Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Szlak wiedzie przez wulkany
Autor: Tomasz Cukiernik   

Dwa niesamowite dni spędziłem wśród wulkanów. Pierwszego dnia szedłem całodniowym szlakiem wysokogórskim między dwoma czynnymi wulkanami Tongariro i Ngauruhoe. Jednodniowy szlak Tongariro Corssing jest reklamowany jako „najlepszy jednodniowy szlak w Nowej Zelandii”. W drugim dniu wspiąłem się na szczyt wulkanu Ruapehu, którego wysokość wynosi 2797 metrów n.p.m., a ostatni wybuch miał miejsce w 1996 roku. Wszystkie trzy znajdują się w Parku Narodowym Tongariro na Wyspie Północnej w Nowej Zelandii.

 Malutkie, górskie miasteczko Turangi położone jest na skraju Parku Narodowego Tongariro. Niewiele się tu znajduje: dwie stacje benzynowe, restauracja, jeden supermarket, kilka hoteli oraz parę ulic niskich domów wybudowanych w charakterystycznym nowozelandzkim stylu. W czyściutkim Turangi odczuwa się spokój, a w powietrzu unosi się klimat górskich wypraw. Zjeżdżają tutaj ludzie z całego świata: Europy, USA, Kanady, Australii, Izraela, Japonii, Korei Południowej, Chile, Argentyny, aby wyruszyć turystycznym szlakiem w tajemnicze, wulkaniczne góry. Można podjąć się przejścia zarówno jednodniowego oznakowanego szlaku (co czyni większość turystów), jak i kilkudniowej wyprawy, nocując w schroniskach, której podejmują się nieliczni. W obu wersjach możliwości jest cała gama. Ja z braku czasu wybrałem pierwszą, najpopularniejszą wśród turystów opcję – Tongariro Crossing.

 Tongariro Crossing

 W moim hotelu Extreme Backpackers wykupiłem transport tam i z powrotem do miejsca, gdzie rozpoczyna się szlak. Nękała mnie tylko niepewność odnośnie pogody: czy mi dopisze? W skrajnie złych warunkach pogodowych szlak jest bardzo niebezpieczny i niedostępny. „Nie gwarantujemy pogody. Rezerwujemy sobie prawo do anulowania wszystkich przejazdów z krótką adnotacją o złych warunkach pogodowych” – czytam groźnie brzmiącą uwagę w folderze jednego z biur turystycznych. Tymczasem od kilku dni pada deszcz, słońce pokazuje się bardzo rzadko. Słyszałem, że niektórzy podróżnicy czekali w hotelu w Turangi kilka dni na poprawę pogody, aby wybrać się w góry. Ja niestety nie mogłem sobie na to pozwolić, ponieważ na Tongariro Crossing zarezerwowałem tylko ten jeden dzień. Jeśli pogoda będzie zła, nie będę mógł czekać i nie zobaczę jednego z najbardziej podziwianych parków narodowych Nowej Zelandii.

- Jaką przewiduje się pogodę na jutro? – pytam niepewnie w recepcji mojego hotelu, wiedząc, że przez następnych kilka dni miało lać.

- Na chwilę obecną prognozy są pozytywne – usłyszałem optymistyczną odpowiedź. – W górach ma świecić słońce i być ciepło. Ale pewniejszą prognozę pogody będziemy mieli rano, przed odjazdem autobusu.

- Dziękuję za dobrą informację.

- Proszę pamiętać, że nawet kiedy jest ładna pogoda, to w górach szybko się ona zmienia i może być zimno, nawet latem może spaść śnieg. Należy wziąć ze sobą ciepłe rękawiczki, czapkę, okulary i krem przeciwsłoneczny, a przede wszystkim odpowiednie buty trekkingowe – ostrzegła mnie właścicielka hotelu. – Jeśli Pan czegoś nie ma, to możemy pożyczyć.

Tak samo ostrzegają foldery: „Pogoda w Parku Narodowym Tongariro jest ekstremalnie zmienna. Latem należy się spodziewać temperatury od 5 do 35 stopni Celsjusza”. Zimą konieczne są raki i siekiera do lodu.

- Dziękuję. Będę odpowiednio przygotowany.

- I trzeba mieć ze sobą co najmniej 1,5 litra wody – powiedziała uprzejmie.

Odchodzę z ulgą i lepszym humorem.

Następnego dnia o godzinie 7 rano wyjeżdżam autobusem biura Alpine Scenic Tours spod hotelu i ponad godzinę jadę do miejsca, gdzie rozpoczyna się szlak. Wejście na szlak – jak do wszystkich parków narodowych w Nowej Zelandii – jest bezpłatne.

O godzinie 8.10 z Mangatepopo wyruszam w góry. Wraz ze mną tego dnia idzie kilkaset osób. Rano słońce jest jeszcze nisko i jest bardzo zimno, wieje silny wiatr. Początkowo idziemy szeroką doliną Mangatepopo, wytyczonymi ścieżkami, specjalnie idealnie zbudowanymi z drewna kładkami i pomostami. Kilka razy przekraczamy strumień Mangatepopo. Dookoła bardzo skąpa roślinność: trawy, mchy, niskie krzaki. Wspinamy się coraz wyżej, mijamy schronisko Mangatepopo, które absolutnie nie przypomina polskich schronisk – blaszany kontener, a nie góralski domek w stylu zakopiańskim. Dalej mogłem podziwiać mały wodospad. W końcu dochodzimy do South Crater, który jest płaską doliną o okrągłym kształcie i znajduje się na wysokości 1660 metrów n.p.m. Z dwóch stron wznoszą się dwa majestatyczne wulkany: Tongariro o wysokości 1968 metrów i Ngauruhoe, o wysokości 2291 metrów. Obie góry reprezentują typowe stożkowe wyobrażenie o wulkanach. Ich zbocza mienią się różnymi kolorami: szarym, brązowym, czarnym, brunatnym i czerwonym. Na wierzchołki obu aktywnych wulkanów można się wspiąć, ale fragmentami może się przydać sprzęt wspinaczkowy. Wejście i zejście na wulkan Ngauruhoe nie powinno zająć więcej niż dwie godziny. Ja idę dalej, mijam Red Crater, jestem na najwyższym punkcie szlaku – przełęcz na wysokości 1886 metrów n.p.m. Dookoła skrajnie surowe krajobrazy, rozrzucony pumeks, wypływy lawy, brak jakiejkolwiek roślinności. W tym miejscu zaczynam schodzić. Wreszcie z góry ujrzałem to, co jest uwidocznione na wszystkich folderach reklamujących Park Narodowy Tongariro  – małe, niezwykle malownicze jeziorka – Emerald Lakes (Szmaragdowe Jeziora). Głównym celem większości wypraw jest ujrzenie tych zapierających dech w piersiach wulkanicznych jezior. Intensywnie szmaragdowe wody trzech różnej wielkości i kształtu olśniewających jeziorek iskrzyły się w południowym słońcu. Zrobiło się bardzo gorąco, wręcz upalnie. Niebo było całkowicie bezchmurne i nieskazitelnie niebieskie. Dalej podchodzimy lekko pod górę, bo szlak prowadzi przy Niebieskim Jeziorze. Dalsze zejście wiedzie do drugiego schroniska Ketetahi Hut – również blaszany kontener, w którym nie można nic kupić, czynna jest jedynie ubikacja zasilana deszczówką gromadzoną w specjalnych zbiornikach. Wszyscy się zatrzymują, by zjeść zabrany ze sobą posiłek. Niektórzy zostają dłużej, aby się opalać. Niestety przed schroniskiem jest mało miejsca i szybko robi się tłok. Postanawiam schodzić dalej. Z daleka na bezchmurnym niebie widzę unoszący się biały dym. To gorące źródła Ketetahi, do których wstęp jest zabroniony, gdyż znajdują się terenie prywatnym. Na koniec 2-godzinne zejście szlakiem przez wilgotny, rodzimy las, w którym dominującą rośliną są paprocie. Razem niecałe 6 godzin wędrówki. Foldery przewidują przejście tych 17 kilometrów szlaku w 7-8 godzin. Po zejściu zmęczeni turyści czekają w wyznaczonym miejscu na transport powrotny do Turangi lub Taupo, odpoczywając pod dużą wiatą lub opalając się na ostrym słońcu.

Około godziny 16 wróciłem autobusem do mojego hotelu w Turangi. Po kolacji włączono na video film dokumentalny na temat ostatnich erupcji wulkanu Ruapehu, które miały miejsce w 1995 i 1996 roku. Wokół przeraźliwie dymiącego wulkanu latały helikoptery i samoloty, które wydawały się być małymi muszkami w porównaniu z ogromem góry. Mimo niebezpieczeństwa każdej zimy tysiące Nowozelandczyków przyjeżdża tu, by uprawiać narciarstwo zjazdowe. To wielki biznes, dający zarobek i pracę całej okolicy i dlatego władze lokalne nie odważają się tego zakazać.

 Mt. Ruapehu

 Kolejnego dnia moim celem było jezioro kraterowe aktywnego wulkanu Ruapehu, a pogoda zapowiadała się wyjątkowo dobra. O godzinie 7.30 wyjechałem spod hotelu autobusem firmy Alpine Guides Tours do Whakapapa Village, gdzie w budynku informacji turystycznej znajdowała się interesująca wystawa na temat wulkanów w Parku Narodowym Tongariro. Opisano poszczególne erupcje wulkaniczne: Tongariro – 4-krotnie w XIX wieku, Ngauruhoe – lata 1973-74 i Ruapehu - 1995 oraz 1996 rok. Można było zobaczyć filmy, zdjęcia i liczne wykresy, a także oryginalny zapis sejsmografu z ostatnich wybuchów Ruapehu. Spod informacji turystycznej przejechałem busem do Iwikau Village. Podróż zajmuje 10 minut. Tutaj na wysokości 1630 metrów n.p.m. znajduje się Whakapapa Base Area – dolna baza rozbudowanego systemu wyciągów i kolejek narciarskich na wulkanie Ruapehu. Najlepsze warunki narciarskie panują od lipca do października. Teraz jest marzec – końcówka lata, śniegu jak na lekarstwo i prawie wszystko jest zamknięte. Czynne są tylko te dwa wyciągi dla tych nielicznych osób, które zamierzają wspiąć się na wulkan. Kupuję bilet i wjeżdżam na górę dwoma kolejnymi wyciągami krzesełkowymi: pierwsza z podwójnymi, a druga z poczwórnymi siedzeniami. Dookoła tylko czarne, wielkie, wulkaniczne głazy i gdzieniegdzie porośnięte jedynie skąpymi mchami. Z powietrza widać całą infrastrukturę narciarską: sąsiednie wyciągi, trasy zjazdowe i gęsto zbudowane na skałach brązowe hotele, restauracje i sklepy dla narciarzy, które wtapiają się w surowy krajobraz. Po 20 minutach jazdy znajduję się na wysokości 2020 metrów n.p.m., gdzie wybudowano restaurację. Poznałem parę ze Szwecji, z którą wyruszyłem na szlak. Nie był on oznakowany. Każdy mógł wytyczyć sobie inną drogę, co nie było takie proste, ponieważ w wielu miejscach było zbyt stromo, by się wspiąć i konieczny był powrót. Wędrówki nie ułatwił też dość szeroki strumień, którego ciężko było przejść.

Po godzinie wspinaczki byliśmy w połowie drogi. Powyżej chmur ukazał nam się niesamowity widok – idealnie stożkowy wierzchołek wulkanu Ngauruhoe. Jednak zauważyliśmy, że chmury, które były dość nisko, zaczęły się podnosić. Trochę nas to nastraszyło. Obawialiśmy się, że nic nie będzie widać w drodze powrotnej lub ze względu na pogodę (silny wiatr lub deszcz) wyłączą wyciągi, tym bardziej że szlak nie był oznakowany. Jeśli wyciągi zostałyby wyłączone, to musielibyśmy schodzić szlakiem i nie zdążylibyśmy na jedyny powrotny autobus. Postanowiliśmy wracać. Zeszliśmy kilkaset metrów w dół i tam zjedliśmy drugie śniadanie. W międzyczasie jednak pogoda się polepszyła, zaświeciło ostre słońce, a chmury się rozproszyły. Spotkaliśmy też inną parę, która szła z doświadczonym przewodnikiem, więc ruszyliśmy za nimi. Generalnie ludzi było niewiele, spotkaliśmy może kilkanaście osób. Szlak nadal wiódł przez wielkie, wulkaniczne głazy. Łatwo można było się poślizgnąć i spaść. I tu kolejne zaskoczenie: na środku szlaku stała zabezpieczona grubymi linami toaleta. Nowozelandczycy mają fioła na punkcie czystości i higieny. Z toalet można korzystać wszędzie i zawsze za darmo. W każdej z nich jest bieżąca woda, mydło i papier toaletowy. W parkach narodowych nie ma koszów na śmieci zgodnie z zasadą: „Wynieś z parku wszystkie śmieci, które wytworzyłeś”.

Szliśmy coraz wyżej, aż w końcu zobaczyliśmy pierwszy krater. Gdzieniegdzie w zagłębieniach zalegały niewielkie czapy lodowe. Stamtąd ścieżka wspinała się już leciutko w górę. Po dziesięciu minutach osiągnęliśmy cel wyprawy – miejsce, z którego w dole było widać szare wody jeziora kraterowego wulkanu Ruapehu. Krajobraz był iście księżycowy. Obok nas na zboczu stała mała drewniana chatka. Przywitaliśmy się z wulkanologiem, który pracował na swoim sprzęcie pomiarowym, stojącym na solidnym trójnogu.

-         Na jakiej wysokości się znajdujemy? – spytałem.

-         Dokładnie 2674 metry nad poziomem morza – odpowiedział wulkanolog, spoglądając na swój wysokościomierz.

-         Czy można przewidzieć wybuch wulkanu? – zagadnąłem.

-         Nie, na chwilę obecną to jeszcze niemożliwe – odparł naukowiec, ubrany w pomarańczowy kombinezon i odwrócił się, by odebrać dzwoniącą krótkofalówkę.

Mieliśmy szczęście. Pogoda była rewelacyjna, było dość zimno ze względu na dużą wysokość, ale nie widzieliśmy żadnych chmur. Powiewał lekki wiaterek. Wokół góry latały helikoptery i małe samoloty z turystami. Po kilkunastu minutach postanowiliśmy schodzić. Znowu przedzieraliśmy się przez olbrzymie głazy, tylko w przeciwnym kierunku. Po drodze zauroczyła nas skała, która miała niesamowicie intensywny pomarańczowy kolor. Całą trasę można przejść w 3,5 godziny – 2 godziny w górę i 1,5 godziny w dół. Po godzinie jazdy busem zmęczony, ale bardzo szczęśliwy po dniu pełnym wrażeń wróciłem do hotelu.

W Parku Narodowym Tongariro oprócz trekkingu górskiego i jazdy na nartach można uprawiać też wiele innych sportów: jazdę na rowerze specjalnie przygotowanymi trasami, łowienie pstrągów, wspinaczkę skałkową, a zimą lodową, pływanie kajakiem lub rafting na rzece Tongariro, jazdę na quadach. Wachlarz możliwości jest bardzo szeroki, a baza turystyczna przygotowana perfekcyjnie. Niezapomniane przeżycia i przepiękne wspomnienia gwarantowane.

 


 *Artykuł ten został opublikowany w nr 5 miesięcznika "Globtroter" z 2006 r. (niestety przy artykule nie umieszczono mojego nazwiska).
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Prywatna strona Tomasza Cukiernika.

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;