Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Była sobie dziura w skale...
Czy można wędrować po Tatrach przy temperaturze -25 st. C? Można, a dlaczego nie? Wyprawy arktyczne pokonują spore odległości w dużo niższych temperaturach, więc dlaczego nie zaserwować sobie małej wycieczki w góry? Pewnie, że taki odważniak, zanim schroni się na tatrzańskim szlaku, narażony jest na znaczące pukanie się w czoło mijających go od czasu do czasu przechodniów. Wyróżnia się wśród nich się nie tylko ekwipunkiem i wyprostowaną postawą ale także radosną miną i energicznym krokiem. W takich warunkach atmosferycznych przejawy wesołości to rzadkość, przeciętny człowiek nie wychodzi z domu jak nie musi, a jak już wyjdzie to raczej złorzeczy i psioczy z nosem wtulonym w szalik, przygarbiony i wściekły. Ale cóż znaczy zamarzający w powietrzu oddech i podzwaniające soplami włoski w nosie w porównaniu z wrażeniami jakie czekają w górach?
  
Jeżeli już ciągnie nas w góry, kiedy panują trudne warunki atmosferyczne, wybierajmy szlaki proste, łatwe, w niskich partiach gór, przypominające raczej trasy spacerowe, „niedźwiedzie mięso” zostawmy na inną porę roku. Jednym z piękniejszych szlaków, trochę zapomnianym i niedocenianym, jest w Tatrach droga z Doliny Kościeliskiej do hali Ornak.

    - Jest pani dziś pierwsza – usłyszałam od pani w okienku, kupując bilet wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego – i kto wie czy nie ostatnia. W razie czego, ma pani telefon przy sobie? Telefon miałam, ale jak się później okazało zupełnie nieprzydatny, bo zasięgu na całej trasie nie było i nawet jeśli coś by się stało, to nie mogłabym z niego skorzystać. Szarżować nie miałam zamiaru, planowałam raczej spokojny, odprężający spacer ale góry to góry, trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność, postanowiłam w razie czego nadawać sygnały dymne, bo z ust, mimo małej wilgotności powierza, wydobywał się mglisty obłoczek pary. Poszłam wzdłuż Potoku Kościeliskiego, który o dziwo nie zamarzł doszczętnie i miejscami widać było bystro płynącą wodę; ze względu na słońce, które próbowało ogrzewać lodowate tonie, nad zakolem unosiły się kłęby pary. Wyglądało to tak, jakby ktoś rozpalił ogień pod korytem rzeki i usiłował gotować wodną kipiel. Na to zjawisko dał się nabrać zbłąkany, dziki kaczor, który zażywał raźno kąpieli, zgrabnie manewrując wśród oblodzonych kamieni i sterczących z wody, zamrożonych pni drzew. Odważne zwierzątko! Odleciał dopiero jak już nie mogłam wytrzymać stania w jednym miejscu i za mocno poruszyłam się; śnieg zaskrzypiał pod butami i pewnie go wypłoszyłam. Jak przelatywał nad moją głową, wydawało mi się, że słyszę sopelki podzwaniające na jego ogonie.

    Kiedy przez przewężenie między zakolem potoku a skałą, zwane Bramą Kantaka, weszłam na piękną, rozległą Wyżnią Kirę Miętusią, aż zmrużyłam oczy bo słońce oślepiało tak, że konieczne okazały się okulary! Urocza bacówka, o tej porze roku opuszczona, stała samotnie na środku polany i tylko wąska ścieżka wydeptana w śniegu świadczyła o tym, że jednak zaglądają tu od czasu do czasu ludzie. Ludzie zostawili też swój ślad po drugiej stronie polany, kilkanaście metrów od głównego szlaku, naprzeciwko bacówki, wśród drzew widać solidnie wyjeżdżony i wyślizgany stok, z którego zjechały nie jedne saneczki. Dziwny to widok w miejscu, w którym na każdym kroku stoją tablice przypominające i tym, że nie wolno zbaczać z wyznaczonych tras, niszczyć roślin czy płoszyć zwierząt. Dalej droga prowadzi przez drewniany mostek i Cudakową Polanę do Kapliczki Zbójnickiej, położonej na polanie Stare Kościelisko. Kapliczka została postawiona na miejscu kościółka, od którego podobno wzięła swoją nazwę cała dolina, kiedyś była tu cała osada hawiarzy i haremników, teraz tylko strzegąca kapliczki postać z lampą i kilofem stojąca obok wizerunku górala, świadczy o dawnych tradycjach okolicy.
Od polany odchodzi szlak do Jaskini Mroźnej, zimą niedostępnej dla turystów, wśród zwałów śniegu trudno nawet zauważyć nawet wejście do groty. Gdzieś spod grubych tafli pokrytych miniaturowymi, lodowymi liliami, wypływa Lodowe Źródło, wystarczy przejść przez drewniany mostek nad wodą, żeby znaleźć się w ciasnym wąwozie zwanym Bramą Kraszewskiego, dopiero z przewodnika dowiedziałam się, że w ten sposób uczczono 50-lecie pracy pisarza, bo tablicy wmurowanej w skałę nad drugim brzegiem potoku nie zauważyłam; schowała się wśród skalnych występów przysypanych śniegiem.

Dalsza droga, aż do Polany Pisanej, prowadzi wśród wysokich skał, wygląda to tak, jakby góry zrobiły miejsce tylko dla dwóch dróg: jednej dla ludzi, drugiej dla wody. Kolejny mostek serwuje doznania akustyczne, huk pękającego lodu dobiegający spod drewnianych przęseł każe przyspieszyć kroku, jeszcze w Wąwozie Kraków goni mnie echo lodowej kanonady; zawsze sądziłam, że lód pęka w czasie odwilży a tu niespodzianka, koncert jakby na dziesięć bębnów i jeden dryling! Po prawej stronie szlaku, ostro pod górę, prowadzi droga do jaskiń Mylnej i Raptawickiej, widocznych także z drogi jeśli tylko wie się gdzie ich szukać.

Jedna z koleżanek słuchając o moich planach zwiedzenia obu jaskiń, powiedziała: „Cóż to takiego jaskinia? Dziura w skale i już!” Mimo całkowitego zlekceważenia zjawisk krasowych postanowiłam jednak do nich dotrzeć. O, jakże „mylne” okazały się informacje na kierunkowskazach, mówiące o zaledwie 15 minutowej odległości od głównego szlaku i jak bardzo zwodniczo blisko wyglądały owe dziury w skale jak patrzyło się na nie stojąc u podnóża Raptawickiej Turni! Pokonawszy dzięki łańcuchom pierwszych kilka metrów, „raptownie” znalazłam się w punkcie wyjścia czyli... na środku drogi. Trochę się zdziwiłam; całkowity neptek nie jestem, Raptowicka Turnia nie Elbrus, więc skąd kłopoty z wejściem? Ano raz posypało śniegiem, raz go rozpuściło, kilka osób zjechało stylem klasycznym (tak jak ja, na końcu pleców) i wystarczyło, żeby ze zwykłego podejścia zrobiła się ślizgawka. Nie po to jednak szłam taki kawałek (z Kościeliska, przez Kiry), żeby po pierwszym podejściu dać się tak łatwo „spławić”, do odważnych świat należy!

W drugim podejściu pokonałam łańcuchy oraz całkiem spory, kolejny odcinek trasy, na którym byłam zdana wyłącznie na swoje rączki i nóżki właściwie częściej na rączki i zatrzymałam się przed kolejnym etapem wspinaczki. Nad głową (leżałam) miałam grube ogniwa wmurowane w skałę a poniżej urocze, choć strome urwisko. I tu opuściła mnie odwaga; trasa, którą latem, wiosną i jesienią można pokonać bez większego wysiłku, zimą okazała się nie do przebycia dla samotnego wędrowca.
Poddałam się na progu sukcesu, wystarczyło przecież tylko powalczyć przez chwilę z własną słabością, doszłam jednak do wniosku, że jeżeli człowiek może się utopić w łyżce wody, to i na prostej, spacerowej trasie może ulec wypadkowi, więc czy warto ryzykować? A jeśli coś by się stało i utknęłabym z nosem w śniegu unieruchomiona gdzieś między poskręcaną kosodrzewiną a sterczącymi głazami to co? Czekałabym do wiosny i spłynęła ze śniegiem do Potoku Kościeliskiego!

O, nie! Jest jeszcze tyle pięknych miejsc na tym szlaku, że nie muszę tkwić na brzuchu, zakopana w śniegu po czubek głowy pod jakąś jaskinią, żeby powiedzieć dobranoc wiszącym w niej nietoperzom! Zejście na dół odbyło się szybko, aczkolwiek nie można powiedzieć, że bezboleśnie, ostre kawałki lodu i wystające spod śniegu kamienie dały się boleśnie odczuć przez ocieplacz. Po otrzepaniu się ze śniegu, doprowadzenia do ładu i przeproszenia pary zdziwionych turystów, którym wytoczyłam się pod nogi podobna do tatrzańskiego yeti, ruszyłam do schroniska.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;