Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Monte Rosa

Tschaval, 18 lipca 2004, godzina 6.00, rano
Chłodno, ale co się dziwić, jesteśmy przecież w Alpach. I to nie byle jakich! Na kempingach same przyczepy, brak miejsca pod namiot, a na hotel nas przecież nie stać. Gdzie odeśpimy te 23 godziny jazdy z Polski.

Tschaval, 18 lipca 2004, godzina 8.00, rano
"Uffff, kurcze" Tymi słowami kolega Artur powitał ukazujące się z poza chmur, górujące blisko dwa kilometry nad naszymi głowami, pokryte jaskrawą bielą szczyty Alp Walijskich: Lyskamm, Castor, Piramide Vincent. I dodał: ".tam mamy wejść?"

Jest kamping z miejscem pod namioty! Ale o jakimkolwiek odsypianiu nie ma mowy. Mapa w ręce, krótka narada i idziemy na rozruch w pobliskie alpejskie hale. Widoki wokół sielankowe: pasące się krowy, kamienne szałasy pasterskie, malownicze skały, kwitnące łąki pełne kwiecia i jeziorka powstałe w wyniku spiętrzenia betonową zaporą na wysokości około 2200 mnpm. Pogoda niezła, chociaż chmury spowijają te najwyższe wierzchołki. Po pięciogodzinnym rozruchu wracamy na kamping.

Gressoney Saint Jean- 18 lipca 2004, wieczorem
Jak tylko się ściemniło, poszliśmy spać, stłoczeni jak przysłowiowe śledzie w beczce. To efekt pierwszego rozłożenia namiotu firmy Fjord Nansen model Colorado III, który miał być trójosobowy, a jak się okazało w praktyce, mieścił co prawda trzy, ale z trudem.

Bättaforko- 19 lipca 2004, przed południem.
Z poziomu doliny di Gressoney tj z 1825 mnpm wjechaliśmy kolejką na przełęcz na wysokość 2872mnpm. To stąd dopiero zaczynamy prawdziwą, alpejską turystykę. Z ciężkimi plecakami na grzbiecie wejście z doliny do schroniska Quintinio Sella leżące na wysokości 3585 mnpm skazało by nas na kilkudniowe leczenie stawów kolanowych. Do tego nie mogliśmy dopuścić, więc postanowiliśmy mało ambitnie wspomóc się "techniką sztucznych ułatwień". Pocieszeniem był fakt, iż nie widzieliśmy nikogo, kto postępowałby inaczej!

Schronisko Quintinio Sella- 19 lipca 2004, po południu.
Ludzi pełno. Schronisko mieści 190 miejsc i każde ma swego lokatora. WC w osobnym budynku na zewnątrz, woda do mycia zębów o temperaturze topniejącego lodowca (dosłownie: woda do WC pobierana był właśnie z topniejącego lodowca, na skraju którego umiejscowione jest schronisko). Na szczęście wzięto nas za wybitnych alpinistów i bez pytania o przynależność do jakiegokolwiek klubu alpinistycznego, sprzedano nam miejsca w cenie ulgowej, czyli po 10 Euro za noc. Za oknem właśnie zaczął sypać śnieg. Jutro idziemy na Castora!

Felikjoch 4093 mnpm- 20 lipca 2004, godzina 9.00, rano.

Granica czterech tysięcy metrów nad poziomem morza przekroczona!! Brawo! Felikjoch to przełęcz w głównej grani Alp Walijskich, na granicy Włoch i Szwajcarii. Tu wchodzi się ścieżką ze schroniska. Idąc na wschód można wejść na Lyskamm a na zachód na Castora. Pogoda jednak jest straszna! Wiatr straszliwy, ścieżki zasypane, widoczność zerowa. Wracamy do schroniska. Niżej, w miejscu osłoniętym od wiatru ćwiczymy akcję ratunkową pod hasłem "wyciąganie Mirki ze szczeliny". Oby nigdy się te umiejętności nie przydały.

Schronisko Quintinio Sella- 20 lipca 2004, godzina 22.00.

Gaszą światła. Jeszcze pięć minut temu jadalnia tętniła życiem. Gwar chyba był słyszany na samym Castorze, a teraz tylko blask czołówek i chrobot moszczących sobie legowisko na piętrowych łóżkach alpejskich turystów. Tych z Polski także. Spać, bo pobudka o 4:30.!

Felikjoch 4093 mnpm- 21 lipca 2004, godzina 8.0 rano.
I znowu na tej samej przełęczy. Ale jakże dziś jest tu inaczej! Pogoda zmieniona o 180o. Słońce, mróz, widoki zapierające dech w piersi (a może to nie widoki, tylko wpływ wysokości?). Na horyzoncie: Mont Blanc, Matternhorn, Dom, Gran Paradiso, a bliżej: Lyskamm, Breithorn, Grenzgletscher, Sollux, Piramide Vincent. Oj, kurcze jak dziś jest tu ładnie.

Grań zejściowa ze schroniska- 22 lipca 2004, przed południem.
Na Lyskamma wejście okazało się zbyt trudne, zwłaszcza że szlak był nie przetarty. Zrezygnowaliśmy. Schodzimy w dół. Zjeżdżamy kolejką. Kolejnego tysiąc siedemset metrowego zejścia w dół już z całą pewnością nasze kolana by nie wytrzymały, a to dopiero połowa pobytu. Przed nami cel zasadniczy.

Gressoney Saint Jean- 22 lipca 2004, wieczorem.
Schowany w krzakach słoik z domowym gulaszem z kurczaka w połączeniu z makaronem i świeżymi, włoskimi pomidorami, po ugotowaniu to balsam dla gardła molestowanego liofilizatami przez ostatnie dni. A do tego włoskie wino deserowe, gorąca kąpiel pod prysznicem i od razu świat nabiera innego, ponad-zmęczeniowego wymiaru. Idziemy "na miasto". Gressoney jest niewielkim, ale niezwykle uroczym miasteczkiem, które warto odwiedzić.

Passo di Salati 2936 mnpm- 23 lipca 2004, przed południem.

Znowu wspomagamy się tym, co niektórzy uważają za profanację gór, czyli wjeżdżamy kolejką. Ale i tak mamy jeszcze do pokonania z plecakami na wysokościach nam obcych siedemset metrów różnicy wzniesień. Jak na "niedzielnych" alpejskich turystów to i tak jesteśmy niezłymi "łojantami".

Schronisko Gnifetti 3647 mnpm- 23 lipca 2004, po południu.
Jest piątek. Schronisko zapełnia się alpejskimi turystami do granic wytrzymałości. 250 łóżek i każde zajęte. W jadalni tłok okrutny. Twarze niektórych turystów ogorzałe od wiatru i słońca, a mięśnie niczym postronki. Tacy to na pewno wchodzą z dołu bez pomocy kolejki! WC w korytarzu na końcu schroniska wysunięte nad przepaścią, wody brak, tylko kijek narciarski służący do spłukiwania. No i dwa uchwyty w drzwiach na wysokości "kucającego człowieka" jakby nazbyt mocno wiało "od dołu"! Woda w umywalni racjonowana. Na szczęście jest wydzielone pomieszczenie na kuchnię turystyczną. Tylko dlaczego jesteśmy niemalże jedynymi jej użytkownikami na te tabuny alpejskich turystów? Tu już nie widzą w nas wytrawnych alpinistów i każą płacić pełną stawkę, czyli po 20 Euro za nocleg.

Lodowiec d'Indren- 24 lipca 2004, po południu.
Ledwo żyjemy! I to niemalże dosłownie! Rano postanowiliśmy wejść na górujący nad schroniskiem szczyt Piramide Vincent "łatwą drogą wspinaczkową", jak to wyczytałem w przewodniku.

I pewnie byłaby łatwa, gdybym trzymał się logicznego przebiegu drogi, czyli szedł granią południowo-zachodniego ramienia, a nie poszedł po jakichś śladach poprzedników. ślady wprowadziły nas w bardzo strome pola śnieżne. Powyżej nawisy graniowe, poniżej kilkusetmetrowa "zjeżdżalnia" niczym rozbieg na Wielkiej Krokwi. A do tego jeszcze od czasu do czasu sypiący śnieg i ślady niedawnych lawinek. Na szczęście świeżego śniegu było niewiele, więc stok nie był lawiniasty. Ale za był cholernie stromy! Bałem się schodzić prosto w dół, a do góry się nie dało. Powrót też był trudny, postanowiliśmy więc kontynuować trawers do bezpiecznego rejonu pod przełęczą pomiędzy Piramidą Vincenta i Puntą Giordani. Szliśmy gęsiego: ja pierwszy na długość liny, stanowisko z czekana lub śruby lodowej, asekuruję Mirkę, jak dochodzi zakłada auto-asekurację i asekurujemy Artura. I tak dziesięć godzin! Dla urozmaicenia co jakiś czas były jakieś skałki, więc nie dostaliśmy całkowitego kociokwiku od tej monotoniią, no i od bycia w cišgłym napięciu (zwłaszcza jak się spojrzało w dół). Teraz schodzimy w dół lodowcem Inden i myślimy tylko o jednym: w końcu usiąść w cieple i coś zjeść. Pogoda się nieco poprawiła, ale szczyty zakryte sš ołowianymi chmurami.

Piramide Vincent 4215 mnpm- 25 lipca 2004, godzina 10.00.
Widoczność rewelacyjna, podobnie jak podczas pobytu na Castorze. Mirka po wczorajszych alpinistycznych eskapadach została by nieco odpocząć. Za to ja z Arturem napawamy się ciepełkiem i podziwiamy Alpy.

Piramide Vincent 4215 mnpm- 25 lipca 2004, godzina 11.00.
Godzina aklimatyzacji i podziwiania widoków wystarczy. Idziemy do schroniska. śnieg mokry klei się do raków, pot leje się po plecach, słońce świeci tak mocno, że okulary przestają wystarczać i oczy zalewają się łzami od odbijanych przez powierzchnię lodowca promieni słonecznych. Ale ogólnie jest super.

Schronisko Gnifetti 3647 mnpm- 25 lipca 2004, wieczorem.
Podobnie jak wczoraj nie mieliśmy na dziś rezerwacji noclegów. Normalka, przecież jest lipiec i w dodatku środek weekendu. Rezerwowaliśmy noclegi dzwoniąc z dołu dzień wcześniej. Były tylko na jedną noc. Zaryzykowaliśmy. Wczoraj spaliśmy rozdzielenie: Ja i Artur w jednym pokoju na łóżkach tuż pod sufitem, Mirka w innym pokoju. Czekamy cierpliwie, aż mało sympatyczny Włoch z obsługi, w którego zakresie obowiązków leży "rozdawnictwo" noclegów, oderwie się w końcu od fascynującego zajęcia w kuchni, jakim niewątpliwie jest zmywanie garów i wskaże nam jakieś wolne prycze. W jadalni głębi się dziki tłum. Opary grzanego wina opływają nasze zmęczone twarze, miło wpędzając nas w stan dziwnego błogostanu. W końcu Pan i Władca Prycz zasiada za swoim biurem. Po raz kolejny każe nam pokazywać paszporty, zupełnie nie kojarząc naszych twarzy. A przecież turysta z polski nie jest tu znowu tak częstym gościem, żeby przez trzy noce takiego nie zapamiętać. Zaczyna mu coś świtać, gdy na pytanie gdzie mieszkam, odpowiaśdam:"w Tarnowie". Jakoś mu ta nazwa zapisała się w tej włoskiej mózgownicy i zajarzył, że chyba nas już tu wczoraj widział. Ale i tak po raz kolejny spytał o legitymację klubu alpinistycznego. Niestety, znowu zaliczyliśmy pełną stawkę za nocleg.

Schronisko Gnifetti 3647 mnpm- 24 lipca 2004, przed świtem.
Za oknem widać już światełka czołówek, przesuwające się w kierunku przełęczy Col de Lys, a my dopiero wstajemy. Na szczęście możemy sobie pozwolić na wylegiwanie się, bo w przeciwieństwie do większości, tych których czołówki widzimy na zewnątrz, my mamy w planie następną noc spędzić w najwyżej położonym schronisku Europy, więc nas dziś czeka droga tylko w jedną stronę. W naszej maleńkiej kuchni turystycznej gotujemy w świetle czołówek. Jemy, pijemy, a w sąsiednim pomieszczeniu, które jest składem ciężkiego sprzętu turystów nocujących, trwa nieprzerwany rumor i przepychanki. Zakładanie raków, ubieranie uprzęży, wyciąganie swojego plecaka spod zwałów innych worów, wiązanie się liną, internarodowe rozmowy i inne standardowe, turystyczne czynności umilają nam śniadanie.

Przełęcz 4246 mnpm - 24 lipca 2004, 8.00 rano.
Osiągnęliśmy główną grań Alp Walijskich w drodze na Punta Gnifetti. Tu kończy się (a raczej zaczyna) włoski lodowiec del Lys Orientalne, a zaczyna szwajcarski lodowiec Grenzgletscher. Potężne lodowo-śnieżne pola tworzą niemalże płaską patelnię otoczoną wianuszkiem czterotysięczników: Ludwigshöhe, Parrotspitze, Punta Gnifetti, Zumsteinspitze, Duffourspitze. Słońce opala nasze twarze, pomimo kremu UV 32. Ogólnie jest ciepło, chociaż próby zdejmowania kolejnych warstw odzieży kończyły się ostatecznie niepowodzeniem. Przed nami widoczny jest szczyt Punta Gnifetti (niem: Signalkuppe) ze schroniskiem na samym wierzchołku.

Schronisko Regina Margherita 4554 mnpm- 24 lipca, południe do wieczora.
Wstrzymaliśmy się z wykupem pokoju zaraz po wejściu do schroniska. Woleliśmy zaczekać, jak nasze organizmy zareagują na przekroczoną właśnie po raz pierwszy w życiu granicę 4500mnpm. Zawroty i ból głowy, a także niewielkie problemy z oddychaniem z biegiem czasu nie narastały. Czas obserwacji własnych reakcji uprzyjemnialiśmy sobie wertując albumy z biblioteczki w jadalni. Trafiliśmy nawet na obszerne, naukowe opracowanie na temat wpływu wysokości na ludzki organizm. Okazało się, iż dwa piętra wyżej znajdował się ośrodek takich właśnie badań, obecnie chyba jednak już nieczynny. Ponieważ nie było z nami coraz gorzej, a dolegliwości nie były uciążliwe, wykupiliśmy w końcu pokój. Zmrok zapadł szybko. Poczęstowani przez obsługę schroniska kieliszkiem lokalnej grappy (wódka z winogron), szybko zapadliśmy w sen wysokościowy.

Schronisko Regina Margherita 4554 mnpm- 25 lipca, 6.30 rano.
"Artur, wschód słońca, wstawaj i rób zdjęcia". Z takimi mniej więcej słowami wpadłem do pokoju po załatwieniu pilnej sprawy w WC. Arturowi dwa razy takiej wiadomości powtarzać nie trzeba było. Wschód słońca na wysokości 4550mnpm na długo wbija się w pamięć.

Tschaval- 26 lipca 2004, godzina 9.00 rano.
Po wczorajszej włoskiej kolacji w miejscowej restauracji, już nie obce są nam walory lokalnej kuchni. A walory są duże, zwłaszcza posiada je roztopiony niebieski, pleśniowy ser z półkrwistą polędwicą. A teraz robimy ostatnie zakupy i lada moment wyruszamy w drogę powrotną. Ostatni rzut oka na masyw Monte Rosa i zjeżdżamy drogą wzdłuż rzeki Lys, aż do głównej doliny A'Osta

Wenecja- 27 lipca 2004, godzina 12.00.
Jak nie przepadam za zwiedzaniem miast, tak zarówno Wenecję trzeba zobaczyć (a szczególnie katedrę św. Marka), jak i Bergamo czy Veronę.

DOKOŃCZENIE.
Na zewnątrz panują jeszcze ciemności. W dole mrugają światełka czołówek na głowach idących ze schroniska Monte Rosa Hütte. Mrugają i zbliżają się. Parzymy herbatę. Część wędruje do termosa, drugą część wlewamy w siebie. Powoli mijają nas połączone linami ciemne zjawy, które znaczą swoją obecność w danym miejscu i danej chwili jasną plamą światła na kamieniach. Idą dalej. Wchodzą na odcinającą się w mroku jaśniejszą plamę lodowca. Kończymy pić herbatę. Ubieramy się i powoli dołączamy do tego stada czołówek wędrujących w jedną stronę. W tę, gdzie wczoraj widzieliśmy Duffourspitze- kulminację masywu Monte Rosa. Kończy się skalno- śnieżny teren, zaczyna lodowiec. Na jednej z ostatnich skalnych wysp siadamy i zakładamy raki. "Kurcze"- myślę "trzeba w końcu kupić automaty". Zakładanie tych paskowych w świetle czołówki, w niewygodnej pozycji, dociąganie zmarzniętymi palcami rzemyków zdecydowanie nie idzie ani z duchem czasu, ani z Duchem Gór. Dochodzą do nas Polacy poznani dzień wcześniej w schronisku. Zamieniamy parę słów i każdy idzie własnym tempem.

Nie mamy jeszcze pełnej aklimatyzacji. Na drugi dzień po dotarciu do Zermatt, wjechaliśmy kolejką na Klein Matterhorn i weszliśmy na Breithorn. Tam przy zejściu dopadła nas burza. Śnieżne krupy gnane wiatrem nieomal wbijały się nam w policzki. Świat dookoła przestał istnieć. Wiatr wiejący prosto w twarz wysysał z nas siły w postępie geometrycznym. Z ulgą i bezsilnością opadamy na ławę w tunelu wiodącym do górnej stacji kolejki. Tylko 300 metrów różnicy wysokości, a my tacy wymęczeni!!!. Co to będzie na Duforze? Tam jest 1700 metrów różnicy wysokości i na końcu mikstowa wspinaczka.

Po głębokiej analizie bierzemy ze sobą namiot i podchodzimy o 400 metrów powyżej schroniska. Rozbiliśmy się na skraju śnieżnego płatu na wysokości 3200 mnpm, tj. półtorej godziny marszu w jedną stronę mniej.

Robi się coraz jaśniej, ale ziąb nie ustępuje. Noga za nogą, spokojnie, przyzwyczajaj się organizmie do wysokości. Coś niedobrego zaczyna się dziać w moich trzewiach. Ledwo powstrzymuję zwieracze. Z zimna podeszwy butów kurczą się i to szybciej niż raki, muszę się zatrzymać i je zmniejszyć, by mi nie spadły z butów. Dochodzimy do siodła w grani. Utrzymanie zwieraczy graniczy z niemożliwością. Odchodzę na bok na długość liny i staram się nieco ulżyć, ale z miernym skutkiem. Przed nami stroma, mikstowa grań. Podchodzimy trzymając się jej lodowej części. Miejscami jest stromo i cholernie twardo. Nie deliberować za długo!! Czekan dziobem wbij, dwa szybkie, mocne kroki z wbiciem zębów w lód i znowu. Lotna asekuracja na tym odcinku jest tylko symboliczna. Jest na tyle stromo i twardo, że w razie czego żaden z nas nie utrzyma drugiego, gdyby ten popełnił jakiś błąd. Na szczęście stok łagodnieje. Dochodzimy do pierwszego przedwierzchołka. Już mamy serdecznie dosyć. Za nami 1200 metrów człapania po lodowych polach, a przed nami wąska śnieżno-skalna grań, która raz po raz opada na przełączki, to znów wznosi się na przedwierzchołki. Staramy się asekurować. Jeden siada zapierając się o podłoże, przerzuca linę przez ciało, a jak jest taka możliwość, to za blok skalny, dopiero wówczas następny zaczyna wspinaczkę. Zaczyna być ciasno. Dogoniliśmy Słoweńców, mijamy zespoły schodzące z wierzchołka. Przechodzimy skalno-śnieżną grań obchodząc skalne bloki, pokonujemy śnieżne żlebiki. Ogólnie piękna turystyczna wspinaczka, gdyby jednak nie ten ciągle pracujący zwieracz, którego jednak często nie mogę utrzymać na wodzy. Przed nami widać kluczowy na całej trasie kominek. Artur zaczyna wątpić czy damy radę. "Chodź" -mówię "Podejdźmy bliżej, może nie jest tak źle, jak stąd wygląda". Prawdę mówiąc tym kominkiem nastraszyli nas nasi rodacy spotkani wczoraj w schronisku. Właśnie, gdy podchodzimy pod kominek, oni schodzą. Krótki kominek, zaczyna się odpychającym skalnym blokiem, którego się ma na wysokości klatki piersiowej. Dobrze, że zza blokiem jest dziura, przez którą można przełożyć pętelkę i założyć przelot.

Z boków brak dobrych stopni. Trzeba go zaatakować kolanem. I już spoko, spoko, przed nami próg skalny, który nie stanowi już większego niż ten blok problemu. Ze szczytu widzimy znane nam z przed roku szczyty: Punta Gniffeti, Zumsteinspitze Parrotzpitze, Lyskamm, Dom, Piramide Vincent.

Zejście jest dla mnie prawdziwym koszmarem. Po pokonaniu skalnej grani zaczynamy wlec się lodowymi polami. Słońce świeci okrutnie, lodowiec jest rozmiękły i stanowi wysysającą siły paciarę. W związku z problemami gastrycznymi rozpoznaję u siebie typowe objawy odwodnienia organizmu: apatię, obojętność, zmęczenie. Na szczęście eliminuję chorobę wysokościową (brak jest typowego dla niej bólu głowy, wymiotów, trudności z oddychaniem). Artur niemal mnie ciągnie za sobą. Na chwilę siadam i momentalnie zasypiam. Koncentruję się na moment, gdy pod Arturem częściowo załamuje się most śnieżny i wpada mu noga do szczeliny, której przez dłuższy czas nie może wyjąć. Chwilę potem pokonując sąsiednią szczelinę sam staję się jej ofiarą. Tym razem przy próbie uwolnienia się, czuje, że zapadam się coraz głębiej. Artur zakłada stanowisko z czekana i pomaga mi podciągając mnie na linie, dzięki czemu niemalże wypływam na brzuchu ze zdradzieckiego miejsca. Jeszcze chwila i odnajdujemy nasz namiot. Gotujemy herbatę, doprowadzamy się nieco do porządku i ładujemy się do śpiworów. Z Lyskamma schodzi niewielka, ale głośna lawina. Słońce chowa się za Matterhornem.

Rano wciąż jest piękna pogoda. Pakujemy się i schodzimy do stacji kolejki Rotenboden, a to już prawie Zermatt.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.sternet.pl/mirosado/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;