Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Francuski rekonesans
Start do Francji planujemy z miejscowości Ośno Lubuskie - 30 km od przejścia granicznego w Świecku. Jest tu niewielki kemping nad jeziorem. Nie chce się nam rozbijać namiotu po całym dniu jazdy z Ełku i wynajmujemy domek kempingowy. Nazajutrz wstajemy cokolwiek późno, gdyż możemy wyruszyć na granicę dopiero koło 9.

MapaGranicę przekraczamy szybko - tylko 15 minut czekania. Przed nami około 1100 km jazdy do francuskiego miasteczka Sedan. Za granicą mamy już autostradę. Pierwsze kilkanaście kilometrów to ciągłe przebudowy drogi, zmiana organizacji ruchu, zwężenia jezdni itp. Ale wkrótce mamy je za sobą, a przed nami prosta droga do Hanoweru. Tak zasugerowałem się tym Hanowerem, że przegapiłem zjazd na właściwą autostradę. Po drodze był zjazd na Magdeburg, a ja myślałem, że to kierunek Lipsk. Jedziemy więc na Lipsk, bo nie ma jak zawrócić. Po paru kilometrach jest zjazd na prawo w kierunku Fichtenwalde. Zerkamy na mapę. Tędy można dostać się skrótem na właściwą autostradę. Skrót okazuje się całkiem nieopłacalny. Krętą, wąską trasę długości około 20 km pokonujemy w niecałą godzinę. Już zaczynam się zastanawiać, czy dziś dojedziemy do Sedanu, czy też będziemy musieli zatrzymać się na nocleg w Niemczech. Przed Hanowerem jeszcze korek - znowu kilkanaście minut straty. Za miastem już luźniej. Gdy minęliśmy Zagłębie Ruhry, zrobiło się całkiem luźno, a na autostradach Belgii - nawet pusto. Za Liege zjeżdżamy z autostrady wiodącej do Luksemburga i drogą szybkiego ruchu (a więc nieco gorszą od autostrady) dojeżdżamy do Sedanu. Teren jest bardzo pofałdowany. To Ardenny - miejsce ciężkich walk w czasie II wojny światowej. Jest koło godz. 21.

Sedan

Jak znaleźć kemping? Przy drodze nigdzie nie ma żywej duszy. Wybieramy na chybił-trafił zjazd w kierunku Sedan-chateau (zamek), sądząc, że gdzieś w pobliżu będzie kemping. Przyznam, że choć i ja, i żona mówimy po niemiecku i angielsku, to przed wyjazdem starałem nauczyć się trochę francuskiego. Przerobiłem około 15 lekcji z podręcznika dla początkujących, zwracając szczególną uwagę na liczebniki, które Francuzi niemożebnie komplikują. W mieście są już ludzie, choć mimo wczesnej pory wygląda ono pustawo. Zasięgam języka i szybko znajdujemy drogę do kempingu. Kemping znajduje się nad rzeką Mozą, tuż przy przystani jachtowej. Cena zaskakująco niska jak na Francję - 45 franków za namiot, samochód i 2 osoby (jest rok 1997).

Sedan - twierdza


  
Na drugi dzień zwiedzanie Sedanu. To miasto wielkości Ełku. W centrum pomnik z I wojny światowej, koło merostwa pomnik bohaterów wojny niemiecko-francuskiej z 1870 roku. Chateau okazuje się być twierdzą ogromnych rozmiarów, wysoką na kilkanaście metrów, o grubych i ponurych murach. To jedna z szeregu twierdz broniących Francję od wschodu. Dziś znajduje się w niej muzeum historyczne. Dziedziniec jest przygotowany do różnych imprez masowych, jest scena, nagłośnienie. Obchodzimy dookoła mury, oglądamy porośnięte dzikim winem wyrwy w umocnieniach, pochodzące chyba jeszcze z 1870 roku.

Do Paryża udajemy się drogą szybkiego ruchu, która pod Reims łączy się z autostradą "wschód" (Autoroute de l'Est lub A4). Za Reims pierwsza bramka na autostradzie - teraz za jazdę trzeba płacić - około pół franka za kilometr. W tej sytuacji korzystniej jest wybrać drogi szybkiego ruchu - jedzie się tak samo wygodnie, a przy tym za darmo.

Paryż

Przed Paryżem już mamy tremę - czy znajdziemy kemping? Na planie to takie proste. Musimy wypatrzyć odpowiedni zjazd z autostrady - sortie Nogent, następnie skręcić w lewo w Boulevard de Stalingrad (we Francji jeszcze dekomunizacji nie było), potem na pierwszym skrzyżowaniu w prawo, jeszcze raz w prawo, przejazd pod autostradą i jesteśmy na kempingu (w podróży posługujemy się niemieckim ADAC camping-führer). Jedziemy tak jak wszyscy - 120 na godzinę i jest sortie Nogent, skręcamy, ale po 100 metrach tkwimy w korku na pasie do skrętu w lewo. Chcę przechytrzyć Francuzów, jadę dalej prosto, myśląc, że się gdzieś wcisnę. Nic z tego, wszędzie ciasno, muszę jechać w prawo, bo inaczej zablokuję drogę. Znowu jesteśmy na autostradzie, tylko że jedziemy na północ. Przy najbliższej okazji zjeżdżamy w prawo. Jesteśmy w gęsto zaludnionej dzielnicy Nogent. Ulica coraz węższa, zatłoczona samochodami, brak drogowskazów, a my musimy znaleźć kierunek do Champigny. Zatrzymuję się przy kawiarence i pytam kelnerkę o drogę, pokazując palcem na mapie, dokąd chcę dojechać. - Prosto i na skrzyżowaniu w prawo. I tyle. Znowu jestem przy sortie Nogent, ale tym razem nie ominę bulwaru stalingradzkiego. Po kilku minutach jesteśmy już na kempingu (camping Paris Est).


Pole Marsowe z wieży Eiffela


 
Kemping leży niemal pod autostradą, ale jej prawie nie słychać. W nocy jest trochę szumu, ale nie jest to uciążliwe. Cena - 90 franków za dobę. Położenie dobre, gdyż z miejsca można dojechać autobusem (lub pieszo skrótami jakieś 400-500 m) do linii metra (Station Joinville), a stąd - już wszędzie. Przez dwa następne dni nie ruszamy samochodu i nie doświadczamy na własnej skórze problemów z parkowaniem w Paryżu.

Fontanny w pobliżu centrum Pompidou



 
Zwiedzamy to, co najważniejsze. Metrem dojeżdżamy do Champs Elysees, obowiązkowo Łuk Tryumfalny na placu de Gaulle'a (później okaże się, że prawie każde szanujące się miasto ma swój plac de Gaulle'a), Palais de Chaillot i oczywiście - wieżę Eiffela. Stajemy, jak inni, w długiej kolejce - pół godziny czekania. Przy kolejce uwijają się chłopcy, roznoszący reklamówki różnych barów, pizzerii i fast food. Tylko do Mauzoleum Lenina w Moskwie trzeba było tyle stać. Za 110 franków wjeżdżamy na najwyższy poziom. Zdjęcia panoramy Paryża z takiej wysokości nie wychodzą najlepiej, lepsze są z pierwszego poziomu, z jakiś 40 m. Dalej Pałac Inwalidów, Most Aleksandra, spacer bulwarami nad Sekwaną, aby poczuć lepiej Paryż. Na ławkach ciągle widzi się śpiących kloszardów, dla których jest to miejsce, w którym żyją na co dzień. Zapach bulwarów - to zapach moczu.

Kolumny na moście Aleksandra













































W tych dniach w Paryżu było bardzo gorąco, około 30 st. C. Ogrody Tuillerie dały trochę odpoczynku od słońca, ale z kolejki do Luwru, na rozpalonym dziedzińcu, to już rezygnujemy. Zaliczamy jeszcze katedrę Notre Dame, centrum Pompidou oraz słynne francuskie hale. Na dwa dni wystarczy, choć całe dwa tygodnie zaplanowane na Francję moglibyśmy spędzić tu interesująco.

Normandia

To nasz następny cel. Wyjazd z Paryża w kierunku północnym utrudniają korki. W końcu jakoś się wydostajemy. Gdy widzimy kolejki przed pierwszą bramką, w której pobierane są opłaty za przejazd, zjeżdżamy z autostrady w kierunku Mantes. Tłok znika, droga całkiem dobra, lepsza od naszej "gierkówki", a poza tym coś widać, jest się bliżej miasteczek, wsi, co chwila zresztą mijamy specjalne zatoki, w których można się zatrzymać na krótki odpoczynek. Przez Evreux, Lisieux i Caen dojeżdżamy do Colleville, już nad kanałem La Manche. Znajdujemy niewielki, prywatny kemping na plaży Omaha, znanej z desantu aliantów z czasu II wojny światowej. Jest to skraj wsi. Do właściwej plaży i do morza jest około 300 m ścieżką wśród ogrodzonych łąk i pastwisk, aż do stromego zejścia na plażę. Ścieżki są wykoszone, co jakiś czas ławeczka dla spacerowiczów i widok na morze. Rośliny na stromej skarpie przypominają nasze jeżyny, ale mają ze 2 metry. Dużo jakichś pnączy i krzewów. Gąszcz taki, że ze ścieżki nie można zejść. Bez obciążenia trudno byłoby na tę skarpę wejść, a cóż dopiero w pełnym uzbrojeniu i pod ogniem karabinów maszynowych. Nic dziwnego, że na tej plaży alianci ponieśli największe straty.


Plaża Omaha w czasie odpływu



Po południu na kemping przyjeżdża kilkanaście samochodów, weselnie przystrojonych. Mają już rozstawione namioty. - Oho, będzie dziś wesoło - mówię do żony. Ale weselnicy posiedzieli trochę przy swoich namiotach, państwa młodych zapakowali do jednego namiotu, namiot ten omotali ze wszystkich stron kolorowymi wstążkami i znowu całym korowodem gdzieś pojechali. Zabawa odbywała się w jednej z pobliskich gospod i chyba bez specjalnego nadużywania trunków. Kiedy wrócili - nie wiem - ale noc była spokojna, nikt nie śpiewał, żadnego głośnego zachowania, żadnego picia. Rano namiot nowożeńców był jeszcze zasznurowany, ale koło południa, gdy wróciliśmy na kemping, weselnicy zaczęli się już rozjeżdżać.

W tym czasie zdążyliśmy przejść kilkukilometrowy odcinek plaży. Akurat był odpływ - morze cofa się wtedy o jakieś 300-400 metrów. W takich warunkach desant nie mógł się odbyć. Na wysokim brzegu pozostały liczne ślady dawnych stanowisk ogniowych armii niemieckiej. Niektóre bunkry są w doskonałym stanie. Na jednym z nich postawiono nawet pomnik - piątej specjalnej brygadzie saperów armii amerykańskiej. W pobliżu znajduje się cmentarz 8000 żołnierzy amerykańskich poległych podczas tego desantu. Jest bardzo dobrze utrzymany, ale nie zdążyliśmy go dokładnie zwiedzić, gdyż o godz. 18 zamykana jest brama cmentarza.












































Pamięć o tych wydarzeniach z ostatniej wojny, o całej operacji Overlord (rozpoczętej 6 czerwca 1944 roku) jest tu bardzo żywa. W większych miejscowościach, jak Port-en Bassin czy Arromanches, latem odbywają się imprezy typu światło i dźwięk - łącznie z symulacją lądowania aliantów - przyciągające tłumy turystów.

Saint Michel

Opuszczamy Colleville w kierunku Ste. Marine w Bretanii. Po drodze planujemy zaliczyć tylko jeden punkt - le Mont St. Michel. Jedziemy drogą raczej lokalną w kierunku na Avranches. Słabiutki ruch, piękny, pagórkowaty krajobraz, dużo sadów i pól uprawnych. Co jakiś czas, w małych miejscowościach, widzimy zaproszenia na tutejszy napój firmowy - kalvados (12 franków butelka).

Zatoka Saint Michel w czasie odpływu




Saint Michel jest skalistą wyspą (najwyższy punkt - 78 m), leżącą niedaleko od brzegu, która obecnie jest połączona z lądem groblą. Zanim groblę wybudowano, w czasie przypływów wyspa była całkowicie odcięta od lądu. Teraz na niskim, dawniej zalewowym obszarze, przygotowany jest parking na kilkaset samochodów. Nawet tu spotykamy autobus z polską rejestracją. Cała wyspa jest zabudowana, a na jej wierzchołku znajduje się klasztor. Całość jest jednym wielkim zabytkiem. Tłumy ludzi - wąskimi uliczkami trudno się przepchać w niektórych miejscach. Wiele muzeów, sklepy, sklepiki i restauracje. Po dwóch godzinach uznajemy, że wyspę mamy zaliczoną, choć nie we wszystkich jej zakątkach byliśmy.

Bretania

Ste. Marine jest niewielką miejscowością wypoczynkową, na południowym wybrzeżu Bretanii, nad zatoką Odet. Kempingów na wybrzeżu jest chyba 3 razy więcej, niż podaje przewodnik. Nasz znajduje się 300 m od plaży. Sektory są podzielone wysokimi do 3 m i gęstymi żywopłotami. Dają cień i chronią przed spotykanymi tu silnymi wiatrami. Na kempingu zauważamy ogłoszenie, że "mule" są sprzedawane tylko w czwartki o godz. 12. Musimy sprawdzić, co to jest. Plaża jest piaszczysta, ciągnie się stąd w kierunku południowym na kilka kilometrów. Cypel od strony wschodniej, przy ujściu Odet, jest jednak stromy i skalisty. Choć świeci słońce, woda jest lodowato zimna. Zdołałem jednak przepłynąć ze dwieście metrów - to moja pierwsza kąpiel w Atlantyku. Lekki, orzeźwiający wiaterek uśpił moją czujność i mimo słońca nie chowałem się pod parasol. Wieczorem nie mogłem już dotknąć pleców.















































Dzisiejsza dzień - 14 lipca - to święto narodowe Francji. Po kolacji udajemy się do centrum miasteczka. Za centrum uznajemy miejsce nad zatoką, gdzie jest najwięcej restauracji i przygotowana scena na wolnym powietrzu. Na scenie przygrywa trio w berecikach z antenkami - akordeon, gitara i perkusja. Wokół wiele straganów z napojami, mules i innymi artykułami spożywczymi. Ludzie zaczynają tańczyć, ale są to przede wszystkim obcokrajowcy. Francuzi głównie konsumują mules i wino. Próbujemy i my.

Bierzemy jedną porcję mules i do tego butelkę wina. Mules są to małże, ugotowane w muszelkach, które łatwo się otwierają. Do tego podają jeszcze chleb i masło. Wszystko to jest bardzo kaloryczne. Jedną porcję ledwo we dwoje zjadamy. Potem jeszcze długo czuję w żołądku te mules. Trzeba było wziąć przynajmniej dwie butelki wina (oczywiście, ze względu na trawienie).

Gdy zrobiło się już ciemno, przyszedł czas na sztuczne ognie. Niebo rozświetlały race nie tylko w naszym miasteczku. Po drugiej stronie Odet też podobnie się świętuje. Na kempingu panuje jednak pełny spokój. Żadnych zakłóceń ciszy nocnej. Kto chciał poszaleć, poszedł do miasteczka. Gdy poszliśmy tam następnego dnia, nie było już żadnych śladów po straganach, wszystko dokładnie wysprzątane.

Przylądek Raz we mgle




Z kempingu robimy całodzienną wycieczkę do jednego z najbardziej na zachód wysuniętych punktów Francji - przylądka Pointe du Raz. Odległość to około 40 kilometrów, ale droga prowadzi przez wiele ciekawych miasteczek, często nad brzegiem morza. Jedziemy tak długo na zachód, aż kończy się droga i pojawia się napis - "Bienvenue a la Pointe du Raz". Jest tu duży parking (płatny), wokół wiele straganów z pamiątkami, restauracje, poczta. Stąd prowadzą różne szlaki w kierunku przylądka. Wokół rezerwat przyrody.

Jedna ze ścieżek doprowadza nas szybko na wysoki brzeg morza. Mijamy jakieś bunkry, które wzbudzają największe zainteresowanie wśród dzieci. Dalej ścieżka robi się prawie płaska, wiedzie wśród traw i wrzosowisk. Ładnie to wygląda - przeważają kolory żółty i fioletowy. Im bliżej przylądka, tym bardziej łyso. W końcu nawet trawy ustępują, a krajobraz to góry zanurzające się w morzu. Przy szlaku napotykamy pomnik - Matka Boska Rozbitków - autorstwa polskiego rzeźbiarza, Godebskiego. Przedstawia figurę Matki Boskiej, do której stóp pełznie ostatkiem sił zmęczony rozbitek.

Matka Boska Rozbitków










































Sama końcówka szlaku - to prawie jak w Tatrach. Stromizny, ubezpieczenia linami, bez których wejście byłoby ryzykowne. Wieje bardzo silny wiatr i pojawia się mgiełka. Pod nogami szaleje Atlantyk, fale z wściekłością rozbijają się o skały. Wyobrażam sobie stateczek pod żaglami, który próbuje ominąć ten przylądek. W oddali z morza sterczą liczne, ostre skały. Gdy wracamy, mgiełka zamienia się już w mgłę, zaczyna mżyć. Idziemy jak przez mleko, tylko nogami wyczuwamy ścieżkę. Dostosowujemy się do innych, licznych tutaj turystów. Niektóre grupy są z przewodnikami. Chyba ktoś zna właściwą drogę. I tak było.

Carnac

W dalszych planach mamy dojechanie, przez dolinę Loary, do Masywu Centralnego z ewentualnym wypadem na południe, do grot de Lasscaux. Na razie jesteśmy w pobliżu Carnacu. Jest to z jednej strony znane kąpielisko, ale z drugiej - jedyny w swoim rodzaju zbiór megalitów, ogromnych kamieni zwanych też menhirami. Te ogromne kamienie są prawdopodobnie resztkami celtyckiej świątyni Słońca z czasów młodszej epoki kamiennej. Jeszcze nie dojeżdżając do Carnacu, w Erdeven, natrafiamy na rezerwat historyczny z dziesiątkami ogromnych głazów (wysokość do 4-5 m) ustawionych w jakimś, trudnym do zrozumienia, porządku. Czasami dwa są nakryte trzecim, tworząc coś w rodzaju bramy. W samym Carnacu, na skraju miejscowości są setki tych menhirów, ustawione rządkami, nie wiadomo, w jakim celu. Na miejscu jest też duży parking, otoczenie gastronomiczno-pamiątkowe. Sam rezerwat jest jednak ogrodzony i trudno znaleźć dobre miejsce, aby zrobić zdjęcia.

Dolina Loary

Słyszeliśmy o zamkach w dolinie Loary, o specjalnych wycieczkach organizowanych przez nasz Orbis w te strony. Specjalnie nie interesowaliśmy się tym, w końcu parę zamków w życiu już się widziało. W pobliżu Ancenis zjeżdżamy z autostrady A11 na boczną trasę wzdłuż Loary, nazywaną "szlakiem winnic". Jedziemy w kierunku Saumur i Chinon. Po lewej stronie mamy cały czas Loarę, w niektórych miejscach, bardziej widokowych, są urządzone parkingi . Po prawej mamy wysoką krawędź doliny Loary, liczne groty mieszczące piwnice pełne win. Niektóre są do zwiedzania, można też kupić wino. Pierwszy zamek, któremu poświęcamy więcej uwagi, to Montsoreau. Położony nad Loarą, tuż przy szosie - nie sposób nie skorzystać z okazji. Jest to raczej pałac niż zamek obronny. Historie z nim związane to głównie romanse, np. o kawalerze Boissy z Amboise, kochanku żony Charlesa de Chambes, pana na Montsoreau, podstępnie zwabionym i zamordowanym przez niego.


Montsoreau


Kilkanaście kilometrów dalej znów zamek, Chinon. Tym razem to potężne zamczysko obronne, z wysokimi murami nad rzeką Vienne. Jest już koło godz. 18, postanawiamy zatrzymać się na kempingu i dokładniej obejrzeć tutejszy zamek i kilka innych. Z kempingu leżącego po drugiej stronie rzeki zamek widać jak na dłoni.

Podczas robienia zakupów sprzedawca sklepu warzywnego próbuje nawiązać z nami kontakt. Coś pokazuje, często używa słowa "woda". - Chyba mówi o powodzi, jaka przed naszym wyjazdem nawiedziła Kłodzko. "Hochwasser" - próbujemy po niemiecku. - Oui,oui - ucieszył się, że pojęliśmy o co chodzi. Później okazało się, że jednak nie zrozumieliśmy się. Nasze radio nie odbierało już Warszawy i nie wiedzieliśmy, że Dolny Śląsk nawiedziła nowa fala powodzi, znacznie groźniejsza. Przekonaliśmy się o tym w drodze powrotnej, gdy nie mogliśmy przedostać się przez Wrocław (zamknięte mosty), nie wpuszczono nas do Opola, dopiero w Rogowie Opolskim, pod czeską granicą udało się nam przekroczyć Odrę. Nałożyliśmy około 300 km, jadąc wolno w sznurze samochodów osobowych, ciężarowych i tirów.

Miasteczko Chinon to kawał historii Francji. Tu działał Denis Diderot, który ma swój pomnik na bulwarze nad rzeką. Na rynku siedzi Francois Rabelais (tu się urodził), a na wzgórzu za zamkiem znajduje się muzeum Gargantui i Pantagruela, jego powieściowych bohaterów. W najlepiej zachowanej wieży zamkowej mieści się muzeum Joanny d'Arc, francuskiej bohaterki narodowej. Tu spotkała się z Karolem VII (z sali, w której to się odbyło, ocalała jedna ściana). To ona, jeszcze jako 17-letnia dziewczyna, zdołała zgromadzić wokół siebie trochę wojska i uwolniła Orlean od oblężenia Anglików (dlatego jest również znana jako Dziewica Orleańska), co spowodowało zwrot w angielsko-francuskiej wojnie stuletniej. Ona miała przekonać Karola VII do koronowania się na króla Francji. Wkrótce jednak oskarżona przez Inkwizycję o czary i herezje została spalona na stosie. Obecnie święta. Na kilku piętrach jest mnóstwo eksponatów związanych z życiem bohaterki. Wyjaśnień można wysłuchać z magnetofonu w różnych językach (polskiego, niestety, nie ma). W innych salach znajduje się ekspozycja wnętrz, strojów z epoki Joanny d'Arc.

W czasie dwudniowego pobytu zwiedzamy jeszcze dwa zamki: Azay-le-Rideau oraz Villandry. Azay-le-Rideau leży na wysepce na rzece Indre. To śliczny zameczek pośród zieleni. Ma charakter raczej wypoczynkowy, jako rezydencja, ale nie obronny. Znakomicie utrzymane wnętrza i tłumy turystów. Bez wątpienia najładniejszym z zamków, które zwiedziliśmy, okazał się jednak Villandry. Ten ma również charakter reprezentacyjny i rekreacyjny. Poza samym zamkiem czy raczej pałacem, bogato wyposażonym, podobnie jak i inne francuskie zamki, znajdują się tu przepiękne ogrody. Utworzone według projektu słynnego ogrodnika Androuet du Cerceau, zdumiewają różnorodnością gatunków roślin i form geometrycznych, które te rośliny wypełniają. Nawet świerki nie wyglądają jak zwykłe choinki, ale jak rzeźby. Tak pospolite warzywa jak kapusta, kalafiory, cebule itp. są tu użyte w charakterze roślin ozdobnych. Sektor roślin leczniczych to też nie grządki dla zielarza, ale wyraz fantazji ogrodnika i artysty jednocześnie.


Villandry



Masyw Centralny

Kilka dni pozostałych do końca naszej podróży zamierzamy spędzić w górach. Kierujemy się do Mont Dore, które jest tym w Masywie Centralnym, czym Zakopane w Tatrach. Pogoda, niestety, bardzo się zmienia. Jest już pochmurno, siąpi deszczyk, coraz gorsza jest także widoczność. Na krętych drogach musimy bardzo uważać. Do Mont Dore dojeżdżamy już w deszczu (pierwszy w czasie naszego pobytu we Francji). Z kilku kempingów wybieramy la Cascade, mając nadzieje, że jest ładnie położony i w pobliżu wodospadu. Nie mylimy się. Po jakichś 2 kilometrach jazdy od centrum pod górę po wąskiej drodze, znajdujemy kemping. W bramie widzimy napis powitalny w wielu językach, w tym jest również -"WITAJCIE". Wysokość 1250 m.

Położenie rzeczywiście śliczne. Panorama na pobliskie szczyty, u stóp których leży Monte Dore - całe centrum jak na dłoni. Do wielkiego wodospadu około pół godziny. Ścieżka prowadzi przez teren rezerwatu przyrody, w którym jest mnóstwo kwiatów. Rzadko u nas spotykana naparstnica purpurowa, ponad metrowej wysokości, zalega tu całe pola. Brzozy stare, ale niewysokie, porośnięte są długimi brodami mchów. Klimat musi być tu o wiele chłodniejszy niż w dole.

Na horyzoncie - Puy de Sancy

Korzystając z lepszej pogody, wybieramy się na całodzienną wycieczkę w kierunku Puy de Sancy (1885 m) - najwyższego szczytu w tej części Masywu. Idziemy ścieżką, koło wodospadu, cały czas urwiskiem, pod którym leży Mont Dore. W poziomie mamy do pokonania odległość około 10 km w jedną stronę. W wyższej części grzbietu, którym idziemy, krajobraz przypomina nasze Bieszczady. Na połoninach pasą się stada owiec i krów. Pastwiska są ogrodzone. Nie ma oznaczeń szlaków turystycznych, a ścieżki często krzyżują się lub rozwidlają. Dwa razy pytamy o drogę i zawsze trafiamy na Anglików. Na szczęście mają dobre mapy i można się zorientować w terenie.

Im bliżej Puy de Sancy, tym więcej wyciągów narciarskich, teraz oczywiście nieczynnych, bo Masyw Centralny to jednak nie Alpy. Latem one nie zdobią gór, wręcz przeciwnie. W polu widzenia jest ich chyba pięć, a zryta ziemia na jednym ze zboczy świadczy o budowie kolejnego. Mont Dore ma jednak duże powodzenie wśród turystów. Jest tu pełno hoteli, restauracji, sklepów - wszystkiego, czego mogą potrzebować goście. My jednak nie przedłużamy pobytu tutaj - dzień rezerwy, który nam został, wykorzystamy po drodze. A poza tym zrobiło się paskudnie - mglisto, dżdżysto i zimno.


Rezerwat w pobliżu la Cascade

Vichy

Opuszczamy Masyw Centralny. Zanim dojedziemy do Miluzy, mamy po drodze wiele ciekawych miast i miasteczek. Clermont-Ferrand, choć interesujące, jest za duże. Pierwszy dłuższy postój planujemy w Vichy, o którym coś słyszeliśmy (w latach 1940-1944 siedziba rządu francuskiego, kolaborującego z Niemcami, kierowanego przez marszałka Petaina). Jest to prawdziwe uzdrowisko. W centrum dwie pijalnie wody mineralnej - stara, przypominająca spaloną pijalnię w Szczawnie-Zdroju, i nowa, mająca kilka ujęć wody z różnych źródeł, ładny, oraz stary park. Duże kasyno, w dzień zamknięte, liczne hotele i restauracje, dalej ratusz - oczywiście przy placu de Gaulle'a. Ale próba kupienia chleba w godzinach między 13 a 14 kończy się niepowodzeniem. Małe piekarnie są akurat zamknięte, a w czynnych sklepach chleb akurat się skończył. Gdy pytam pewną panią, gdzie tutaj można kupić pieczywo, słyszę, że w dużych supersamach, w dzielnicy mieszkalnej, kawałek drogi stąd. Wyjeżdżamy z miasta, licząc na zakupy po drodze.


Ratusz w Vichy


Cluny

Chociaż musimy kręcić się po bocznych drogach, nie możemy ominąć jednego z najsłynniejszych opactw chrześcijańskich (benedyktyni - 910 rok). Miasteczko nieduże, pełne turystów. Na kempingu zajmujemy jedno z ostatnich wolnych miejsc. Najpierw robimy zakupy, świeżutki chleb, inne produkty, a przede wszystkim wino - to przecież już Burgundia. Wino kupujemy w klasztornej piwnicy. Największa swego czasu bazylika na świecie (do czasu wybudowania katedry św. Piotra w Rzymie) jest dziś w nie najlepszym stanie. Przez dach prześwituje niebo - widać we Francji też są kłopoty z funduszami na konserwację zabytków. Na stolikach z informacjami znajdujemy również teksty w języku polskim. Okazuje się, że Polacy mają duży wkład w rozwój zakonu benedyktynów, nawet tutaj, w Cluny. Robimy trochę zdjęć i chowamy się do małej kawiarenki, aby zjeść lody. Po wczorajszym zimnie w górach, dziś jest upał. Dobrze, że te uliczki są takie wąskie i jest sporo cienia. Następnego dnia nie planujemy już żadnego zwiedzania. Wyjeżdżamy na autostradę A6, potem - A36 do Miluzy i do domu.
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;