Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Skandynawska przygoda
Pomysł Skandynawskiej Wyprawy zrodził się właściwie nie wiadomo kiedy. Być może pojawił się przy szklaneczce whisky w rodzinnej wsi Janosika Terchovej wraz z planem zdobycia wszystkich najwyższych szczytów krajów europejskich. I tak od trzech sezonów realizuję ten ambitny jak na możliwości przeciętnego turysty plan. I pewnie dlatego - a także i z chęci poznania innych gór aniżeli Alpy - wybór celu tegorocznej wyprawy padł na Skandynawię, a właściwe na najwyższy szczyt Norwegii - Galghopiggen (2469 m n.p.m.) i Szwecji - Kebnekaise (2114 m n.p.m.). Już sama organizacja i zbieranie informacji stały się nie lada frajdą. Oczywiście, pomocny okazał się Internet, gdzie odszukanie potrzebnych informacji było tylko kwestią znalezienia wolnego czasu.

Termin wyjazdu został wybrany znacznie wcześniej i wyznaczono go na koniec lipca. Z niepokojem wpatrywaliśmy się pod koniec lipca w mapę pogody, zwłaszcza tę "na satelicie", a informacje o powodziach w środkowej Szwecji i odcięciu od świata kilku tamtejszych miejscowości tylko podnosiły w nas poziom adrenaliny, zwłaszcza że o jakichkolwiek zmianach w dopracowanym planie nie było już mowy.

I w końcu, po kilkumiesięcznych oczekiwaniach wyruszyliśmy promem ze Świnoujścia, wraz z całym tłumem ludzi, którzy do Szwecji po górskie wrażenia raczej nie wyjeżdżali. Noc na pokładzie (oczywiście, w środku i na wykładzinie dywanowej) mija jednak szybko i rano ziemia szwedzka wita nas siąpiącym deszczem. Nasz mały Peugeot 106 z czwórką dorosłych na pokładzie i odpowiadającą im liczbą bagażu (dociążenie maksymalne, które kilka razy zaowocowało przytarciem "brzucha" auta o przysłowiową "glebę") wzmaga czujność szwedzkiego celnika. Na szczęście w pełni zadowala go konkretne wyjaśnienie celu naszej podróży, poparte pokazaniem karty Visa (dobrze, że biedak nie wpadł na pomysł sprawdzenia jej salda, bo znowu mogły dopaść go podejrzenia, czy aby prawdziwym celem naszej wizyty nie są szwedzkie borówki!).

 Rozpędzeni do granic możliwości, wynikających z restrykcyjnych skandynawskich przepisów drogowych, pokonujemy prawie tysiąc kilometrów i wieczorem (u nas o tej godzinie już jest noc, ale tam im bardziej na północ, tym jaśniej) rozbijamy pierwszy obóz. Dzięki skandynawskiemu prawu "każdego człowieka do pobytu", które mówi, że rozbijać namiot wolno prawie wszędzie, a z którego nader często korzystamy, udaje nam się obniżyć koszty wyprawy w znaczący sposób. Aczkolwiek myliłby się ten, kto myśli, że znaleźć darmowe miejsce na namiot to pestka. Trzeba na to poświęcić trochę czasu i paliwa, ale przy okazji można poznać sielskie okolice, oddalone od głównych dróg tranzytowych.

Pierwszy nasz cel to Jotunheimen, czyli Góry Olbrzymów, gdzie w otoczeniu lodowców przykucnął najwyższy szczyt Skandynawii, Galghopiggen. Aby go zdobyć, pierwsze kroki kierujemy do informacji turystycznej po odpowiednie mapy. Przy okazji oglądamy zabytkowy XIII-wieczny kościółek w Lom (to takie tutejsze Zakopane). Oglądamy - bo za zwiedzanie się płaci, i to słono. W Norwegii zresztą za wszystko słono się płaci! I pewnie dlatego Norwegowie mają te góry i lasy tylko dla siebie. Po zorientowaniu się w topografii wybieramy wariant zdobywania gór "na lekko", m.in. z uwagi na kłopoty niektórych uczestników z kolanami.

 Dojeżdżamy samochodem do schroniska Spitersulen w dolinie Visdalen, po drodze zbierając wprost z samochodu grzyby, i rozbijamy namioty po drugiej stronie rwącej, górskiej i lodowcowej rzeki. Kilometr w górę i w dół doliny za biwakowanie płaci się 50 NKR/osobę/noc (ok. 25 zł) i w zamian za to ma się do dyspozycji prysznice z w miarę ciepłą wodą, umywalki i kuchnię turystyczną. Poza tą strefą biwakowanie jest darmowe, co zresztą od razu rzuca się w oczy, bo prawie w całej dolinie tkwią namiociki. Są one głównie w kolorze khaki, więc w oczy nie kolą.

Po uszczknięciu naszych polskich zapasów kulinarnych, wybieramy się na krótki rekonesans w boczną dolinkę do stóp jednego z licznych tam lodowców. Lodowce zresztą wiszą nad naszymi głowami niemalże na wyciągnięcie ręki. Pośród bardzo niskopiennej roślinności (drzewa zostały dużo poniżej) przemierzamy górską tundrę dnem potężnej U-kształtnej doliny Visdalen. W dole huczy spieniona rzeka o charakterystycznym, "mącznym" zabarwieniu, górą zahaczając o szczyty przelewają się chmurzyska, dookoła zawieszone w swych cyrkach błyszczą bielą lodowce, a wszystko to na zabójczej wysokości 1100 m n.p.m. Nagle w dali dostrzegamy stado jakichś zwierząt - kozice! Ale, niestety, jesteśmy przecież w Norwegii, to tylko migrujące stado dzikich reniferów! Po chwili nasze drogi przecięły się i znaleźliśmy się niemalże w środku stada, liczącego około stu sztuk. Na szczęście zwierzęta zajęte były wędrówką i skubaniem rachitycznych krzaczków, więc na nas nie zwróciły prawie wcale uwagi.

My też zajęliśmy się swoją wędrówką i wkrótce osiągnęliśmy jęzor lodowca. Sceneria była już iście północna: z flory pozostały jedynie porosty na niezliczonej ilości głazów polodowcowych, wszędzie szumiała woda z topniejącego lodowca, a ten ostatni straszył szczelinami. Do tego górą przewalały się kumulusy, przez które miejscami przewiercało się słońce, czyniąc wszystko wokół takim, jak sobie to wyobrażaliśmy w Polsce.

Kolejny dzień zaczął się przepięknie. Pojedyncze obłoki, rześkie, polarne powietrze, chociaż noc była nad podziw ciepła. Bez zbytniego pośpiechu gotujemy wodę na poranną kawę, bez której nasze organizmy ani rusz już obyć się nie mogą. Kompletujemy sprzęt, bo zejście z Galdhopiggena planujemy lodowcową "turą". Pakujemy ciepłe ciuchy na przekór świecącemu słońcu, termos z gorącą herbatą, mineralkę, suchy prowiant i w drogę. Zapomnieliśmy tylko o jednym - o chlebie! No cóż, pasztecik można zjeść i bez chleba. Przezorność w pakowaniu ciepłych rzeczy okazała się zbawienna, gdyż aura w Jotunheimen była zmienna i to drastycznie. Co chwilę spowijały nas chmury, by za chwilę ustąpić miejsca palącemu słońcu. Zasada jest jedna - ciepło jest wtedy, gdy świeci słońce, gdy zajdzie -błogosławiony bądź polarze! Na szczycie robimy pamiątkowe zdjęcia i odpoczywamy w podszczytowym bufecie. Ludzi sporo. Są i nasi południowi sąsiedzi, z którymi w górach Skandynawii wymieniamy garść uwag o egzystencjalizmie.

 Zejście lodowcem nie nastręczało żadnych problemów, a dwie szczelinki, które musieliśmy przeskakiwać, jedynie ubarwiły ten etap naszej wędrówki. Jeszcze przejście obok letniego centrum narciarskiego na lodowcu Vesljuvbrean, który oferuje narciarzom idealne warunki zjazdowe już na wysokości 1800 m n.p.m. Największe jednak wrażenie w tym dniu zrobiło na nas przejście kamienistym płaskowyżem, na którym królowały polodowcowe kamienie na wpół przysypane drobnym żwirem, mchy i porosty. Brak wydeptanej ścieżki sprawiał, iż czuliśmy się pośród tego kamienistego pustkowia jak prawdziwi eksplorerzy i uczucie to mąciły czerwone znaki na kamieniach, którymi oznaczone są szlaki turystyczne. Wróciliśmy późno, lecz kolejny raz okazało się, że dzień w Jotunheimen trwa niemalże do samej północy.

Kolejna przygoda to wyjście na Glittertinden (2464 m n.p.m.), drugi szczyt Norwegii. Rewelacyjne widoki na zapierający dech w piersiach płaskowyż Skutflye. To właściwie potężna, wisząca dolina U-kształtną, której przestrzeń nie jest ograniczona skalnym murem gór, jak w górach o charakterze alpejskim, i wzrok sięga kilometrami w jej głąb. Co rusz pokonujemy skacząc po kamieniach dzikie, rwące rzeki, spływające z wyżej położonych lodowców. Idziemy tyralierą i szukamy rogów reniferów, co byłoby nie lada pamiątką, ale, niestety, na pamiątkę mamy tylko skórę z renifera kupioną w Kirunie. Na szczyt Glittertindena podchodzimy mozolnie wśród piargów, a końcówkę po pięknej lodowej czapie szczytowej, obrywającej się wraz z całą północną ścianą. Wracając zbieramy nieprzeliczone ilości czerwonych kozaków, których, niestety, z nadmiaru zjeść nie możemy.

Pogoda po raz kolejny zmienia się drastycznie i w jednaj chwili lodowy wiatr przewiewa nas do szpiku kości. Namioty zostają wzmocnione dodatkowymi odciągami (zwłaszcza niezastąpiona "chińska dwójka", która w surowych, północnych warunkach spisała się doskonale). Jutro przed nami przejazd na północ Szwecji - prawie dwa tysiące kilometrów, ale po drodze czekają na nas: i dolina Romsdalen ze słynną Ścianą Troli (Trollvegen), i słynna, nie dla wszystkich pojazdów przejezdna (np. dla autobusów czy samochodów z przyczepami kempingowymi, no i oczywiście w zimie) serpentyna Drabina Troli (Trollstigveien), i fiordy, i surowy jak Svalbard Krąg Polarny, i Góry Skandynawskie z krajobrazem niczym z filmów o Szkocji, i Tajga Skandynawska, której bezkres niemalże nietknięty "stopą białego człowieka" zrobił na nas największe wrażenie - tego nie da się opisać, to po prostu trzeba zobaczyć.

Wyjeżdżamy z Jotunheimen i udajemy się na północ, do Szwecji, w rejon Kiruny, a naszym celem jest zdobycie najwyższego szczytu Szwecji, Kebnekaise (2114 m n.p.m.). Po drodze jednak zbaczamy z najkrótszej drogi, aby przynajmniej otrzeć się o to, z czego Norwegia jest znana najbardziej - o fiordy. Niestety, nie dane nam było zobaczyć tych najsłynniejszych, jak na przykład Seven Sisters czy Sognefjorden. Niemniej Romsdalsfjord czy Langfjord na południowy-zachód od Trondheim dały nam pewne wyobrażenie o tym połączeniu morza, gór i lodowców.

 Duże wrażenie robi przejazd pod słynną Ścianą Trolli (tam zresztą wszystko kręci się wokół tych małych i szkaradnych stworków, a kupić je można nawet i w sklepie spożywczym). Tuż nad głowami góruje skalny masyw ze szczytem schowanym w chmurach, z którego wychodzą niczym nochal Trola skalne grzędy, ramiona, zachody i inne formacje skalne, tworząc trójwymiarową ścianę. Jakże inną ścianą jest na przykład również słynna południowa ściana Marmolady - ta wydaje się przy Trollvegen płaska. Szkoda tylko, że w czasie naszej wycieczki padał deszcz. Ale i o miejsce do zaparkowania, by uwiecznić na kliszy wszystko, co się widzi, było tam niezmiernie trudno.

Kolejną atrakcją w drodze na północ była samochodowa wspinaczka Drabiną Trolli, czyli malowniczą serpentyną, przylepioną do niemalże pionowych, skalnych ścian i przekraczającą okrakiem spadający ze skalnego progu wodospad. Potem właściwie mijaliśmy po drodze wyłącznie piękne krajobrazy. Naprawdę można powiedzieć, że norweskim złotem jest przyroda. Lasy porastające wszechobecne góry są tam niemalże bezkresne. Rzeki tworzące liczne wodospady, jeziora polodowcowe, no i góry o różnych kształtach takiego ich miłośnika jak ja naprawdę urzekły.

Czas ucieka nieubłaganie, a my go tracimy na oglądanie "landszaftów". Podejmujemy jedynie słuszną decyzję i po kolacji zjedzonej naprędce podczas jazdy i porcji red bulla przejmuję kierownicę, by nocą nadrobić czas spędzony nad fiordami. Noc jest krótka, bo w swej ciemnej postaci trwa jakieś dwie, no, może trzy godziny. O szóstej rano (pochmurnie, wilgotno, dżdżysto, czyli po norwesku) jest jeszcze szaro, ale stacja benzynowa w śmiesznie brzmiącej miejscowości Mo i Rana kusi nas swymi neonami, a zwłaszcza tym z dużymi literami wc. Na pokuszenie dał się zwieźć również bak naszego samochodziku, który nie odmówił kolejnej porcji paliwa. Zaraz za miastem zatrzymujemy się na przydrożnym, leśnym parkingu, by przygotować sobie śniadanko. Budzimy przy okazji śpiących w przyczepach kempingowych niemieckich turystów, którzy polecają nam odwiedzić pobliski wodospad. Znowu wodospad! - mówi Paweł, ale idziemy i nawet było warto.

Kolejny punkt z atrakcjami na naszej trasie to przekroczenie Kręgu Polarnego. Szosa E6 przecina go na płaskowyżu Saltjellet na wysokości 700 m n.p.m., co na tej szerokości geograficznej oznacza zupełne pustkowie, czyli wysokogórską tundrę w pełnej krasie. Oczywiście, wrażenie pustki potęguje siąpiący deszcz i nisko zawieszone chmury.

Dojazd do Kiruny obfitował w wiele okrzyków radości, zdziwienia, zachwytu i nie sposób ich wszystkich nie tylko opisać, ale nawet zapamiętać. Jedno tylko jeszcze z tej karkołomnej - z punktu widzenia pokonywanych odległości (w sumie w 14 dni pokonaliśmy z Tarnowa w obie strony około 7000 km) - podróży trzeba nadmienić: tajga skandynawska po prostu rzuca na kolana. Zupełne pustkowia Laponii, przejrzyste, na wpół karłowate lasy pełne grzybów (widzianych z jadącego samochodu) i borówek (a także i, niestety, komarów), krystalicznie czyste i lodowato zimne jeziora, łagodne góry o kopulastych kształtach nietknięte stopą człowieka, renifery karmiące swe młode na środku drogi, a przy tym znikomy ruch na drogach (daje się odczuć zwłaszcza brak TIR-ów) i rzadkość ludzkich osad sprawia, iż kraj ten wydaje się być iście sielankowy. Oczywiście, tak jest latem, bo w zimie przy temperaturach spadających grubo poniżej 30 stopni C jest całkiem inaczej.


 Nikkaluokta - mała wioska zagubiona pośród tajgi i rozlewisk rzeki Visttasvaggi (lapońskie nazwy są w zasadzie dla "normalnookiego" Europejczyka nie do wypowiedzenia), nie tworzy zwartej zabudowy, lecz mieszkańcy ze swymi domami porozrzucani są po okolicy, tak że właściwie oprócz stacji turystycznej nic tu nie ma. Tu kończy swój kurs autobus z Kiruny, chociaż droga z asfaltowej zmienia się w szutrową i ginie gdzieś w przepastnych czeluściach wszędobylskiego lasu. Tu rozpoczyna zdobywanie Kebnekaise większość turystów, a i wspinacze też stąd startują do skalnych ścian i lodowych pól. Pakujemy plecaki, smarujemy odsłonięte części ciała odstraszającym komary płynem i czym prędzej chowamy się pod daszek, bo znowu zaczęło padać. Deszcz jednak nie odstraszył większości turystów, zwłaszcza tych rodzimych, dla których taka pogoda jest codziennością, co widać po ich na wskroś nieprzemakalnym ubiorze: specjalne gumiaczki do turystyki tundrowej, spodnie i kurtki z "x-tex'u", na plecakach deszczochronne osłony.

Przestało padać - idziemy! Bez gumiaczków i z workami foliowymi na plecakach pokonujemy kolejne kilometry. Po drodze mijamy grupę skautów z Krakowa, wymieniamy uwagi i "pomykamy" dalej. Tajga przechodzi w tundrę. Drzew coraz mniej i coraz bardziej karłowate. Za to grzybów (koźlarz pomarańczowożółty) zatrzęsienie! Po pewnym czasie właściwie już nie zwracamy na nie uwagi, chyba że trafi się wyjątkowy okaz, jak te o średnicy kapelusza około 30 cm, wyglądające jak pomarańczowe piłki do "nogi" porzucone w borowinie. Dziewiętnaście kilometrów człapania po lekko nachylonym terenie, w większości jednak w deszczu, daje się bardziej we znaki, aniżeli ostre podejście skalną granią. I chyba dlatego można skorzystać z możliwości przelotu helikopterem, oczywiście za drobną opłatą.

Rozbijamy namioty pośród gęstych krzewów, gotujemy jakieś jedzenie, korzystamy z dobrodziejstw schroniska (brak pryszniców - musi wystarczyć umywalka) i zapadamy w sen. Ale co to za spanie, jak ilekroć człowiek się przebudzi, zawsze jest jasno.

Rano, jak zwykle w lapońskich górach, budzi nas zachmurzone niebo, ale bez opadów. Idziemy na Kebnekaise. Wybraliśmy wejście tzw. Drogą Normalną, bo w informacji turystycznej w Kirunie poinformowano nas, iż tzw. Lodowa Tura dostępna jest tylko z przewodnikiem. A - jak wiadomo - na przewodnika zwykłego turystę z Polski raczej nie stać, więc cały odpowiedni sprzęt został w Nikkaluokcie. Jak się później okazało, informacja była podana bardzo asekuracyjnie i wejście lodowcem nie stanowiło żadnych problemów.

Droga na szczyt początkowo wiedzie pośród tundry rozległą doliną Ladtjovagge, potem dochodzi do polodowcowego kotła. Tu pokonujemy w bród potok i udzielamy informacji norweskim młodym turystom, którzy wybrawszy się w góry bez mapy zgubili ścieżkę. Zaczynamy mozolnie wspinać się piargami - najpierw na przełęcz w głównej grani (tu zakładamy ciepłe gacie, swetry i czapki), potem droga wiedzie na szczyt Vierranvarri (tu posypuje trochę śnieżek), schodzi znowu na przełęcz (chwilę wahamy się, gdzie dalej iść, bo pośród piargów brak wyraźnej ścieżki) i podchodzi na szczyt (po drodze dwa schrony bezobsługowe z możliwością awaryjnego noclegu). Końcowe podejście na kopułę szczytową po stromym i zmrożonym śniegu, pokonywane bez raków, podniosło nam trochę poziom adrenaliny. Spotkany po drodze przewodnik wyjaśnił nam, iż dzisiaj lodowiec, którym wiedzie Lodowa Tura, jest bardzo przyjazny i wręcz zachęcał do zejścia właśnie tą drogą. Dwa razy powtarzać nam tego nie musiał. I faktycznie, zajście bez ekwipunku było możliwe. Po drodze spotkaliśmy ponownie grupę krakowskich skautów, wymieniliśmy grzecznościowe "cześć", które zabrzmiało w tak odległym od Polski miejscu niezwykle. Krótka pogawędka, wymiana uwag o czekającej ich jeszcze drodze na szczyt oraz o Skandynawii w ogóle i lekka zazdrość, że oni spędzą na tym półwyspie aż miesiąc, a nam już nie długo czas wracać.

Pogoda cały czas nie dopisywała, chociaż nie padało. Szczyt wciąż schowany w chmurach, odsłonił się tylko na chwilę i to wtedy, gdy my na nim stanęliśmy. To chyba nazywa się mieć szczęście! Góry niepodobne do naszych Tatr. Swą budową przypominają raczej Bieszczady, tyle że bardziej surowe, no i z lodowcami. Najczęściej jedna strona masywu lub góry jest łagodna, za to druga skalista i niemal pionowa (wynik działania lodowców). Znakowane szlaki turystyczne biegną dolinami zupełnie bagatelizując szczyty, z wyjątkiem Kebnekeise. Krajobraz zupełnie odmienny od znanego z polskich, a nawet alpejskich gór. To po prostu trzeba zobaczyć!

 Na drugi dzień słońce. Idziemy w sąsiednią dolinę i chcemy na dziko wejść na jakiś szczyt, by zobaczyć i sfotografować Kebnekeise. Niestety, nasza radość z dobrej pogody nie trwała długo. Nie wiadomo skąd napłynęły chmury i zanim doszliśmy do schroniska przy końcu doliny, zaczęło padać. Przeczekaliśmy największą nawałnicę i gdy deszcz stał się możliwy do zniesienia przez nasze "x-tex'y", ruszyliśmy z powrotem. Gdy tuż przed końcem wycieczki zerwał się gwałtowny wiatr wiejący prosto w twarz, mieliśmy już dość.

Następnego dnia szybkie zejście do Nikkaluokty i o dziwo słońce, ale z tyłu masyw Kebnekeise ciągle spowity chmurami. I, niestety, szczytu nie widzieliśmy ani razu. Słońce, kąpiel pod prysznicem, dobre jedzonko, a czas sobie płynie. Po co się spieszyć, przed nami tylko trzy dni jazdy do Ystad. Dobrze, że w końcu słońce schowało się za chmury i zrobiło się chłodno, to zdopingowało nas do szybszego podjęcia decyzji co do drogi do ciepłych krajów. A niektóre liście brzóz już zaczęły się żółcić, a to dopiero połowa sierpnia...

Droga do domu zajęła nam pięć i pół dnia. Po drodze była powtórka z tundry, ostatni handel alkoholem, nocleg na polu namiotowym opanowanym przez naszych rodaków (i nie tylko - bo i przez Ukraińców) reperujących swój budżet pracą przy zbiorze borówek, nocleg pod płachtą biwakową tuż pod kołem polarnym i na plaży pod Ystad, zwiedzanie Sztokholmu i ciągłe zachwycanie się urokiem Skandynawii.

Szkoda, że tak krótko, ale i tak było warto.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.sternet.pl/mirosado/
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;