|
|
|
|
|
Śladami Stasia i Nel - Znów w Egipcie |
 08.11.2002 r. Wróciłem znowu do Nuweiby. Najpierw czekamy na statku około pół godziny, aż podjadą autobusy i będziemy mogli zejść, potem jeszcze na odprawę. Wszyscy turyści z promu postanawiają razem jechać do Dahab. Gdy już wyszliśmy na miasto, taksówkarze próbują nas przekonać, że odjechał ostatni autobus i proponują transport za 20 EP. W końcu jeden nawet mówi o 10 EP, ale okazuje się, że autobus jeszcze nie odjechał, więc za 11 EP jedziemy nim. Po godzinie jazdy, około 17.00 docieramy na miejsce. Z dworca do tzw. "wioski Beduinów" bierzemy pick-up'a - wychodzi tylko po 1 EP od osoby. Wynajmuję znowu pokój w Coral Reef za 10 EP (choć tym razem trochę gorszy). Zjadam kolację we Friend`s Restaurant (kebab z kurczaka za 20 EP) i jadę na dworzec autobusowy kupić bilet na następny dzień do Kairu (po przyjechaniu z Nuweiby nie mogłem tego zrobić, bo właśnie zapadł wzrok i wszyscy jedli).
 Wracam nad morze, chodzę po promenadzie, kupuję parę upominków (dwa flakoniki na perfumy za 75 EP, onyksowe jajko za 10 EP, koraliki za 5 EP). Tak się rozpędzam z tymi zakupami, że muszę skorzystać z bankomatu. Dość późno idę spać. Następnego ranka jem na śniadanie pyszne naleśniki z bananem (6 EP) i piję sok ze świeżych pomarańczy (3 EP). Spędzam czas na słodkim lenistwie - trochę się opalam (gdy słońce wygląda zza chmur), nawet moczę nogi w wodzie. Jem jeszcze owoce z lodami (7 EP), a na obiad ziemniaki z tuńczykiem (8 EP). W knajpkach można jeść na sposób starożytnych Rzymian - półleżąc, na kanapach rozstawionych na plaży. Wszędzie jest mnóstwo kotów, ale jakże odmiennych od sudańskich. Miejscowe są dobrze odżywione i mniej namolne. Do ich odstraszania obsługa rozdaje butelki z wodą (polewa się z nich koty strumieniem wody). Przygotowanie posiłku, niestety, często trwa bardzo długo - tutaj nikt się nie spieszy. Np. na obiad przez odjazdem czekałem około godziny i musiałem zrezygnować z deseru. Na dworzec pojechałem taksówkę (tym razem 5 EP) i o 14.30 wyjechałem autobusem do Kairu. Jazda odbywała się bez większych problemów (kilka kontroli po drodze, tym razem nie dałem się nabrać na "rozdawane" jedzenie). Około 23.00 jesteśmy na miejscu. W Kairze czekają na mnie niemiłe niespodzianki. Po pierwsze jakaś woda zalała mi plecak (na szczęście chyba z klimatyzacji, a nie z toalety), a po drugie autobus zakończył trasę daleko od centrum. Nie do końca jestem pewien, czy to nie jakieś miejscowe oszustwo. Dość długo dyskutuję o cenie za taksówkę ("pomaga" mi policjant turystyczny, który najwyraźniej trzyma stronę taksówkarzy, a później chce bakszysz, którego mu nie daję). Wreszcie jadę do hotelu Dahab za 25 EP, na koniec kłócąc się z kierowcą, który chce mnie wysadzić wcześniej. W hotelu wynajmuję dość obskurny pokój bez łazienki za 20 EP.
 10.11.2002 r. Po oddaniu kilku moich ciuchów do prania idę do biura Alitalii w hotelu Hilton, gdzie potwierdzam mój lot. Potem chcę coś zjeść, ale z powodu ramadanu prawie wszystko jest pozamykane (nawet KFC, McDonald's i Pizza Hut). Pojedyncze otwarte knajpki albo są drogie, albo nie wzbudzają mojego zaufania. Zadowalam się dwoma snikersami. Jadę taksówką do Khan-al-Khallili (5 EP), gdzie kupuję trochę prezentów (poduszka + chusta - 35 EP, narzuta - 35 EP, bardzo dobry jakościowo T-shirt 15 EP, papirus 5 EP, 0,5 kg herbatki carcade - 5 EP, flakonik na perfumy gorszej jakości - 6 EP). Potem zwiedzam uniwersytet Al-Azhar (nic nie płacę za wstęp), gdzie spędzam dłuższą chwilę, obserwując uczących się, modlących lub tylko odpoczywających ludzi. Stamtąd podjeżdżam taksówką (5 EP) do meczetu w stylu irackim (Ibn Tulun), gdzie nawet wchodzę na minaret (wstęp 10 EP wrzucane do skarbonki, meczet w trakcie remontu). Rozdaję dzieciakom trochę flamastrów, które zostawili mi Ania i Janek (wcześniej rozdawałam w Petrze, ale i tak sporo przywiozłem do domu, jakoś mi to nie szło). Wracam na piechotę przez stary Kair - obok cytadeli, bazaru, a potem aż do murów miejskich. Jest to ciekawy fragment miasta, choć trochę zbyt turystyczny. Widać, że trwają liczne prace renowacyjne. Na ulicach wszędzie słychać strzelające kapiszony - rzucają je nawet dorośli. Przy starej bramie miejskiej spotykam miłych starszych dziadków, czekających na zachód słońca i głos muzeina, oznajmiający, że można już zacząć jeść. Przed wieloma restauracjami wystawione są stoły, gdzie po zachodzie słońca będzie można szybko zaspokoić głód. Łapię taksówkę i bardzo miły pan zawozi mnie za 5 EP w okolice dworca Ramzes. Robię zdjęcie ciekawego billboardu z prezydentem i wracam metrem w okolice mojego hotelu. Ulice są wyludnione - wszyscy właśnie jedzą. Na stołach przed restauracjami porozrzucane naczynia świadczą o pośpiechu, z jakim konsumowano pierwszy posiłek. Ja jem w Pizza Hut (średnia pizza, sałatka i picie za 32 EP). Obsługa rusza się jak muchy w smole. Potem jeszcze idę do cukierni, gdzie kupuję do spróbowania w domu słodkie arabskie ciastka (1 kg około 12-16 EP), a potem korzystam z internetu (chciałem zapłacić dolarami, ale pani odmówiła, w ten sposób pozbyłem się reszty funtów egipskich...) W hotelu zamawiam taksówkę na jutro rano (30 EP) i idę spać. 11.11.2002 r. Muszę wstać około 2.30, aby zdążyć się umyć i spakować. Około 3.00 czeka już na mnie taksówka. Ciekawe, jak dużą prowizję wziął dla siebie hotel, bo taksówkarz nie jest zbyt zadowolony z kwoty, jaką mu płacą. Ruszamy na lotnisko, jadąc przez naprawdę eleganckie dzielnice. Mijamy ładnie oświetlone budynki rządowe i panoramę wojny z 1973 roku. Przed wyjazdem na parking przy lotnisku taksówkarz chce ode mnie 2 EP, ale ja nie mam już wcale funtów. Nic mu nie daję, zresztą od razu znajduje klienta na jazdę powrotną. Przy wejściu do budynku jest sporo kontroli, ale udaje mi się uchronić moje filmy od kolejnego prześwietlenia. Jeszcze zakupy w sklepie wolnocłowym i kawa w barku (1USD lub 4,25 EP). Obsługa, korzystając z tego, że jest jeszcze przed wschodem słońca, je śniadanie. Wylatujemy do Mediolanu w miarę punktualnie, o 5.00. Na pokładzie nie serwują żadnego alkoholu, a pierwszy posiłek rozdany został bardzo szybko, zanim wzeszło słońce (ramadan). Nie mam miejsca przy oknie, ale i tak niewiele widać, bo niebo przykrywają chmury.
11.11.2002 r. Do Mediolanu doleciałem o godzinie 9.00 czasu kairskiego, czyli o 8.00 miejscowego. Bez większych problemów dotarłem do miasta. Lotnisko Malpensa jest położone dość daleko od miasta i połączone z nim specjalną linią kolejową. Bilet na przejazd w jedną stronę kosztuje 9 euro, a powrotny 12 euro (oczywiście, na stacji nikt mi nie powiedział, że są bilety powrotne, dowiedziałem się tego dopiero jadąc na lotnisko). Za bilety płacę kartą. Dojeżdżam do centrum, gdzie miła pani w informacji daje mi mapkę i zaznacza na niej, jak dojść do najważniejszych zabytków. Wymieniam 10 USD na 8,40 euro. Najpierw oglądam wspaniały pałac Sforzów. Jest zimno i ze mną zwiedza go tylko paru azjatyckich turystów (wejście do kompleksu jest bezpłatne, do środka nie wchodzę). Potem głównym deptakiem idę do katedry Duomo. Przepiękna fasada (niestety, akurat remontowana), jak i wspaniałe boczne nawy robią duże wrażenie. W środku całkiem sporo ludzi - nie tylko zwiedzających, ale i modlących się. Niedaleko świątyni jest galeria Wiktora Emanuela (bardzo podobna do galerii o tej samej nazwie w Neapolu). W środku mieszczą się liczne eleganckie sklepy i restauracje. Tuż za galerią jest placyk, przy którym wznosi się gmach opery La Scala i pomnik Galileusza.
 Powoli muszę zacząć już wracać. Jem jeszcze zestaw w McDonald's w galerii (5 euro). Postanawiam wracać na stację inną drogą - w rezultacie błądzę, muszę pytać o drogę i jestem na miejscu pół godziny później, niż planowałem. Powinienem być na lotnisku, w moim terminalu o 13.50, a dojeżdżam na lotnisko dopiero o 13.40. Jednak jeszcze udaje mi się zrobić zakupy w sklepie wolnocłowym. Okazuje się, że niepotrzebnie się tak spieszyłem - czekamy z odlotem na jedną osobę, która się spóźnia. Personel zachowuje się tak, jakby go nic nie obchodziło, a już szczególnie pasażerowie. Wylatujemy z około 40-minutowym opóźnieniem. Znowu nie mam miejsca przy oknie (sąsiad je zajął), ale przez chmury i tak niewiele widać.
Na Okęciu jestem około 17.00. Z jednej strony radość, że znowu jestem w domu, z drugiej - smutek, że to już koniec tak ciekawego wyjazdu.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.zoch.pl
|
|
|
|
|