|
|
|
|
No i wyjechaliśmy. Siedzimy właśnie w Moskwie, od wczoraj jesteśmy w podróży... O drodze do granicy nie ma co pisać, więc zacznijmy od Terespola. Dostaliśmy się stąd do Brześcia za jedyne 5 złotych, pociąg odjeżdża o 15.50. Około godz. 17 jesteśmy na Białorusi (zmiana czasu o godzinę). Jesteśmy pod miłym wrażeniem tutejszych cen: 2,60 zł - litrowy dżin z tonikiem, woda, jedzenie, wszystko tańsze niż w Polsce. Z Brześcia udajemy się do Moskwy, pociąg o 17.36, bilet za 46.000 rubli białoruskich, które kupujemy po kursie 2130 rubli za dolara. O 10.38 wysiadamy na Dworcu Białoruskim w Moskwie. Czas przesuwamy o kolejną godzinę. Stolica tego ogromnego kraju trochę nas zadziwiła, tyle ludzi i wszyscy się ciągle gdzieś spieszą. Schody do metra są ustawione na taką prędkość, że dziewczynie z wielkim plecakiem ciężko utrzymać równowagę. Syberia Ceny dużo wyższe niż w Brześciu, wszystko wysokie i wielkie, komunistyczne betonowe budynki, pałace - bliźniaki naszego Pałacu Kultury. Serce Moskwy, Kreml też - olbrzymi obszar, a nic nadzwyczajnego. Dobrze, że chociaż bilet dostaliśmy po cenie 50 % (tj. 150 rubli), na podstawie polskich, nieważnych już legitymacji studenckich. Wszędzie pełno milicji, a człowiek zamiast czuć się bezpiecznie, to omija tych niby strażników porządku szerokim łukiem. Jedynie metro uratowało honor tego imperium, tanio (bilet 7 rubli), szybko, wszędzie pomniki, zwieńczenia stropów wykończone z takim przepychem, jak w pałacu... No, ale wyjeżdżamy szybko z tej zimnej stolicy. O 21.57 ruszamy do Ułan Bator (bilet za "jedyne" 3850 rubli). W Moskwie 28,4 rubli za dolara i 35,9 za euro. Pociąg kolei transsyberyjskiej odjeżdża z Dworca Jarosławskiego (3 przystanki linią brązową metra od Dworca Białoruskiego, stąd 5 przystanków linią czerwoną do Kremla). 26 lutego 2004 Jedziemy, jedziemy, jedziemy - tą najsłynniejszą, najdłuższą koleją na świecie. Przedziały czteroosobowe. Jedziemy ze Szwedem, który przejechawszy Finlandię zmierza tym samym szlakiem, co my - do Tajlandii. Czwarte łóżko wolne, dzięki temu mamy choć trochę przestrzeni w tym malutkim przedziale. Reszta towarzystwa to przeważnie Mongołowie: handlarze, przemytnicy. Siedzimy wcinając kanapki, a tu wpada para Mongołów i odkręca sufity - zostawili tam trochę towaru. Co, kiedy i przed kim to ukryli? Kierujemy się na wschód, coraz bardziej pusto, pierwszy postój, babuszki coś sprzedają, ale my uzupełniamy zapasy o 1,5-litrową butelkę piwa za 30 rubli. Jak słyszeliśmy, śmieci wyrzuca się za okno, ale w pociągu jest w miarę porządek, przejścia i ubikacje na bieżąco sprzątają prowadnice. Ułan Bator 27 lutego 2004 Na każdym przystanku Mongołowie wychodzą z towarem, o dziwo ludzie z Syberii kupują wszystko jak świeże bułeczki. Trochę gorzej z zaopatrzeniem dla nas, po dwa przystanki dziennie, ale ciężko znaleźć coś dobrego do jedzenia, zwłaszcza ciepłego. Może dlatego, że jedziemy zimą. W całym pociągu jest tylko 5 turystów. A Syberia? Pustki, śnieg, drzewka, śnieg, pustki, czasami jakaś mieścina. Ural, niestety, przejechaliśmy w nocy, a może były ciekawsze widoki. Ale nie czas jeszcze na głębsze refleksje, z trwającej 100 godzin podróży dopiero 40 za nami. Suhbaatar Sq. 28 lutego 2004 Przedostatni dzień drogi. Trochę nudzą nam się już zupki chińskie, na stacjach można kupić tylko kiełbasę i kiszone ogórki, bardzo rzadko małe udka kurczaka za wysoką cenę. Im dalej na wschód, tym bardziej pusto i bardziej zimno. W Nowosybirsku -8, jesteśmy za Krasnojarskiem i jest jeszcze chłodniej, ciekawe jak będzie w Mongolii. Trochę źli jesteśmy na siebie, że zaufaliśmy opowieściom z netu i nie zabraliśmy zapasów jedzenia, wzięliśmy tylko zupki, które akurat tu są tańsze niż u nas. Gdzie te pielmieni i racuchy, których miało być tyle i takie tanie? 29 lutego 2004 Minęliśmy już Irkuck i Ułan Ude. Nad Bajkałem zadziwiająca rzecz - 4 rano, a w miasteczku ruch jak w środku dnia. Nic dziwnego, słońce wstaje gdzieś koło 2 w nocy i zachodzi po południu, jakoś musieli się do tego dostosować. W okolicach Bajkału zaczynają się ładniejsze krajobrazy, mniej śniegu, równiny i zalesione wzgórza. Ceny podczas postojów są prawie identyczne jak w Moskwie: chleb 10 rubli, piwo 1,5-2 litry 40-50 rubli, kiełbasa 20 rubli, paczka herbatników 6 rubli, wódka 70 rubli, woda 15 rubli, zupki 3-4 ruble, udka kurczaka 40-50 rubli. Mamy jeszcze ok.16 godzin do Ułan Bator, będziemy też musieli się przyzwyczaić do wstawania o 2 w nocy; zegarki przestawia się o 5 godzin. Kompleks buddyjskich świątyń w Ułan Bator 2 marca 2004 Około 7 rano wylądowaliśmy w Ułan Bator. Temperatura -11 stopni. Mimo to udaje nam się zwiedzić miasto: Suhbaatar Square (można się tu dostać trolejbusem nr 4 za 100 tugrików spod dworca), Gandyr Monastyr, gdzie chwilkę gaworzymy z mnichami i wprawiamy się we wschodni, buddyjski klimat. Na Enkhtaivany Ave jest dom handlowy z supermarketem na parterze, otwarty od 14.00. O 16.00 mamy pociąg do Zamyd Ude - bilet zaledwie 4100 tugrików. O 7.30 rano jesteśmy przed granicą. Okazuje się, że bilet przez granicę trzeba wykupić w chińskich yuanach i kosztuje on aż 50 Y. Na dodatek nigdzie nie można wymienić dolarów. Udaje nam się to dopiero na czarno, dzięki pomocy mongolskiego biznesmena, po strasznym kursie 7 Y za dolara. Zakazane Miasto w Pekinie O 10.00 wsiadamy do pociągu i znów problem. Mamy wizę tranzytową na 2 dni, granicę przekroczyliśmy około 22 - wtedy minął dzień 1, dziś jest dzień 3 i nasza wiza jest już nieważna. Całe szczęście udało nam się, dzięki pomocy wspomnianego biznesmena, który udaje się z nami do biura. 1 dolar to 1170 tugrików. 4 marca 2004 Dwa dni mijają nam beztrosko w Pekinie. Jesteśmy tu od wczoraj. Pod dworcem w Erlan stoją autobusy sypialne do stolicy. Bilet 150 Y. Pekin W Pekinie z samego rana trochę zimno, ale w dzień temperatura +6. Miasto bardzo mile nas zaskoczyło, ogromne, wypucowane przestrzenie, na każdym rogu umundurowany wartownik. Państwo policyjne, ale nie tak jak w Rosji, gdzie milicjanci snują się, nic nie robią i raczej się ich obawialiśmy, niż czuliśmy pewniej. Tutaj wszystko jest zaplanowane, ułożone i skrupulatne. Chińczycy chodzą jak zegarki, dzięki temu to wielkie, przeludnione państwo może szczycić się hotelami i wieżowcami jak w Kalifornii. Obok bogatych ulic są też ciemne zaułki ze straganikami, tanim jedzeniem i malutkimi knajpkami. Wszystko to stwarza niepowtarzalną atmosferę, gdybym była Chińczykiem nie miałabym powodu wstydzić się swojego kraju. Również zabytki są tu wielkie, strzeżone i obwarowane. Zakazane miasto trochę monotonne, ale Świątynia Nieba i plac Tiannanman porażają urzekającą niezwykłością chińskiej architektury. Wstępy 30 Y - świątynia i 40 Y - Zakazane Miasto. Udało nam się nawet zobaczyć wielkiego dyktatora - Mao, zmumifikowanego i złożonego w mauzoleum na placu Tiannanmen. Do tego wszystkiego chińskie specjały: słodkie ziemniaki 1-2 Y, jabłuszka w karmelu 1Y, naleśniki z jajkiem 1-2 Y, smażone pączki ze słodkim farszem 0,8 Y, ryż w liściach lotosu 0,5 Y - można się najeść za grosze. Polecamy hotel Qiao Yuan Hotel (31 Y za łóżko w pokoju 4-os.), niedaleko płd.-zach. rogu drugiej obwodnicy i supermarket Merry Mart (Hufang Lu), 15 min pieszo na północ od hotelu. 5 marca 2004 Dzień spędzamy na wycieczce do Wielkiego Muru w Badaling (50 Y). Taniej można sobie pojechać autobusem, ale pomyśleliśmy o tym za późno. Rano chińskie śniadanie - zupa z pierogami 5 Y i smażone paluszki z ciasta 2 Y, które często tu wcinają ze słodkim mlekiem sojowym. Wycieczka obejmuje Wax Muzeum, Mur i Ming Tombs. Obsługa nie mówi po angielsku, ale wrażenie muru przytłumia niedociągnięcia. Jak każda wielka budowla, Wielki Mur wzniesiony został kosztem tysięcy więźniów i niewolników. Mimo to jesteśmy pod wrażeniem. O 22.50 mamy pociąg do Xian. Będziemy tam o 16.00. Pociąg nr 1363, bilet 73 Y. Za Mur trzeba zapłacić 40 Y, nam udaje się wejść za 22,50 Y, dzięki naszym przeterminowanym polskim legitymacjom. Pekin. Plac Tiannanmen 7 marca 2004 Prawie dwa dni spędzamy w Xian. Dotarcie tutaj było prawie koszmarem. Chińczyków było w pociągu 5 razy tyle co miejsc. Warunki niezbyt komfortowe. Ubikacja wyglądała jak obora. Do gorącej wody trzeba się było przepychać, a i tak nie zawsze jej wystarczało. Co do miasta: zatrzymaliśmy się w Chengde Hotel - 60 Y dwójka bez okna. Warunki przyzwoite, ale nie to, co w Pekinie - też mamy telewizor, ale czystość pościeli pozostawia wiele do życzenia. Xian różni się od Pekinu, na pierwszy rzut oka wydaje się nieciekawe i zapyziałe. Mapy są tylko po chińsku. Po dwu dniach zmieniamy jednak zdanie. Centrum jest niezbyt duże i bardzo łatwo się poruszać pieszo, mapka z przewodnika zupełnie nam wystarcza. Pierwsza stolica Chin też ma czym się pochwalić: okazała dzwonnica w centrum, centra handlowe, egzotyczna dzielnica muzułmańska. Ta ostatnia roi się od ulicznych straganów. Nowe miasto, nowe smakołyki - noodles z woka 3 Y, desery na parze 0,5 Y, ciasta, suszone owoce, słodycze są tu przepyszne. Ulice Pekinu No i największa atrakcja okolicy - Żołnierze Terrakotowej Armii. Dojeżdżamy tam autobusem nr 306 za 5 Y, spod dworca kolejowego. Wjazd 65 Y. Opłacało się. Wykopalisko rzeczywiście imponujące. Można obejrzeć ciekawy film o historii żołnierzy, kupić tanie pamiątki. Żal trochę opuszczać Xian tak szybko, ale o 14.16 mamy pociąg do Chengdu. 55 Y. Znów przejażdżka z bandą świń...hard sleeper kosztuje aż 120 Y, więc musimy to przeżyć. Nr pociągu 2119. Bilety w kasie na dworcu można kupić tylko na ten sam dzień, z wyprzedzeniem trzeba je kupować 50 m dalej na wschód za opłatą 5 Y. 9 marca 2004 Dzień kobiet mija nam w pociągu. Oczekiwaliśmy koszmarnej przeprawy, a tu całkiem przyzwoicie, obsługa utrzymywała porządek. Generał policji kolejowej w obawie o nasze bezpieczeństwo zabiera nas wieczorem do restauracyjnego. Tam pijemy piwko - 3 Y i śpimy odosobnieni na karimatach do rana. W Chengdu też wszystko idzie po naszej myśli. Życzliwa Chinka prowadzi nas na zakamuflowany niedaleko dworzec autobusowy i po godzinie już wyjeżdżamy do Leshan - bilet 32 Y. Wielki Mur Tu trochę przesadziliśmy, doszliśmy do Wielkiego Buddy pieszo. Teraz już wiemy, że to strasznie daleko i nie polecamy. Sam spacer po parku, gdzie siedzi Budda nie jest męczący i bardzo przyjemny, po wielkomiejskich klimatach miło poczuć buddyjską atmosferę. Sam Budda nie wzbudza może zachwytu, ale rzeczywiście wielki jest i trud jego wykucia trzeba docenić. Autobusem za 5,5 Y podążamy dalej do Emei, gdzie znów mile zaskakuje nas życzliwość Chinek. Pracownica stacji kupuje nam bilety i już o 16.39 siedzimy w pociągu do Kumingu. Nr pociągu K165, chyba dlatego siedzenia pokryte są pokrowcami i jest całkiem znośnie. Cena - 109 Y. No, ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca - jeszcze 14 godzin podróży. Ceny w Chinach: piwo 2-3Y, zupki chińskie duże 2-3 Y, paczka mniejszych 5 szt. 4Y, cola 2 litry 5,5 - 6,6 Y, woda 2,3 Y, ananas cały 1 Y, danie w knajpce 10 Y, zupa 3-4 Y. Terrakotowa armia koło Xian 13 marca 2004 Z Kumingu po 2 godzinach pakujemy się do sypialnego za 155 Y i jedziemy do Mengla. Tam szybciutko bus za 15 Y do Mohen i 4 Y furgonetka przez granicę. Na granicy jest dobry kurs 1 Y - 1245 Kipów. No i jesteśmy w Laosie. Południowe Chiny Cieplutko, tutaj już wyrzucamy kurtki. O 13.30 jest z Boten autobus do Oumxay. Tam przesiadka do Luang Prabang. Bilet w sumie 50.000. Droga mija nam niezbyt komfortowo, mnóstwo zakrętów, rzuca nami po busie, nie ma mowy o jakiejś drzemce, martwimy się trochę o plecaki, które jadą na dachu, oby nie spadły do którejś z tych przepaści. Przez całą drogę tylko niewielkie wioski z kilku lub kilkunastu chatek na palach, krzątające się kobiety, umorusane dzieci, a wszystko porozrzucane po górzystym lesie - dzikim Laosie. Egzotyka i upał. W Luang Prabang udajemy się do Viradessa Guest House, pokój 2 os. 40.000 kipów. Pierwsza stolica Laosu: trochę za dużo turystów, ale bardzo przyjemnie. Wieczorem na głównej ulicy rozkłada się targ. Można kupić owoce, pamiątki, a nawet Laolao, wódkę ryżową. Mała butelka ok. 8000 kipów. Wynajętą za 5 USD od os. łódką można udać się w górę rzeki do jaskini Pak Ou. Wjazd 8000 kipów. Jest tam mnóstwo posągów Buddy. W Luang kurs 10.405 za dolara. Ceny: shake owocowy 3000, fried rice, noodles 9000, piwo 8000, woda 1500, arbuz cały 10000. Po dwu dniach udajemy się dalej - do Vientiane. Bilet 60.000. Wyjeżdżamy o 8.30, o 17.30 jesteśmy w stolicy. Zatrzymujemy się w hoteliku Mixay (tylko 30000 za miłą 2-kę bez okien) Ceny podobne jak w Luang Prabang. Do zwiedzania mamy łuk triumfalny, kilka świątyń, najsłynniejsza That Luang. Jak zwykle nie zabawimy tu długo, dwa dni i w drogę do Tajlandii. Nie polecam tutejszych ulicznych przekąsek: białe pierogi z jajkiem w środku - 2000 kipów, ryżowe słodycze, zielone, pomarańczowe, niedobre i niesłodkie. Budda w najsłynniejszej świątyni w Vientiane 16 marca 2004 Niedzielę spędzamy jeszcze w stolicy Laosu, upał straszny, po kilku godzinach wyglądamy jakby nas ktoś podpiekł na grillu. W piątek rano ruszamy na granicę. Autobus nr 14 spod Morning Market dowozi nas na granicę. Tam, co 10 min podstawiają autobusy przewożące przez granicę. (2500, a potem 2000 kipów). W Nong Khai jest już gorzej, kipów nie można wymieniać w Tajlandii wcale. Na dworzec daleko, a żeby się tam dostać trzeba mieć bahty. Autobus do stolicy odjeżdża ok. 16.00, bilet 273 bahtów. W Bangkoku łatwo się pogubić, olbrzymie, zakorkowane miasto, jak tu inaczej jest niż w Laosie. Z dworca miejskim nr 3 można dostać się do Banglamphu - dzielnicy tanich hoteli (16 bahtów). Zatrzymujemy się w The Wally na Khao San - 160 bahtów za dwójkę. Z atrakcji nie można pominąć Wat Po i Pałacu Królewskiego. Jak ktoś ma czas i chęci to są do oglądania dziesiątki posągów Buddy w świątyniach: Stojący Budda, Lucky Budda, Złoty Budda... Tuk-tuki albo wożą po sklepach, albo płaci się 100 bahtów za kurs, autobusy są tanie np. 4 bahty do śródmieścia czy na dworzec kolejowy, ale strasznie długo stoją w korkach, co do przemieszczania się to Bangkok nie jest fajnym miastem. Stopa Wielkiego Buddy 17 marca 2004 Upał straszny, ale o dziwo szybko się przyzwyczajamy. Skóra strasznie szybko się opala, na razie pomagają tony balsamów, ale nie możemy się już doczekać kiedy będziemy mogli rozłożyć się nad wodą. No ale to już ostatni dzień w Bangkoku. Miasto na pierwszy rzut oka wydawało się niesympatycznym molochem, ale jak tu chwilkę pomieszkać - jest urocze. Kompleks pałacowy w Bangkoku Przepiękne świątynie, Pałac Królewski wprost razi w oczy, taki piękny i błyszczący. Na ulicznych wózkach można tanio coś zjeść: fried rice 20 b., pathai - smażony makaron 10-15 b., naleśniki z bananami 15 b., omlet z ryżem 10 b. Można by tu tydzień siedzieć na zakupach, koszulki, buty, sandały, biżuteria, lampy, figurki, świeczniki itd. Dostaliśmy wizy do Kambodży, więc czas ruszać w dalszą drogę. 18 marca 2004 No i przejechaliśmy się, na darmo. Co prawda, bilet do granicy to tylko 48 b., ale informacje na granicy niemiło nas rozczarowały. Wbrew temu, co powiedziano nam przy wjeździe, żeby wjechać do Tajlandii jeszcze raz musielibyśmy kupić nową wizę za ponad 1000 bahtów. Machnęliśmy ręką i zawróciliśmy. Jedziemy na wyspy zamiast do Kambodży. 19 marca 2004 22.50 - pociąg z Bangkoku do Surat Thani. Jesteśmy na 8.00 następnego dnia. Bilet 478 bahtów - jest tylko 2 klasa. Teraz już wiemy, że lepiej jechać z biura niż samemu. No, ale my dotarliśmy tym pociągiem, potem 250 bahtów kurs na wyspę. Wieczorem docieramy na wybrzeże Hat Rin. Jest prześlicznie, mamy mały domek, z okna rozległy widok na plażę. Miało być bardziej odludnie, ale nie ma tłumów. Ceny wyższe niż w Bangkoku, ale co to jest za ten mały kawałek raju na końcu świata. 20 marca 2004 Jest cudownie. Cieplutka zatoka, biały piasek, pod oknem rosną banany. To dopiero drugi dzień smażenia się... Rano śniadanko, potem na plażę, do knajpki, do baru - słodkie lenistwo. Czas warto urozmaicić sobie wycieczką po wyspie na skuterze. Wynajęcie tylko 150 bahtów za 24 godziny. 24 marca 2004 Lenimy się już piąty dzień, trochę już zmęczeni słońcem i znudzeni wschodnią kuchnią zaczynamy tęsknić za domem. Czas zakończyć tą wyprawę. Jutro wracamy. Ceny na wyspie: domek 350, danie 40-80, shake 20-30, piwo w sklepie 45, woda 10. 25 marca 2004 O 11.00 taxi - za 380 bahtów mamy bilet do Bangkoku. Będziemy tam wcześnie rano. Uliczny kramik 26 marca 2004 Lot znaleźliśmy za 13500 bahtów do Wiednia katarskimi liniami, do Warszawy nie było miejsc (bilet 16-17.000). Z Wiednia 34 euro za autobus do Rzeszowa. Miło było, jednak... wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej! (Kosztowo wyjazd wyniósł nas ok. 1000 dolarów na osobę).
|
|
|
|
|