Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
NA DACHU EUROPY- przynajmniej tej cywilizowanej!

Prolog

Wchłaniamy piękno górskiego świata. Dookoła nas piętrzą się rozmaite, alpejskie szczyty. Słońce "daje" tak, że najciemniejsze z okularów nie pomagają i oczy ciekną łzami. Ciepło! Chociaż biada temu, kto odważyłby się na zdjęcie z siebie goretexu. Już niemal godzinę siedzimy: Artur i ja, na szczycie Piramide Vincent w masywie Monte Rosa w północnych Włoszech. "To co, na przyszły rok mam planować wyprawę na Niego?"- pytam Artura wzrokiem wskazując na widoczny w oddali rozległy masyw Mont Blanc. "Nooo"- otrzymuję w odpowiedzi. I nic więcej mi już nie trzeba było mówić.

Chamonix
Z Genewy pod Górę jest około 80 km. Do Genewy Wpadliśmy po drodze z Zermatt, bo i tak prognozy pogody dla rejonu Góry były kiepskie. Genewa dużym miastem nie jest, ale ma swój klimat (jeśli można w ogóle coś takiego, jak klimat miasta wyczuć w dwie godziny!).

W Chamonix mam kilka namiarów na tanie kampingi. Wybieramy najtańszy, czyli Le Grand Champ. Faktycznie, jest Le Grand! Cenowo nie rujnujący: 12 Euro za dwie osoby, jeden namiot i samochód. Zbijamy cenę o jedno Euro i rozbijamy się na wskazanym przez miłą właścicielkę miejscu. Towarzystwo rozmaite. Są oczywiście i Polacy. Ale i Estończycy, skośnoocy z laptopami połączonymi z Internetem poprzez telefony komórkowe, i cała zjednoczona Europa. Pichcimy jakieś szybkie jedzonko i pieszo udajemy się do centrum. Kurcze, kawał drogi. W centrum prawie jak na Krupówkach, tłoczno, barwnie, wielojęzykowo. Knajpki, kafejki, hotele, ale przede wszystkim sklepy ze sprzętem turystycznym i wspinaczkowym. Znajdujemy stację meteo. Podobnie jak kilkadziesiąt innych osób. Wywieszona prognoza jest jednak kiepska. By ją naocznie potwierdzić, wystarczy podnieść głowę do góry,. Chmury gdzieś na wysokości 2800 m n.p.m.

Powoli robi się ciemno i nie bardzo chce się nam wracać piechotą na Camp. Jedziemy pociągiem; trzy stacje w kierunku Les Houches. Jeszcze tylko prysznic i do spania.

Rano pogoda bez zmian, tylko chmury zeszły niżej. Aigile de Midi prawie wcale nie widać. Planujemy rekonesans na Mer de Glace. Jak tylko mamy wyjeżdżać, zaczyna padać. Ładujemy się z powrotem do śpiworów.

Przed południem zwlekamy się z "wyrka" i jedziemy do miasta. Tam człowiek na człowieku człowiekiem pogania. Przed meteo dzikie tłumy. Prognoza zapowiada stopniową poprawę pogody. Od jutra.

Idziemy na mszę do kościoła. O dziwo, na mszy jest masa ludzi. Ksiądz każdego wita podaniem ręki już w przedsionku. Stoimy z Arturem w bezpiecznej odległości, nie chcąc się narażać na niezrozumiałe pytania. Dopiero jak Dobrodziej odchodzi, przesuwamy się do wnętrza.

Łazimy po Centrum we wszystkich kierunkach. Ścisłe centrum nie jest jednak duże, pewnie dlatego gdy nie ma pogody zagęszczenie ludzi na 1 metr kwadratowy jest tak duże. Ale po za centrum też są hotele, restauracje, a ludzi zdecydowanie mniej.

Postanowione: jutro wychodzimy. Rozkładamy atak na trzy etapy, tak aby nie paść po drodze na "pysk" i wstrzelić się w pogodę.

Poniedziałek
Pobudka, ale bez przesady. Śniadanie, prysznic, pakowanie. Jedziemy do Les Houches.
Pomagamy sobie wjeżdżając kolejką linową na La Hutte (1790 mnpm). Tam przy pomocy słynnego Tramway du Mont Blanc dojeżdżamy na Le Nid d'Aigle na wysokość 2372mnpm. Ładujemy plecaki i zaczynamy podchodzenie. Spokojnie noga za nogą, każdy swoim tempem. Początkowo stromą ścieżką z osypującymi się z pod nóg kamieniami i piaskiem. Grupa idzie spora. Głównie składa się z Polaków. Akurat tak się trafiło. Dochodzimy do schronu (baraque forestiere). Widać że ktoś już go zaanektował na nocleg. Wchodzimy na morenę usłaną wantami (jeśli można tak ze swojska nazwać alpejskie głazy). Przed nami spory kawał niezłego "dymania". Na szczęście pogoda sprzyja mozolnemu podchodzeniu. Nie jest ani za zimno, ani za ciepło. Plecaki dają się nam trochę we znaki, ale myślałem że będzie gorzej. Pomimo, że maksymalnie minimalizowaliśmy ekwipunek, to i tak plecaki ważą około 20 kg.

Osiągamy skraj lodowca Tete Rousse gdzieś na wysokości 3167 mnpm. Ścieżką w poprzek jęzora dochodzimy do schroniska. Miejsc oczywiście brak. Na szczęście mamy namiot. Rozbijamy się na specjalnym plateau. Kamienistym, ale w miarę poziomym i osłoniętym przed wiatrem. A dmucha nieźle. Podwyższamy okalający nasz namiot murek z kamieni. Co chwilę przelatuje deszczyk lub dla odmiany śnieżek. No i cały czas dmucha.

Wtorek

Rano pogoda jest zdecydowanie lepsza, czyli prognozy się sprawdzają. Ale i tak powała chmur opiera się o szczyty. Podstawę chmur szacujemy na około 3900 mnpm. Zarzucamy plecaki i ruszamy w bój. Przed nami najniebezpieczniejszy odcinek szlaku na Górę. Grań Gouter. Z powodu luźnych kamieni, stromizny i dużego natężenia często tutejsze służby górskie zwożą Klientów z rozwalonymi czaszkami. Niestety sami byliśmy świadkami, jak młodzi Węgrzy skracając sobie ścieżkę weszli w strefę, gdzie kamienie tylko czekają, by spaść na niżej idących. Artur o mały włos zaliczyłby kamienny cios w korpus.

Gdyby nie liczyć niebezpieczeństwa oberwania kamieniem, ten wspinaczkowy odcinek szlaku jest bardzo urozmaicony. Oczywiście gdy nie jest oblodzony i gdy pogoda pozwala na kontemplowanie wspinaczki, a nie zmusza do walki o życie.

Przed samym schroniskiem Gouter zaczynają się poręczówki. Profilaktycznie wpinamy się w nie, chociaż teren wcale do tego nie zmusza, ale w razie oberwania fruwającym kamieniem nie polecimy na spotkanie z lodowcem, tylko zadyndamy na najbliższej kotwie. W schronisku panuje ścisk, na zewnątrz wieje. Nie zagrzewamy więc tu zbyt długo. Idziemy na miejsce, gdzie rozbija się namioty. W tym celu należy wejść na śnieżno-lodową grań i przejść kilkadziesiąt metrów w kierunku Góry. Na przełączce jest miejsca na kilkadziesiąt namiotów. Pomysł wyniesienia namiotu był, jak się okazało pomysłem wielce trafionym. Po kilku dniach niepogody na wieść o zbliżającej się poprawie pogody całe bractwo gnieżdżące się w dolinie ruszyło hurmem w góry. W schronisku oczywiście o miejscu można było sobie tylko pomarzyć. Bez rezerwacji nocleg na jadalni jest pozbawiony jakichkolwiek przyjemnych doznań. A z każdą chwilą tłum w schronisku gęstniał. Podobnie zresztą jak na "polu biwakowym". My byliśmy na nim już o godzinie 13-tej. Po południu nie było już gdzie wcisnąć palca. Naliczyliśmy ponad pięćdziesiąt namiotów. Szacując, iż w schronisku jest około dwustu osób, a w każdym namiocie śpi minimum dwie osoby, to daje łącznie jakieś trzysta osób chętnych na zdobycie Góry w jednym czasie.

Rozbiliśmy namiot w jednej z okopanych śnieżnych nisz. Pomimo, iż nasz namiot jest w trzech czwartych swej wysokości osłonięty przed napierającym wiatrem, to i tak miota nim raczej mało optymistycznie. Umacniamy go dodatkowymi linkami przywiązanymi do wbitych w śnieg kijków i czekanów. Z nudów i trochę głodu gotujemy. A to zupkę, a to herbatkę, a to znów kisiel. Wszystko to długo trwa, bo najpierw trzeba stopić śnieg, a to nie tylko wymaga czasu, ale i dodatkowego paliwa. A ile przy tym trzeba się namęczyć!!! Gotujemy oczywiście w namiocie, a to wymaga zdwojonej czujności. Ale za to widok z namiotu na Aigile du Midi rekompensuje nam wszelkie niedostatki.

Jak tylko robi się ciemno, od razu idziemy spać.

Środa
2.00 Wstajemy. Dookoła ruch. Od schroniska wciąż idą ludzie. Mrowie czołówek. 2.40 i my do nich dołączamy. Coś jednak moja czołówka kiepsko świeci, a właśnie tyle co zmieniłem baterie. Zatrzymuję się i sprawdzam. Oczywiście, jedną baterię wsadziłem "tyłem do przodu". Poprawiam i od razu lepiej. Odwracam głowę i zamieram. Za nami nieprzerwany sznurek światełek. W dole też światełka, tyle że nie sznurek. To Les Houches i Chamonix.

Podchodzimy pod Dôme du Gouter. Dosyć mozolnie, ale nie szarżujemy i idzie się nam dobrze. Schodzimy na szerokie siodło przełęczy Col du Dôme tracąc 130 metrów wysokości. I znowu podchodzimy. Ciągle ciemno. Mijamy schron Vallot. Zatrzymujemy się na chwilę i pijemy herbatę z termosa. Jesteśmy bez śniadania, ale wcale nie głodni. Chyba dlatego że wczoraj jedliśmy cały czas. Silnie wieje, trzeba iść dalej. Podchodząc granią Bosses obserwujemy wschód słońca. Ścieżka robi się coraz węższa. W górę idą tramwaje, ale i z góry już zaczynają schodzić pierwsi tego dnia zdobywcy. Mijanie się czasami bywa niemiłe i niebezpieczne. Patrzę na zegarek. Idziemy już ponad trzy godziny. Staram sobie przypomnieć opis szlaku z Przewodnika. Miały być po drodze dwie turnie a wciąż ich nie widzę. Cholera! Czyli do szczytu jeszcze kawał drogi. Ukształtowanie terenu jest takie, że szczyt ciągle gdzieś ucieka. "Góra po prostu jest wypukła"- konkluduję w myślach. No i gdzie ta ostra jak żyletka grań, przed którą ostrzegał opis w przewąąąąodniku? Tak myśląc nagle wchodzę na szczyt. Zaskoczenie całkowite. Nagłe wypłaszczenie. Rzut oka na zegarek. Jest 7:05 26 lipca 2005. Szczytowe plateau jest rozległe, ale nie jest płaskie. Przez środek biegnie linia grani, na stronę włoską opada stromszym niż na stronę francuską stokiem. Dlatego wszyscy gromadzą się na łagodniejszym, francuskim stoku.

Zimno. Wieje, ale nie tak silnie jak pod Vallotem. Robimy zdjęcia. Telefonujemy do rodziny, wysyłamy SMS-y do znajomych. Baterie jednak szybko odmawiają posłuszeństwa. Dobrze że mam zapasową baterię do komórki. Artur pomimo że cały czas trzyma aparat pod kurtką, też ma kłopoty z bateriami.

Zejście idzie nam dużo szybciej. Po drodze wchodzimy do schronu. Jemy drugie śniadanie i oddajemy potrzebującej dziewczynie, która źle znosi wysokość, posiadane lekarstwa na rozrzedzenie krwi, oraz aspirynę. Dołącza do nas młody kolega, którego towarzysze poszli na Górę, a on został w schronie, gdyż nie czuł się na siłach by iść dalej. Razem związani dochodzimy około 11-tej do pola biwakowego na 3863mnpm. Większość ludzi pakuje namioty i schodzi na dół. My jednak postanawiamy zostać tu na jeszcze jedną noc i zejść jutro.

Resztę dnia spędzamy na zmianę: śpiąc i gotując. Poszliśmy też z wizytą do schroniska, ale wcale tej wizyty do miłych nie zaliczamy. Obsługa schroniska jest po prostu pod przysłowiowym "psem", a i usiąść nie ma gdzie. Sto razy lepiej jest walnąć się w namiocie i zdrzemnąć.

Czwartek
Dlaczego nie schodziliśmy na dół wczoraj? Spokojnie mogliśmy to przecież zrobić. Powód był prosty. Grań Gouter jest bardzo krucha. Dwie godziny po naszym jej przejściu do góry, zwieziono kolejną ofiarę zdradzieckiej kruszyny tego odcinka. Wczoraj tą granią szło jednocześnie kilkadziesiąt osób, a więc prawdopodobieństwo oberwania kamieniem było duże. A my, wstyd się przyznać, nie mieliśmy kasków. Dlatego postanowiliśmy schodzić na drugi dzień, gdy zarówno będzie mniej ludzi, jak i dlatego, że większość atakujących Górę w tym dni będzie jeszcze gdzieś na górnym odcinku.

Wiało całą noc strasznie. Łomot tropiku nie pozwalał spokojnie spać. Rano pakowanie namiotu wymagało niezwykłej uwagi, żeby nie rozstać się z nim na zawsze. Udało się nam jednak i spokojnie zeszliśmy kruszyną najpierw na lodowiec Tete Rousse, a stamtąd w upale do górnej stacji tramwaju. Ludzi było tak dużo, że uruchomiono dodatkowe pociągi tylko na trasie Le Nid d'Aigle - Le Hutte, czyli jedną stację do górnej stacji kolei linowej z Les Houches. Gdy wyczerpany siedziałem popijając jakąś wodę i czekając na swój kurs tramwaju, podeszła do leżącego obok plecaka młoda (i ładna) dziewczyna i zaczęła coś w nim grzebać. Zagadnąłem, a co?! W końcu zdobyłem Górę, jestem łojant i w ogóle macho jak się patrzy. Byłem ciekaw czy zdobyła Górę, bo pytałem kilka schodzących zespołów i żaden z zapytanych nie wszedł na szczyt z powodu bardzo silnego wiatru. Okazało się że dziewczyna jest Włoszką i wraz ze swoim chłopakiem byli na szczycie, chociaż warunki faktycznie były bardzo trudne. Ale to jeszcze nic! Szczęka mi opadła dopiero jak mi powiedziała którędy szli: ze schroniska Gonella na szczyt Góry (1700 metrów podejścia) i z powrotem tu pod tramwaj (2400 metrów zejścia) i o 13-tej byli na dole. W oka mgnieniu przestałem być zarówno łojantem, jak i macho. No cóż, co znaczy młodość i lekki plecak.
Okazało się, że środa była jedynym w tym tygodniu dniem, w którym bezpiecznie dało się wejść na Górę.

Piątek
Jedziemy do domu. Przed nami 1800 km drogi. W zasadzie nic szczególnego o tym dniu nie mam do napisania. Tyle tylko że po 26 godzinach jazdy, miałem serdecznie dosyć.

P.S. Więcej zdjęć znajdziesz w prezentacji pt Alpy

Informacje praktyczne:

Przejazd na trasie Tarnów- Zermatt-Genewa-Chamonix-Tarnów Peugeot 106:
Paliwo:1000 zł,
Winiety: Słowacja 33zł, Austria (wraz z tunelem Arlberg(8,50 Euro w jedną stronę):134 zł, Szwajcaria: 107 zł, Francja około 50 zł(płatne bramki),
Noclegi: Camping Le Grand Champ: 12 Euro/ 2os/namiot/samochód, w schroniskach około 20 Euro/osobę.
Kolejki: Z les Houches na La Hutte: 12,1 Euro(tam i z powrotem), Tramwaj du Mont Blanc 12 Euro w obie strony

Ceny w sklepach:
Piwo: 2 Euro, kurczak z rożna 8 Euro, chleb ok. 1-1,5 Euro, miejscowy specjał likier Genepi 0,5l 22 Euro.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.sternet.pl/mirosado/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;