bladych cialach. Wieczorem stolujemy się na ulicznych straganikach: szaszłyk, kukurydza, frytki, hamburger…wszystko po $1. Dania w knajpkach też w dość rozsądnej cenie jak na takie miejsce - od $3 wzwyż.
Atacames oprócz weekendów jest bardzo spokojne, idealne miejsce na plażowanie. Poza weekendami latwo znaleźć nocleg, ale też część barów i ulice pustoszeją. W piątek za to przyjeżdżają tlumy spragnione zabawy, ciężko przejść ulicą, wszędzie rozbawieni ludzie, dziewczyny tańczą na zaparkowanych przy ulicy wzdłuż plaży pikapach. W krytych liśćmi palmowymi barach na plaży podają tropikalne koktajle (ceny od 2,5 – 4 dolarów), na ulicznych straganach pyszne soki owocowe ($1).
Trzy dni mijają szybko i o 22.15 dnia ostatniego mamy autobus powrotny do Suito – za $8.

9 lipca 2006
Wczesnym rankiem jesteśmy jesteśmy z powrotem w stolicy. Tak długo nie zabawiliśmy w żadnym mieście.
Pierwsze kroki kierujemy do Ambasady Kolumbii, może już są nasze wizy.
Są. Musimy czekać jeszcze 2 godziny na ambasadora ale w końcu wręcza nam nasze paszporty z wizami – 25 baksów każda – i przykazaniem, aby jeździć tylko do dużych miast i podróżować za dnia.
Resztę dnia snujemy się po Quito w poszukiwaniu transportu do Kolumbii lub Wenezueli.
Panamericana jeździ do Caracas Caracas w pn, Moreno w nocy wt/śr, na szczęście Rutas de America jeździ w środy wieczorem i ten bilet kupujemy (101,5 baksa, 1,5 na jakieś ubezpieczenie). Wszystkie zabierają do Caracas za stówę a do Bogaty za 60-70.

10,11 lipca 2006
Podróż przez Kolumbię…Powoli przyzwyczajamy się do kontroli żołnierzy z kalachami, ale dalej robi się nieprzyjemnie, gdy kolejny raz pakują się do autobusu przeszukiwać bagaże. Przy granicy z Kolumbią jesteśmy na 5.30, musimy czekać do 6 aż otworzą punkty kontroli granicznej.
Wymieniamy tu 5 dolarów, na wszelki wypadek, po niezbyt dobrym kursie 2300 peso/$1.
Pierwszy postój: niestety zjeść można tylko zupę z ziemniakami i kukurydzą, ale chociaż prysznice są za free. Powoli przemierzamy Kolumbię jednymi z najbezpieczniejszych dróg na świecie, serpentyny w wysokich górach.
Po drodze jest dość drogo, cola 2,25 litra $2, ryż z kurczakiem od $2, a miejsca też niezbyt ciekawe, obskurne knajpki, dwa dania na krzyż. 5 dolców rozpływa się w oka mgnieniu, ale prawie wszędzie przyjmują dolary.

12 lipca 2006
Na granicy wenezuelskiej dostajemy bez problemu pieczątki i tu zaczyna się…
Nasz autobus nie może jechać dalej. Hiszpański mamy na tyle ubogi, że nie za bardzo wiemy dlaczego: niby Ekwadorczycy nie mogą wjechać, czekamy na jakieś decyzje…
Większość ludzi bierze manele, taxi i zmywa się na miasto. Po paru godzinach przyjeżdża po nas drugi autobus, nikt o niczym nas nie informuje, ale po pól godzinie dociekań przenosimy się i podobno mamy o 22 jechać dalej (siedzimy tu od 18.30)
Jedziemy! Drugi autobus okazuje się kompletnych ‘gruchotem’, ale cieszymy się, że już jedziemy. Kierowca też nie grzeszy umiejętnościami. Ostatni dzień nie jemy już nic, waluty nie mamy, peso się skończyly, co postój coraz gorsze przeliczniki za dolary.
Około godziny 17-tej z 12-godzinnym opóźnieniem docieramy do stolicy kraju najpiękniejszych kobiet i gorących plaż. Od razu kierujemy się do dzielnicy Sabana Grande, gdzie najtańsze noclegi. Najłatwiej poruszać się metrem, nie mamy waluty, ale uprzejmy kasjer wymienia nam 5 dolarów po niezłym kursie.
Niestety w najtańszym hotelu z przewodnika nie ma miejsc, znów lądujemy bez noclegu w nowym miejscu w sobotę…Na szczęście w hotelu obok dostajemy pokój za 20.000 od osoby. (1000bs to ok. 1,2 zl). Jest ok., choć wynajmują tu też pokoje na godziny, a na ścianach są plakaty ‘pań w negliżu’. Warunki nas zadowalają.
Caracas to świetne miejsce na zakupy, okulary przeciwsłoneczne niecale dwa dolary, fajne i tanie ciuchy, plytki dvd.
Jedzenie za to dość drogie, szawarma czy porcja kurczaka to wydatek około 12-15.000. Fanta w supermarkecie 2500, hamburger na ulicy 6-7.000. Piwo tylko w buletkach 330 ml, 1750 za butelkę w podrzędnym bardze + 10% za obsługę.
Glówna rzecz która nas do miasta zniechęca to masy śmieci na ulicach, istne wysypiska, biedacy grzebiący w tych śmieciach…okropność.
Następnego dnia zwiedzamy miasto, centrum, wieczorem zaś wyjeżdżamy już do Mracaibo: karaibskie plaże czekają!

13 lipca 2006
Bilety Caracas – Maracaibo 52.000/osoba. Autobus dość komfortowy odchodzi 0 20.45, mamy być na miejscu o 6 rano.

14 lipca 2006
O dziwo zgodnie z planem kilka minut po 6 jesteśmy w Maracaibo. Za późno jednak, by zlapać bezpośredni kurs do Santa Marty, kupujemy więc bilety do Maicao tuż za granicą. Cena 15.000 plus 300 oplata dworcowa.
Przejście graniczne – wszystko sprawnie, busik zatrzymuje się dwa razy, pierwszy, by uiścić oplatę graniczną 33.600 BS, drugi po pieczątki.
Potem jeszcze jeden przystanek za granicą po pieczątkę wjazdu di Kolumbii.
Przy pierwszych postojach cinkciarze wlażą do autobusu, wymieniają bolivary na peso, po kursie 0,8, na następnym przystanku można dostać 0,83.
Po 10 jesteśmy w Maicao. O 11 jest autobus do Santa Marty z firmy Brasilia, 20.000 peso za bilet.
Dojechalibyśmy na czas, gdybyśmy nie przegapili przystanku, po tygodniach podróżowania jesteśmy bardziej zmęczeni i mniej uważni. Szybko jednak lapiemy busik za 1500 i wracamy przejechane 30 km.

15 lipca 2006
Dzień i noc spędzamy w Santa Marta, ale nie zostajemy tutaj. Plaża jest bardzo wąska, zaraz obok ruchliwa, glówna ulica. Zatrzymujemy się tutaj w ulubionym hostelu turystów, polecanym w Lonely Planet – Miramar. 10.000 z lazienką lub 8.000 bez. Rzeczywiście nocuje tu dużo ludzi, ale osobiście miejsce nie przypada nam do gustu, w niektórych pokojach nie ma podłóg, karaluchy. Jedyny plus to bufet, możliwość kupienia biletów i inne usługi na miejscu.
W Santa Marta udając się z Miramar do plaży i ‘centrum’ po drodze znajdziemy fajne knajpki z grillowanymi kurczakami, za 11.000 dostaniemy kurczaka, gotowane w lupinach ziemniaki i foliowe rękawiczki zamiast sztućców. Do tego piwko za 1750.
Jeszcze przed południem następnego dnia docieramy do niewielkiej wioski Taganga. Jest tu o wiele ladniej. Cicha plaża, dość szeroka, z obu stron otoczona wzniesieniami. Dojazd z Santa Marta licznymi miejskimi busikami za 800 peso, podróż zaledwie 10 min.
Ceny alkoholu i żywności są tu droższe, więc radzimy wyprawiać się po prowiant do miasta lub zrobić zapas przed przybyciem.
W Tagandze nocleg można dostać już za 10.000, ale wybieramy pokój z pierwszorzędnym widokiem na morze i hamakiem na balkonie w Casa Blanca za 18.000 peso.
Spędzamy w Tagandze wspanialy tydzień.
Zatoka jest cicha i urocza. W porównaniu z falami w Atacames (w sam raz na windsurfing), Taganga świetnie nadaje się na spokojne kąpiele, dryfowanie na materacach itd.
Tanie dmuchane materace kupujemy w Santa Marta na Calle 11, w supermarkecie Olimpiaa – ok. 11.000 peso.
Śniadania przygotowujemy w pensjonacie, ale wieczorem warto zjeść świeżo zlowioną rybę (można sobie wybrać którą chcemy, żeby nam usmażyli) na plaży lub milanesę z frytkami, albo spaghetti. Ceny 7.000-12.000.

16-19 lipca 2006
Lenistwo w Tagandze. Slońce, slońce i karaibski rum – czego chcieć więcej.
Na przeciwległym krańcu plaży, licząc od Casa Blanca, jest stroma ściezka prowadząca na Playa Grande. Można tam dojść pieszo w 10-15 min lub popłynąć lódką za dolara. Plaża, choć trochę zatloczona, jest bardzo ladna.
W Tagandze jest kafejka internetowa (2000/godz.) i kilka biur organizujących kursy nurkowania. Miejscowi organizują wycieczki do Parku Tayrona ok. 30.000 w obie strony. Polecamy male stoiska z sokami, gdzie za 1.500 peso można spróbować wspaniałych koktajli z tutejszych owoców.
Z wioski można zlapać busik prosto na dworzec w Santa Marcie, szukamy tych z napisem UCC albo Transporte – 800 peso.

20 lipca 2006
Wczesnym rankiem wyruszamy dalej. Cel – Cartagena. Pierwszy autobus z Santa Marty jest o 8, kosztuje 18.000, z przesiadką, bezpośredni dopiero o 10.
Na dworcu jemy pyszne buleczki, podobne do takich ze śliwką w Rzeszowie, w naszej ulubionej cukierni (800 peso). Po małym śniadanku wyruszamy pierwszym autobusem. Mimo trudności technicznych po drodze docieramy do Cartageny prawie na czas.
Tutaj szukamy busów z napisem Centro, zawożą w okolice Starego Miasta, najwolniejsze są te z zielonymi tabliczkami, cena 1200 peso.
Chcemy dostać pokój w Casa Viena (26.000 bez lazienki, 30.000 z lazienką), ale nie ma już miejsc – po raz kolejny szukamy noclegu w weekend. Nocujemy, więc w Doral (24.000 z lazienką lub 20.000 bez), podobne ceny są w Holiday po drugiej stronie ulicy. Obydwa są brudne i pelne karaluchów, na szczęście wyjeżdżamy na plażę i nie zostaniemy tu długo.
Stare Miasto nie jest duże, można wszystko pozwiedzać pieszo. W Bramie Słodyczy jest bankomat i jeden z supermarketów, pyszne lokalne ciasteczka – 400 za sztukę.
Następnym celem wyprawy jest Playa Blanca, ponad 20km od Cartageny, jak powiadają piękna i z białym piaskiem. Zobaczymy.
Podobno autobusy odchodzą z Mercado de Bazurto, dużego targu. Można też popłynąć lodzią (miejscowy zaplaci 2000, a obcokrajowiec 15.000, albo i więcej.
Wybieramy tańsza opcję, ale jak się okaże dużo, dużo trudniejsza.
Dotarcie do kanalu, po którego drugiej stronie jest wyspa Baru jest proste (autobus z Mercado 1.000 peso, miejski z hotelu do targu 900 peso).
Za 500 peso staruszek przeprawi przez kanal drewnianą, starą lódeczką. Schody zaczynają się potem. Miejscowy pojedzie dalej motorem za 1- 3000, od ‘bialasa’ chcą minimum 10.000. Do plaży jeszcze kilkanaście kilometrów, żadnego transportu publicznego. Za 1.000 ‘bialy’ pojedzie furgonetką pól drogi, do wioski Santana, trzeba jednak czekać z godzinę, aż zbierze się komplet pasażerów.
Cena motoru z Santany to już 6.000, ale ani nam się śni przeprosić z kierowcą-zdziertusem z ironicznym uśmieszkiem. Wyruszamy pieszo, na szczęście po chwili zmotoryzowana rodzina proponuje podwiezienie. Gdyby to był zwykly, powszedni dzień pewnie nie jechalaby żywa dusza, ale mamy szczęście, że jest święto i rodziny jadą na plażę.
Są też autobusy bezpośrednio do plaży, ale nie udalo nam się go znaleźć. 0 16.00 jest codziennie autobus z Santany do Cartageny, 1000 peso, co jest jakąś opcją powrotu.
Playa jest śliczna i dzika, prawie nigdzie nie ma elektryczności, woda czysta i przejrzysta – istny raj. Wczesnym rankiem plaża jest kompletnie pusta, dopiero kolo poludnia pojawiają się przyjezdni, turystów z innych kontynentów można policzyć na palcach – o to nam chodzilo.
Nocujemy w Wittenberg, prowadzi go Francuz ożeniony z Kolumbijską. Trochę wkurza nas, że odlacza prąd od domków i daje nam lampy naftowe, ale atmosfera jest mila i większość turystów tutaj kieruje swe kroki. Wszystkie lóżka mają moskitiery, właściciel chętnie udziela różnych informacji.
Cena lóżka na Playa Blanca od 10.000.
Na plaży na plastikowych krzesełkach, pod liśćmi palmowymi można zamówić dość dobre śniadanie – jajecznica z cebulą i pomidorami i kawa, najczęściej ze smażonymi zielonymi bananami, ale czasami podają pieczywo. Szczerbate murzynki różnie sobie za to wolają, ale normalna cena to 3-4.000, nie daliśmy się naciągnąć na więcej.
Jedzenie: najłatwiej kupić rybę z ryżem (ok. 10.000), ale maja też sałatki owocowe, krewetki.
Ceny: woda 350 ml w woreczku 500 peso, 1,5 litra 3.000, piwo 2.000, czasami 2 szt. za 3.000, u obnośnych sprzedawców.
Jest to wyspa, więc ceny też inne niż w Cartagenie, radzimy zaopatrzyć się w papierosy, alkohol i trochę jedzenia na kontynencie.
Nieuchronnie zbliża się data wylotu do Europy…a może by tak sprawić sobie namiot, kupować pomarańcze w mieście i sprzedawać je 2 razy drożej na Playa Blanca, założyć punkt masażu na plaży, jak miejscowi i pobyć tu dlużej, szkoda uciekać z tego raju na końcu świata.
Tylko jak długo można jeść banany i ryby…czas jechać do domu…na pierogi ;-)
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;