04.11.2002 r. Po przejściu przez odprawę (bardzo sprawną i miłą) muszę wziąć taksówkę, aby dostać się do Akaby. Udaje mi się wynegocjować cenę 2 JD, ale okazuje się, że przy takiej kwocie musiałbym czekać na innych pasażerów. Zatem w końcu dopłacam i za 3 JD jadę sam. Po drodze nie obywa się bez przygód. Łapiemy gumę i przesiadam się do innej taksówki. Gdy dojeżdżamy do hotelu (Red Sea Hotel), okazuje się, że drugi taksówkarz zwrócił pierwszemu 3 JD i teraz oczekuje ode mnie więcej pieniędzy. Jest mi bardzo przykro, ale nie mogę mu zapłacić więcej, niż uzgodniłem początkowo - daję mu więc tylko 3 JD. Wynajmuję pokój - jedynka z łazienką za 7 JD, w miarę przyzwoita. Wypłacam pieniądze z pobliskiego bankomatu. Szukam agencji turystycznej - chcę jutro jechać do Wadi Rum. W jednej z agencji prawie kupuję wycieczkę, ale nie ma innych chętnych i transakcja nie dochodzi do skutku. Czekając na decyzję, ucinam sobie miłą pogawędkę z dziwnym podróżnikiem, skaczącym po różnych krajach (ostatnio na przykład był w Rosji).  Na szczęście wracając do hotelu natykam się na inne biuro i tam wykupuję wyjazd za 30 JD. Chyba trochę przepłaciłem, ale tak to jest, gdy się człowiek spieszy... Kolację jem w restauracji Al-Sham - za świetnego, ogromnego, smażonego kurczaka, sałatkę majonezową i colę płacę 3,5 JD. Potem jeszcze trochę chodzę po mieście, kupuję wodę (0,3 JD), piję świeży sok (drogi, aż 1,4 JD, ale świetnie smakuje) i idę spać. Wyjazd mam następnego dnia dopiero o 11.00, ale wstaję znacznie wcześniej. Jem smaczne ciastka z serem i banany (drogie 1kg za 1JD). Kupuję też kliszę fotograficzną (2,5 JD). Wyjazd następuje punktualnie. Właściciel agencji prowadzi mnie do samochodu - pojazd jest stary, ale z napędem na cztery koła. Zabieramy jeszcze z innego hotelu starszą Francuzkę - będziemy tylko we dwójkę. Stajemy na chwilę przy jakimś supermarkecie, gdzie nasz kierowca robi zakupy. Potem skręcamy na pustynię przy uprawie pomidorów (są nawadniane). Wjeżdżamy do Wadi Rum. Mijamy dwa przepiękne łuki skalne. Pod drugim mamy lunch (zakupione wcześniej produkty - sałatka z serem, oliwki, jakieś kiszone warzywo, chleb i jogurt do chleba). Jedziemy dalej, mijając niesamowite skały, wyrzeźbione przez wiatr. Przystajemy, aby oglądać rysunki naskalne, wykonane przez starożytnych Nabatejczyków. Na dłuższy postój zatrzymujemy się w miasteczku zbudowanym na potrzeby kręcenia filmów (jest tam strażnik, który częstuje nas herbatą i któremu trzeba dać 0,5 JD napiwku). Przejeżdżamy przez wysokie, czerwone wydmy, wchodzimy w głąb kanionu wypłukanego przez wodę i podziwiamy niezwykłą skałę zwaną "Siedem filarów mądrości", na część książki Lawrenca z Arabii, który mieszkał przez dłuższy czas właśnie w Wadi Rum. Niestety, akurat niebo zasnuwają chmury i skała jest słabo widoczna. Wieczorem docieramy do obozu. Tuż przed nim spotykamy parę Francuzów, których samochód zakopał się w piasku (próbowali jechać przez pustynię osobowym seatem). Po dłuższym czasie udało się odnaleźć linę i hak i wyciągnąć ich. Obozu pilnuje kilka psów. Po chwili wypoczynku wychodzimy z obozowiska, aby obserwować przepiękny zachód słońca. Potem jemy kolację - bardzo smacznego kurczaka. Ucinam sobie pogawędkę z towarzyszką podróży (mieszka w USA, dużo podróżuje po świecie). Decydujemy się, że nie pojedziemy na ranną przejażdżkę na wielbłądach, aby zobaczyć wschód słońca (5-10 JD). Jeszcze herbatka i idziemy spać. W namiocie leży mnóstwo ciepłych koców. I rzeczywiście są potrzebne - w nocy jest bardzo zimno. 06.11.2002 r. Budzi mnie o 5.30 budzik mojej towarzyszki podróży. Wstaję i idę obejrzeć wschód słońca. Później okaże się, że poszedłem w zupełnie inną stronę niż Francuzka. Jednak samego momentu wyjścia słońca zza nieboskłonu nie mogłem zaobserwować, znalazłem się bowiem w głębokiej kotlinie. Jednak widoki i tak były niezapomniane. Jemy śniadanie (chleb, masło, dżem) i ruszamy w drogę powrotną. Mnie kierowca wysadza na posterunku policyjnym, tam mam złapać autobus do Petry. Chwilę czeka razem ze mną, a potem wskutek nalegań Francuzki rusza do Akaby. Stoję tam znacznie dłużej, niż mi mówiono, jednak autobus nie przyjeżdża, według policjantów z powodu ramadanu (właśnie się zaczyna). Chcąc nie chcąc, wsiadam w pierwszy autobus jadący do Akaby (2 JD). Wlecze się on niemiłosiernie, bo kierowca czeka na chętnych. Potem przesiadam się w drugi autobus, który za 3 JD dowiezie mnie do Wadi Musa, wioski, w pobliżu której leży Petra. Ostatnia część trasy wiedzie trasą króla Husajna, bardzo widowiskową. Autobus zatrzymuje się tuż przy wejściu do hotelu Cleopetra i tu też decyduję się zostać (jedynka z łazienką kosztuje 8 JD za noc ze śniadaniem). Bardzo miły hotelarz częstuje mnie kawą (sam też pije, mimo ramadanu), daje foldery i odpowiada na moje pytania. Potem ktoś inny podwozi mnie bezpłatnie do wejścia do Petry. Kupuję bilety. Na szczęście obniżono ceny (dla zachęcenia turystów) i bilet dwudniowy ze zniżką studencką kosztuje tylko 7,125 JD. Nie mam zbyt dużo czasu, dlatego postanawiam zrobić sobie przechadzkę, a dokładne zwiedzanie zostawić na następny dzień. Wrażenie, gdy wychodzi się z ciemnego wąwozu i widzi gmach "Skarbca" (Al Khazneh), jest naprawdę niesamowite. W popołudniowym świetle pięknie wyglądają także groby królewskie. W pewnym momencie widzę strażnika jadącego na wielbłądzie wzdłuż resztek kolumnady. Wspaniałe ujęcie, ale, niestety, w aparacie wyczerpuje się w tym momencie bateria. W miarę zbliżania się zachodu słońca maleje zarówno liczba zwiedzających, jak i różnego rodzaju naganiaczy. Ruiny opuszczam dopiero, gdy zmierzcha.  Wadi Musa wygląda jak wymarłe. Rozpoczął się ramadan i po zachodzie słońca wszyscy siadają do jedzenia. Dopiero po pewnym czasie powoli zaczynają się otwierać sklepy i restauracje. Ja jem w nastawionym głównie na turystów (a więc otwartym) lokalu przy głównym rondzie. Szisz tałuk, sałatka z tuńczyka i cola to wydatek 4,5 JD. Jedzenie jest tam całkiem smaczne, choć nie rewelacyjne, za to trochę drogie. Potem korzystam z internetu (aż 1 JD za 30 minut, ale szybie łącze). Do hotelu ktoś mnie podwozi za 1 JD. Myję się (jest ciepła woda) i idę spać. 07.11.2002 r. Wstaję później, niż zakładałem. Sporo czasu tracę na obudzenie hotelarza, by przed wyjściem zjeść śniadanie. Idę zwiedzać. Po drodze korzystam z bankomatu i robię zakupy w supermarkecie. Spotykam człowieka, który wczoraj mnie zawiózł do hotelu. Teraz za darmo zawozi mnie aż pod samo wejście do Petry. Niestety, okazuje się, że przybyłem troszkę za późno i światło padające na "Skarbiec" (Al Khazneh) nie jest już idealne. Na dodatek kręcą jakiś film i zasłaniają widok. Powinienem być na miejscu przed dziewiątą, a nie ufać tak przewodnikowi. Zaczynam wchodzić pod górę, aby dojść do "Wysokiego miejsca ofiarnego". Po drodze mam wspaniałe widoki w dół. Samo miejsce nie jest zbyt spektakularne, ale widoki z góry zapierają dech w piersiach. Schodzę inną drogą, mijam wspaniałe, różnokolorowe skały i kilka ciekawych budowli. Dochodzę do bocznego wąwozu Wadi Farasa, którym wracam do głównego wąwozu. Zwiedzam amfiteatr (tam robię sobie przerwę na zjedzenie słodyczy), przechodzę wzdłuż zwalonej kolumnady, aby rozpocząć długie podejście do "Monastyru" (Al Deir). Schody są strome i wejście jest męczące, ale zarówno sama budowla, jak i widoki na okolicę z nawiązką wynagradzają wysiłek. Niestety, zaczyna się chmurzyć i światło nie jest zbyt dobre do robienia zdjęć. Na dodatek silnie wieje i przeziębiłem się. Schodzę na dół, oglądam inne budowle, w tym wspaniałe grobowce, wykute z różnokolorowych skał. Zaczyna zapadać zmierzch. Wracam pod "Skarbie", przez dłuższą chwilę oglądam po raz ostatni tę wspaniałą budowlę. Gdy opuszczam Petrę, jestem zmęczony. Jadę taksówką do restauracji przy rondzie (0,5 JD), tam jem kurczaka za 3,5 JD. Posiłek był smaczny, ale porcja mała. Gdy to powiedziałem kelnerowi, nie policzył mi za herbatę. Chyba myślał, że przyjdę następnego dnia, bo wyglądał na bardzo zawiedzionego, gdy się dowiedział, że następnego dnia wyjeżdżam. Kupuję colę i wodę w pobliskim sklepiku. Niestety, woda jest najprawdopodobniej podrabiana (nalana z kranu) i muszę wyjść z hotelu, aby kupić następną. Hotelarz zamawia mi autobus na jutro rano do Akaby (jedyny tego dnia, bo to piątek). 08.11.2002 r. Wstaję już o 5.30. Autobus przyjeżdża o 6.30. Ledwo dobudzam człowieka z hotelu, aby mu zapłacić 16 JD za noclegi. Podróż autobusem trwa około 2 godzin, po dojechaniu na stację od razu biorę taksówkę do portu za 2 JD. Najpierw zawozi mnie do nowego biura linii promowej (zamknięte z powodu piątku), a potem jedziemy do promu. Przed wejściem do terminala policjant sprawdza mój paszport (nie za bardzo chyba rozumiejąc, co jest tam napisane, bo ogląda go do góry nogami). Kupuję bilet na "slow boat" za 22 USD (płatne w banku w dinarach, po 22USD=16JD). Wymieniam resztę jordańskich pieniędzy na funty egipskie, ale po raczej niekorzystnym kursie (1JD=5EP). Opłata wyjazdowa to 5 JD. Nie mogę się dowiedzieć, o której odpływa prom. Po podstemplowaniu paszportów czekam z innym białymi, aż w końcu nie mogąc się nic dowiedzieć, wychodzimy na zewnątrz - okazuje się, że już jest autobus, dowożący ludzi do promu. Oficer sprawdzający paszporty przed wejściem na statek wypytuje, jak długo byłem w Jordanii. Po wejściu na pokład muszę oddać paszport i wypełnić deklarację egipską (z zaznaczeniem, czy jadę tylko na Synaj, czy interesuje mnie "ALL EGYPT"). Płyniemy wzdłuż wybrzeża Arabii Saudyjskiej, a potem skręcamy do Nuweiby. W czasie 2,5-godzinnej podróży rozmawiam z innymi białymi, a potem muszę pójść do egipskiego oficera, aby odzyskać mój paszport. Wreszcie docieramy do Egiptu.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.zoch.pl
|