|
|
|
|
|
Pamiątki z Dalekiego Wschodu |
|
Warszawa - Ułan-Bator
 Rano 05.07.1999 wyjechaliśmy z Warszawy. Wkrótce dotarliśmy do Terespola. Za 10 zł taksówka dowiozła nas do przejścia granicznego. Tutaj łapaliśmy okazję - mnie za 1,5 USD pewien Białorusin podwiózł do dworca w Brześciu. Wymieniliśmy u cinkciarza pieniądze i kupiliśmy bilety do Moskwy (po 12,5 USD). Wsiadamy na pociąg z Pragi i bez przeszkód docieramy do stolicy Rosji rano. Tutaj spotyka nas niemiła przygoda - w czasie wymiany cinkciarze robią nas w konia i tracimy po 90 USD na głowę. Drugi raz wymieniamy pieniądze w kantorze. Kupujemy bilety na pociąg do Ułan-Bator - za 89 USD i okazuje się, że mamy szczęście - jest to chiński skład, ponoć najlepszy ze wszystkich. Ponieważ pociąg odjeżdża o 21.05, mamy cały dzień na zwiedzanie miasta - jedziemy na Plac Czerwony i WDNCh.
W pociągu okazuje się, że podróżujemy w jednym wagonie z mieszanym małżeństwem polsko-mongolskim z dziećmi oraz z pewną parą jadącą w odwiedziny do siostry, studiującej w Ułan-Bator. Na początku za oknem krajobraz podobny do naszego - pola, domy (trochę innych kształtów), ale szybko głównym widokiem staje się las, a przede wszystkim brzozy.  Co kilka godzin pociąg zatrzymuje się na jakiejś stacji. Można tam kupić u "babuszek" jedzenie - pierogi, rybę, a w kiosku - dość tanie piwo (piwo 5 - 15 rubli, ryba - 10 rubli, pierożki 0,5 rubla za sztukę). Co pewien czas służby porządkowe rozganiają babcie, wykazując się w ten sposób. Podróż jest bardzo przyjemna, czas podczas dyskusji mija szybko. Bardzo ciekawe jest obserwowanie, jak obowiązujący na kolei czas moskiewski coraz bardziej rozmija się z rzeczywistością.
Granicę z Mongolią przekraczamy w nocy, ale prawie bez problemów. Celnicy rosyjscy co prawda okręcają podsufitkę, a nam dają deklaracje celne po chińsku, ale to normalne w tym rejonie świata. Rano 11.07.1999, po 5 nocach podróży, docieramy wreszcie do Ułan-Bator. Mongolia
 W Ułan-Bator jesteśmy rano. Miasto nie należy do najpiękniejszych. Kilka rządowych budynków i jeden nowoczesny wieżowiec wyróżniają się wśród obskurnych bloków i slumsów z jurt. Wymieniamy pieniądze u cinkciarzy 1 USD = 1000 togrików. Idziemy do siostry dziewczyny spotkanej w pociągu. Wraz z jej chłopakiem (Mongołem) wybieramy się na zawody odbywające się z okazji święta niepodległości Mongolii (wstęp 1500 togrików). Niestety, ulubione sporty Mongołów - zapasy, strzelanie z łuków - są dla postronnego obserwatora dość nudne. W samym mieście wart zobaczenia jest jedynie klasztor buddyjski - jedyny, który przetrwał komunizm. Rzuca się w oczy, że większość mieszkańców chodzi w butach do jazdy konnej. Ciekawe przeżycie to telefon do kraju - ręczna centrala umożliwia połączenie z jakością podobną do rozmowy z inną galaktyką za jedyne 3200 togrików za minutę. Za to jest dobre podłączenie do Internetu. Miejscowe jedzenie jest straszliwie tłuste, ale na szczęście można zjeść także coś europejskiego. Hotel, zbita z desek komórka, kosztuje 3 USD za noc. Szybko opuszczamy stolicę Mongolii i przez Saiszand jedziemy do granicy Chin (za 4800 togrików). Utykamy na cały dzień w przygranicznym Zamyn Ud. Mamy czas, aby poobserwować powolne życie na mongolskiej prowincji. W sklepach towary prawie wyłącznie importowane - w tym wiele z Polski! Zdumienie budzą stojące w centrum pomniki, na przykład łosia i rakiety. Hotel kosztuje nas 2500-3500 togrików za dobę. Pociąg do chińskiego Erenia kosztuje 50 juanów (nie można płacić w togrikach) i jeździ 2 razy w tygodniu. U miejscowych cinkciarzy można po korzystnym kursie wymienić pieniądze. Chiny
Mongolię opuściliśmy w dniu 14.07.1999. Bez żadnych problemów przekroczyliśmy granicę i pociągiem przejechaliśmy do miasta Eren. Już na samym początku skosztowaliśmy świetnego jedzenia za niewielkie pieniądze oraz doświadczyliśmy trudności z porozumieniem się. W pierwszej z brzegu knajpie zjedliśmy wspaniałe danie z ryżem oraz zetknęliśmy się po raz pierwszy z doskonałym miejscowym piwem. Okazuje się, że pieniądze mają tu kilka nazw. Oficjalnie waluta nazywa się RMB ("Renminbi" - pieniądz ludowy), a jej jednostki 1 juan = 10 jiao i 1 jiao = 10 fen (feny praktycznie nie są używane). W mowie potocznej juan to kuai, a jiao to mao. 
W przygranicznym mieście hotel kosztował nas 10 juanów (1 USD w Bank of China to 8,07 juana). Miasteczko zabudowane jest niskim budynkami, jedynie budynki rządowe i paru firm znacząco się wyróżniają.
Wyruszamy pociągiem do miasta Jining, oglądając po drodze step (21 juanów), a tam łapiemy autobus sypialny za 51 juanów do Pekinu. Ten typowo chiński wynalazek to przerobiony zwykły autobus z dwoma "poziomami" łóżek. Na każdym śpią dwie osoby. Ja wylądowałem na samym tyle, razem z czterema Chińczykami. Za pomocą rozmówek szybko nawiązaliśmy konwersację. Moi współtowarzysze okazali się bardzo troskliwi - w nocy przykryli mnie, gdy zrobiło się zimno. Ponieważ obsługa po wyjechaniu z dworca nieoficjalnie "dopakowała" pasażerów, w trakcie podróży można było wysiąść tylko przez okno. Mimo wszystko dość wygodnie dotarliśmy nad ranem do Pekinu. Pekin
 W Pekinie znajdujemy dość dobre lokum w podziemiach eleganckiego hotelu za jedyne 30 juanów. Na początku zwiedzamy plac Tiananmen. Oczywiście, jemy w słynnym McDonald`s (zestaw 16,80 juanów). Ogromny plac robi niesamowite wrażenie. Odwiedzamy również mauzoleum Mao i rozpoczynamy zwiedzanie Zakazanego Miasta. Ten wspaniały kompleks to rzeczywiście cud świata, choć byłoby przyjemniej, gdyby nie 40-stopniowy upał i tłumy chińskich turystów (wstęp 30-50 juanów). Polecam wspaniałą panoramę Zakazanego Miasta z pobliskiego wzgórza. Niedaleko historycznego kompleksu mieści się tzw. nowe Zakazane Miasto, czyli siedziba władz ChRL.
Następnego dnia wyruszamy na zwiedzanie Pałacu Letniego. Niestety, transport w stolicy Chin jest fatalny, a dogadać się z Chińczykami jest bardzo ciężko. Przejazd metrem i autobusem 375 zajmuje nam ponad 3 godziny! (metro 1 juan, autobus 1 juan, wstęp 33 juany, przejazd łódką 5 juanów). Miejsce jest przepiękne, tylko znowu te tłumy... Kolejny dzień chcemy poświęcić na obejrzenie Wielkiego Muru. Znalezienie taniego przejazdu do Badaling nie było jednak takie proste. W końcu na placu Tiananmen na przystanku linii nr 17 znajdujemy specjalną linię wycieczkową w cenie 36 juanów. Odwiedzamy Juyongpass (twierdzę na Wielkim Murze), odcinek muru w Badaling i grobowce Mingów. Wstęp na mur to konieczność wydania 30 juanów. Jednak pieniędzy nie żal - tu po prostu czuć historię. Wieczorem idziemy na nocny targ żywności - można delektować się między innymi smażoną szarańczą, ptaszkami, skorpionami lub kokonami owadów. Ja decyduję się tylko na zasmażane krewetki (smaczne) i smażoną czarną rybę (ohydztwo). W "supermarkecie" można kupić chińską wódkę - jest ekstremalnie tania, mocna i taka sobie w smaku. Ostatni dzień w Pekinie pozwala poznać mi trochę prawdziwe miasto - zarówno wyburzane hutongi (stare budownictwo), jak i nowoczesne wieżowce, wyrastające z dnia na dzień. Główne ulice miasta są szerokie i mają wydzielone pasy dla rowerów. Tłumy rowerzystów przemieszczają się bardzo sprawnie.
Obok naszego hotelu płynie straszliwie zanieczyszczona rzeka, a niedaleko rozciągają się slumsy. Wieczorem mogę podziwiać puszczanie latawców nad placem Tiananmen. Wspaniałe smoki majestatycznie unoszą się nad miastem. Gdy rozpoczyna się zachód słońca, ma swój początek ceremonia zdjęcia flagi. Przy dźwiękach "Międzynarodówki" czerwona flaga powoli spływa z masztu, a potem oddział wojska odnosi ją do Zakazanego Miasta. X'ian
 Dnia 20.07.1999 wyjechaliśmy pociągiem do X'ian. Kupno biletów w dniu odjazdu nie było takie proste. Nie skorzystaliśmy z usług koników i w rezultacie tylko przez część trasy mieliśmy miejsca siedzące. Jednak nie było powodów do narzekań. Za 162 juany jechaliśmy w dość luksusowych warunkach, z klimatyzacją. Kilkunastogodzinną jazdę urozmaicała nam rozmowa z chińskim studentem. Jego poglądy były dla nas trochę szokujące (masakra w 1989 roku to dzieło... terrorystów), ale ciekawe. W każdym razie rano dotarliśmy do X`ian, gdzie zatrzymaliśmy się w hotelu za 25-30 juanów. W tym mieście doznaliśmy najwspanialszych przeżyć kulinarnych - wołowina w sosie słodko-kwaśnym, serwowana w jednej z małych restauracyjek na starym mieście, była niezapomniana (10 juanów). Do tego, oczywiście, piwo. Po odespaniu podróży obejrzeliśmy niesamowitą dzielnicę muzułmańską, gdzie można było zjeść fajne szaszłyczki.
Następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć słynną terakotową armię. Znajduje się ona trochę poza miastem - autobus kosztuje 5-6 juanów. Za wstęp trzeba wydać 65 juanów. W środku nie można, niestety, robić zdjęć. W 4 pawilonach można zobaczyć dumnych wojowników, którzy mieli strzec grobu cesarza.
W mieście można skorzystać z dość wolnego Internetu w China Telecom (18 juanów za godzinę i 10 juanów za pół godziny). Chengdu
Wieczorem wyruszamy do Chengdu. Myślimy, że pociąg będzie wyglądał tak jak poprzednio. Jednak wkrótce przekonaliśmy się, jak bardzo się myliliśmy. To prawdziwa rzeźnia. W środku kłębi się tłum pasażerów, którzy stoją przez całe 19 godzin podróży. Panuje straszny zaduch, na podłodze wyrasta warstwa śmieci, siedzenia kleją się do pośladków. Co pewien czas przepycha się ktoś sprzedający jedzenie. Największym wzięciem cieszą się zupki w plastikowych pojemnikach. Zawsze dostępna jest gorąca woda w termosach. Wielu Chińczyków ma ze sobą specjalne słoiczki na herbatę. W pewnym momencie wybucha bójka o miejsce do siedzenia. Można przysnąć tylko na chwilę i z utęsknieniem czekać na koniec tej męki. Gdy wysiadamy, tłum rusza, aby zająć nasze miejsca. 40-50-letnia kobieta z dużą zręcznością wskakuje przez okno. 
Z przyjemnością udajemy się do hotelu, mieszczącego się w... szkole medycyny chińskiej (35 juanów za miejsce w dwójce, 20 w trójce). Chengdu to jedno z najnowocześniejszych miast chińskich - wszędzie mury pną się ochoczo do góry. Udaje się nam wymienić TC na gotówkę w banku (mniej niż 1% prowizji), a tę na juany u cinkciarzy po kursie 8,7 juana za 1 USD. Rejs po Jangcy
 W Chengdu kupujemy bilety na rejs po Jangcy. Czwarta, ostatnia klasa kosztuje 157 juanów. Następnego dnia jedziemy autostradą luksusowym autobusem do Chongqing (102,5 juanów). Na miejscu czekają na nas już z nazwiskiem na kartce. Usilnie jesteśmy namawiani do wykupienia lepszej klasy. Potem zostajemy zawiezieni na statek, ale chyba nie ten, którym pierwotnie mieliśmy płynąć. Za to płyniemy trzecią klasą. I cieszymy się z tego, bo czwarta klasa to zbiorowa kabina. Mamy klimatyzację i jesteśmy sami (Chińczyk z naszej kabiny... uciekł!). Na statku są dwie toalety i prysznic z wodą z rzeki. Mamy też restaurację (z nawet przyzwoitym jedzeniem) i salonik (na dzień dobry "Titanic" z płyty CDV oraz karaoke). Towarzystwa dotrzymują nam karaluchy i szczur w kabinie.
Sama podróż jest dość monotonna, rzeka ma kolor żółto-brązowy i pływa w niej mnóstwo opakowań po chińskich zupkach i inne nieczystości. Co pewien czas zatrzymujemy się w różnych miejscowościach. Jest wycieczka do tzw. małych przełomów - za 100 juanów (nie skorzystaliśmy). Same przełomy robią dość duże wrażenie - ogromna rzeka w pewnym momencie bardzo się zwęża. Po trzech dniach podróży docieramy około północy do Ychang. Po nocy w hotelu (30 juanów) wyruszamy pociągiem do Sanjiang (hard seater za 51 juanów, sypialny kosztował 151 juanów). Dongowie i Yao
Podróż do Sanjiang przypomina przejazd do Chengdu, na szczęście w połowie drogi wysiada część pasażerów. W nocy budzi nas policjant, żeby... porozmawiać z nami po angielsku! Po 17,5 godzinach podróży docieramy do Sanjiang, skąd za 5 juanów jedziemy do wioski mniejszości Dongów. Za 10 juanów mamy bardzo przyzwoity hotelik. Sama wioska jest niesamowita - czas płynie tu inaczej. Słynne mosty (dla turystów opłata 5 juanów za wejście), pola ryżowe, urządzenia nawadniające sprawiają, że widoki są niezapomniane. Żałuję, gdy następnego dnia wyjeżdżamy.
Kolejnym celem naszej podróży jest Longsheng. Po dwóch przesiadkach i wydanych 15 juanach docieramy do wioski ludu Yao. W czasie jazdy mamy okazję obserwować wieśniaków wiozących na targ żywe prosiaki lub ryby (razem z urządzeniem do napowietrzania wody!). Możemy zamieszkać na dole w wiosce (10 juanów) lub wdrapać się na górę z plecakami (kobiety Yao mogą wnieść plecaki za 15 juanów, ale na to nie pozwoliłaby mi moja męska duma!). Zostajemy na dole. Mieszkamy w chacie na palach, w raczej prymitywnych warunkach - pod nami jest chlew, a w naszych pokojach imponujących rozmiarów pająki. Wdrapanie się na tarasy ryżowe w upalny dzień nie jest takie proste, ale widoki wynagradzają trudy (wstęp 20 juanów). System nawadniania zbudowany kilkaset lat temu działa do dziś. Tego samego dnia wieczorem mamy okazję być świadkami pogrzebu - strzelają petardy, męczone są świnie, a żałobnicy są ubrani na biało. W czasie kolacji mamy możliwość przekonać się, że kobiety Yao są najgorszymi kucharkami na świecie - z kolacji dał się zjeść tylko ryż... Yangshoo
31.07.1999 docieramy do Guilin (15 juanów), a stamtąd do mekki zachodnich turystów - Yangshoo. Na miejscu tłumy, więc o wolny pokój w hotelu jest trudno (pokój - 20 juanów). Za to można zadzwonić do domu (1 minuta - 16 juanów) i skorzystać z Internetu (1 godz. - 20 juanów ). W mieście można zjeść dania europejskie, choć często dodawane chińskie przyprawy czynią je mało jadalnymi (pizza 10 juanów, kolacja 25 juanów). Choć okolica ma wspaniałe krajobrazy, to wiele osób spędza czas na głównej ulicy, nazwanej przez nas "Krupówkami", zmieniając tylko restauracje.
Okolicę można oglądać z siodełka roweru (mnóstwo wypożyczalni) lub z rikszy. Do najciekawszych miejsc należą "Moon Hill" - wzgórze o specyficznym kształcie (wstęp 8 juanów, wspaniałe widoki) oraz ogromne drzewo "Big Banyan Tree" (13 juanów, można wejść bokiem). Warto także wybrać się na przejażdżkę łódką po słynnej rzece Li. Można płynąć z samego miasta albo dojechać do Xinping (5 juanów w jedną stronę) i stamtąd przepłynąć najciekawszy odcinek (Xinping-Yangdi-Xinping to wydatek 40 juanów). Ta wycieczka to dobrze wydane pieniądze. Gdy po deszczu z mgły wydobywają się ostańce, czuję się, jakbym przeniósł się do starochińskiego obrazu. Krajobraz nad rzeką wielokrotnie opiewany przez poetów, to właśnie te prawdziwe Chiny, które chciałem zobaczyć.
Trzeciego dnia pobytu w Yangshoo postanowiłem wybrać się na krótką wycieczkę do Guilin (autobus 5-10 juanów). Największa atrakcja to grota "Red Flute Cave" (wstęp 40 juanów). Jest ona bardzo ciekawa, tylko przerobiona w "chińskim" stylu, to znaczy z kolorowym podświetleniem i betonowymi chodnikami. Oglądam sobie także park "Seven Stars" (15 juanów). W Yangshoo kupuję trochę prezentów - malowidła chińskie za 20-30 juanów, kaligrafię za 8,5 juana, piękny wachlarz za 2 juany. Guizhou
Po trzech dniach odpoczynku w kurorcie, wyruszamy w podróż do najbiedniejszej prowincji Państwa Środka - Guizhou. Poprzez Guilin wracamy się do Longsheng, tam łapiemy autobus do Longe. Za 10 juanów przemierzamy przez 3 godziny tą drogę w niesamowitym pyle i kurzu. Na dachu wszelkie bagaże - w tym żywe kury w klatce. Jedyny hotel otwarty dla cudzoziemców pobiera opłatę 15 juanów. Wykąpać można się w pobliskiej rzece. Następnego dnia o godzinie 6.00 mamy autobus do Zhaoxing (5 juanów, 2 godziny). Znajdujemy całkiem przyzwoity hotel, w którym notabene spotykamy turystkę z Francji, z pochodzenia Polkę. Za to w knajpie za 5 juanów próbują nam wcisnąć ryż z jakimś zielskiem. Dziewczyny same kupują na targu potrzebne warzywa i po usmażeniu wszystkiego w woku powstaje całkiem smaczny obiad. Sama wioska jest przecudowna. Skąpana w słońcu, z życiem toczącym się niespiesznie. Mieszkańcy, głównie mężczyźni, spędzają całe dnie na zabudowanych mostach. W czasie spaceru można zobaczyć pracującego kowala lub oprawianie psa na obiad.
 Następnego dnia jedziemy o 7.00 do Liping (10 juanów), gdzie łapiemy autobus sypialny do Leishan za 45 juanów. Droga jest straszna, autobus podskakuje na wybojach, wszędzie wciska się pył. Z powodu kłopotów z silnikiem dopiero po 7,5 godz. jesteśmy na miejscu. Hotel pocztowy kosztuje nas 20 juanów od osoby.
Rano, za 7 juanów odbywamy szybką podróż do Kaili. Tu kupujemy bilety na pociąg do Kunmingu na 19.30. Kosztuje nas tylko 113 juanów, ale nie mamy rezerwacji (stacja jest za mała). Widząc tłumy na peronie, ogarnia nas trochę strach przed podróżą. Czas do odjazdu pociągu spędzamy w miłej kafejce, niedaleko dworca. Tuż przed odjazdem pociągu dostajemy dobrą radę od Chinko-Francuzki - mamy iść do wagonu restauracyjnego. Po wepchaniu się do pociągu, przedzieramy się przez zatłoczony pojazd (podłoga pokryta jest dość grubą warstwą śmieci i plwocin). Wreszcie udaje nam się odnaleźć wagon restauracyjny i tam znajdujemy bezpieczny azyl. Za 20 juanów dostajemy herbatę i zupkę z makaronem oraz możemy siedzieć od 22.00 do 6.30. Trochę śpię, trochę rozmawiamy z poznaną parą turystów (Austriaczka i Niemiec). Rano bezapelacyjnie wyrzucają nas z restauracji, ale znajduję sobie przytulne miejsce, gdzie na karimacie śpię aż do przybycia do celu o 12.30. Kunming
08.08.1999 jesteśmy w Kunmingu. Straszliwie zmęczeni po podróży wybieramy pierwszy hotel polecany w "Lonely Planet" - Kuhnu Hotel. Miasto robi na mnie bardzo dobre wrażenie - przyjemny klimat, czysto, wszystko odremontowane z okazji odbywającej się tutaj wystawy światowej (tak, tak Expo'99 - kto o tym wie?). W "La Pizetta" można zjeść wyśmienitą pizzę za 25 juanów, a w tutejszym China Telecom jest najtańszy Internet - 10 juanów za godzinę. Następnego dnia jedziemy do "Kamiennego Lasu". Wsiadamy do autobusu za 18,5 juana na dworcu i.... okazuje się, że trafiliśmy na tak typową dla tego kraju wycieczkę. Zanim dotrzemy na miejsce, zdążymy odwiedzić trzy jaskinie, sklep z biżuterią i restaurację. Po 5 godzinach jesteśmy na miejscu. Bilet to koszt 55 juanów, dla studentów - 30 juanów. "Kamienny Las" byłby niesamowity, gdyby nie tłumy głośnych Chińczyków, którzy ciągle robili zdjęcia. Po 1,5 godzinie mamy dość i za 20 juanów łapiemy mikrobus z powrotem. Za 107 juanów kupujemy bilet na autobus sypialny do Lijiang. Teoretycznie powinniśmy wyruszyć o 19.00, ale przez 2 godziny czekamy na chętnych, którzy mają zająć dwa wolne miejsca. W nocy zaczyna mocno padać deszcz, a ktoś dobiera się do bagażu jednej z dziewczyn. Lijiang
W Lijiang znajdujemy wolne miejsca dopiero w hotelu Red Sun, tuż obok pomnika Mao (za 20-30 juanów). Główna atrakcja to Stare Miasto - światowe dziedzictwo kultury UNESCO. Przetrwało ono trzęsienie ziemi, które zrównało nowoczesne budynki. Część z zabytkowych budynków jest odnowiona, jednak najbardziej urokliwe są te uliczki, gdzie nic się nie zmieniło od dawnych czasów. Nad jednym z kanałów przecinających dzielnicę odnajdujemy fajną knajpkę "Sakura Restaurant", gdzie jedzenie jest zawsze wspaniałe. Lokalna specjalność, to kanapka Naxi z sera koziego. Pizza kosztuje 12-14 juanów, wspaniałe musli - 8 juanów.
Następnego dnia postanawiamy zobaczyć monastyry. Jedziemy nawet do pobliskiej wioski, ale ciągłe opady zmuszają nas do szybkiego powrotu. Kupujemy bilety na autobus do Dali. Droga jest świetna i po 3 godzinach jesteśmy na miejscu. Jest tam dość dużo białych turystów i sporo guesthousów, oferujących przyzwoity nocleg za 10-20 juanów.
Dali
13.08.1999 wyruszam na zwiedzanie Dali. Miasto, choć nie tak piękne jak Lijiang, ma jednak sporo atrakcji. Przede wszystkim jest miastem mniejszości narodowych. Można tu spotkać wielu ludzi w pięknych strojach regionalnych. Ciekawe są bramy miejskie (wstęp 2 juany). Na jednej z nich spotykam interesujących staruszków. Niestety, po zmierzchu bramy są oświetlane... jarzeniówkami, najczęściej w czerwonym kolorze, tak że nazywamy je "Pizza Hut". Dali to trochę kurort - niedaleko jest jezioro i góry. Jest wiele przyzwoitych restauracji - nam najbardziej przypadła do gustu "Tibetan Cafe". Dlatego można tu spotkać wielu białych - spotkaliśmy tu między innymi, jedyną poznaną przez nas w Chinach, polską grupę. Warto wybrać się w góry. My odbyliśmy wycieczkę do świątyni Zhonghe. Wejście jest dość męczące, bo trasa jest śliska i zajmuje około 1,5 godz. Droga jest jednak ciekawa, bo wiedzie również przez cmentarz. Można wjechać wyciągiem krzesełkowym za 35 juanów. Sama świątynia nie jest zbyt imponująca, ale niedaleko jest "Cloud Road", wiodąca przez wodospady, z niesamowitymi widokami na jezioro i niebezpiecznymi punktami widokowymi.
Następnego dnia jadę na zorganizowaną wycieczkę statkiem na "Wase Market" - targ w jednej z miejscowości nad jeziorem (30 juanów). Mimo niesprzyjającej pogody (ciągle pada, do tego są to góry), jest całkiem fajnie i udaje mi się zrobić kilka ciekawych zdjęć. Na targu można kupić wszystko i np. jeden z wycieczkowiczów (mały Izraelczyk) kupuje żywego kurczaka. 
Wieczorem kupujemy bilety na sypialny autobus do Kunmingu (90 juanów). Cały następny dzień pada deszcz, więc oddaję się słodkiemu lenistwu i zakupom - nabywam między innymi stemple z imieniem po chińsku (15 juanów) i płytę z ludową muzyką (14 juanów). Około 19.00 opuszczamy miłe Dali. W czasie podróży muszę skorzystać z toalety publicznej. Chińskie toalety to temat na osobną opowieść. Z reguły nie ma tam sedesów - ani normalnych, ani "narciarskich", jak w krajach islamskich. Po prostu przez środek biegnie odkryty kanalik, spłukiwany co pewien czas wodą, którym spływają nieczystości. Poszczególne kabiny są oddzielone niskimi murkami, nie mają drzwiczek. W środku jest niemiłosiernie brudno, a każdy biały korzystający z takiego przybytku jest bacznie obserwowany cały czas (z głośnymi komentarzami). Podobnie wygląda, choć jest niewątpliwie czystsza, toaleta przy stacji benzynowej dużego zachodniego koncernu. Powrót do Kunming
Znowu wracamy do Kunmingu, do tego samego hotelu. Mogę wreszcie odebrać moje rzeczy oddane do prania, których zapomniałem zabrać przed wyjazdem. Niestety, pogoda znacznie się popsuła - ciągle pada. To niweczy moje plany wejścia na EXPO. Cała wystawa jest na świeżym powietrzu i szkoda mi wydawać 100 juanów, gdy nie mam pewności, że cokolwiek zobaczę. Postanawiam powtórzyć próbę następnego ranka. Niestety, nadal pada deszcz. Rezygnuję także z wyjazdu do "Bamboo Temple". Ponieważ jednak wstałem o 7.00 rano, to mam okazję zobaczyć ćwiczenia Tai-Chi. Widzę między innymi ćwiczenia z mieczami czy mistrza ćwiczeń z wachlarzem. Niedaleko głównego placu w mieście wielu starszych ludzi ustawia klatki z kanarkami. Inni uczą się tańczyć lub grają w badmintona. Okazuje się, że pociągi do Hekou odjeżdżają z południowej stacji kolejowej. Za 77 juanów kupujemy bilety na pociąg sypialny. O ironio, tuż przed odjazdem wypogadza się. O 14.55 wyruszamy. Podróż jest bardzo przyjemna. Czysta pościel, termosy z gorącą wodą. Policja sprawdza paszporty i dokumenty, od Chińczyków inkasuje po 10 juanów. Hekou
 Rano jesteśmy na miejscu. Pada okrutnie - jakby ktoś lał z węża. Znajdujemy hotel Nan Ya za 40 juanów za pokój (niezależnie od tego, ile osób w nim mieszka). Mając zaświadczenie z banku, udaje mi się zamienić w banku juany na dolary (8,28 RMB/USD). Zjeść można tylko zupkę z makaronem za 3 juany lub wątpliwej jakości mięso za 10 juanów. Widać, że całe miasteczko nastawione jest na handel z Wietnamem. Można pobawić się w wesołym miasteczku, a wieczorem do naszych pokoi hotelowych dobijają się prostytutki. Jednej nawet udaje się wejść do pokoju i trudno ją wyrzucić. Cała sytuacja powtarza się jeszcze w nocy kilkakrotnie. Trochę niewyspani ruszamy, aby przekroczyć granicę. Urzędnicy po chińskiej stronie są bardzo mili, dają nam nawet krzesełka do siedzenia. Potem wystarczy już tylko przejść most graniczny i... witaj Wietnamie. Wietnam
Po przejściu mostu granicznego jesteśmy już w Wietnamie - miejscowość Lao Cai. Od razu mamy przyjemność poznać tutejszą mentalność. Zarówno służba imigracyjna, jak i celniczka żądają od nas po 1 USD opłaty. Gdy prosimy o pokwitowanie, okazuje się, że zabrakło formularzy. Po zapłaceniu bez problemu dostajemy zgodę na 30-dniowy pobyt (czyli taki, na jaki opiewały wizy). Gdy jednak moi współtowarzysze zaczynają wykłócać się z celniczką, ta zamyka nasze formularze wjazdowe w szufladzie i... wychodzi. Teraz oni muszą za nią biegać i prosić ją o przyjęcie pieniędzy. Za to bagażu prawie nam nie przeszukują. Wymieniamy w banku pieniądze (1 USD = 13.830 dongów). Później szybko okaże się, że większość opłat i tak trzeba regulować w dolarach. UAZ (radziecki samochód terenowy) do miejscowości Sapa, kosztuje nas 2 USD od osoby. Po drodze psuje się co prawda z siedem razy, ale wspaniałe krajobrazy umilają podróż. Sapa
Sapa to niewielka miejscowość, o typowo turystycznym charakterze już od czasów kolonialnych. Rozłożona jest na wielu wzgórzach, w centrum znajduje się mocno zdewastowany park i rozpadający się kościółek. Można wybrać się na wycieczkę do wioski Cat Cat (wstęp 5000 dongów) zamieszkałej przez Hmongów, odwiedzić pobliski wodospad, albo wybrać się na targ. Hotel kosztuje nas 2 USD od osoby, w miłej restauracji "sajgonki" ("spring rolls") z mięsem kosztują 5000 dongów, pizza 25000, smaczny napój pomarańczowy 5000, a butelka coli - 3000 dongów. Na mieście cola w puszce to wydatek około 5000 dongów, w butelce 1500-2000 dongów, woda 1,5 l - 6000-8000 dongów. Na targowisku stare kobiety sprzedają trawę (torebka 10.000), ale dość podłej jakości. Chcemy jechać do Hanoi, przez Lai Chau. Gdy okazuje się, że nie ma biletów na minibus, wynajmujemy na 3 dni UAZ-a (165 USD za samochód z kierowcą i paliwem). Wieczorem mamy okazję podziwiać wspaniały widok na Fanispan, najwyższy szczyt Indochin. Przez tajskie wioski
Po zapłaceniu 80 USD zaliczki wyruszamy. Mijamy wodospad "Thac Bat" ("srebrny") - najwyższy w Indochinach, potem jedziemy przez słynną przełęcz "Tram Ton". Droga robi się coraz gorsza, ale widoki są coraz piękniejsze. Obserwujemy niesamowitą burzę w oddali, chodzimy po wiszących mostach, zaglądamy do wiosek. Bieda jest tutaj niesamowita. W domach nie ma niczego, dzieci biegają zupełnie nagie, wszędzie błoto i nieczystości. Wszystko jest takie niesamowite, jakby żywcem wzięte z filmu dokumentalnego. Wieczorem docieramy do Lai Chau. Hotel to wydatek 3 USD na osobę. Następny dzień jest równie ekscytujący, jak poprzedni - przejeżdżamy przez wioski mniejszości, m.in. Tajów czarnych i Tajów białych. Dzieciaki biegają za nami, ale boją się podejść bliżej. Kierowca zawozi nas zawsze do najdroższych restauracji - ma tam za darmo jedzenie. My staramy się znaleźć coś tańszego, ale nie jest to takie proste - gdy tylko wchodzimy, ceny od razu skaczą do góry. W dwóch wioskach wiszą łuski po bombach z czasów wojny wietnamskiej. W Son La nie jest łatwo znaleźć hotel - śpimy w prawdziwej norze za 2 USD za osobę. Na dodatek właściciel oszukuje nas - najpierw śniadanie miało być w cenie, potem musimy za nie dopłacić.
Część naszej grupy zapada na chorobę oczu. Całe nabiegają krwią. Później okaże się, że to specyficzny rodzaj zapalenia oczu.
Ostatni etap do Hanoi przyjeżdżamy w dość dużym pośpiechu. Na miejscu jesteśmy około 17.00. Hanoi
Wieczorem 23.08.1999 jesteśmy w Hanoi. Ruch jest niesamowity - mało samochodów, ale mnóstwo motocykli i rowerów. Ciekawe są ceny hoteli. Jeden (nawiasem, polecany w "Lonely Planet") oferuje prawdziwą norę za tę samą cenę, co inny, fajny hotel. W końcu zostajemy w Hotel Camelia za 3 USD od osoby za noc w świetnych warunkach. Mieszkamy na Starym Mieście. Dawna kolonialna dzielnica ma swój niewątpliwy urok. Wiele ulic wzięło swoje nazwy od różnych zawodów, których przedstawiciele mieli tam swoje warsztaty. W wielu miejscach można kupić "sztuczne" pieniądze, które pali się w czasie pogrzebów. Czasami trudno się przecisnąć przez wąskie uliczki zastawione motocyklami.
Nasi chorzy udają się do lekarza do kliniki międzynarodowej. Ceny są tam horrendalne, np. wizyta u okulisty to wydatek 35 USD.  Następnego dnia jadę wraz z zorganizowaną wycieczką do Parfume Pagoda. To wydatek 15 USD. Wyruszamy rano i jedziemy nad rzekę. Tutaj przesiadamy się do metalowych łódek. Jest trochę dziwnie, bo wiosłują kobiety i dzieci. Najpierw odwiedzamy pagodę na wyspie z XVII w, a po ciekawej podróży (krajobraz trochę przypomina ten z Guilin z Chin) ruszamy już do tej właściwej. Tutaj też jest kilka świątyń - w pierwszej możemy obserwować obrzędy buddyjskie. Droga do następnej to 2 km wspinaczką. Świątynia mieści się w grocie. Tutaj mieszkał i zmarł słynny mnich, a teraz znajduje się mnóstwo posążków Buddy. Potem czeka nas już tylko lunch i powrót. Wycieczka była dość dobrze zorganizowana, choć nasi przewodnicy mówili dość dziwnym językiem angielskim (później zorientuję się, że jest to typowy "wietnamski angielski").
W Hanoi można skorzystać z Internetu, który kosztuje około 300-400 dongów za minutę. Zatoka Halong
Wykupujemy wycieczkę do Zatoki Halong na 2 dni za 16 USD (trzydniowa to wydatek 27 USD). Wyjazd zorganizowany to dobry pomysł. Na miejscu okazuje się, że - podobnie jak zresztą w całym Wietnamie - samemu trudno jest zorganizować coś taniej. Podróż na miejsce trwa 5 godzin. Po rozmieszczeniu się na statku idziemy na lunch (ryba i owoce morza), a potem na statek. Chociaż pada deszcz, to widoki są niesamowite. Legenda głosi, że to smok zgubił kamienie, z którymi leciał i tak powstały te wynurzające się z morza wyspy. Obiad na statku jest wyśmienity - znowu wspaniała ryba i owoce morza. Fajne jest też towarzystwo (m.in. Chińczyk, który uciekł na łódce i mieszka w USA, oraz 75-letnia Niemka - podróżniczka). Na wodzie spędzamy 5 godzin i wracamy na noc do miasta Haiphong, gdzie nie ma nic interesującego. Drugiego dnia dalej pływamy - oglądamy ciekawą grotę, tylko trochę przerobioną na chińską modłę. Z czasem zaczyna padać coraz mocniej, a niebo rozświetlają błyskawice. Wracamy do Hanoi. Kolacja po wietnamsku
 Wieczorem, po powrocie z wycieczki, mamy udać się na kolację z poznanym wcześniej Wietnamczykiem Huey, mieszkającym na stałe w Polce. Jednak kolacja ma być specyficzna - wszystkie dania będą z węża. Mimo szalejącej ulewy, jedziemy. Bierzemy dwie taksówki. Nasza restauracja mieści się w dzielnicy, gdzie wszyscy specjalizują się w podobnych potrawach. Korki są niesamowite, wpływają zresztą na koszt przejazdu - to 2 x 100.000 dongów. I tutaj pierwszy zgrzyt - choć Huey płaci za taksówkę, to jego kolega, który jedzie z nami, już nie. Kolacja jest bardzo ciekawym przeżyciem. Na naszych oczach obsługa restauracji wyciąga z klatki kobrę i ją zabija. Jemy zupę z węża, sajgonki z mięsem z węża, zmielone kości z węża, chrupki ze skóry węża, zupę z lotosu i węża, wreszcie pijemy wódkę z krwią węża oraz wódkę na narządach płciowych węża, a jeden z nas także kieliszek z bijącym jeszcze sercem gada. Za wszystko płacimy 1.650.000 dongów. Jednak nasi wietnamscy znajomi nie poczuwają się do płacenia i wszystko pokrywamy z własnej kieszeni. Wracamy taksówkami także na nasz koszt. I jak można mieć po czymś takim dobre zdanie o Wietnamczykach? Ale kolacja była świetna. Następnego dnia idziemy do ambasady Kambodży po odbiór wiz. Musimy przyjść później, bo pani konsul sobie gdzieś poszła..., ale w końcu dostajemy wizy (20 USD - taniej niż w konsulacie w Sajgonie). W tym czasie idziemy na krótką wycieczkę po Hanoi. Oglądamy "One Pillar Pagoda" (malutka, ale ładna), mauzoleum Ho Chi Minha (tylko z zewnątrz) oraz jego dawny dom, obecnie muzeum (z wystawą osiągnięć socjalistycznego Wietnamu). Tam mamy również okazję podziwiać koncert tradycyjnej muzyki wietnamskiej, na tradycyjnych instrumentach. Szybko oglądamy też Pagodę Literatury, w pobliżu której znajduje się polska ambasada. Jeszcze ostatni spacer po Starym Mieście, oglądanie katedry (wierni wprowadzają do środka rowery) i już wyjeżdżamy na południe. A właściwie część z nas wyjeżdża - rozdzielamy się po raz kolejny. Bilet do HoiAn kosztuje 13 USD (kupiony w jednej z kawiarni). Cesarskie ruiny
Po całonocnej podróży jesteśmy bardzo zmęczeni. Droga nr 1 jest fatalnej jakości, a czasami wręcz nie ma jej wcale. Jednak docieramy do Hue - dawnej cesarskiej stolicy. Nie mamy czasu na odwiedzenie słynnych grobowców cesarzy, dlatego chcemy tylko zobaczyć Cytadelę i Zakazane Miasto. Zostały one zniszczone w czasie wojny wietnamskiej i teraz rośnie tam tylko trawa... Ponieważ za wstęp do Zakazanego Miasta trzeba zapłacić 5 USD, nie wchodzimy tam.
Po całkiem dobrym obiedzie (20.000 dongów za stek) wsiadamy w następny autobus i po 3 godz. i 20 min. jesteśmy wieczorem w HoiAn. Zatrzymujemy się w hotelu, w którym płacimy 10 USD za trójkę. Wykupujemy zorganizowaną wycieczkę do My Son - ruin dawnej stolicy królestwa Champa. Samo miasto jest bardzo ładne. Na kolację jem za 20.000 dongów świetne sajgonki z krewetkami. Następnego dnia rano wyruszamy do My Son. Po godzinnej podróży wchodzimy na teren ruin (50.000 dongów). Jeep dowozi nas na miejsce. Po królestwie zostało niewiele - duże zniszczenia przyniosła wojna wietnamska. Najlepiej zachowany zespół to właściwie kupa cegieł. Styl budowli przypomina Kajuraho w Indiach (z zachowaniem odpowiednich proporcji).
Po południu wracamy i idziemy oglądać miasto. Za 50.000 dongów kupuję bilet wstępu do trzech budynków w mieście. Na obiad jemy miejscową specjalność - Cao Lau w przepięknie położonej nad brzegiem rzeki restauracji. Przy wspaniałej słonecznej pogodzie oglądam miasto, zachowane doskonale od czasów swojej świetności (XVII - XIX wiek). Idę na most japoński (zbudowany przez japońskich kupców), oglądam dom kupca chińskiego (fajny oprowadzający) i zgromadzenia kupców chińskich. Kupuję trochę pamiątek. Później idziemy na plażę (całkiem ładna), a wieczorem jem na kolację niesamowitą rybę z grilla (30.000 dongów). Wtedy też spotykamy Polaków, którzy byli wcześniej w Birmie i Laosie. Do hotelu wracamy dopiero nad ranem... Sajgon
Rano wyruszamy w długą podróż do Sajgonu (oficjalnie miasto Ho Chi Minh). Po drodze kilkakrotnie zatrzymujemy się na plażach. Niektóre z nich są niesamowite - biały piasek, woda, palmy... Chciałoby się zostać na dłużej. Autobus zmieniamy w Nha Trang. U sympatycznego kaleki można umyć się i coś zjeść. Przez całą noc jedziemy i nad ranem docieramy do Sajgonu. Gdy usiłujemy znaleźć jakiś hotelik, spotyka nas niemiła przygoda. Kłócimy się i przepychamy z miejscowym chłopakiem, który niby pomagał nam w szukaniu miejsca do spania. Robi się nawet dość groźnie, ale sytuacja szybko się uspokaja. Tyle złego opowiadano nam o tym mieście, a teraz to. Jednak znajdujemy guesthouse za 5,5 USD (jedynka) i 7 USD (dwójka). W ogóle to miasto jest droższe niż inne w Wietnamie. Za 70.000 dongów zmieniamy na naszej wizie tzw. exitpoint (co trwa jeden dzień). W banku ANZ można z bankomatu wypłacić dolary i to bez prowizji.
W samym Sajgonie jest niewiele do oglądania - ciekawa pagoda "Jade Emperor", chińska dzielnica Cholon (nie ma tam prawie Chińczyków, którzy uciekali stąd na łódkach), katedra katolicka. Można za to dokonać ciekawych zakupów - pirackie płyty z muzyką i CD-ROM'y, fajne t-shirty (1 USD), wódkę z kobrą, kapelusze i wiele innych pamiątek. Wykupuję wycieczkę do tuneli (3,5 USD), na którą wyruszam następnego dnia. Zatrzymujemy się w wytwórni papieru ryżowego, służącego potem m.in. do wyrobu sajgonek. Na początku jedziemy do siedziby religii Caodai. Jest to wyznanie typowo wietnamskie, powstałe w 1926 roku - to taka mieszanina różnych wyznań, z kultem różnych postaci (np. Wiktora Hugo). Czasy jego potęgi przypadały na okres przed zjednoczeniem Wietnamu, obecnie ma kilka milionów wyznawców. W Tay Ninh mieści się cały kompleks, w tym piękne ogrody. Kapłani i kapłanki ubrani są w piękne, kolorowe stroje, również Wielka Świątynia ma ciekawy wygląd. Uczestniczyliśmy w nabożeństwie, potem zjedliśmy obiad i pojechaliśmy do Cu Chi, gdzie są osławione tunele Viet Congu (VC - dla Amerykanów Victor Charlie). Po obowiązkowym filmie i krótkiej prelekcji mogliśmy obejrzeć pułapki zastawiane na żołnierzy USA, przeciskać się przez tunele partyzantów, zobaczyć salę posiedzeń i szpital polowy. Był także zniszczony amerykański czołg. Mogliśmy sami się przekonać, że wejścia do tuneli były tak konstruowane, że mógł przecisnąć się nimi szczupły Wietnamczyk, ale nie biały. Nasz przewodnik okazał się byłym żołnierzem armii Południa, który spędził 3 lata w obozie reedukacyjnym po zjednoczeniu. Dopiero niedawno mógł podjąć lepszą pracę niż kierowca rikszy. Wieczorem wróciliśmy do Sajgonu. Wymieniam pieniądze (1 USD = 13.900 dongów) i dzwonię do domu (na poczcie aż 53.000 dongów za minutę!). Mekong
02.09.1999 wyruszamy na dwudniową wycieczkę do delty Mekongu (z jedzeniem 22 USD, bez jedzenia ok. 16,5 USD). Taki wyjazd trudno byłoby zorganizować samemu, bo w większości miejsc wynajem łodzi turystom jest kontrolowany przez władze (policja ściga indywidualny wynajem) i dlatego dość drogi. Mamy okazję podziwiać zbiór ryżu, a potem jechać promem przez jedno z ramion Mekongu. Tam spotykamy mnóstwo żebrzących dzieci - niektóre ze strasznie zdeformowanymi kończynami. Potem łodziami płyniemy do lasu Tram. Jest to jedyny zachowany kawałek pierwotnej dżungli (bo tam ukrywali się partyzanci VC). Chodzimy po tych moczarach, oglądamy pozostałości bunkrów, z których dowódcy VC śledzili ruchy w pobliskiej ogromnej bazie USA. Jak oni tam mogli wytrzymać po rok, półtora? Po zjedzeniu kiepskiego lunchu oglądamy ogród różany (nic ciekawego) i udajemy się do miasta Cantho. Naprzeciw naszego hotelu mieści się okazały pomnik Ho Chi Minha, a całkiem niedaleko świątynie buddyjskie - wietnamska i khmerska. W obu tych krajach panuje buddyzm (w Wietnamie jest 10% katolików), ale w różnych odmianach. Mamy okazję porozmawiać z mnichem khmerskim, zrobić sobie zdjęcia i obiecać mu wysłanie kartki. Następnego dnia wreszcie płyniemy po prawdziwych kanałach. Przez ponad 2 godziny podziwiamy życie toczące się prawie na wodzie, "małpie mostki" poprzerzucane tu i tam, biedne domki ukryte wśród palm, dzieci płynące do szkoły. Na targu wodnym rolnicy z łódek sprzedają swoje produkty, jest też pływająca stacja benzynowa. W jednym z ogrodów kosztujemy ananasów, "dragon fruit" (miejscowa specjalność), bananów i innych owoców, pijemy sok. Prawie cały czas jest przepiękna, słoneczna pogoda, dopiero pod sam koniec nadchodzi krótka, ale intensywna tropikalna ulewa. Wieczorem wracamy do Sajgonu. Po drodze, w jednej z kafejek, możemy podziwiać pytona (4 m, 85 kg). W mieście spotykamy znowu Polaków, poznanych w HoiAn.
04.01.1999 wyruszamy do Kambodży. Bilety na autobus do samego Phnom Penh wykupiliśmy w kawiarni. Odprawa przebiega bez problemów. Żegnaj Wietnamie... Kambodża
Kambodża wita nas deszczem, dość sprawną odprawą graniczną oraz fatalnym stanem drogi. Bezpośrednie połączenie, które wykupiliśmy w Sajgonie okazuje się troszkę naciągane - na granicy musimy się przesiąść. Znowu jesteśmy w kraju "znaczków" - pismo, wzorowane na sanskrycie jest chyba dla nas mniej zrozumiałe niż alfabet chiński. Przepływamy promem przez Mekong, później droga staje się trochę lepsza. Pieniądze można wymienić po kursie 1 USD = 3880 riali. Jednak w Kambodży w powszechnym użyciu są dolary i tajskie bhaty. Do Phnom Penh docieramy wieczorem. Miasto robi na nas dość dobre wrażenie - przynajmniej na początku. Znajdujemy Smiley`s Guesthouse za 3 USD od osoby. Tam jemy kolację. Ceny są dość wysokie. Ja kosztuję miejscowego przysmaku - ryby w zupie ananasowej (dość dziwna w smaku). Wieczorem idziemy zobaczyć miasto "by night". Okazuje się, że przestrogi zawarte w przewodnikach chyba były prawdziwe. Na ulicach pustki, domy ogrodzone są wysokimi płotami (często sięgającymi pierwszego piętra), co większych rezydencji pilnują uzbrojeni ochroniarze. Szybko wracamy, choć nasi znajomi z Wietnamu ruszają na poszukiwanie ananasów (dla dziewczyn :-)). Okazuje się, że w jednym z pobliskich sklepików można bez problemu kupić skręty z marihuaną.
Rankiem wyruszamy na szybkie zwiedzania Phnom Penh. Najpierw idziemy do osławionego więzienia Tuol Sleng. Tam Czerwoni Khmerzy więzili i torturowali tysiące osób. Dawna szkoła, przerobiona na więzienie, to obecnie muzeum (wstęp 2 USD). Wstrząsające są zdjęcia zrobione przez Wietnamczyków po wyzwoleniu, narzędzia tortur, ilustracje różnych rodzajów tortur, czy wreszcie mapa kraju ułożona z czaszek. Po Phnom Penh najlepiej poruszać się motocyklami z kierowcą (typowy przejazd to 1500 riali). Tylko kilka głównych ulic jest wyasfaltowanych - reszta tonie w kurzu lub w błocie, zależnie od pogody.
Najpiękniejszym zabytkiem jest pałac królewski i Silver Pagoda. Wstęp kosztuje 3 USD + 2 USD za fotografowanie, ale to sensownie wydane pieniądze. Miejsce jest przepiękne, a w środku mieści się czczony Emerald Buddha, wycięty z kryształu, oraz inny posąg ze złota. Podłoga jest wyłożona srebrnymi płytkami. Warto obejrzeć także część udostępnionych dla turystów wnętrz pałacu. Wzdłuż rzeki można dojść do Ounalom Wat (mili mnisi) i przejść przez bazar (straszny bałagan) do poczty głównej (znaczek do Polski 1000 riali, kartki 1000 riali). Niedaleko stamtąd znajduje się położony na wzgórzu Wat Phnom (wstęp 1 USD). Zgodnie z legendą mieszczą się tu statuty Buddy wyłowione z Mekongu przez kobietę zwaną Penh, od której nazwę wzięło miasto (Phnom Penh - wzgórze Penh). Dalej ciągnie się ulica z pięknymi kolonialnymi budynkami. Po południu jedziemy na Pola Śmierci - miejsce, gdzie mordowano więźniów z Tuol Sleng (przejazd 2 USD, wstęp 2 USD). Mieści się tam obecnie Wat z czaszkami ofiar, które zamordowano głównie za pomocą motyk. Wracając widzimy wstrząsające slumsy.
Do najtańszych i najlepszych restauracji tutaj należy Capitol. Można jednak zjeść w modnych lokalach nad brzegiem rzeki. Goście podjeżdżają tam często mercedesami (typowe dla Kambodży - przemieszane bogactwo i bieda). Można również zjeść "Happy Pizza" z dodatkiem trawy za 3-12 USD. Siem Rap i Angkor
Do Siem Rap wyruszamy wcześnie rano. Są dwie możliwości dostania się tam - szybką łodzią za 25 USD lub pickup'em za kilka dolarów (zależnie od miejsca). My wybieramy tę drugą możliwość. Zajmujemy miejsca z tyłu (za kierowcą - 3 osoby). Nie są one najwygodniejsze, ale lepsze niż te z przodu (3 osoby oprócz kierowcy) lub na pace. Droga na początku jest całkiem dobra, przez moment świetna, ale wkrótce zaczynają się doły, drewniane mostki itp. Ponieważ przegrzewa nam się koło, stajemy co pewien czas w szczerym polu. Widoki są niesamowite, bieda wstrząsająca. Na jednym z postojów proponują nam na przekąskę pająki.
Nasz kierowca jedzie ostro, jednak upakowanie całego ładunku zajmuje nam dużo czasu, więc cała podróż trwa 10 godzin. Na miejscu zatrzymujemy się w Smiley`s Guesthouse (prowadzony przez brata właściciela Smiely`s z Phnom Penh - 3 USD za dość kiepskie pokoje), ale następnego dnia przenosimy się do Narim`s Guesthouse (2-3 USD za pokój). Żeby odwiedzić Angkor, decydujemy się na motocykle (5 USD dziennie za pojazd z kierowcą). Bilet wstępu na jeden dzień kosztuje 20 USD, na trzy dni - 40 USD, a tydzień - 70 USD). Wykupujemy bilet trzydniowy, choć będziemy tutaj tylko 2 dni.  Przez wejście południowe jedziemy do Angkor Thom, ufortyfikowanego miasta, zbudowanego przez Jayavarmana VII, w XII wieku. W samym centrum znajdują się ruiny Bayon, gdzie z każdego miejsca spoglądają twarze króla. Na okalających murach wyryte są reliefy, przedstawiające życie w ówczesnej Kambodży. Niedaleko znajdują się inne pozostałości miasta, w tym Taras Słoni i Taras Trędowatego Króla. Następnie jedziemy jeszcze do Bramy Zwycięstwa, a wreszcie docieramy do wspaniałego Angkor Wat. Ta budowla, ze swoimi czterema wieżami, to naprawdę cud świata. Tak dobrze zachowana, ze wspaniałym reliefami z indyjskiej mitologii budzi podziw.
Wieczorem wracamy do hotelu. Obiad kosztuje tutaj 4 USD (stek), piwo Angkor 0,6 l jest za 1,5 USD, "set menu" za 1 USD. Następnego dnia mieliśmy zobaczyć wschód słońca nad Angkorem, ale chmury krzyżują nam plany. Wspinamy się na Phnom Bakheng, skąd ma rozpościerać się wspaniały widok na Angkor Wat, ale nieco nas on rozczarowuje. Jeszcze raz odwiedzamy wspaniały Bayon i jedziemy do Ta Prohm. Ten kompleks nie został oczyszczony z dżungli i wygląda tak, jak w momencie odkrycia przez francuskich uczonych. Ogromne drzewa porastają częściowo zapadnięte budowle. Wieczorem oglądam zachód słońca, najpierw nad Angkorem, a końcówkę nad polami ryżowymi. Potem spotykamy znowu tych samych Polaków. Sprzedajemy im nasze bilety (został niewykorzystany 1 dzień) i wspólnie wypalamy co nieco.
09.09.1999 wyruszamy do granicy. Znowu jedziemy pickup'em, ale można też łodzią przez Battambang. Za 8 USD mamy miejsce w kabinie. Musimy przesiąść się w Sisowath. Nasze plecaki jadą razem z rybami i żabami. Przejazd zajął nam 8 godz., a droga była miejscami jeszcze gorsza niż poprzednio - ogromne koleiny i doły, w których chował się cały samochód. Jakoś docieramy jednak do Poipet, dojeżdżamy do przejścia motocyklami (z plecakami!) i przechodzimy granicę bez większych problemów. Witaj cywilizacjo! Tajlandia
Do Tajlandii wjechałem po raz pierwszy z Kambodży w dniu 09.09.1999. Obsługa na przejściu w Aranya Prathet była szybka i miła. Tuż za przejściem czekał minibus, który za jedyne 6,5 USD zawiózł nas do Bangkoku na sławną ulicę Khao San. Po bezdrożach Kambodży dobrze utrzymane drogi czynią podróż czystą przyjemnością (ruch lewostronny). Mam też okazję skorzystać z ubikacji, zrobionej w sposób typowy dla regionu. Otóż, zamiast rezerwuaru, jest tam wymurowany basenik, napełniony wodą. W nim pływa plastikowe naczynie, którym można zaczerpnąć wody.
Gdy docieramy do stolicy, z trudem znajdujemy tam coś do mieszkania. Za 150 bathów mam brudną klitkę w mało przyjemnym hoteliku ("Green House"). Pieniądze wymieniamy po kursie 1 USD = 38-39 bathów. Przez cały następny dzień szukamy tanich biletów lotniczych. Najtańszy jest Biman (linie bangladeskie), ale bilety są dawno wykupione. Do Berlina można polecieć za 250 USD, a ja kupuję bilet Aeroflotu do Warszawy za 318 USD. Oczywiście, większość tych okazji to np. bilet grupowy. Mój można wykupić nie wcześniej niż 7 dni przed wylotem, więc muszę zawierzyć pieniądze agencji. Wieczorem spotykamy znowu naszych znajomych z Wietnamu. Okazuje się, że nie wpuszczono ich na nasze bilety do Angkoru i musimy im zwrócić kasę.
Ceny w Bangkoku są następujące: cola - 13 B, obiad 80-150 B (jeden z tańszych!), piwo 35 B, minuta Internetu 1-2 B, hamburger w supermarkecie 7-17 B). Następnego ranka mogę wreszcie trochę pozwiedzać. Wszędzie widać portrety pary królewskiej w różnych sytuacjach - trwają przygotowania do urodzin ukochanego króla (wszystko jest pięknie iluminowane w nocy). Całkiem niedaleko od Khao San jest pałac królewski i Wat Phra Kaew. Wstęp kosztuje 125 B (w cenie jest bilet do muzeum monet i pałacu tekowego na drugim końcu miasta). W środku jest kaplica Szmaragdowego Buddy (najbardziej czczony posąg w kraju), wspaniałe rzeźby, zabudowania, miniatura Angkoru. Wszystko to niedawno odnowione, błyszczące i piękne.
W tym czasie też pożegnaliśmy odlatującą wcześniej Kasię i zostaliśmy już tylko we dwóch z Bartkiem. Po południu idziemy do chińskiej dzielnicy (z gigantycznymi hurtowniami różnego rodzaju chińskiego szmelcu rozprowadzanego stąd na cały świat i kilkoma ciekawymi świątyniami). Odwiedzamy świątynię Złotego Buddy (wstęp 20 B). Mieści się tam szczerozłoty posąg, wykonany dawno temu, pokryty dla ochrony warstwą gipsu, która przypadkowo odpadła dopiero 20 lat temu, odsłaniając złoto. Wracamy promem (20 B).  Wieczorem, mimo deszczu, jedziemy na Patpong, do klubu go-go. Przejazd to wydatek 70 B, wstęp wolny, obowiązkowe piwo - 90 B. Dziewczyny robią rzeczywiście różne sztuczki (strzelają do baloników i piłeczkami ping-pongowymi, gaszą świeczki, grają na instrumentach) i to wcale nie ustami... Do każdego gościa przytulają się rozebrane panienki, próbując namówić go na jeszcze jedno piwo. Warto poobserwować zachowanie niektórych starszych panów... W sumie kilka mile spędzonych godzin.
Na samej ulicy jest targ z wszelkiej maści podróbkami np. zegarków. Następny dzień poświęcam na zostawienie części rzeczy w depozycie (10 B/dzień), telefon do Polski (normalny 55-61 B/min, przez Internet 25 B/min), zakup płytki z grą (180 B). Jeszcze mam czas na zobaczenie wspaniałego, ogromnego odpoczywającego Buddy w Wat Pho i ciekawych buddyjskich stup tamże. O 18.00 jedziemy autobusem do Chaing Mai (turystyczny 150 B, taniej niż rejsowy i z Khao San, a nie z dworca). Podróż zajmuje całą noc. Rano wysadzają nas na przedmieściu i "zapominają" zabrać do centrum, gdy okazuje się, że nie chcemy nigdzie nocować. Tuk-tuk na dworzec autobusowy to 30 B za osobę, a bilet do Chiang Khong to następne 151 B za taką sobie drugą klasę air-con. Po 6 godzinach docieramy na miejsce. Jeszcze tylko 20 B za tuk-tuka do przystani, szybka odprawa graniczna, 20 B za przeprawienie przez rzekę i jesteśmy w Laosie. Laos
Przepłynęliśmy Mekong i tym sposobem dotarliśmy do Huay Xai, pierwszego miasta w Laosie. Po szybkim dopełnieniu formalności granicznych wymieniliśmy pieniądze (1 B = 238 kipów, na mieście 1 B = 250 kipów) i zaczęliśmy szukać noclegu. Ceny w hotelach kształtowały się na poziomie 2,5-6 USD za dwójkę. Nasz pokój, w cenie 3 USD, miał łazienkę i był bardzo fajny. Za to jedzenie kosztowało 1-2 USD za obiad i było takie sobie. W sklepach jest wiele towarów sprowadzonych z Tajlandii i droższych niż na drugim brzegu rzeki (np. lody Algida zamiast 13 B - 20 B). Cola kosztuje 5000 kipów, woda 1500 kipów. Wszędzie można płacić w batach. Samo miasteczko jest przyjemne, ciche i spokojne. Na wzgórzu mieści się świątynia. Następnego ranka chcemy jechać do Nam Tha i Muang Sing. Udajemy się na bazar (położony trochę poza miastem - dojazd 1500 kipów), skąd jeżdżą ciężarówki w tamtym kierunku. Tam już spotykamy kilku białych, jadących w tym samym kierunku. Jednak okazuje się, że droga jest w złym stanie i na razie nic z tego (potem dowiem się, że podróż była jednak możliwa, należało po prostu nalegać). Za kolejne 1500 kipów jedziemy na przystań. Najpierw chcemy płynąć w dół rzeki (do Xieng Kok), ale nic tam nie płynie. Nie chcemy płynąć szybką łodzią (czółno z motorem, dość niebezpieczne), więc wyruszamy normalną łódką do Pakbeng o 11.00 (150 B). Po drodze widoki są wspaniałe - dżungla, wzgórza i toczący leniwie swe wody Mekong. Pakbeng
Około 17.00 docieramy do Pakbeng. Na miejscu znajdujemy dość prymitywny hotel za 5000 kipów od osoby. W wiosce jest kilka knajp nastawionych na turystów, ale ceny są tam wysokie, a porcje raczej małe (np. ryba za 10.000 kipów to tylko mały kawałek). Można za to zjeść chińską zupkę z makaronem za 3500 kipów. Nie ma też problemów z zakupem trawy (3000 kipów za torebkę). Przed zmierzchem wybieramy się na małą przechadzkę po okolicach. Wszędzie widać biedę, ale jednocześnie jest przepięknie. Przez kilka godzin wieczorem w części wioski jest elektryczność z generatora. Rankiem łódź odpływa do Luang Prabang, my jednak, wraz z innymi białymi, wsiadamy do starej chińskiej ciężarówki, która zawiezie nas do Udomxai. Droga ma fatalną nawierzchnię. Trochę siedzę w środku, a trochę stoję na zewnątrz (z tyłu samochodu jest specjalna kratownica). Podczas kilku postojów mijamy prymitywne, aczkolwiek bardzo malownicze wioski. Duże wrażenie robi tankowanie - pompa z rurką w jednej z chat.
Tuż przez dojazdem do celu zatrzymujemy się i musimy zapłacić za podróż. Chcą od nas więcej niż od miejscowych, bo falang, czyli cudzoziemiec, musi płacić więcej! W końcu jednak dzięki uporowi udaje się nam doprowadzić do korzystnego rozwiązania. Udomxai
W Udomxai jesteśmy około 17.00. Znajdujemy guesthouse za 5000 kipów od osoby (mieszkamy razem ze spotkanym w podróży Szwajcarem). W jednej z knajp jem befsztyk po laotańsku (mięso jest drobniutko posiekane, tak że można je jeść pałeczkami!) za 12.000 kipów. Zimne Beer Lao kosztuje 6500 kipów, domowy jogurt - 500 kipów. W mieście jest mnóstwo Chińczyków - sprzedają jedzenie, jest dla nich kilka "domów masażu".  Okazuje się, że nasz hotel ma dwie wady - w nocy pada mi na głowę przez nieszczelne okno, a rano budzi nas głośna muzyka z ulicznych głośników. Idziemy na "dworzec autobusowy", skąd odchodzą ciężarówki do różnych miejscowości. Rozdzielamy się - Bartek jedzie do Nam Tha i Muang Sing, ja z poznanym Szwajcarem - przez Pak Mong do Nong Khiaw. O ile autobus Bartka wyrusza z 45-minutowym opóźnieniem, to my na odjazd naszego pojazdu czekamy 3 godziny. Dlaczego? Na każdej ciężarówce jest w czerwonym kółeczku wypisana liczba pasażerów. Jest to MINIMALNA liczba osób, aby wyruszyć w drogę. Na nic zdają się próby pojechania ciężarówką do Luang Prabang (jadącą przez Pak Mong) - zostajemy z niej wyrzuceni. Wreszcie około 11.00 możemy ruszyć i po 2,5 godzinie docieramy do Pak Mong (cena 8000 kipów). Stąd już tylko 1,5 godz. drogi do Nang Khiaw (5000 kipów).
Warto było się jednak pomęczyć - położona nad rzeką Nam Ou miejscowość jest przepiękna. Gdy idziemy przez okolicę, gromady dzieciaków biegają za nami, krzycząc "Sabaidi" (witamy) i "Falang" (cudzoziemiec). Można zjeść owoce, ostrą sałatkę albo też wypić lao lao (wódkę ryżową). Nie ma tu elektryczności, a wieczorem widzimy, jak prawie cała wioska gromadzi się przed jedynym telewizorem, zasilanym z generatora. W jednej knajpie można wypić zimne piwo (7000 kipów). Chcieliśmy płynąć statkiem do Luang Prabang, ale odkąd ulepszono drogę, nie ma regularnych połączeń i można wynająć łódź za 400.000 kipów. W tej sytuacji decyduję się jechać samochodem, podczas gdy mój znajomy zostaje i czeka na statek płynący w dół rzeki. Rankiem 17.09.1999 zjadłem na śniadanie zupkę (4000 kipów), zaś mój bagaż załadowałem na ciężarówkę, jadącą do Luang Prabang. Gdy po chwili zaczęła odjeżdżać, kierowca wytłumaczył mi (łamanym angielskim i rękami), że jedzie po pasażerów i zaraz wróci. To "zaraz" trwało prawie półtorej godziny! Podróż kosztuje 9500 kipów i wiedzie przez dobrze utrzymaną, malowniczą drogę wzdłuż rzeki. Luang Prabang i okolice
Około 14.00 docieram na południową stację autobusową w Luang Prabang. Za 2000 kipów jadę do Hotelu Rama. Wynajmuję pokój za 15.000 kipów (z łazienką). W położonej naprzeciwko restauracji jem miejscową specjalność - sałatkę Luang Prabang (6000 kipów). Pogoda jest dobra - świeci wspaniałe słońce. Idę zwiedzać - oglądam Wat Wisunalat (3000 kipów) i Wat Aham (znów 3000 kipów, więc nie wchodzę do środka). Widzę mnóstwo mnichów buddyjskich. Wynajmuję łódkę, która przewozi mnie przez Mekong (7000 kipów) i idę oglądać Wat Chom Phet (oprowadzają mnie dzieciaki za parę kipów). Rozciąga się stamtąd wspaniały widok na rzeki (Mekong i łączącą się z nią Nam Ou). Niedaleko leży też piękny Wat Xieng Maen i jaskinia z wizerunkami Buddy. Wracam dopiero wieczorem (oglądam wspaniały zachód słońca nad Mekongiem).  W mieście można zjeść stek za 12.000 kipów, wypić Beer Lao za 6000 kipów i używać Internetu (5 minut za 1 USD). Następny dzień zaczynam od wspaniałego śniadania (bułka z tuńczyka za 9000 Kipów), wymieniam też pieniądze (kurs coraz niższy - w banku i na poczcie 1 B = 206 kipów, w Internecie 1 B = 220 kipów). Potem idę oglądać pałac królewski (wstęp 5000 kipów). Nie jest on zbyt okazały, jednak w środku znajduje się najbardziej czczona w Laosie figura Złotego Buddy oraz podarunki dla pary królewskiej, która wraz z rodziną została deportowana i "zaginęła" po przejęciu władzy przez partię komunistyczną Pathet Lao w 1975 roku. Z Polski jest tam tandetna miniaturka szczerbca z lat 60.
Przed pałacem stoi pomnik króla, a władze budują nową, okazałą kaplicę dla świętej figury. Odwiedzam jeszcze Wat Mai Suwannaphumaham. W centrum miasta jest bazar, gdzie można kupić właściwie wszystko. Jest też, przy placyku niedaleko poczty, targowisko z różnym rękodziełem, ale ceny są raczej wysokie. Potem biorę tuk-tuka i jadę na wycieczkę do niedalekich wodospadów Xie. Za przejazd płacę 45.000 kipów + 4000 wstęp i przejazd łódką (dla miejscowych tylko 1000 kipów, a i tak chcą ode mnie opłaty x 2, ale się nie daję). Wodospady są prześliczne - drzewa zanurzone w przepływającej wodzie i chłód w upalny dzień. Wracając kupuję bilet do Vang Vieng (25.000 kipów), a potem idę do Wat Xieng Thong (wstęp 3000 kipów).Ta niesamowita świątynia, wraz z mozaiką "drzewa życia" robi na mnie duże wrażenie. Przy głównej bramie kompleksu można obejrzeć królewski powóz pogrzebowy. Wieczorem udaję się do miejscowego Czerwonego Krzyża, gdzie korzystam z sauny (10.000 kipów) i półgodzinnego masażu (25.000 kipów za godz.). Kolację jem we wspaniałej indyjskiej restauracji niedaleko mojego hotelu (Masala Dosai za 8000 kipów jest świetna). Przed snem wybieram się jeszcze na miejscową dyskotekę, która odbywa się w moim hotelu (tragedia).
19.09.1999 wczesnym rankiem z żalem opuszczam to wspaniałe miasto. Na dworzec podwozi mnie umówiony wcześniej kierowca (4000 kipów). Po drodze widzę mnichów odbierających od miejscowych kobiet dary - miseczki z ryżem (kobiety klęczą - nie mogą dotknąć mnicha, ani być wyżej niż on). O 6.30 wyruszam do Vang Vieng. Vang Vieng
Droga jest kręta i bardzo malownicza, aż do miejscowości Kasi, kilka kobiet wymiotuje. Potem jest już prosto i po 7 godzinach jazdy jestem w Vang Vieng. Właściwie cała miejscowość to jedno wielkie letnisko, mnóstwo całkiem przyzwoitych guesthouse`ów. Za 9000 kipów mam pokój z łazienką. Niepokojąco wzrasta kurs kipa - płacą tylko 150-160 kipów/B. Udaje mi się uzyskać kurs równy 170. Jest tutaj kilka dobrych restauracji - stek kosztuje 9000 kipów, piwo 5000 kipów, pepsi 1500-2000, koktajl owocowy 1500 kipów, sandwich 5000 kipów. Na miejscowym bazarze można kupić chyba wszystko, w tym trawę (około 5000-10.000 kipów za torebkę). Jest tu kilka palarni opium, jedna w centrum, w budzie z intensywnym zielonym neonem (1 fajka - 4000 kipów). Do innych atrakcji można zaliczyć spływ pobliską rzeką w oponie czy wizytę w pobliskich jaskiniach.  Wybieram się na wycieczkę do Vang Vieng Resort, gdzie są także jaskinie (bilet 500 kipów), ale okazuje się, że najciekawszą z nich otwierają po południu. Po drodze do miasta mijam ubogą szkołę. Za wstęp do jaskini płacę w końcu 4000 kipów (to cena dla obcokrajowców) i nie rozczarowuję się - jest całkiem fajnie, mimo widocznych śladów działalności chińskich inżynierów. Wraz ze spotkaną parą Izraelitów chcemy jeszcze zobaczyć jedną jaskinię, więc przepływamy rzekę (1000 kipów w jedną stronę) i idziemy zgodnie z mapą. Jednak odległość jest znacznie większa, robi się ciemno, więc zawracamy.
Następnego dnia z przerażeniem odkrywam, że kurs w miejscowym banku wynosi tylko 1 B = 100 kipów. Na przystanku przy bazarze wsiadam do tuk-tuka, który zawiezie mnie do Vientiane (6000 kipów). Vientiane
 W czasie podróży do Vientiane widzę liczne zalane pola i domy. Później przeczytam, że powodzie spowodował odprysk tajfunu. Po kilku godzinach jestem na miejscu. Najpierw idę do ambasady Tajlandii po wizę. Okazuje się, że zmieniła ona swoją siedzibę i muszę zapłacić 2000 kipów za krótką jazdę tuk-tukiem. Na miejscu dowiaduję się, że na wizę czeka się 3 dni robocze, ale ponoć Polacy nie muszą mieć wizy! Mimo moich obaw, pracownik ambasady potwierdza tę informację. Ucieszony, zaczynam szukać noclegu. W większości miejsc ceny kształtują się na poziomie 5-6 USD za noc. Jednak znajduję Wonderland Guesthouse II, gdzie w bardzo przyzwoitym dormitorium noc kosztuje 2 USD. Robię sobie przechadzkę po mieście - oglądam pomnik trzech słoni, odwiedzam kilka restauracji (12.000 za befsztyk, piwo 6000 kipów, cola 3000 kipów, naprzeciw mojego guesthouse hot-dog za 8500 kipów).
22.09.1999 mam zamiar wyjechać do Bangkoku. Rano zwiedzam Vientiane. Zaczynam od Muzeum Rewolucji (można zobaczyć, jak biali kolonizatorzy gnębili Laotańczyków - śmieszne, ale i ciekawe), a potem idę do Wat Si Saket. W tej świątyni, mieszczącej się niedaleko pałacu prezydenckiego, w niszach stoi ponad 8000 posążków Buddy. Niedaleko jest Haw Pha Kaew mieszczący rzeźby Buddy, zebrane z licznych świątyń, zniszczonych w czasie najazdu Tajów w XIX w, oraz kilka ładnych willi z czasów kolonialnych. Oglądam też Patuxai, dziwaczny betonowy monument zwycięstwa, wzorowany na paryskim Łuku Triumfalnym (zbudowany w latach 60. z cementu przeznaczonego pierwotnie na budowę nowego portu lotniczego). Stamtąd jadę za 2000 kipów do Pha That Luang, wielkiej, pozłacanej stupy, pochodzącej z XVI wieku i będącej symbolem buddyzmu oraz Laosu. Przed budowlą znajduje się pomnik jej budowniczego, króla Setthathirat. Wstęp do każdej świątyni kosztuje 500 kipów. Utwierdzam się w przekonaniu, że słusznie robię uciekając stąd jak najszybciej - mam dość kolejnej strasznej stolicy jednego z krajów Trzeciego Świata. Zabieram swoje rzeczy z hotelu i jadę na granicę (2000 na stację autobusową koło bazaru, 1000 autobus nr 14 do Mostu Przyjaźni, 25.000 autobus przez granicę). Bez problemów opuszczam Laos, ale nie chcą mnie wpuścić do Tajlandii. Okazuje się, że urzędnikowi w ambasadzie pomyliło się - Polacy mogą dostać wizę tylko na lotnisku! Wściekły wracam do Vientiane (20 B za tuk-tuk). W ambasadzie mnie przepraszają i obiecują szybko wydać wizę (ale papiery mogę złożyć dopiero jutro - dziś już nie przyjmują wniosków...). Pobieram z mojej karty kredytowej 300 bahtów i zdesperowany zaczynam nawet dowiadywać się o loty do Bangkoku (Lao Aviation 75 USD, Tai - 125 USD). Następnego ranka składam podanie o wizę (tranzytowa 200 B, normalna 300 B) i przez cały dzień bezczynnie chodzę po mieście. Na słynnym Talaat Sao ("poranny rynek" ) kupuję kilka tanich prezentów, wieczorem jem w knajpce nad brzegiem Mekongu. Ponieważ coraz bardziej pada, ulice zamieniają się w rwące potoki. 24.09.1999 odbieram wreszcie wizę i tym razem bez problemów opuszczam Laos. Mimo ostatnich przygód, żal mi wyjeżdżać. Mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę, a ten wspaniały kraj nie stanie się kolejnym turystycznym skansenem. Sabaidi! Przez Tajlandię do domu
 Po raz drugi wjechałem do Tajlandii 24.09.1999. Po przejechaniu Mostu Przyjaźni (ciekawa zmiana ruchu prawostronnego na lewostronny) dotarłem do Udom Nong, gdzie kupiłem bilet na autobus do Bangkoku (177 B). Po 14 godzinach jazdy (miało być 10 godzin, ale niektóre postoje trwały nawet ponad godzinę) dotarłem na północną stację autobusową. Za 85 B biorę taksówkę i po trzeciej w nocy jestem na Khao San. Tym razem znajduję znacznie lepsze miejsce na nocleg (Lek Guesthouse - 120 B za dwójkę). Mimo późnej pory można jeszcze skorzystać z Internetu czy zadzwonić do domu. Następnego ranka bez problemów odbieram mój bilet lotniczy i depozyt. Postanawiam obejrzeć dawną stolicę Tajlandii - Ayuthaya, zniszczoną w czasie najazdu Birmańczyków w 1767 roku. Za 4,5 B dojeżdżam miejskim autobusem do północnej stacji autobusowej, skąd jadę za 34 B do Ayuthaya. Na miejscu jestem około 13.00. Ponieważ mam mało czasu, postanawiam zrobić objazd taksówką (200 B za 2 godziny). Odwiedzam Wat Yai Chai Mongkon (zrujnowany, z nową statuą leżącego Buddy), a także Wat Chai Wattanaram (odbudowany, z licznymi statuami Buddy i ładnym zielonym ogrodem), Wat Chetharam (z leżącym Buddą), Wat Wihaan Phra Si Sanphet (odbudowany, z siedzącym pozłacanym Buddą z brązu, tam widziałem drzewko z pieniędzmi), Wat Phra Mahathat (mocno zrujnowany, ze stojącą dużą głową Buddy i głową wrośniętą w drzewo, jedyny, w którym płacę za wstęp - 30 B). Widzę też zagrodę dla słoni, służących do wożenia turystów. Wracam w podobny sposób, jak dojechałem na miejsce (jedynie autobus miejski jest droższy - 14 B, bo klimatyzowany). Na ulicy Khao San robię ostatnie zakupy (spodnie "podróbki" za 300 B), a wieczór spędzam w barze, oglądając filmy i popijając piwo Singha (małe za 50 B). 26.09.1999 robię ostatnie zdjęcia i wyjeżdżam autobusem na lotnisko (przejazd wykupiłem wcześniej za 70 B). Mam drobne kłopoty z wejściem do samolotu (mój bagaż jest za ciężki - ponad 30 kg, ale po przepakowaniu wszystko jest ok). Lot do Moskwy trwa 9,5 godz. Nasz samolot to Boeing 777, jedzenie jest dobre, trochę nudno. Całą noc spędzam na lotnisku - najpierw w słynnej stołówce tranzytowej (ciekawa rozmowa z parą Hindusów), potem w półśnie na krzesełkach. O 9.55 wylatuję do Warszawy i po dwóch godzinach lotu samolotem TU 154 jestem na Okęciu. Moja podróż dobiegła końca.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.zoch.pl
|
|
|
|
|