Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Dookoła włoskiego buta
Naszą wakacyjną podróż 2000 zaczynamy w Bolesławcu. Jest tu przyzwoity hotel (60 zł/os + 10 zł parking) przy drodze wylotowej na Zgorzelec i nie musimy rozbijać namiotu. Jedziemy we dwójkę z żoną samochodem marki Seicento, zabierając pełne wyposażenie kempingowe i pewien zapas żywności.

Przejazd autostradą przez Niemcy przebiega bez zakłóceń. Za Monachium zaczyna się psuć pogoda. Do tej pory było bardzo ciepło i słonecznie. W Austrii leje już na dobre i robi się bardzo zimno. Planowaliśmy pierwszy postój w Sterzingu, już po włoskiej stronie, aby odpocząć po podróży i pochodzić trochę po włoskich Alpach. Co prawda jest już około godz. 18, ale postanawiamy jechać na południe tak długo, aż się wypogodzi i będzie można w przyzwoitych warunkach rozbić namiot. Koło Bolzano przestało już padać, ale jest jeszcze mokro. Dodatkowo trafiliśmy na korek (jakieś przewężenie drogi z powodu robót) i zmarnowaliśmy ponad godzinę. Koło godz. 20 jesteśmy dopiero w okolicach Trento. Jest już pogodnie i najwyższa pora rozejrzeć się za kempingiem. Z naszego przewodnika kempingowego (Camping-Führer ADAC) wynika, że najbliższy kemping jest kilka km za Rovereto, w okolicy Brentonico.

San Valentino

Zjeżdżamy z autostrady i krętą drogą jedziemy do Brentonico. Nie tak łatwo jest znaleźć ten kemping. Jest już ciemno i miasteczko wygląda jak puste. Jest jakaś tabliczka "campo sportivo" ze strzałką. Może to. Niestety, okazuje się, że to jest stadion sportowy i wokoło żywej duszy. Kręcimy się po miejscowości i dopiero napotkana para wyjaśnia po niemiecku, jak trafić na kemping. Jedziemy cały czas pod górę. Czasem na zakręcie odsłania się widok na leżące w dole, usiane światłami, Rovereto. Kemping Ciclamino znajduje się 5 km dalej, w pobliżu San Valentino. Mimo późnej pory (po godz. 23)znajdujemy go i rozbijamy namiot w pobliżu drzewek udekorowanych lampkami jak choinki na Boże Narodzenie. Rano okazuje się, że jesteśmy w dolince, w pobliżu skalnej ściany, która należy do rezerwatu Corna Piana.
Kemping jest bardzo sympatyczny, zadrzewiony (za 2 osoby, namiot i samochód - 30 tys. lirów za dobę), ale większość miejsc zajęta przez przyczepy ustawione na cały rok lub zarezerwowane. Wyposażenie kempingu standardowe - choć kucane ubikacje i brak papieru w toaletach jest zaskoczeniem, ale taki okaże się standard włoskich kempingów. Ludzi jeszcze nie ma dużo, bo tutaj szczyt przypada w sierpniu lub zimą. Mnóstwo wyciągów narciarskich w okolicy, a jeden jest tuż przy kempingu - aktualnie w remoncie. Przy kempingu jest sztuczny zbiornik wodny, ale jeszcze w budowie - porządkowany jest teren przy zaporze. Spory teren rekreacyjny, boisko do piłki nożnej i mnóstwo kortów tenisowych. W jednym z hoteli jest szkółka tenisowa i dużo młodzieży. Pizzeria i sklep samoobsługowy na miejscu.

Okolica jest piękna, ale żeby robić wycieczki, trzeba mieć dobre mapy. Gdy zapytaliśmy o to kierownika recepcji i jednocześnie, jak się okazało, właściciela tego interesu, dostaliśmy gratis dokładną mapę okolic Brentonico, z zaznaczonymi szlakami i stopniami trudności. Na żadnym z włoskich kempingów już się to nie powtórzyło. Do tej pory byliśmy rozpieszczeni na skandynawskich kempingach, gdzie prawie zawsze można liczyć na bezpłatną i szczegółową informację turystyczną - mapy, foldery itp.

Masyw Monte Baldo, w którym jesteśmy, jest dość rozległy. Na zachodzie ograniczony jeziorem Garda, na wschodzie - rzeką Adygą. Postanawiamy zrobić dwie całodzienne wycieczki. Na pierwszą, krótszą, wychodzimy wprost z kempingu, nieoznakowaną trasą w kierunku Colme di Pravecchio. Na drugi dzień podjeżdżamy trochę samochodem, na przełęcz Bocca del Creer i stąd pieszo na Monte Altissimo (2078 m). Ta część masywu bardzo przypomina nasze Bieszczady, ze względu na trawiaste zbocza, przypominające połoniny i stada pasących się krów w niżej położonych partiach. Na szlakach widzi się sporo turystów na rowerach górskich - tu wreszcie są dla nich odpowiednie warunki. Wysokości względne są duże, gdyż jezioro Garda leży na wysokości 67m n.p.m. Widok z Monte Altissimo w kierunku jeziora Garda jest naprawdę imponujący - w dole, pod nogami, ogromne jezioro i tuż za nim wysokie szczyty Alp. Lornetka niezmiernie się tu przydaje.

Na dość płaskim szczycie Monte Altissimo jest schronisko, w pobliżu stara kapliczka i resztki dawnych umocnień, chyba jeszcze dziewiętnastowiecznych - stanowiska artylerii, podziemne korytarze itp. Gdzie ci ludzie nie wlezą, żeby się bić - jakby na dole nie było dość miejsca.

Rzym

Przy pięknej, słonecznej pogodzie opuszczamy San Valentino i kierujemy się na Rzym. Zjeżdżamy do Rovereto tą samą trasą, którą pokonywaliśmy trzy dni wcześniej w nocy. Jest to równie widokowa trasa jak w nocy. Lepiej widać odległe szczyty Alp.

Autostradą jedzie się bardzo dobrze, tłoku specjalnego nie ma. Za benzynę (średnio 2200 lirów za litr) można płacić kartą kredytową. Przejazd autostradą Avio-Rzym (około 500 km) kosztował 48 tys. lirów. Mimo że jest to sporo, dłuższe odległości we Włoszech pokonuje się autostradami. Jedynym mankamentem na autostradzie są parkingi - zaśmiecone, brudne i bez toalet. W ciągu trzech tygodni spotkaliśmy przy autostradzie tylko jeden parking o pełnym, europejskim standardzie - z czystymi toaletami, wodą do mycia i stołami do zjedzenia posiłku. Przy stacjach benzynowych (które nie są zbyt często) toalety są najczęściej we wnętrzu sklepu.

Kemping Tiber w Rzymie bardzo łatwo znaleźć. Od zjazdu nr 6 (uscita 6) z obwodnicy rzymskiej (Grande Accordo Anulare) jest dobre oznakowanie. Kemping jest dobrze zadrzewiony, co w czasie upałów jest tu bardzo ważne, czysto i mimo dużej liczby gości - spokojnie. Cena - 46 tys. lirów za dobę, droższego już nie spotkaliśmy, można płacić kartą kredytową (mieliśmy kartę Visa Elektron). Dużo pielgrzymek z Polski. Ich specjalnością są msze odprawiane około godziny 21 przez księży prowadzących pielgrzymki.

Z kempingu specjalny busik dowozi turystów do stacji kolei miejskiej. Na stacji Prima Porta (okropnie brzydki budynek) trzeba już kupić bilet za 1500 lirów, ważny również na metro. Samochód zostaje na kempingu i nie mamy problemów z parkowaniem w zatłoczonym Rzymie.


W Rzymie chcemy obejrzeć to, co zalecają przewodniki. Rozpoczynamy od Piazza del Popolo, niedaleko od stacji końcowej kolei miejskiej przy Flaminio. Zaglądamy do kościoła Santa Maria del Popolo (wymienianego w przewodnikach), ale akurat jest ślub i nie będziemy przeszkadzać. Wchodzimy po schodach na Plac Napoleona przy ogrodach Pincio (ładna panorama na Piazza del Popolo i odległy Watykan). W ogrodzie setki popiersi rozmaitych znanych ludzi od czasów starożytnych i nie tylko Włochów. Dalej Trinita dei Monti, Schody Hiszpańskie i Fontanna della Barcaccia. Jest około 40 stopni i moja żona wykorzystuje okazję, aby się ochłodzić. W upale najlepiej zwiedzać fontanny. Następna to słynna z filmu Felliniego fontanna di Trevi.

Jesteśmy już nieco zmęczeni i rozglądamy się za miejscem na odpoczynek. Na planie Rzymu, w tej okolicy, najwięcej zieleni jest w Kwirynale. Idziemy wąską uliczką pod górę. Jedna brama i wartownik, druga brama i kilku strażników, niektórzy w strojach chyba z okresu cesarstwa rzymskiego. Kwirynał to przecież siedziba prezydenta Włoch i zwykły turysta tu, niestety, nie ma wstępu. Dopiero po obejściu Kwirynalu, w jakimś parczku robimy sobie odpoczynek.

Tego dnia jeszcze starczyło sił na Forum Trajana i Muzeum Kapitolińskie (wstęp 15 tys. lirów). Z Forum Romanum dziś rezygnujemy, ale Coloseum chcemy zaliczyć. Niestety, drogę do Coloseum zagradzają zwarte oddziały karabinierów - przejścia nie ma. Coloseum i stacja metra są zamknięte. Jakiś ważniejszy od nas gość zwiedza Coloseum i stąd ta mobilizacja. Ale to jeszcze nie koniec atrakcji.


Na niewielkiej uliczce (Via del Colosseo) podbiegają do mnie dwie Cyganki. Jedna w wieku gdzieś 14 lat, druga - może 10. Ta starsza, wyższa, macha mi przed nosem jakimś folderem i coś mówi, jakby "cin, cin, cin...", a młodsza szarpie za nogawki spodni. Znam to z Polski - zwykle jest poparte prośbą "daj 50 groszy na bułeczkę". Machnąłem nogą i odskoczyły. Nie na długo. Nie zrobiłem jeszcze 10 metrów, a doskoczyły znowu, obie jednocześnie. Powtórzyło się to samo. Po kilku sekundach dały mi spokój i znikły.

Uspokoiłem się, ale patrzę - moja kieszeń u spodni, z przodu, zamykana suwakiem jest otwarta. Zapomniałem, że mam tu pieniądze - resztę ze 100 tys. lirów, które rozmieniałem w muzeum, czyli 70 tys. lirów. Nie ma. A więc tak wygląda akcja kieszonkowców - jedna odwraca uwagę od kieszeni, a druga obrabia. Nie potrzeba do tego żadnego tłoku. Wystarczy szybkość. Mnie suwak się przeważnie zacinał, ale nie Cygance. Gdy doskoczyły do mnie pierwszy raz, mała otworzyła zamek, ale przeszkodziłem w wyciagnięciu pieniędzy. Za drugim doskokiem, zanim oprzytomniałem - dokończyły robotę.

Przygodę tę opisuję głównie ku przestrodze. Wiele osób nosi pieniądze na pasie - to nie jest utrudnienie dla takich specjalistek, które spotkałem. Duet - duża i mała - obrobi wszystko, od pasa w dół. Gdy na kempingu poskarżyłem się dziewczynom w recepcji, nawet się nie zdziwiły. Powiedziały, że tylko pieniądze noszone na szyi, pod koszulką są bezpieczne. Ja też tak robię, ale drobniejsze chce się mieć bardziej pod ręką.

Drugi dzień zaczynamy od Coloseum, bo chcemy uzupełnić wczorajsze plany. Ceny jak wczoraj - Coloseum też 15 tys. lirów. Dalej Łuk Konstantyna, Forum Romanum, spacer nad Tybrem, Area Sacra Argentina, Panteon, Piazza Navona, znowu nad Tybrem aż do Zamku świętego Anioła i na Plac świętego Piotra. Po drodze, na głównej ulicy prowadzącej do Watykanu - via della Concilacione - mnóstwo otwartych sklepów. W sklepach nie tylko żywność i napoje dla spragnionych pielgrzymów, ale wszelkie artykuły - talerze, biżuteria, obrazki, figurki, przedstawiające najczęściej bóstwa świata starożytnego. I to pod okiem papieża. A Komisja Rodziny w naszym Ełku (pewnie każde miasto ma taką komisję) chciała zakazać handlu w niedzielę. Przecież oni jeżdżą do Rzymu na pielgrzymki, a więc widzą ten handel. Dlaczego są hipokrytami?

Jest niedziela, 9 lipca, już po spotkaniu z papieżem. Wiele osób odpoczywa w cieniu pod kolumnami (284 sztuki podobno wykonane osobiście przez Berniniego). Czysta sztuka, czyli do niczego nie potrzebna poza sprawianiem imponującego wrażenia. Widać tu potęgę kościoła - ziemską potęgę. Idziemy do Bazyliki świętego Piotra. Przy wejściu kontrola wizualna. "Pan nie może wejść!". Strażnik pokazuje na moje gołe nogi i mówi "lunghi pantaloni", czyli prawdopodobnie długie spodnie. Nie jestem wyjątkiem. Innych też zawracają. Przedtem coś słyszałem, że do Watykanu trzeba się przyzwoicie ubrać. Założyłem eleganckie, krótkie spodnie, w szarym kolorze, nie jakieś kwieciste hawaje. Sądziłem, że wystarczy. Myślałem, że to moja żona będzie mieć kłopoty - bo to kobiece nogi są grzeszne. Ona jednak nie miała żadnych kłopotów, bo u kobiet góra się liczyła, a tę miała zakrytą.

Jeśli to moje gołe nogi przeszkadzają, to je zakryję. Mieliśmy dwie jednakowe chustki typu "bandana", które dostałem od amerykańskich baptystów na kursie angielskiego. Owinąłem nogi i miałem "lunghi pantaloni". Pierwszy strażnik już miał wpuścić, ale na wszelki wypadek wezwał kogoś wyższego szarżą. Ten obejrzał mnie z dezaprobatą i pokręcił głową - "nie!". A więc nie chodzi o gołe nogi, tylko o produkcje krawiecką. "Gdzie ja dostanę długie spodnie?" Strażnik pokazał wymownie drugą stronę placu.

Zrezygnowałem z bazyliki. W końcu widziałem już te kilkadziesiąt, a może i więcej zabytkowych kościołów. W niektórych lepszych restauracjach wymagany jest krawat. W meczcie trzeba zdjąć buty. Właściciel lokalu ustala zasady. Chyba bardziej podoba mi się warunek zdjęcia czegoś niż nałożenia. To bardziej demokratyczne. To zrównuje ludzi. Islam ma większą przyszłość.

Monte Cassino

Następnym naszym etapem mają być Pompeje i Wezuwiusz. Do przebycia niewiele, około 200 km autostradą. W połowie drogie robimy przerwę w Monte Cassino. Aby dojechać do polskiego cmentarza wojennego, kierujemy się krętą szosą na klasztor. Oznakowania nie ma żadnego, ale w pobliżu polskiego cmentarza jest duży parking na ukończeniu. Sam cmentarz jest bardzo dobrze utrzymany, prowadzi do niego piękna aleja. Stąd ładny widok na klasztor.

055.jpg
Samego klasztoru jednak nie udało się nam zwiedzić. Jest już nieco po godz. 12 i benedyktyni mają teraz sjestę do 16. Z parkingu przed klasztorem rozległy widok na całą południową część Lazio. Strome i jałowe zbocza góry, porośnięte rzadkimi krzakami, wzbudzają refleksje. Jak to można było zdobywać w pełnym uzbrojeniu i pod ogniem, kiedy pieszo i bez obciążenia nie byłoby łatwo tu wejść. Czy naprawdę nie można było tego ominąć i iść dalej na Rzym? Nie miał łatwego zadania II Korpus Polski pod dowództwem generała Andersa. Po bitwie została tu kupa gruzów, ale teraz jest już wszystko pięknie odbudowane. Spotykamy wielu Polaków.


Pompeje i Wezuwiusz

 Kemping "Zeus" znajduje się tuż przy zjeździe z autostrady, 100 m od głównego wejścia do archeologicznego rezerwatu "Pompeje", niedaleko przystanku kolejowego Stazione Pompei Villa dei Misteri, w pomarańczowym sadzie. Mimo bliskości autostrady i linii kolejowej nie czuje się hałasu, nie odczuwa się też bliskości miasta (nowych Pompejów). Wyposażenie standardowe, ceny umiarkowane - 31 tys. lirów za dobę. Na kempingu można kupić prawie wszystko, ale drożej - np. zwykła woda mineralna 1,5 litra kosztuje 3000 lirów, gdy w supermarkecie 500 m dalej tylko 1000.

Starożytne miasto Pompeje zostało zniszczone przez wybuch Wezuwiusza w 79 roku n.e. Miasto zostało zasypane przez masy popiołów i lawy, a ludzie, zatruci wydzielającymi się gazami, nie zdołali uciec. Ich gipsowe odlewy można obejrzeć na terenie wykopalisk, w okolicy Forum. Wykopaliska rozpoczęto w 1748 r. i do tej pory nie odsłonięto całego terenu starożytnego miasta, a odsłonięto bardzo dużo.

Wstęp na teren wykopalisk 16 tys. lirów od osoby (bilet na cały dzień zwiedzania). Zwiedzanie można podzielić na etapy - przed i po południu - nie tylko ze względu na obfitość wrażeń, ale ze względu na upał i brak cienia. Jeśli ktoś jest szczególnie zainteresowany archeologią, może kupić bilet 3-dniowy, zawierający w cenie również Herkulaneum (Ercolano). Obszar do zwiedzania jest bardzo duży. Główna ulica starożytnego miasta - Ulica Obfitości (Via dell'Abbondanza) - ma ponad półtora kilometra długości. Przed zwiedzaniem radzę kupić w którymś z kiosków album "Pompeje" (są również w języku polskim) i wybrać obiekty, którym warto poświęcić więcej czasu.

Jeden dzień postanowiliśmy poświecić na Wezuwiusz. Początkowo mieliśmy zamiar podjechać samochodem do podnóża góry i wejść pieszo na szczyt wulkanu - w końcu ma tylko 1277 m. Dziewczyna z recepcji kempingu jednak stanowczo odradzała ten zamiar (nie wiedzieliśmy dokładnie dlaczego). Mówiła, że wszyscy jeżdżą autostradą do Torre del Greco i dalej na Wezuwiusz. Na mapie Kampanii, kupionej tu na miejscu, były zaznaczone jeszcze dwie drogi, ale ona uparcie pokazywała tylko na autostradę.

Można również zrobić wycieczkę autokarem wprost z Pompei na Wezuwiusz lub pociągiem do Ercolano i dalej autobusem, ale nie skorzystaliśmy z tych możliwości.

Jedziemy więc grzecznie autostradą do Torre del Greco (18 km - 1800 lirów), zjazd z autostrady, dalej dobrze oznakowana, kręta szosa (na zakrętach trzeba się czasem zatrzymać, aby przepuścić autokar, bo inaczej nie wyrabia). Przy szosie znak - zakaz ruchu pieszego! Trochę się wyjaśniło. Szosa kończy się dużym parkingiem o nawierzchni z popiołu wulkanicznego. Dużo samochodów osobowych i autokarów. Z trudem znajdujemy miejsce (4000 lirów).

077.jpg
Dalej już tylko pieszo. Turystów tłumy. Przy wejściu na szlak można wypożyczyć (za drobną opłatą) kijek do podpierania się. My mamy swoje kijki narciarskie. Schodzący ze szczytu wypożyczają szczotki do butów, aby je oczyścić z popiołu (też za drobną opłatą). Gdy dochodzimy pod sam szczyt, znowu bramka. Dalej wstęp 9000 lirów od osoby. Okazuje się, że krater jest prywatny. Dookoła państwowy rezerwat, a krater jest prywatny! Głupio nie wejść na krater, gdy już się tu weszło. Uważam, że to dużo. Pytam dziewczyny z obsługi (na szczęście zna niemiecki), ile w takim razie kosztuje sam krater - jeśli mam płacić tyle za wstęp, to wolę go kupić. Bierze poważnie moje pytanie, ale ponieważ nie zna ceny, chce skontaktować z właścicielem tego interesu. Powiedziałem, że to w tej chwili nie jest takie ważne, musimy najpierw krater obejrzeć.

Dwadzieścia metrów po minięciu bramki już możemy zajrzeć do wnętrza krateru. Urwiste ściany, dno chyba niżej niż 100 metrów, brak roślinności, w niektórych miejscach wydobywające się chmurki gazów. Na przeciwległej koronie wulkanu widać żółtawe osady prawdopodobnie siarki. Niektóre miejsca zabezpieczone łańcuchami (chyba to jedyna inwestycja właściciela obiektu). Ścieżka prowadzi dookoła krateru jeszcze jakiś kilometr. Po drodze kioski z pamiątkami. Pytam sprzedawcę, czy jest jakaś krótsza droga do Pompei. Okazuje się, że nie ma. Teren wokół szczytu jest rezerwatem przyrody i na wstęp do niego trzeba mieć specjalne zezwolenie, które trudno uzyskać.

Na zewnątrz szczytu widok jest bardzo rozległy. Cała Zatoka Neapolitańska jak na dłoni, aż do półwyspu Sorrentino. Wszędzie gęsta zabudowa - od Neapolu aż po Pompeje. Stoki wulkanu pokryte lawą i popiołem, uboga roślinność (A szkoda, że nie kupiłem krateru. Dziennie wchodzi tu minimum1000 ludzi, pomnożyć to przez 9000 lirów - wychodzi niezła sumka baz wielkiego nakładu. Dobrze, że u nas nikt nie wpadł na pomysł, żeby sprywatyzować czubek Giewontu).

W powrotnej drodze do Pompei rezygnujemy z autostrady. Chcemy zjechać nad zatokę i zrozumieć, dlaczego "wszyscy jeżdżą autostradą", omijając inne drogi w tej dzielnicy. Zanurzamy się w gąszcz ulic Torre del Greco. Duży ruch, kręte ulice o różnej szerokości i nawierzchni - od bruku do asfaltu. Mnóstwo młodzieży na skuterkach, którzy kierują się niejasnymi regułami, raz wyprzedzają z lewej, raz z prawej, wymuszają pierwszeństwo. Jeden nawet jechał pod prąd ulicą jednokierunkową. I to trąbienie - czemu to służy? Tylu samochodów z poobijanymi reflektorami, zderzakami, wgiętymi blachami dawno nie widziałem. Znaki zakazu i nakazu służą chyba tylko dekoracji.

Zjeżdżamy nad zatokę. Odgrodzony od jezdni pas plaży jest podzielony na segmenty - wejście wszędzie płatne. Kolor piasku - szary jak popiół. Odstręcza to nawet od spaceru, nie tylko od kąpieli. Kręcimy się dalej uliczkami. Nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się już w Torre Annunziata. Nadal dzielnica przypominająca raczej slumsy, pełno śmieci, papierów, resztki jakichś warzyw, a na balkonach - susząca się bielizna. Z ulgą dojeżdżamy w całości do Pompei, nasz samochód też wyszedł z tego bez uszczerbku. Zrozumieliśmy, dlaczego jeździ się autostradą.


Sybari

Po trzech dniach pobytu w Pompejach uznajemy, że dość już spędzania wakacji w tłumie turystów. Kierujemy się dalej na południe - do Sybari. Jedynym powodem wybrania tej miejscowości była nazwa. Wszak od starożytnego Sybari pochodzi nazwa "sybaryta" - tego, kto już ma wszystko, co chciał mieć, i prowadzi życie wyłącznie konsumpcyjne. Droga nadal jest dobra, autostrada, ale już nie jest płatna. Najpierw prowadzi nad morzem, w okolicach Zatoki Salerno, potem przez górzyste okolice Apeninu Lukańskiego. W pobliżu Castrovilari zjeżdżamy do szerokiej i płaskiej doliny, w której leży Sybari. Obecne Sybari leży kilka kilometrów od starożytnego poprzednika, po którym niewiele zostało. To, co zostało, można obejrzeć w muzeum (jeszcze w budowie, choć można już zwiedzać). Sybari leży nad rzeką, ale po rzece jest tylko suche koryto i długi most. Wodę można zobaczyć tylko w rowach nawadniających pola ryżowe. Wszędzie ślady suszy.

Zatrzymujemy się na kempingu "Pineta di Sibari". Warunki dobre, ciepły prysznic za darmo. Cena - 74 tys. lirów za trzy dni (to jeszcze nie szczyt sezonu, w którym ceny się podwajają). Można rozbić się prawie na plaży, można też wynająć domek, ale minimum na dwa tygodnie. Po postawieniu namiotu samochód trzeba odprowadzić na parking. Teren kempingu zadrzewiony - głównie sosny i eukaliptusy.

Turystów jest bardzo dużo, ale są to przeważnie Włosi z licznymi rodzinami, niewielu Niemców i Francuzów. Dobre warunki do aktywnego wypoczynku - czysta, piaszczysta plaża. Nawet nurkując w przezroczystej wodzie widać na dnie tylko piasek, żadnej roślinności, ani kamieni, czy małżów, czasem jakiś wędkarski kołowrotek. Jest kort tenisowy i boisko do piłki nożnej. Mimo pięknej pogody niewielu ludzi się kąpie czy uprawia jakikolwiek sport. Dzień tutejszego wczasowicza to głównie jedzenie, leżenie i oglądanie telewizji. Nic dziwnego, że współczesny sybaryta już po trzydziestce przyjmuje sylwetkę baleronu. W pobliskim miasteczku Villapiena Scala naliczyliśmy trzech rzeźników (macelleria), a tylko jeden stragan z warzywami.

Po dwudziestej otwierane są dyskoteki. Na dwóch sąsiednich kempingach również. Trwają do godz. 24 i dłużej. Muzyka typu naszego disco polo, bardzo głośna, więc słychać ją wszędzie - na odległej o kilometr plaży też. Można odnieść wrażenie, że odbywa się swoista konkurencja - kto zagra głośniej, kto ma lepsze wzmacniacze. Nie spotkaliśmy dotąd na żadnym kempingu tego zwyczaju. Na ogół jest bardzo cicho i spokojnie, bez względu na porę dnia. Z zaplanowanych pięciu dni wytrzymaliśmy trzy.

Manfredonia

Skoro zaoszczędziliśmy dwa dni, postanawiamy zatrzymać się dodatkowo na półwyspie Gargano, w Manfredonii. Po drodze przejeżdżamy przez krainę trulli, okolice Locorotondo i Alberobello. Trulle są to okrągłe budowle, których dachy w formie stożków są budowane bez zaprawy z płaskich kamieni. Taka metoda budowy pochodzi jeszcze ze starożytnych czasów. Dziś jest to bardzo modne - buduje się w tym stylu wszystko: domki, budynki gospodarcze itp. Z tarasu widokowego w centrum Locorotondo widać ich całe mrowie.

Półwysep Gargano jest już widoczny z okolic Barletty - ponad 50 km w prostej linii - jako wyniosły płaskowyż wystający z wód Adriatyku. Nawet miasteczko Monte San Angelo w jego wyższej części daje się łatwo rozpoznać. Mijamy Barlettę i jedziemy nadmorską szosą, wzdłuż długiej i piaszczystej plaży. Po prawej cały czas Adriatyk, po lewej - rozległa nizina Tavoliere z licznymi basenami wody morskiej, z której przez odparowanie otrzymuje się sól. Zatrzymujemy się na kempingu "Baia del Monaco" kilka kilometrów za Manfredonią. Oznakowanie bardzo słabe, chyba tylko dla wtajemniczonych. Kemping leży wśród oliwkowych sadów, na wysokim brzegu morza. Na plażę prowadzą schodki. Wybrzeże kamieniste, zatoczki do kąpieli wykonane sztucznie. Woda mętna, ale akurat morze było wzburzone.

Wśród gości przeważają Włosi i przede wszystkim stali bywalcy. Ich namioty lub przyczepy są obrośnięte trawą i obsadzone grządkami kwiatów. Tworzą całe uliczki, sąsiedzi dobrze się znają. Przeważają rodziny wielopokoleniowe. Tak jak w Sybari, po godz. 20 rozpoczyna się dyskoteka. Obok naszego namiotu zatrzymały się dwa niemieckie wohnwageny. "O której się to kończy?" - pytają, sądząc, że jesteśmy dłużej. "To się dopiero zaczyna!" - informujemy uprzejmie. Rano już ich nie było.

Są korty tenisowe, jest też basen. Tu również mało ludzi na plaży, nie ma ich też na basenie, ani na kortach. Trochę wzięcia u małych chłopców ma piłka nożna. Telewizory grają przez cały czas - jak w Sybari.

Mimo że na kempingu można wszystko kupić, wybieramy się do Manfredonii. Miasteczko bardzo sympatyczne, stary zamek nad morzem, wąskie uliczki, przeważnie jednokierunkowe. Trafiamy na targ na centralnej ulicy, zamkniętej dla ruchu. Warzywa i owoce dwa razy tańsze niż na kempingu i duży wybór. W księgarni kupuję szczegółową mapę okolicy. Znajduję krótszą drogę do kempingu. Niestety, mapa okazuje się do kitu. Na drodze wyrasta rafineria i nie można jej inaczej ominąć, jak wracając do głównej szosy. Kiedyś narzekaliśmy, że nasze, polskie, mapy turystyczne są fałszowane, żeby nieprzyjaciel nie mógł się zorientować. Ale ta mapa jest nowa. Nie mogę znaleźć daty wydania, ale cena jest w euro - nie może być stara. O jakości mapy mogłem przekonać się jeszcze raz na kempingu. Do miasteczka Monte San Angelo, leżącego na wysokości około 800 m n.p.m., czyli nad naszym kempingiem, i oddalonego w prostej linii o jakieś 5 km, chcieliśmy dojść pieszo. Samochodem to żadna atrakcja. Pytam więc w recepcji kempingu, jak tam najlepiej dojść pieszo. "Ale tu nikt nie chodzi pieszo, wszyscy jeżdżą szosą!". "My nie chcemy szosą. Tu jest zaznaczona polna droga, ale chcemy się upewnić, czy jest dobra". "Tą drogą nie chodzi nikt od 20 lat!" - odpowiada recepcjonista.


Poszliśmy. Dopóki nie skończyła się wieś, droga była asfaltowa, potem żwirówka, potem zwykła, nieutwardzona ścieżka i wreszcie pojawiły się krzaki, kolczaste dzikie róże i inne, równie przyjemne w dotyku. O tym, że to jednak była kiedyś droga (chyba tylko dla pieszych), świadczyły wyślizgane stopnie w skałach. Przed samym San Angelo musieliśmy jednak wejść na szosę, gdyż urwiska nijak nie można było ominąć. Dodam, że cały czas była piękna, słoneczna pogoda, a cienia po drodze nie było. Cały czas mieliśmy widok na morze i gaje oliwkowe. Okolica jest bardzo uboga.

San Angelo to bardzo stare miasteczko. Największe znaczenie miało w IX wieku, kiedy w jego najwyższym punkcie zbudowano zamek. Miał najpierw szwabskich, potem normańskich właścicieli. W średniowieczu celem pielgrzymek było sanktuarium św. Michała zbudowane w grocie (w dół prowadzi 90 wykutych w skale stopni) na miejscu, gdzie biskupowi z Sipontu przyśnił się archanioł Michał. Samo miasteczko, z wąskimi, stromymi i krętymi uliczkami, jest warte zwiedzania. Z zamku rozciąga się piękny widok na okolicę - las Umbra, Adriatyk i dachy miasteczka. Na kemping wracamy jednak autobusem.

San Marino

Do San Marino przemieszczamy się autostradą. Między Pescarą i Anconą trafiamy na jedyny parking w pełni europejskim standardzie: czynne toalety, stoły do zjedzenia posiłku w widokowym miejscu, bieżąca woda i czysto. Sądziliśmy, że takich we Włoszech nie ma. W San Marino jest chyba tylko jeden kemping - Centro Turistico San Marino Camping Village. Doba 45,5 tys. lirów, za to wszystko, co trzeba: basen, boiska do różnych gier, teren zadrzewiony, ukształtowanie tarasowe, cisza i spokój. Towarzystwo międzynarodowe, Włosi nie są dominującą grupą. W recepcji dostajemy różne foldery, informacje co, gdzie i kiedy się odbywa. Tu już czujemy się obsługiwani na poziomie europejskim.


Akurat trafiamy na Dni Średniowiecza, które tu (to znaczy - w starym San Marino, na Monte Titano) w tym roku odbywają się między 17 a 23 lipca. Busik zabiera chętnych za kwadrans dziewiąta - 6000 lirów od osoby, trzeba tylko wcześniej się zapisać. "A czy nie można pieszo?" - "Nie, jest daleko (recepcjonistka podaje, że 8 km) i niebezpiecznie na ulicach ze względu na duży ruch i brak chodników". Sprawdziliśmy, rzeczywiście, pieszy ma tu ciężkie życie. Do supermarketu (1,5 km) pojechaliśmy samochodem.

Wieczorem na zamek też udaliśmy się własnym pojazdem. Z otrzymanym na kempingu planem w ręku (początkowo trudnym do zrozumienia ze względu na ukształtowanie terenu - teren górski odwzorowany na płaszczyźnie) znaleźliśmy odpowiedni parking. Opłata 2100 lirów za godzinę. Próbowaliśmy płacić odliczoną kwotę, ale okazało się, że to nie tak. Należy wsunąć do parkomatu np. 5000 lirów i otrzymuje się bilet z godziną, do której postój jest ważny. Reszty nie wydaje. Parkingi oznaczone są symbolami P1, P2, P3 itp. Czy tym oznakowaniem rządzi jakaś reguła - nie odkryliśmy. Mijając kolejne parkingi (czerwone światło przy symbolu parkingu oznacza, że nie ma wolnych miejsc), wjeżdżamy coraz wyżej, aż na P3. Do średniowiecznej części San Marino, otoczonej murami, zajmującej najwyższą partię Monte Titano (750 m n.p.m.) można również dostać się kolejką linową (funivia) z parkingu P11.

Główne imprezy w ramach Dni Średniowiecza rozpoczynają się o 21.15 i kończą się po 23. Składają się na nie barwne pochody różnych grup folklorystycznych z różnych części Włoch, zbierające się na Piazza Sant'Agata i wędrujące w górę do Piazza Garibaldi i dalej. Barwne stroje, cyrkowe sztuczki, żonglerka, pochodnie i dużo hałasu, przede wszystkim werble. Wąskie uliczki wypełnione przebierańcami w średniowiecznych strojach, czynne stragany rzemieślników, pracujących przy łuczywach i oferujących swoje wyroby, stwarzają odpowiedni klimat. Na niektórych placach odbywają się przedstawienia teatralne i muzyczne (musica antica) grup folklorystycznych. Wszystko dla turystów.

W dzień również można te kolorowe i hałaśliwe przemarsze zobaczyć, ale to już nie to co wieczorem. Sklepy otwarte są cały czas. Można kupić wszystko i nieco taniej niż we Włoszech. Porozumieć się można chyba w każdym języku, bo po polsku też. Liczne muzea zapraszają do siebie. Z murów twierdzy widać całe państwo, a nawet morze w okolicy Rimini (10 km w prostej linii). San Marino uznajemy za najciekawszy punkt naszych tegorocznych wakacji.

Republika San Marino jest najstarszą republiką europejską. Obecny ustrój pochodzi z roku 1243, kiedy władzę zaczęło sprawować dwóch konsulów, każdy przez sześć miesięcy w roku - i tak jest do dzisiaj. Co 5 lat mieszkańcy San Marino wybierają Wielką Radę w liczbie 60 członków i ta Rada mianuje dwóch konsulów (Capitani Regenti). Uroczyste przekazywanie władzy odbywa się 2 razy do roku - zawsze 1 kwietnia i 1 października. Oprócz regentów władzę wykonawczą sprawuje 10 ministrów. Liczba mieszkańców republiki - 26474 (stan na 31.12.1998).

Droga powrotna

Aby się zbytnio nie zmęczyć jazdą powrotną, zaplanowaliśmy dwa przystanki po drodze. W Austrii zatrzymaliśmy się w Hartbergu. Na kempingu dostajemy mapy i foldery, mimo że zatrzymujemy się tylko na jeden nocleg. Cisza, czystość i porządek.

W Czechach wybieramy kemping Vrbno pod Pradedem, w pasmie górskim Jasenika. Za dwie doby zapłaciliśmy 250 koron, tj. około 25 zł. Tanio można też wynająć domek, ale trzeba wcześniej zamawiać, gdyż latem jest tu pełno turystów i wczasowiczów. Z wyposażenia kempingu można korzystać bez żadnych dopłat. Jeszcze parę lat temu w Czechach obowiązywały dwie ceny: niższa dla Czechów i znacznie wyższa dla obcokrajowców, w tym również Polaków. Teraz została już jedna cena - ta niższa. Pełnometrażowy obiad z dobrym piwem można tu zjeść już za 200 koron. A do granicy mamy stąd jakieś 10 km. Jesteśmy prawie w domu.

Ełk, 23.IX.2000
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2014 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;