Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Śladami Stasia i Nel - Sudan
WIZA
Wizę sudańską załatwiał Janek. W ambasadzie w Berlinie udało się je kupić w ciągu jednego dnia. Kolega pojechał, dał paszporty i pieniądze rano, grzecznie poprosił i wiza była gotowa po południu i kosztowała 40 euro. Wniosek do ściągnięcia ze strony ambasady - należy dokładnie go wypełnić, zwłaszcza dziwne pytania, np. o wyznanie. Wizy dali nam na miesiąc, trzy miesiące na wjazd. Ale należy uważać, bo spotkany Chilijczyk też w Berlinie dostał wizę wypełnioną po arabsku (my mieliśmy ładnie po angielsku) z miesięcznym terminem na wjazd. Po przyjeździe do Sudanu należy się zarejestrować.


08.10.2002 r. Po przypłynięciu do Wadi Halfy okazuje się, że musimy wypełnić jeszcze jakieś papiery, co zajmuje nam dłuższą chwilę. Wreszcie wychodzimy na ląd. Po przejściu przez częściowo zatopione, betonowe molo udajemy się do budynku, gdzie odbywa się odprawa. Płacimy opłatę wjazdową (250SD=11LE) i przechodzimy bez problemów przez odprawę celną (celników ciekawiło właściwie tylko to, czy mamy alkohol lub kamerę wideo). Tuż za wyjściem oblegają nas cinkciarze - wymieniam trochę pieniędzy (1USD=250SD). Przejazd pick-up'em do miasta to wydatek 500 SD. Znajdujemy hotel za 700 SD od osoby za noc. Standard hotelu raczej nie jest najwyższy, pokoje nie mają podłogi, tylko piasek, ale tak tu jest wszędzie. Zostawiamy bagaże i idziemy obejrzeć miasto.

41.jpgPróbujemy dowiedzieć się czegoś o autobusie do Dongoli, ale nie jest to proste. Mamy nawet propozycję wynajęcia taksówki za jakieś koszmarne pieniądze. Najprawdopodobniej autobus odchodzi jutro o 16.00. Znajdujemy dobrze zaopatrzony sklepik, sprzedający głównie artykuły importowane z Egiptu - cola 100 SD, duża woda - 200 SD. Powoli orientujemy się w miejscowym, zawikłanym, systemie monetarnym. Otóż teoretycznie wszystko jest proste - waluta to dinar (SD), dzielący się na 100 piastrów. Jednak, chociaż nowa waluta obowiązuje już ponad 10 lat, to praktycznie wszyscy liczą w funtach sudańskich (1 dinar to 10 funtów). Na dodatek często ceny podaje się w setkach dinarów, np. 1000 dinarów to 10 dinarów. Banknoty 50- i 100-dinarowe mają swoje skrócone, slangowe nazwy. Połapać jest się naprawdę ciężko.

Po zrobieniu zakupów postanawiamy coś zjeść. Wybór nie jest zbyt duży - foul (rozgotowany bób, rozdrobniony na miazgę butelką po coli, często z robakami), ryba (z jeziora, całkiem dobra - 250 SD). Przy każdej "restauracji" jest z reguły pani "herbaciarka", u której można kupić różnego rodzaju herbaty lub kawę (25-50 SD). Siedzimy dość długo, rozmawiamy z moim kompanem z kabiny (Chilijczyk czeka na swój autobus). Atmosfera jest bardzo fajna. Jednak już około 9 wieczorem wszystko zaczyna się wyludniać, więc i my wracamy do hotelu. Okazuje się, że w naszym pokoju jest zaduch, a także mnóstwo mrówek i robaków. Idziemy więc w ślady innych gości hotelu i wystawiamy łóżka na zewnątrz. Łazienki są dość czyste, choć proste (wybetonowana komórka i plastikowy pojemnik z wodą), toalety niestety już tak czyste nie są. W nocy mocno wieje ciepły wiatr, niosąc piasek.

Rano zostaję obudzony przez modlących się Sudańczyków. Od rana postanawiamy załatwić obowiązkową rejestrację (w ciągu 3 dni od przybycia). Idziemy na policję, tam jednak każą nam przyjść później, z zakupionymi znaczkami skarbowymi i kserokopią paszportów. Odwiedzamy bank, gdzie wymieniamy trochę pieniędzy po kursie bardzo zbliżonym do tego oferowanego przez cinkciarzy. Zresztą okazuje się, że ich ceny zależą od tego, czy bank jest otwarty (wzrastają), czy zamknięty (spadają). Bank mieści się w jedynym chyba piętrowym budynku w mieście (obok jest biuro linii lotniczych). W tym samym budynku kupujemy także znaczki opłaty skarbowej, potrzebne do uzyskania rejestracji. Obsługa jest bardzo miła (pracuje tam między innymi siostra słynnego Midhata), częstuje suszonymi daktylami, pozwala na zwrot ewentualnie niewykorzystanych znaczków. Jedyne ksero mieście działa dopiero od 12, kiedy włączają prąd.

Idziemy zatem nad brzeg jeziora. Oglądamy tam ruiny domów, jakieś wały - to chyba świadectwo jakiejś powodzi. Teraz pasą się tam tylko kozy. W drodze powrotnej zostajemy zaproszeni do domu przez całkiem ładną dziewczynę. Jednak woń, jaka się od niej roztacza, powoduje, że grzecznie odmawiamy. Spotykamy także Japończyka, z którym płynęliśmy promem (jest niesamowity, jedzie do Somalii!). Prowadzi on nas do miejsca, gdzie za 3000 SD kupujemy bilety na autobus do Dongoli.

Kierowca to sympatyczny grubas, spotkany już przez nas wcześniej. Gdy załatwiamy tę tak ważną sprawę, idziemy do ksera. Odbicie dwóch stron (bardzo kiepskiej jakości) kosztuje aż 250 SD. Teraz możemy wreszcie wrócić na policję, a właściwie do Allien Registration Office (czuję się jak ALF :-)). Nasza walka z biurokracją trwa w sumie około półtorej godziny i kosztuje razem 4250 SD. W tym czasie przenosimy papierki z pokoju pani urzędniczki (zwanej przez nas "jaszczurką" z racji wyglądu), ubranej w mundur i chustkę na głowie, do innych ważnych osób, obserwujemy operację lizania i naklejania różnego rodzaju znaczków, kilka razy musimy uzyskać podpis kapitana Omara (w mundurze z ogromnymi epoletami). I tak mamy szczęście - spotkaliśmy tam Rosjankę, jadącą do męża do Chartumu, której kazano zapłacić 150 USD, choć miała promesę, za którą jej mąż zapłacił już 60 USD (w końcu chyba stargowała kwotę do 100 USD). Gdy wszystko wreszcie udaje się nam załatwić i w paszporcie mamy upragniony stempel, jesteśmy szczęśliwi. Pani "jaszczurka" mówi nam na koniec, że teraz możemy się swobodnie poruszać po całym Sudanie, co zresztą okaże się nieprawdą... W każdym razie nasze akta ze zdjęciami gdzieś tam pokrywają się kurzem.

42.jpgIdziemy na obiad do całkiem przyjemnej knajpki. Wreszcie dowiaduję się, co to za dziwna budowla znajduje się niedaleko. Otóż Midhat (znany miejscowy przewodnik, pomagający turystom) postanowił zbudować biuro turystyczne w tradycyjnym nubijskim stylu. Jednak teraz przeniósł się do Chartumu (otworzył biuro wraz z jakimiś Niemcami) i budynek jest nieużywany. Po obiedzie zabieramy nasze plecaki z hotelu i idziemy na suk, skąd odjeżdża nasz autobus. Na podróż kupujemy sporo wody (duża butelka 200 SD, mała 100 SD). Wreszcie możemy podziwiać nasz środek transportu. To konstrukcja naprawdę niesamowita, dzieło miejscowych mechaników, wytrzymała. Zbudowany na podwoziu ciężarówki, cały ze stali, bez szyb. Ma dwoje wąskich drzwi, w razie wypadku i ich zablokowania nie da się z niego uciec - okna są za małe. Kierowca jest oddzielony od pasażerów metalową płytą. Dość długo trwa pakowanie różnych paczek na dach, wyjeżdżamy dopiero około 17. Ludzie doładowują się, aż pojazd jest naprawdę pełen. Razem z nami jedzie Japończyk. Trzęsie niemiłosiernie, żołądek podchodzi mi do gardła, metalowe siedzenia wrzynają się w ciało, boję się, że przy kolejnym podskoku uderzę głową w metalową półkę.


Po około godzinie jazdy łapiemy gumę. Czas potrzebny na naprawę wielu pasażerów wykorzystuje na modlitwę (jest akurat zachód słońca). Około 21.00 mam kolejny, planowy postój. Można zjeść bób i wypić herbatę. Na szczęście nic nie jem, bo w dalszej drodze mocno trzęsie. Prawie nie da się zasnąć, z chwilowej drzemki wyrywa kolejny podskok. Gdy zatrzymujemy się na krótki nocleg w połowie nocy, jestem tak zmęczony, że zasypiam na kawałku maty na piasku. Nad ranem przejeżdżamy przez chmurę kurzu, którą sami robimy kołami samochodu. Wreszcie około 10.30 docieramy do miejscowości Karim. Tutaj przesiadamy się do "boksi" (toyota pick-up) i po 2,5-godzinnej jeździe przez piaski (nawet się zakopujemy i musimy pomagać wypchnąć samochód), w strasznym upale, docieramy do promu. Przepływamy na drugą stronę i już jesteśmy w Dongoli.

Odczuwamy naprawdę wielką ulgę, że podróż tym koszmarnym autobusem się skończyła i dotarliśmy do Dongoli. Chyba się naprawdę starzeję, bo takie przygody coraz bardziej mnie męczą. Teraz zostaje nam znalezienie hotelu. Jakiś miły mieszkaniec oprowadza Janka po wszystkich trzech miejscowych hotelach, zupełnie bezinteresownie (jaka miła odmiana po Egipcie...) Pierwszy z nich jest na tyle obrzydliwy, że Janek zaczyna coś wspominać o skróceniu pobytu w Sudanie. Jednak dopisuje nam szczęście i trafiamy do położonego trochę na uboczu Ola Hotel. Za 1600 SD dostajemy całkiem przyjemny trzyosobowy pokój, z łazienką na zewnątrz. Janek bierze na siebie ciężar rejestracji w Security Office (bez tego nie chcą nas zameldować) i jedzie tam rikszą.

43.jpgPo umyciu się i wyspaniu wychodzimy wieczorem na miasto. Jem falafela za 50 SD, popijając go colą za 100 SD. Woda mineralna (sudańska, spełniająca "sudańskie normy czystości wody"!) to wydatek 150 SD. Po krótkim spacerze wracamy do hotelu i idziemy spać. Następnego ranka oddaję moje rzeczy (straszliwie brudne po przejechaniu pustyni) do prania. Dobrze, że umówiłem się wczoraj z hotelowym praczem, bo jest piątek i on około południa kończy pracę. Potem idziemy na miasto. Postanawiamy sami zrobić sobie śniadanie. Kupuje bułki (50 SD za kilka), tuńczyka w puszce (200 SD) i mirindę (200 SD). Wychodzi z tego pyszne jedzonko. W międzyczasie nasze rzeczy są nie tylko wyprane, ale i wysuszone (co nie dziwi przy tych temperaturach).

Wychodzimy znowu na miasto. Z powodu święta sklepy są już pozamykane. My idziemy na Suk-al-Shabi (dosłownie "rynek ludzki"), czyli dworzec autobusowy. Znajduje się on na obrzeżach miasta, niedaleko wieży telewizyjnej (tak jest zwykle w Sudanie). Tam dzięki pomocy policjanta i rikszarza udaje się nam kupić za 3500 SD bilety na jutro do Chartumu, na 5 rano. Rikszarz proponuje nam zorganizowanie przejazdu łódką do świątyni Kawa. Zgadzamy się i umawiamy na 16.00, gdy upał trochę zelżeje. Za 200 SD wracamy do hotelu rikszą, identyczną, jak te w Indiach. W hotelu odpoczywamy, nasz kierowca zjawia się z małym opóźnieniem. Kurs na przystań to wydatek 200 SD. Tam okazuje się, że przejażdżka łodzią to wydatek 6000 SD, o 30 procent więcej, niż suma, o której mówiliśmy na początku. Cenę podobno zwiększyły nowe podatki i opłaty rządowe, związane z wydatkami na prowadzenie wojny. Po długich wahaniach decydujemy się jednak popłynąć. Po drodze mamy wspaniałe widoki, stare feluki żaglowe, miejscowych. Ale sama świątynia rozczarowuje - to po prostu parę kamieni. Wracamy po zachodzie słońca, jest naprawdę bardzo uroczo. Z naszym kierowcą umawiamy się na jutro na podwiezienie do autobusu za 700 SD. Moja kolacja to falafel i sok mango (400 SD).


Chcemy zapłacić za hotel. Niestety, recepcjonista chce nasz oszukać. A może coś mu się pomyliło? Sudańczycy często nie są zbyt bystrzy i ciężko się z nimi dogadać. Na szczęście z pomocą przychodzą nam miejscowi. Stają zdecydowanie po naszej stronie i wszystko kończy się całkiem miło.

44.jpg12.10.2002 r. Wstajemy o 4.30, aby zdążyć na autobus. Umówiony rykszarz spóźnia się, a my po ciemku nie za bardzo wiemy, jak dojść do dworca. Na szczęście zjawia się i zawozi nas na miejsce. Pojazd wygląda lepiej niż poprzednio, ma przynajmniej szyby w oknach. Ruszamy około 6.00 rano. Na początku jedziemy wzdłuż Nilu, potem skręcamy na pustynię. Tam dopada nas straszliwy upał, na dodatek źle się czuję. Zatrzymujemy się na krótki postój, potem docieramy do asfaltowej drogi, wreszcie około 15.30 jesteśmy na miejscu. Podróż trwała znacznie dłużej, niż nam obiecywano.
A więc dotarliśmy wreszcie do Chartumu. Jestem zmęczony i chory, ale musimy znaleźć jakiś hotel. Bierzemy taksówkę do centrum (600 SD). Obchodzimy hotele - na początek te z przewodnika LP. Jednak nigdzie nie ma miejsc, podobno z powodu dużej liczby pielgrzymów do Mekki. Ledwo żyję. Dopiero wypicie duszkiem litrowej coli trochę stawia mnie na nogi. W końcu znajdujemy miejsca w różnych hotelach. Ania i Janek płacą za dwójkę 2000 SD, ja zamieszkuję w jedynce bez łazienki za 1500 SD w hotelu Salli. Pokój nie jest zbyt komfortowy, po łazience biegają karaluchy, ale w końcu się przyzwyczajam. Po krótkim odpoczynku bierzemy taksówkę nad Nil (500 SD) i idziemy do restauracji El Shallala. Jest to dość luksusowe, bardzo drogie miejsce, z pięknymi trawnikami i eleganckimi kelnerami.. Za połówkę grillowanego kurczaka, zupę i sałatkę płacimy 1500 SD, a za wodę 250 SD. Przyglądamy się imprezie dla jakiejś grupy z występami artystycznymi. Wzbudza ona takie zainteresowanie, że przyglądają się jej liczni gapie zza ogrodzenia restauracji. Z placyku do zabaw dla dzieci obserwują wszystko dwaj policjanci z bronią (czyżby ochraniali jej uczestników?). Do hoteli wracamy minibusem za jedyne 33 SD od osoby. W nocy nad miastem przechodzi straszliwa burza. Na chwilę obniża wysoką temperaturę, ale wkrótce upał powraca. 13.10.2002 r. Rano idziemy do banku Ivory wymienić pieniądze, po kursie 1USD=263,5 SD. Obsługuje nas bardzo sympatyczna pani. Dinary wypłacają nam w banknotach 500-dinarowych. To lepiej niż w Wadi Halfie, ale i tak nosimy ze sobą spore pliki pieniędzy. Potem korzystam z dość szybkiego Internetu (300 SD/godz.), a w sympatycznym biurze podróży udaje mi się dowiedzieć, gdzie znajdują się ambasady Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Po krótkim odpoczynku w hotelu jedziemy taksówką do dzielnicy Emanet, gdzie są ambasady. Jest to miejsce wyraźnie bogatsze od reszty miasta, są tutaj podróbki McDonald's i Pizza Hut (Pizza Hot!) W ambasadzie Arabii Saudyjskiej dowiaduję się, że mam przyjść jutro około 8.00, ale ogólnie odnoszę bardzo dobre wrażenie. W ambasadzie Jordanii za równowartość około 17 USD w walucie sudańskiej dostaję wizę na poczekaniu. Gdy pan wydający wizy dowiaduje się, że jestem programistą, daje mi kilka folderów (bo sam też ma taki zawód).

Jedziemy taksówką do Ministerstwa Turystyki (500 SD). Niestety, taksówkarz nie za bardzo wie, gdzie ono się znajduje, wywiązuje się kłótnia i w rezultacie, gdy tam docieramy, wszystko jest już zamknięte. Idziemy więc do biura sprzedającego bilety na prom Suakin-Jeddah (kosztują od 65 USD na pokładzie do 107 USD I klasa). Postanawiamy odwiedzić Mogran Family Park, czyli miejscowy park rozrywki. Za 50 SD jedziemy minibusem w kierunku na Mogran. Znajdujemy jakiś placyk zabaw dla dzieci (wstęp 100 SD, napoje po 100 SD). Myślimy, że to cel naszej wycieczki, ale jakaś miła puszysta pani uświadamia nam, że Mogran Family Park znajduje się dalej. Idziemy tam wzdłuż Nilu, jednak nie wchodzimy do środka, bo podobno ruch zaczyna się po 18.00. Idziemy więc trochę dalej - do tej samej restauracji, gdzie byliśmy wczoraj. Tym razem bierzemy tylko zupę (200 SD) i wodę (250 SD). Wracamy do centrum, usiłuję znaleźć polecaną w przewodniku restaurację "Dac Burger", ale mi się nie udaje. Zamiast tego jem szawarmę w drodze do domu (100 SD, 50 SD napój). W nocy jest mi strasznie gorąco - nie wiem, czy to upał, czy mam gorączkę.

Następnego ranka wstaję wcześnie i jadę taksówką (500 SD) do ambasady Arabii Saudyjskiej. Jestem na miejscu o 8.00. Jednak okazuje się, że mnie wczoraj źle poinformowano i interesantów przyjmują od 9.30. Włóczę się trochę po okolicy. Jem dość dobrego hamburgera z mięsem, serem i jajecznicą za 300 SD. Gdy wracam pod ambasadę, spotykam tam straszny tłum, policjantów, kłótnie itp. Zupełnie, jak u nas po ambasadą USA. Szczęśliwie policjant wyławia mnie z tłumu i pozwala wejść bez kolejki (plecak muszę zostawić przed wejściem, razem z aparatem...) Niestety - dowiaduję się, że wizy nie dostanę. Wizy tranzytowe dostaje się tylko, gdy ma się własny samochód albo leci z przesiadką w Jeddah (chciałem nawet kupić bilet na samolot Port Sudan-Jeddah za 115 USD, ale taki bilet nie uprawnia do wystawienia wizy). No cóż, będę musiał wrócić tą samą drogą, którą wjechałem do Sudanu...

45.jpgIdę do Ministerstwa Turystyki. Tam spotykam Janka i Anię. Bardzo sympatyczny urzędnik wydaje mi bezpłatne pozwolenie na przejazd i na robienie zdjęć. Potrzebna mu jest tylko kserokopia paszportu (do zrobienia niedaleko za 20 SD/stronę). Postanawiamy podjechać do Departamentu Antyków, mieszczącego się przy Muzeum Narodowym, niedaleko rzeki. Znalezienie go nie jest łatwe - nikt nie wie, o co nam chodzi, nawet strażnicy w muzeum, ale w końcu załapują. Płacimy 10 USD za zezwolenie na obejrzenie piramid w Meroe, zezwolenie na obejrzenie starożytnego królewskiego miasta Meroe dostajemy za darmo (z uwagi na polskich archeologów). Pytamy się o świątynię Kawa, a pan tłumaczy nam, że dla ruin to lepiej, że są zasypane piaskiem, bo się nie niszczą..

Znad Nilu idziemy na pocztę główną. Jest już zamknięta, ale udaje się nam kupić u handlarzy przed budynkiem pocztówki (po 100 SD) i znaczki (100 SD). Kartki wyglądają na wyprodukowane w latach 70. i przechowywane od tego czasu. Teraz kierujemy się znowu do Mogran Family Park. Wstęp kosztuje 100, a napoje aż 150 SD (straszne zdzierstwo!). Robię zdjęcia złączenia dwóch Nilów.


W parku prawie nikogo nie ma, jedynie jakaś para siedzi na ławce. To właśnie jest ciekawe w Sudanie - widać tu liczne pary młodych ludzi. Oczywiście, nie ma mowy o całowaniu się czy nawet trzymaniu za ręce, ale jak na kraj muzułmański jest to naprawdę ciekawe. Na ulicach jest także mnóstwo kobiet, wiele pracuje (jako herbaciarki, sprzedawczynie, ale także np. w banku), większość nosi tylko chustki, nie ma czadora. Czasami można spostrzec smukłą, czarną piękność nie noszącą żadnego nakrycia głowy - to zapewne chrześcijanka z południa. Jakże to odmienne na przykład od Pakistanu. Wydaje się, że przynajmniej pod tym względem kraj ten może stanowić przykład równowagi pomiędzy rozpasaniem panującym w naszej kulturze a niesprawiedliwością niektórych krajów Islam.

46.jpgSam park rozrywki wydaje się być obrazem całego kraju - dobre czasy już były. Urządzenia powoli się psują. Wielkie koło, z którego kiedyś można było podziwiać wspaniałe widoki rzeki, jest dziś nieczynne, potem się dowiem, że niedawno był tu wypadek, w którym zginęli ludzie (skakali z koła, gdy to zaczęło się niebezpiecznie chwiać w czasie silnego wiatru). Działa za to kolejka (roller coaster), ale jest w tak opłakanym stanie, że nie decyduję się na przejażdżkę. Śmieszą figury z komnaty strachu, są tak naiwne... Opuszczamy to dziwne miejsce i wracamy w stronę hotelu. Kierowca minibusu próbuje nas oszukać, ale pasażerowie stają w naszej obronie i płacimy tylko przepisowe 30 SD. Próbujemy znaleźć knajpkę Rakoba Restaurant. Pomaga nam zupełnie bezinteresownie chłopak spotkany wczoraj pod pocztą. Jednak i tak poszukiwanie są bezowocne. Na pytanie o inne restauracje mówi, że jest ich mnóstwo i prowadzi nas do kolejnego stoiska ulicznego. W końcu musimy się zadowolić szawarmą (100 SD, napój 50 SD). Kolejny napój dostajemy gratis... Po drodze kupuję jeszcze jogurt (0,5 l za 170 SD) i wracamy do hoteli. W nocy znowu silnie wieje.

15.10.2002 r. Wymieniamy pieniądze w Ivory Bank, pani nas nawet poznaje. Potem idziemy na stację kolejową - chcemy zapytać się o bilety na pociąg do Wadi Halfa i o bilety na prom. Odsyłają nas od jednego biura do drugiego, choć są bardzo mili, przerywają nawet śniadanie (rzecz święta w Sudanie), aby nam pomóc. W końcu zostajemy poinformowani, że pociągi odjeżdżają tylko ze stacji Northern Khartoum i tam można kupić bilety, ale jedynie od soboty, przed poniedziałkowym odjazdem pociągu. Za to udaje się nam kupić bilety na prom na 30.10.2002 r. Na początku pan twierdził, że tak wcześnie nie można kupić biletów, ale potem okazało się, że można je "zarezerwować" (płacąc za nie 10850 SD). Zresztą pan był w ogóle niemiły, nie chciał nas wpuścić do środka biura. Wracamy do hotelu, po drodze korzystamy z internetu (300 SD/godzinę) i jeszcze raz wymieniamy pieniądze (ponad 40 USD wydanych na prom poważnie osłabiło nasze finanse), wstępujemy także na pocztę, skąd wysyłamy pocztówki.

Po krótkim odpoczynku idziemy na Suk-al-Arabi, czyli centralny dworzec, skąd odjeżdżają minibusy do wszystkich części miasta i stamtąd jedziemy do Omdurmanu (30 SD). Oglądamy grobowiec Mahdiego (tylko z zewnątrz, w środku niedostępny dla niewiernych). Ma on ciekawą historię - zbudowany po śmierci Mahdiego, zburzony przez Kitschenera po zdobyciu Chartumu (ciało wyrzucono do rzeki), został odbudowany w latach 40. XX wieku. Potem oglądamy dom kalifa Abdullaha (wstęp do muzeum 100 SD) - budynek jest niezbyt imponujący, ale z ciekawymi zbiorami, dotyczącymi czasów powstania Mahdiego. Wstępujemy jeszcze do położonego w pobliżu pięknego domu z arkadami i oglądamy meczet z czerwonej cegły. Potem idziemy na suk, który wbrew temu, co piszą w przewodniku, nie jest jakiś zbyt imponujący, typowy dla tej części świata, z niewielką ilością drogich (głównie sprowadzonych z Kenii) pamiątek. Udaje mi się zrobić całkiem fajne zdjęcia u ulicznego fryzjera, ale przychodzi jakiś policjant i każe nam iść.

Wracamy do centrum, potem jedziemy na tradycyjną kolację w Alskira (tym razem zupka i sok z mango - 300 SD). Po powrocie do centrum chcę jeszcze zrobić zdjęcia głównego meczetu (z dachu pobliskiego "centrum handlowego"), ale się nie za bardzo da. Jeszcze szawarma (100 SD) i idę spać.

16.10.2002 r. Wyruszamy zobaczyć piramidy z Meroe. Najpierw jedziemy za 700 SD taksówką na dworzec w północnym Chartumie (Northern Khartoum, czyli Bahri). Aby zakupić bilet do Attbary musimy pokazać nasze "travel permity". Niestety, musimy zapłacić jak za bilet do Attbary (1100 SD), choć wysiadamy wcześniej. Odjeżdżamy około 7.00, droga jest dobra, krajobrazy dość monotonne (pustynia...), mało kto rozumie, że chcemy wysiąść przy piramidach. Ale na szczęście sami je zauważamy i wysiadamy. Dość opryskliwy strażnik sprawdza nasze zezwolenia. Przed bramą koczuje natarczywa grupka sprzedawców pamiątek. Piramidy są w różnym stadium zniszczenia, jednak wyglądają niesamowicie - takie samotne, zagubione w piasku. Moi towarzysze podróży są chyba trochę rozczarowani, ja jednak jestem naprawdę oczarowany tym miejscem. Trochę przypomina kadry z "Gwiezdnych Wrót". Całkowity brak innych turystów, tylko wydmy i wiatr unoszący tumany piasku. Są trzy grupy budowli, z tego jedna po drugiej stronie drogi. Jest niesamowicie gorąco, nigdzie nie ma skrawka cienia.

47.jpgPomiędzy dwoma grupami piramid, pod kawałkiem tkaniny siedzi dwóch dziadków, właścicieli osiołka i wozu. Proponują nam herbatę i podwiezienie do ruin królewskiego miasta. Jednak jesteśmy bardzo zmęczeni, a na dodatek obawiamy się, czy uda nam się złapać transport z powrotem do Chartumu. Wychodzimy na drogę, żeby złapać okazję. Przylepiają się do nas dwie dziewczynki, które chcą sprzedać pamiątki - za jakiś dość prymitywny talizman żądają aż 500 SD. Nie możemy nic złapać - minibusy są pełne, samochody się nie zatrzymują. Po godzinie przychodzi jakiś miejscowy, zaczyna nam pomagać i - o dziwo - jest bardzo skuteczny - wkrótce jedziemy do Chendi (Szendi) za 400 SD. Tam z pomocą bardzo miłych mieszkańców przesiadamy się do następnego pojazdu, którym dojeżdżamy do Bahri (650 SD). Jeszcze tylko minibusik za 30 SD i jestem w hotelu. Tym razem na kolację jem tuńczyka z puszki, pomidory, bułkę i serek (egipski zresztą). Następny dzień zaczynamy od ponownej wizyty w Ministerstwie Turystyki. Chcemy się dowiedzieć jak najwięcej o Wad Medani. Dostajemy adres taniego hoteliku, informację o atrakcjach turystycznych (zapora i elektrownia wodna :-)), a nawet folder o Sudanie z początku lat 80. Korzystamy z internetu (tym razem bardzo wolny, też za 300 SD/godzinę).


Po krótkiej sjeście idziemy do Blue Nile Sailing Club (wstęp 100 SD). Można oglądać tam wyciągnięty na brzeg okręt wojenny Kitschenera, pogromcy mahdystów. Po drodze zachodzimy do katolickiej katedry św. Mateusza. Gdy pytamy, czy możemy zrobić zdjęcia, chcą od nas kserokopie paszportów i list polecający z ambasady! Dopiero chwila rozmowy, informacja skąd jesteśmy, że jesteśmy katolikami, powoduje, że nie tylko dostajemy pozwolenie na zdjęcie, ale także zaproszenia na ślub o 17.00 (mszę podobno będzie celebrował sam arcybiskup). Tymczasem idziemy do klubu. Łódź to obecnie siedziba władz klubu, na pokładzie można podziwiać działo oraz tabliczki z nazwiskami zwycięzców regat na Nilu, począwszy od 1928 r. aż do ostatniego sezonu 1967/68. Siedzimy w fotelach i podziwiamy pracowników klubu pogrążonych w błogim śnie, spotykamy jakiegoś przewodnika czekającego na grupkę Anglików.

Decydujemy się skorzystać z zaproszenia na ślub. Ja jestem trochę niechętny, ale w końcu zostaję przekonany. Zatem około 17.00 udajemy się do katedry. Zostajemy wygodnie usadowieni na krzesełkach i czekamy na rozpoczęcie uroczystości, które następuje po około pół godziny. Gdy do kościoła wchodzi para młoda (w strojach europejskich, poprzedzona zespołem tanecznym młodych dziewcząt w spódniczkach z trawy) rozlegają się gwizdy i krzyki, zaś wszyscy goście są posypywani konfetti i śniegiem w sprayu (takim od sztucznych choinek). Wszyscy pokazują kółka (ręką - złączony kciuk i palec wskazujący), chyba jako znak szczęścia. Mszę odprawia rzeczywiście arcybiskup, po arabsku. Na początku siedzimy w bocznej nawie, potem wchodzimy na galerię, skąd mamy dobry widok. Oprócz nas jest jakiś jeden biały, wyglądający na honorowego gościa. Nabożeństwo jest, oczywiście, podobne do znanej nam mszy, ale bardzo żywiołowe, z licznymi śpiewami, muzyką, chwytaniem się za ręce... Znak pokoju wszyscy przekazują sobie przez podawanie rąk i całowanie, nawet biskup ściska się ze wszystkimi wkoło. Msza trwa bardzo długo, jest duszno.

Po nabożeństwie zaczynają się przygotowania do wesela, które odbędzie się na placu przed katedrą (widzimy zespól muzyczny i tort weselny). Jesteśmy także zaproszeni, ale, niestety, robi się dość późno i musimy wracać do hotelu. Po drodze trochę błądzimy, spotykamy młodzież czekającą chyba na otwarcie dyskoteki. Idziemy kupić pomidory, cebulę i paprykę i widzimy dziwną scenkę. Gdy przejeżdża policja, handlarze uciekają z towarem albo go nawet porzucają. Nie ma jednak żadnej akcji policji, może dlatego że my jesteśmy? Kupujemy jeszcze tuńczyka i pieczywo i mamy w ten sposób smaczną kolację.

18.10.2002 r. Wstaję rano i idę zrobić trochę zdjęć centrum miasta. Zaczyna się dość niemiło. Jakiś sprzedawca mówi mi, że nie można robić zdjęć meczetu. Wolę nie ryzykować i robię zdjęcia z dachu centrum handlowego naprzeciwko meczetu. Wracam do hotelu i razem z Jankiem jedziemy na stację kolejową North Khartoum. Niestety, wydajemy tylko niepotrzebnie 700 SD - w piątki dworzec, swoją drogą - całkiem ładny, jest zamknięty. Jednak strażnicy są na tyle mili, że pokazują nam cennik - jest tylko po arabsku, ale wydaję się, że wagony sypialne są bardzo drogie. Łapiemy minibus wpierw do centrum, a potem na Suk-al-Shabi (dworzec autobusowy), sprawdzić odjazdy do Wad Medani. Bilety na taki krótki przejazd można jednak kupić dopiero przed odjazdem (12000 SD, 2,5 godz., pierwszy autobus o 7.30). Wracamy do hotelu.

48.jpgZbliża się piątkowe popołudnie i życie miasta zaczyna zamierać. Ledwo udaje mi się kupić tuńczyka na obiad... Po południu idziemy do ogrodu botanicznego. Po drodze mijamy ponury gmach ambasady amerykańskiej. Ogród okazuje się zamknięty. Przez płot widać, że jest zarośnięty i w opłakanym stanie. Idziemy dalej - do Muzeum Narodowego (bilet 100 SD). Wraz z nami zwiedzają budynek jeszcze jacyś biali (jedni z nielicznych widzianych w Chartumie). Wystawa jest dość skromna - na parterze efekty wykopalisk na terenie Nubii, na piętrze freski z Faras (które wszak mam także w Warszawie, bo przecież katedrę w Faras odkopali polscy archeolodzy profesora Michałowskiego).

Po wyjściu z muzeum bierzemy taksówkę i za 600 SD jedziemy zobaczyć tańce derwiszy. Odbywają się one przy ich meczecie, niedaleko cmentarza. Jadąc na miejsce, nasz taksówka przejeżdża przez cmentarz. Wygląda zresztą, że nikt się zbytnio grobami nie przejmuje - chodzą i jeżdżą po nich ludzie, wylegują się psy. Im bliżej momentu rozpoczęcia tańców, tym zbiera się większy tłum oczekujących, w tym grupka białych. Robię sporo zdjęć, jakiś człowiek (ciekawe, czy z security) ma do mnie pretensję, że fotografuję żebraków (co zresztą nie jest prawdą). Jeden z oczekujących przedstawia mi się jako naukowiec z uniwersytetu w Chartumie i opowiada o pochodzeniu i zwyczajach derwiszy oraz o symbolice ich tańca (podobno zbliżają do Boga). Wreszcie rozpoczyna się taniec. Na początku tylko kilku derwiszy tańczy, wygląda to trochę jak podrygi wariatów - skaczą, tarzają się w piasku. Potem przychodzi duża grupa ze sztandarami, tworzy się krąg i derwisze zaczynają tańczyć - podrygują, chodzą w kółku, kręcą się, wirują, palą kadzidła. Zebrani wokół kręgu ludzie klaszczą w rytm muzyki. Tańczący zapadają w coraz większy trans, odrywają się od rzeczywistości. Na koniec cała grupa zaczyna w rytm bębnów biegać po okręgu, by wreszcie z całym impetem pobiec do świątyni. W tym momencie znajduję się na ich trasie. Muszę przyznać, że widząc pogrążone w transie twarze jestem przerażony. Na szczęście ludzie wyciągają mnie spośród biegnących derwiszy. Po tańcach wszyscy pogrążają się we wspólnej wieczornej modlitwie. My wracamy minibusem do hotelu (30 SD). Przed snem płacę za pokój, a różnicę zdań co do kwoty na szczęście rozstrzygnięto na moją korzyść.

19.10.2002 r. Wstajemy wcześnie rano, jedziemy taksówką (700 SD) na Suk-al-Shabi, gdzie kupujemy bilety (w innym biurze niż to, w którym byliśmy poprzedniego dnia, bo tamtego nie możemy znaleźć). Czekamy na odjazd w jednej z licznych knajpek. Ruszamy o 8.00. Jest elegancko, z klimatyzacją i radiem (BBC), rozdają cukierki i napoje. Wokół nas zielone pola - krajobrazy odmienne od tych z północy. Droga jest całkiem dobra, asfaltowa, więc jedzie nam się miło, aż raptem z radia zaczyna lecieć dym. Na szczęście awarię udaje się szybko naprawić i około 11 jesteśmy w Wad Medani.

Po przyjeździe do Wad Medani od razu idziemy kupić bilety do Kassali na następny dzień. Człowiek z biura firmy SafSaf jest nam bardzo pomocny. Nie tylko sprzedaje nam bilety (3950 SD - bo to eleganckie autobusy, najtańsze podobno kosztują 2000 SD), ale także pomaga zarejestrować się w security (mała budka na dworcu) i znajduje nam taksówkę do miasta (300 SD), gdyż dworzec znajduje się dość daleko. Zaczyna się poszukiwanie noclegu. W dwóch hotelach nie ma wolnych miejsc (także w tym poleconym nam w Chartumie, w ministerstwie). Są miejsca w International Wad Medani Hotel, ale cena jest bardzo wysoka (pokoje za 3500 i 4000 SD). W końcu docieramy do Norhan Hotel. Nie jest zbyt imponujący, ale pokój kosztuje 1500 SD. Nasz taksówkarz chce znacznie więcej za przejazd. My uważamy, że 300 SD za dodatkowy kawałek (na chwilę zatrzymaliśmy się jeszcze przy banku), zupełnie wystarczy. Po ostrej kłótni stanęło na naszym.

Po rozpakowaniu się wychodzimy na miasto. Jemy bułkę z mięsem (100 SD). Po drodze spotykamy u fryzjera trzech przemiłych dziadków i gawędzimy sobie z nimi. Wzbudzamy dość duże zainteresowanie. Kierujemy się nad Nil. Są tam restauracje, zwykle bardzo zaniedbane. Potem przez pola, niedaleko jednostki wojskowej dochodzimy nad samą rzekę. Jest naprawdę przyjemnie. Wracamy i siedzimy sobie chwilkę w jednej z restauracji (zimne napoje po 300 SD). Jest tam huśtawka i miejscowe pary... Widzimy nawet dwójkę białych... Przechadzamy się zaniedbaną promenadą nad rzeką. Wokoło stoją liczne zaniedbane wille, zapuszczone hotele, piękne, kolonialne budynki, obecnie sądy. Na ulicy leżą zdechłe, rozkładające się ptaki. Zachodzimy do trochę zaniedbanego kościoła protestanckiego (jak głosi napis, ufundowanego w 1930 roku przez gubernatora prowincji Błękitny Nil). Przy kościele widzimy szkółkę, gdzie dzieci uczy się jakiegoś dziwnego języka (litery łacińskie, ale słowa nieznane). Wracając do hotelu widzimy dzieciaki grające w piłkę nożną - zarówno na boisku, jak i na bocznych uliczkach. Po drodze robimy zakupy.

W hotelu myjemy się, choć ogromne karaluchy raczej nie zachęcają do korzystania z łazienki... Nawiązujemy rozmowę z chłopakiem z obsługi hotelu. Okazuje się, że jest on protestantem, uciekinierem z ogarniętego od 1992 roku wojną domową południa. Nadal pozostaje przy swojej wierze, choć muzułmanie są tutaj wyraźnie faworyzowani i wielu innych uciekinierów porzuciło swoją wiarę. 20.10.2002 r. Wstajemy wcześnie i jedziemy taksówką na dworzec (400 SD). Tam w biurze czekamy na autobus. Widzimy człowieka o jasnej, jak na Sudańczyka, karnacji. Okazuje się, że to Turek, właściciel autobusu. Przyjechał on tutaj swoim autobusem przez Arabię Saudyjską. Ponieważ w Turcji jest ogromna konkurencja i małe zyski, pracuje w Sudanie. Jest już 10 miesięcy, zamierza zostać jeszcze dwa. Potem wraca do kraju i otwiera połączenie Stambuł-Moskwa, przez Kaukaz. Niesamowity człowiek.

My wreszcie jedziemy minibusem (300 SD), do miejsca, gdzie zatrzymać ma się autobus. Okazuje się jednak, że policja zakazała tam postoju i jedziemy pick-up'em w inne miejsce. Tam czekamy i czekamy, aż wreszcie okazuje się, że autobus miał awarię silnika, trzeba było podstawiać inny i jest duże opóźnienie. Wreszcie jest! Około 11.00 w końcu ruszamy. Podają colę, soczek, biszkopty. Jedna kontrola paszportowa zaraz za miastem. Potem spokojna jazda, oglądamy filmy (jeden arabski, drugi amerykańskie łubu-dubu). Mijane krajobrazy to pola uprawne, zieleń, drobne chatki z drewna. Przed Kassalą zatrzymuje nas policja. Musimy wysiąść, pokazać paszporty, zabierają nam nasze zezwolenia. Kassalę otaczają bardzo widowiskowe góry. Po skrupulatnym spisaniu naszych danych, jedziemy taksówką (wraz z kimś z security) do hotelu. W Safi nie ma miejsc, są za to w Toteel Hotel - 1500 SD za trójkę. Nie chcą nam oddać naszych zezwoleń - mamy je odebrać za dwa dni, przy wyjeździe z miasta.

49.jpgPo rozpakowaniu się wychodzimy na miasto. Sprawia wrażenie bardzo zaniedbanego. Długo chodzimy i pytamy się o jakąś przyzwoitą restaurację. Wreszcie udaje się nam coś znaleźć ("mataam al tabak surij" lub podobnie). Za 1000 SD mamy smaczną połówkę grillowanego kurczaka, za 400 SD dużą colę. Siadamy na zewnątrz, bo w środku jest straszny upał - prąd włączają dopiero wieczorem i nie działają wentylatory. Potem jeszcze drobne zakupy na bazarze (woda 150 SD, zimne napoje - 75 SD) i wracamy do hotelu. Akurat robię przepierkę, gdy Janek przychodzi z niemiłą informacją. Recepcjonista przekazał mu, że security chce, abyśmy rano wyjechali z miasta. Na razie Janek powiedział, że nie mamy permitów (przecież zabrali nam po przyjeździe) i bez nich nie możemy wyjechać. Ale robi się niezbyt przyjemnie. Idziemy spać, ale około 22.00 wołają nas do recepcji. Okazuje się, że czeka tam już na nas dwóch smutnych panów w dżinsach i czarnych okularach, jednym słowem - security. Zarzucają nam, że nie mamy zezwoleń, a potem zadają pytanie "Where is number three?" ("Gdzie jest numer trzy?"). Chodzi im o Anię, która spała i nie zeszła z nami dół. Zaczynamy im spokojnie, ale bardzo stanowczo tłumaczyć, że to jeden z ich kolegów ma nasze dokumenty. Dopiero po rozmowie z wezwanym specjalnie recepcjonistą, który nas rejestrował i jakiś telefonach, dają nam spokój - rano mam dostać z powrotem nasze permity. 21.10.2002 r. Rzeczywiście, około 6.00 rano ktoś dobija się do naszych drzwi. To ten sam człowiek, który przywiózł nas do hotelu. Ma nasze zezwolenia i zamówił dla nas taksówkę, aby zawieść nas na dworzec autobusowy. Ale postanawiamy go zignorować - przecież wcześniej umówił się z nami na następny dzień. Jednak około 8.00 w recepcji zjawia się wyższy rangą wojskowy, z ogromnymi pagonami. Dobrze mówi po angielsku. Tłumaczy nam, że tutaj jest strefa operacyjna i ze względu na własne bezpieczeństwo musimy wyjechać. Podobno w każdym momencie może się zacząć wojna z Erytreą. Pada ciekawa sentencja: "Sometimes it is better to stay in your home country" ("Czasami lepiej jest zostać w kraju ojczystym"). Później (po powrocie do kraju) dowiem się, że jakiś czas przed naszym przyjazdem w okolicy toczyły się walki z rebeliantami z południa, a przejście graniczne z Erytreą zostało zamknięte, gdyż Sudan oskarżył ją o wspieranie powstańców. Pakujemy się, bierzemy taksówkę (700 SD) i wraz z dwoma panami jedziemy na dworzec. Autobus do Port Sudan już odjechał, jedziemy więc do Gedarefu za 800 SD minibusem, raczej niezbyt wygodnym. Po drodze wiele kontroli paszportowych, a wśród zadawanych nam pytań najciekawsze chyba brzmiało "Why not?" (chodziło o powód podróży). Gdy dotrzemy do celu, zajmą się nami bardzo mili panowie z miejscowego security. Pomogą kupić bilety do Port Sudan na następny dzień za 2100 SD (pojazdem typu "nissan"), załatwią taksówkę do miasta za 700 SD oraz polecą porządny hotel. Do niego też pojedziemy. Nie jest tam tanio (2300 SD za dwójkę, jedynek nie ma), ale nie chce się nam dalej szukać. Jednak pokoje są ładne, z łazienką.


Samo miasto wygląda lepiej niż Kassala. Idziemy na targ warzywny - naprawdę elegancki, mieści się w zadaszonej hali. Woda kosztuje 125-150 SD, zimne napoje 50 SD. Po powrocie do hotelu i krótkim odpoczynku idziemy przez most do innej części miasta. Tam stoją drewniane lepianki, a zdechłe szczury leżą na ulicy. Wracamy do hotelu i idziemy spać.

Następnego dnia wstajemy wcześnie - autobus jest o 6.30. Mamy kłopoty ze znalezieniem taksówki, ale udaje nam się pojechać pick-up'em za 400 SD. Oczekując na odjazd autobusu, popijamy herbatkę carcade i zaczynamy rozmowę z młodym człowiekiem, który okazuje się uchodźcą z Etiopii (uciekł przed wojskiem). Potwierdza, że granica z Erytreą jest zamknięta, choć podobno nie dla turystów (nie chce mi się w to wierzyć). Wyruszamy dopiero około 7.00, gdyż było bardzo dużo bagaży do załadowania na dach (w tym rozwalający się regał). Sami ładujemy nasze bagaże, bo tragarze pamiętają, że wczoraj nie chcieliśmy dodatkowo płacić za zdjęcie bagaży z dachu. Po rozpoczęciu podróży człowiek zajmujący się po drodze kontaktami z wojskiem i policją zabiera nam paszporty, aby pokazywać je na licznych punktach kontroli.

Droga jest całkiem dobra, ale chyba nie dla wszystkich - widzimy w czasie podróży jeden przewrócony i jeden rozbity autobus. Panuje duży ścisk, pasażerowie siedzą także na dodatkowych krzesełkach. Tuż przy mnie siedzi przeraźliwie wychudzony dziadek. Jednak wszyscy są bardzo mili, częstują nas mandarynkami, pomagają. Gdy mijamy Kassalę, kończą się pola uprawne, zaczyna się pustynia i wielbłądy. Mamy po drodze dwa przystanki na odpoczynek. Tuż przed wjazdem do Port Sudan sprawdzają nasze permity - dopiero drugi raz się na coś przydały. Po ponad 12 godzinach docieramy do celu.

Znowu jesteśmy w Chartumie. Jedziemy taksówką do centrum (700 SD po ostrym targowaniu). Idziemy do tych samych hoteli, gdzie byliśmy poprzednio. Na szczęście znajdujemy tam miejsca bez problemu. Ja nawet na jedną noc dostaję dwójkę w cenie jedynki. Potem udajemy się do restauracji nad Nilem. Chcemy zjeść sałatkę majonezową, ale jest tylko zupa.

26.10.2002 r. Rano wymieniamy pieniądze, a potem jedziemy minibusem do stacji kolejowej Norther Khartoum, aby kupić bilety na pociąg do Wadi Halfa. Niestety, trafiamy na świętą w Sudanie porę śniadania i musimy czekać, aż urzędnicy wrócą z posiłku. Okazuje się, że rzeczywiście bilet sypialny jest bardzo drogi - kosztuje dla jednej osoby blisko 17000 SD (ponad 60 USD). My kupujemy pierwszą klasę za 5550 SD od osoby. Podobno są to w miarę wygodne przedziały 6-osobowe. Pociąg wyrusza w poniedziałek około 8.00. Wracając wstępujemy na chwilę do sklepiku napić się czegoś zimnego. Akurat przyjeżdża nowa dostawa. Zaczynamy rozmawiać i dowiadujemy się paru ciekawostek o napojach orzeźwiających w Sudanie. Jako że alkohol jest zabroniony, to sprzedawane jest tylko piwo bezalkoholowe. Na rynku obecni są dwaj potentaci Pepsi-Cola (od dawna, jej reklamy są widoczne) i Coca-cola (dopiero teraz agresywnie wchodzi na rynek). Jednak najbardziej popularne są dwa miejscowe napoje "pasgianos" (mdły, o smaku landrynkowym) i "stim" (dobry napój o smaku jabłkowym).

Gdy zaspokoiliśmy pragnienie, wracamy minibusem do centrum. Przejeżdżając koło uniwersytetu, widzimy oddziały policji z kijami i tarczami. Postanawiamy zjeść obiad w wymienionym w przewodniku Cookie Burger. Jednak w końcu konsumujemy w innej knajpce (1/2 kurczaka lub sisz tałuk - 900 SD). W okolicy jest księgarnia (z pocztówkami) i sklepy z pamiątkami. Wybór prezentów jest raczej skromny, a ceny zwykle wysokie. Kupuję jeszcze jeden nóż za 600 SD. Potem korzystamy z internetu (szybki, 300 SD/godzinę). Postanawiamy następnego dnia pojechać do wodospadów Nilu (katarakty) - Sabaluka. Gdy pytamy się o przejazd do tego miejsca w agencji turystycznej, proponują nam wynajęcie samochodu za 200 USD lub parowca (!) za 400 USD. Znowu widzimy policjantów z kijami i tarczami, tym razem jadących na ciężarówce. Kolację jemy nad Nilem. Tym razem kupuję sobie także sok z wielu owoców (300 SD).

50.jpgNastępny dzień rozpoczynamy o 8.00. Chcemy wymienić pieniądze, a potem jechać do wodospadów. Niestety, wszystkie banki są czynne dopiero od 9.00 - musimy poczekać. Potem bierzemy taksówkę (700 SD) na dworzec w dzielnicy Bahri. Tam znajdujemy autobus do Shendi i płacimy 650 SD za bilet (chociaż wysiadamy wcześniej). Czekając na odjazd kupujemy od ulicznego sprzedawcy anglojęzyczną gazetę (150 SD). Wysiadam na chwilę z autobusu i biegnę kupić wodę. Gdy mnie nie ma, autobus zaczyna ruszać, ledwo zdążam wrócić. Bardzo mili współpasażerowie pomagają nam wysiąść koło kafeterii, gdzie można wynająć pojazd do wodospadu. Długo negocjujemy - od początkowych 5000 SD schodzimy do 3000 SD. Musimy dać połowę zaliczki, aby było za co zatankować pick-up'a. Jedziemy przez pustynię, mijamy wioskę z domami z gliny. Na miejscu spotykamy wycieczkę dziewcząt ze szkoły z Chartumu (mijał nas wcześniej ich autokar). Nawiązuje się rozmowa, jest bardzo miło, robimy sobie wspólne zdjęcia. Za to mniej mili są miejscowi, którzy naprzykrzają się nam z przejażdżką łódką na wyspę (cena spada z 5000 SD do 500 SD), a nawet wyganiają nas. Zupełnie, jakby to nie był Sudan. Na szczęście jeden z opiekunów dziewcząt, były wojskowy, mówi, że jest z rządu i uspokaja ich. Zmęczeni natręctwem postanawiamy nie korzystać z łódki. Za to rozmowa z panem, który nam pomógł, jest bardzo ciekawa. Dowiadujemy się wiele o miejscowych zwyczajach i prawach (np. o kamienowaniu winnych zdrady małżeńskiej). Siadamy sobie w małej drewnianej wiacie niedaleko rzeki i podziwiamy dziewczęta, wspinające się na pobliską górę (przypomina się nam "Piknik pod wiszącą skałą"). Wpisujemy się do księgi pamiątkowej (był tam wcześniej nawet ktoś z Polski!). Gdy musimy już jechać, chcą od nas pieniędzy (ciekawe, czy za siedzenie, czy za wpis), ale nic im nie dajemy. Jedziemy znowu przez wioski. Gdy za kierownicą siada pewien młodzieniec, zaczyna tak gnać po piasku, że robi się niebezpiecznie i musimy go mitygować. Dojeżdżamy z powrotem do kafeterii. Można tu nabyć napoje gazowane po 60 SD. Proponują nam zawiezienie do Chartumu za 5000 SD (zaczęli od 10000 SD) lub do El-Geidi za 4000 SD. Nie chcemy płacić tak dużo i próbujemy łapać autobusy do Chartumu. Siedzimy sobie na krzesełkach i gdy tylko słyszymy, że coś jedzie, podchodzimy do szosy. Obok nas zbiera się spora grupka gapiów, a starszy mężczyzna przypatruje się nam, leżąc na łóżku. Gdy robimy zdjęcia, żądają w zamian prezentów. Janek wyjmuje trochę flamastrów, które miał dla dzieci. Myślimy, że nie wzbudzą zainteresowania. Jednak dorośli mężczyźni rzucają się na nie, wręcz walczą. W końcu dogadujemy się z kierowcą ciężarówki i za 100 SD/osoby wracamy do stolicy na workach z fasolą. Razem z nami podróżuje trzech miejscowych, z którymi sobie gawędzimy (to tutaj popularny środek transportu). Robimy zdjęcia. Przez nieuwagę prawie robię fotkę posterunku wojskowego. Jestem przestraszony, gdy zatrzymują nas i kontrolują dokumenty. Jednak są bardzo grzeczni, nawet przepraszają za kłopot.


Dojeżdżamy do miejsca postojowego dla ciężarówek na rogatkach miasta, skąd wracamy do centrum minibusem za 80 SD od osoby. Tam rozdzielamy się - Ania i Janek jadą nad Nil coś zjeść, ja próbuję kupić jeszcze jakieś ostatnie pamiątki. Jednak większość sklepów jest zamknięta, a wypatrzony przeze mnie dzbanek - za drogi. Jem szawarmę na kolację i wracam do hotelu. Czekam tam na Anię i Janka. Długo ich nie ma, bo okazuje się, że wdali się w pogawędkę z kimś z uniwersytetu, kto objaśniał im przyczyny buntu studentów (brak demokracji na uczelni) oraz narzekał na rząd.

28.10.2002 r. Jedziemy taksówką za 700 SD na dworzec kolejowy. Kierowca się myli i wiezie nas na dworzec autobusowy, ale w końcu trafiamy na miejsce. Ktoś pomaga nam odnaleźć właściwy wagon i przedział. I klasa wygląda dość obskurnie. Siedzenia się rozlatują, są całe zakurzone, okna ledwo się trzymają. Nie ma gdzie za bardzo położyć bagaży. Jeden z pasażerów (nazywany przez nas z racji wyglądu "Dziadem") ma mnóstwo pakunków i zajął dużo miejsca. Inny podróżny (ciągle doglądający swojej fryzury, nazwany przez nas z racji wyglądu "Wasylem") bardzo pomaga temu starszemu człowiekowi, choć wcześniej go nie znał. Jedzie z nami też Sudańczyk, który mieszka na stałe w Anglii i był u rodziny. W końcu jakoś się usadawiamy. Pociąg rusza około 9.35. Pierwszy postój po godzinie, w El-Geidi. Potem jedziemy dość szybko, przejeżdżamy przez wioskę, gdzie się urodził obecny prezydent. Wreszcie stajemy w szczerym polu i tak stoimy przez parę godzin. Podobno jest za gorąco dla lokomotywy. Wreszcie po jakimś czasie ruszamy i w nocy dojeżdżamy do Atbary. Wcześniej w Shendi udaje się nam na chwilę wyskoczyć z pociągu i kupić wodę (200 SD). W Atbara stoimy ponad godzinę - mamy czas, aby kupić wodę (200 SD) i serki (300 SD). Ruszamy dość ostro i jedziemy szybko. Jednak około 1.30 stajemy i pociąg nie odjeżdża aż do rana. Pasażerowie rozkładają się wszędzie - na gazetach na podłodze, na zewnątrz na piasku. Nasz starszy pasażer wyjmuje koc i na nim śpi. Wygląda to wszystko niesamowicie. Rano okazuje się, że przyczyną naszego postoju było podmycie torów przez ulewne deszcze padające pomiędzy Abu-Hamed i Wadi Halfa. Czekamy na lokomotywę, która przywozi wagon ze spychaczem. Podłączają go do naszego składu - potem pojedzie, aby pomóc naprawić tory.

Jedziemy dość wolno wzdłuż Nilu, mijając liczne wioski. Nasz "Dziad" strasznie kaszle, nawet wymiotuje (ciągle żuje tytoń). Ktoś prosi mnie o wodę. Udaję, że nie rozumiem, żeby nie dawać nikomu mojej butelki. Na stacjach ludzie biegają do rzeki, aby napełnić butelki i zbiorniczki brunatną wodą, którą potem piją. Idziemy do wagonu restauracyjnego. Można tam kupić i zjeść faul, gotowane warzywa (150 SD), a także zimne napoje - cola, pasgianos (100 SD za 0,25 l). Jest to dobre miejsce do robienia zdjęć mijanych krajobrazów. Zaczynamy się coraz bardziej niepokoić, czy uda nam się dotrzeć do Wadi Halfa na czas i zdążyć na prom. Po rozmowie z Sudańczykiem mieszkającym w Anglii decydujemy się przesiąść na autobus.

W Abu Hamed Janek idzie poszukać transportu, ja zostaję w pociągu. Z wielkim trudem (walenie pięścią w stół) udaje się mojemu koledze zapisać nas na jedyny dziś "specjalny" autobus do Wadi Halfa. Na podróż jest o wiele więcej chętnych, niż 45 miejsc w autobusie. Idziemy z bagażami do biura. Za bilet musimy zapłacić 3000 SD od osoby. Cała operacja płacenia odbywa się w wielkim bałaganie. Kolejno odczytywane osoby z listy dają pieniądze, które lądują w pudełku. Podobno podróż ma trwać tylko 5-6 godzin. Idę na drobne zakupy. Kupuję stima (250 SD) i wodę mineralną (dostępna jedynie w aptece za 200 SD). Podjeżdża autobus, tankuje paliwo z beczki i wszyscy zaczynają się pakować do środka. Pojazd jest zapełniony po brzegi. Rozpoczyna się szaleńcza jazda przez pustynię. Co chwila podskakujemy na jakiś wyboju, ktoś uderza o półkę i rozbija sobie nos. Gdy zakopujemy się w piasku, pomocnik kierowcy podsuwa specjalne blachy pod koła i możemy kawałek podjechać. Człowiek ten podróżuje na dachu, wygląda jak zjawa. Co pewien czas, schodzi w czasie jazdy z dachu do środka, aby na przykład rozdać wodę (nalewa ją rurką ze zbiornika). Po 6 godzinach zatrzymujemy się przy stacji nr 6. Sprawdzamy na mapie - jesteśmy w połowie drogi... Potem nasz kierowca musi odpocząć i trochę się wyspać. Dopiero około 7 rano docieramy na miejsce. Jeszcze jakaś kontrola bagaży na rogatkach i już jesteśmy w Wadi Halfa.

W Wadi Halfa jest znacznie chłodniej niż w Abu Hamed, ochłodziło się już na pustyni. Odbieramy nasze bagaże i idziemy do hotelu poleconego przez kobiety, które pomogły nam wcześniej kupić bilety autobusowe. Noc kosztuje 350 SD, warunki są chyba nawet trochę lepsze niż w hotelu, w którym nocowaliśmy poprzednim razem. Człowiek z hotelu za 500 SD załatwia za nas wszystkie formalności potrzebne do wyjazdu - obowiązkowe kupony na jedzenie na promie i opłatę portową. Łącznie z jego prowizją kosztuje nas to 3200 SD. Potem do naszego pokoju przychodzi cinkciarz, u którego wymieniamy pieniądze (ma dobry kurs funtów egipskich - 1USD=4,60EP).

Trochę odpoczywamy i myjemy się wodą z beczek (zrobiło się cieplej, bo wyszło słońce). Wychodzimy na miasto, jemy rybę (250 SD) i sałatkę (50 SD). Kupujemy colę 1,5l - 350 SD i stim 1l - 250 SD. Chodzimy i robimy zdjęcia (ciężarówek, autobusu do Dongoli, jeziora). Wieczorem idziemy do "restauracji", gdzie spotykamy ciekawych białych podróżników, między innymi Anglików, podróżujących od 16 miesięcy, i obywateli Południowej Afryki, którzy zostawiają samochód na przechowanie, bo opłata za wjazd samochodem do Egiptu jest za duża (depozyt 300 procent wartości samochodu!).

Okazuje się, że pociąg z Chartumu dojechał - wyruszył z Abu-Hamed o 8 rano i po 12 godzinach dotarł do celu. W mieście pojawiają się nasi znajomi z pociągu. Nie za bardzo wiemy, o której jutro mamy się zjawić na promie.

31.10.2002 r. Ostatni nasz dzień w Sudanie. Rano idziemy zrobić trochę zdjęć, bo jest naprawdę bardzo ładne światło. Spotykam jakiegoś człowieka (pewnie z security), który zaczyna mnie wypytywać, skąd jestem, co robię. Robię zdjęcia grupie dziewcząt. Potem idziemy na śniadanie - pampuchy z cukrem i herbatka carcade, a potem ryba (tam, gdzie poprzednio). Wracamy do hotelu, pakujemy się i myjemy. Raptem okazuje się, że już trzeba wychodzić. Przedpotopowym landroverem (z kierownicą z prawej strony, zapalany na korbę) za 300 SD jedziemy do portu. Jesteśmy zdumieni ładem i porządkiem tam panującym - przy wchodzeniu sprawdzają nam opłatę paszportową i na niej wypisują numerek, zgodnie z którym ludzie są wzywani do odprawy. Przechodzimy odprawę paszportową, sprawdzenie przez security, zostajemy wypytani przez lekarza o szczepienie przeciwko żółtej febrze. Potem jeszcze kontrola celna. Celnik pyta nas tylko, jak się nam podobało w Sudanie, a potem puszcza wolno. Gdy wchodzimy na statek, zabierają nam paszporty. Na początku jestem sam w kabinie, potem zostaje mi dokwaterowany Sudańczyk. Podróż z nim jest trochę uciążliwa - pali, a pety rzuca na podłogę. Przynoszą jedzenie. Jest bardzo smaczne - kurczak, warzywa i całkiem dobry budyń. Ruszamy przed 16.00 tak szybko, że ledwo zdążyłem zrobić jakieś zdjęcie portu. Płyniemy znacznie szybciej niż poprzednio, bo nie ma prawie towaru na pokładzie. Ciągniemy ze sobą pustą barkę, która uderza o burtę statku i chlapie. Chodzimy trochę po statku, siedzimy w kantynie. Pewna kobieta zbiera pieniądze na starszą kobietę, której zabrakło na bilet (jeżeli nie zapłaci, odstawią ją z powrotem - ciekawe, jak przeszła przez te wszystkie kontrole na statku).

Zachód słońca jest przepiękny, a światło wprost wymarzone do zdjęć. Po zmroku przepływamy niedaleko Abu Simbel. Widzimy pokazy "światło i dźwięk", nawet z tej odległości przepiękne. Spotykamy naszych dobrych znajomych z pociągu - "Dziada" i "Wasyla" z naszego przedziału, kobietę, która pomogła nam w Abu-Hamed, gadatliwą Egipcjankę, ładne nastolatki, piękną kobietę.

Następny dzień rozpoczynamy od zjedzenia samodzielnie przygotowanego śniadania (tuńczyk, ser, bułki). Można też było kupić posiłek w kantynie za 8 EP lub 600 SD, ale nie wyglądał on zbyt zachęcająco. Znowu spotykamy kobietę zbierającą pieniądze - okazuje się, że jeszcze nie zebrała wystarczającej sumy. Gdy przeciskamy się przez II klasę, spotyka mnie niemiła przygoda. Obsługa przenosi gar z gorącą wodą i przeciskając się obok, parzy mnie.

W kantynie zauważamy, że przeliczniki walut są bardzo dziwne (tutaj 1 EP to aż 100 SD), ceny wysokie, a obsługa niemiła. Jest brudno, ludzie piją wodę ze słoików. Wychodzimy trochę na pokład, ale szybko wracamy, bo mocno wieje. Część białasów spędziła noc na pokładzie. Woleli tam, niż w II klasie, choć musiało być zimno. Rozmawiamy z ładnymi nastolatkami. Pochodzą z południa Sudanu, ale od dawna żyją w Kairze i pierwszy raz od wielu lat odwiedziły matkę, mieszkającą w Chartumie. Udaje się nam nawiązać bardzo ciekawą rozmowę z pewnym nauczycielem z Chartumu, pochodzącym z plemienia Nuba (ludu bardzo pokrzywdzonego w wyniku wojny domowej). Jak wielu naszych dotychczasowych rozmówców, bardzo narzeka na rząd i jego politykę. Choć najpierw stwierdza, że się nie boi mówić, że jego brat jest ważną osobą w Wadi Halfa, to jednak w pewnym momencie musimy zakończyć rozmowę, bo podobno zrobiło mu się słabo. Potem przyznał się nam, że wydawało mu się, że ktoś nas podsłuchuje.

Około południa wreszcie dobijamy do Asuanu. Jednak jest piątek i z rozładunkiem musimy czekać, aż zakończą się modlitwy. Wreszcie przychodzą egipscy oficerowie i podbijają nam paszporty. Ale ludzi z promu zaczną wypuszczać dopiero, gdy sprawdzą paszporty wszystkich pasażerów. Stoimy i czekamy, aż będziemy mogli wyjść. Jakiś lekarz zaczyna się pytać o żółte książeczki, ale traci zainteresowanie, gdy okazuje się, że nie przyjechaliśmy z południa Afryki. Wreszcie zaczynają wypuszczać - najpierw Egipcjan. Jednak tłum Sudańczyków napiera, dochodzi do bijatyki. Po Egipcjanach przychodzi kolej na nas - znowu jesteśmy w Egipcie.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.zoch.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2014 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;