|
|
|
|
|
Śladami Stasia i Nel - Powrót do Egiptu |
|
01.11.2002 r. Znowu wróciłem do Asuanu. Po wydostaniu się z promu idziemy szybko do odprawy. Tam prześwietlają nasze bagaże. Niestety, mam kłopoty w związku z nożami, które kupiłem jako prezent. Jednak po obejrzeniu mojego paszportu i wyjaśnieniach, zostaję przepuszczony. Rozglądam się, aby wymienić sudańskie dinary, które mi zostały, ale nic z tego. Bierzemy taksówkę do miasta (20 EP), od razu na dworzec kolejowy. Tam panuje straszliwy rozgardiasz, bo szwankuje komputerowy system rezerwacji. Ania stojąc w kolejce dla kobiet dostaje się do kasy, ale okazuje się, że biletów na dziś wieczór już nie ma, a po bilety na jutro trzeba przyjść później - może system już będzie działał.
 W tej sytuacji idziemy do hotelu Noorhan, gdzie za 7,5 EP od osoby dostajemy ładną trójkę z łazienką (za 6 EP są pokoje bez łazienki). W pobliskiej restauracji jemy i smażonego kurczaka (5 EP za połówkę). Potem odwiedzamy stację autobusową (ostatni autobus do Kairu za 65 EP odjechał o 15.30) i udajemy się znowu na dworzec kolejowy, aby kupić bilety na jutro. Zagaduje nas jednak gruby tragarz, który obiecuje nam załatwić bilety na dzisiejszy pociąg - mam przyjść o 19.00. Ucinamy sobie pogawędkę ze znajomymi Sudańczykami z pociągu i promu (właśnie walczą o bilety na pociąg, nawet proponują nam pomoc w ich kupnie, ale my nie możemy nim jechać - nie jest dla turystów), a potem żegnamy się z nimi. Ruszamy na zakupy na bazar (czerwona papryczka za 1 EP za opakowanie, dwie czapeczki nubijskie za 15 EP, szafran za 8 EP), a potem do hotelu wykąpać się. Wymeldowujemy się i idziemy na stację z nadzieją, że zdobędziemy bilety. I rzeczywiście - po chwili niepewności mamy je w ręku (I klasa Nefretiti ze zniżką studencką 65 EP). Gruby odprowadza nas do wagonu i chce pieniędzy za przysługę - 20 EP od osoby. Po dłuższych dyskusjach dostaje razem 35 EP + 5 EP dla obsługi pociągu. Około 20.00 ruszamy.  Do Luksoru pociąg jest pusty, dopiero tam dosiadają się inni pasażerowie - Arabowie. Jazda jest całkiem fajna, może tylko jest za zimno (włączona klimatyzacja). Rano około 10.00 docieramy do Kairu. Metrem dojeżdżamy do stacji Sadat. Na początku chcemy spać w hoteliku Meramees, polecanym nam przez Chilijczyka w Wadi Halfa, ale okazuje się droższy niż inne, choć całkiem ładny. Po drodze cały czas zaczepiają nas różnorodni naciągacze (a już się odzwyczailiśmy od tego w Sudanie), na przykład mówiąc nam, że na ulicy jest niebezpiecznie... W hotelu Dahab wynajmujemy trójkę z łazienką za 15 EP od osoby. Oddajemy rzeczy do prania (50 pts za sztukę, polar 1 EP). Godna podziwu jest winda w budynku, w którym mieści się hotel - pochodzi z XIX wieku i ciągle działa! Człowiek z hotelu proponuje nam interes ze sklepem wolnocłowym. Ponieważ właśnie przyjechaliśmy do Egiptu, mamy prawo kupić tam alkohol. W zamian za 10 EP dokonamy tych zakupów dla niego. Podobno jest teraz duży popyt na trunki, bo nadchodzi ramadan i sprzedaż alkoholu będzie zakazana. Godzimy się i umawiamy na później. Tymczasem wychodzimy na miasto, wymieniamy pieniądze (1USD=4,62 EP, nikt nie chce wymienić pieniędzy sudańskich), jemy śniadanie w KFC (zestaw 9,50 EP), odwiedzamy księgarnię na Uniwersytecie Amerykańskim. Są tam piękne, ale drogie (120-190 EP) albumy ze zdjęciami. Wracamy do hotelu akurat na czas, aby pojechać taksówką do sklepu wolnocłowego. Tam wbijają nam pieczątki do paszportów, całe zakupy załatwiają za nas, a potem wypłacają obiecane pieniądze. Widać, że to dobrze zorganizowany biznes. Przy okazji mamy okazję poznać trochę inny Kair - sklep mieści się w bardzo eleganckiej dzielnicy. Potem jadę na dworzec autobusowy, aby kupić bilety na autobus do Dahab (62 EP) i idę zwiedzać Muzeum Kairskie. Wstęp tam kosztuje 20 EP (studenci 10 EP), pozwolenie na fotografowanie - 10 EP, bilet do sali z mumiami - 40 EP (studenci 20 EP). Niestety, jest mnóstwo turystów, ciężko jest podziwiać wspaniałe zbiory, gdy ciągle przechodzi jakaś grupa zwiedzających. Jak przy poprzedniej wizycie, znowu zachwycają mnie posągi Chefrena, białej pary, przewodniczącego wioski. Ogromne wrażenie robią mumie (w tym Ramzesa II) oraz zawartość grobowca Tutenchamona. Niemniej ciekawe są sarkofagi i posągi faraona Echnatona z grubymi ustami. Jak i poprzednio mam wrażenie, że mniej ważnymi zbiorami nikt się zbytnio nie interesuje i leżą zapomniane, pokryte kurzem. Środki bezpieczeństwa są teraz znacznie ostrzejsze niż kiedyś, wnoszony bagaż jest dwa razy prześwietlany, a potem jeszcze ręcznie sprawdzany. Na zwiedzaniu spędzam kilka godzin i wychodzę tuż przed zamknięciem.
Wieczorem idę wraz z moimi towarzyszami podróży na pożegnalną kolację - jutro rano się rozstajemy. Jemy w Pizza Hut, a potem jeszcze pijemy soki i palimy sziszę w pobliskim barze. Mamy chęć napić się piwa, ale jedyny w okolicy (polecany przez przewodnik) lokal o nazwie Stella wygląda raczej niezbyt zachęcająco. Wracamy więc do hotelu, ja idę jeszcze na internet (szybki dostęp jest na parterze budynku z naszym hotelem, 3 EP/30 minut).  03.11.2002 r. Jadę na dworzec autobusowy (dzielona taksówka kosztuje 6 EP, czyli 2 EP od osoby). Elegancki, klimatyzowany autobus odjeżdża punktualnie o 7.15. Niestety, w czasie jazdy daję się skusić na jedzenie i picie. Myślałem, że jest bezpłatne, jak w Sudanie, a tu przyszło zapłacić 20 EP. Liczne kontrole paszportów, zwłaszcza po przejechaniu tunelu pod Kanałem Sueskim. Przejeżdżamy przez Sharm el Sheikh i około 15.30 jestem w Dahab. Wynajmuję pokój za 10 EP od osoby, jem przepyszny posiłek za 31 EP. Dahab to prawdziwy kurort z promenadą. Jest tutaj nawet bank i bankomat. Główne atrakcje dotyczą nurkowania (jest tutaj nawet Polska Baza Nurkowa), choć jest też parę plaż. Wieczorem jem bardzo dobrą rybę za 30 EP. Dość długo chodzę po promenadzie, oglądam sklepy. Następnego ranka, po śniadaniu kontynentalnym (6 EP, sok 4 EP), jadę taksówką (5 EP) na dworzec autobusowy. Bilet do Nuweiby to koszt 11 EP. Wyjeżdżamy o 10.30. Po drodze jest kilka kontroli i przepiękne krajobrazy. Droga jest miejscami zniszczona przez ulewne deszcze, które przeszły niedawno i na trzy dni odcięły Dahab od świata. Na miejsce docieramy około 11.40. Biorę taksówkę do terminala, gdzie sprzedają bilety (5 EP). Jednak zanim odnajduję kasę sprzedającą bilety, jest już za późno, aby zdążyć na prom o 12.00. Kupuję zatem za 45 USD bilet na szybką łódź o 15.00 (wolniejszy prom kosztuje 32 USD, drugi tego dnia odpływa o 18.00). Wracam w okolicę wejścia do portu, korzystam z bankomatu, a potem siedzę sobie w knajpce (cola 3 EP). Około 13.00 znów idę do portu. Po drodze czeka mnie kontrola i prześwietlanie bagażu, aczkolwiek jest bardzo miło. Potem jeszcze kontrola paszportowa (bardzo długa kolejka, na szczęście ktoś wyławia z niej białych i ustawia ich w oddzielnej kolejce). Na odpłynięcie czekam dość długo, bo prom się spóźnia i wyrusza dopiero około 16.00.
Na statku jest mało pasażerów, dużo wolnych miejsc. W czasie rejsu wymieniam 10 USD po kursie 1USD=0,64JD (jak się później okaże, raczej niekorzystnym). Płyniemy około 1,5 godziny (według rozkładu miała być tylko godzina), praktycznie cały czas przy brzegu. W końcu zapada zmrok, widać światła Akaby. Dobijamy. Przed wyjściem zabierają nam paszporty. Autobusem podjeżdżamy do budynku, gdzie odbywa się odprawa. Tam czekam na zwrot paszportu. Zmieniają mi w nim ważność wizy na 14 dni. Jestem już w Jordanii.
|
|
|
|
|