Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Chile, Peru, Boliwia - konkwista 2000
Autor: Jacek Żoch   
Chile

Z Warszawy wylecieliśmy 25.06.2000 o godzinie 18.40. We Frankfurcie przesiedliśmy się z małego samolotu do dużego Boeinga 747-400. Po 12,5-godzinnej, dość męczącej podróży mamy międzylądowanie w Buenos Aires. Stamtąd już tylko godzina i 20 minut lotu i jesteśmy u celu - w Santiago de Chile. Przelatujemy nad Andami, ale, niestety, Aconcagua jest po drugiej stronie. Na miejscu jesteśmy o godzinie 8.55 (6 godzin różnicy w porównaniu do naszego czasu). Odprawa przebiega sprawnie, natomiast dla SAG musimy wypełnić specjalne deklaracje, że nie wwozimy roślin, zwierząt i wyrobów z nich.

85.jpgPrzejazd taksówką z lotniska na dworzec autobusowy Borja kosztuje 8 USD od osoby (złupili nas!). Okazuje się, że przejazd do miejscowości Arica linią Pullman Bus kosztuje mniej, niż napisano w przewodniku. Płacimy tylko 12000 peso (wcześniej wymieniamy pieniądze po kursie 1 USD = 510 peso). Autobus jest bardzo wygodny, przystosowany do jazdy w nocy. Po drodze mamy jedną awarię (zostaje usunięta przy użyciu kamienia), za to dostajemy całkiem przyzwoite jedzenie. Krajobraz wokół nas jest monotonny - ciągle pustynia Atacama. Inni pasażerowie są bardzo mili i chętnie wdają się z nami w rozmowę.

Po 17 godzinach jazdy docieramy do celu. Hotel Residencial Sur kosztuje nas 2000 peso od osoby, telefon do domu to wydatek około 750 peso za minutę, kartka - 200 peso + 750 znaczek do Polski. Kolacja (menu dnia i coca-cola) kosztuje nas 1300 peso. Samo miasteczko ma nawet dość przyjemne centrum, ale nic poza tym. Następnego ranka jedziemy na granicę. Spotkany koło dworca autobusowego taksówkarz upakowuje 6 pasażerów do swojego dość wiekowego pojazdu za jedyne 2000 peso od osoby. Przekroczenie granicy przebiega bardzo sprawnie i bez żadnych problemów. Wkrótce wjeżdżamy do Peru.

Peru

86.jpg28.06.2000 dotarliśmy do Tacny z Chile. Nasz taksówkarz za niewielki napiwek (7 soli od osoby) pomaga nam w zakupie biletów na autobus do Arequipy (kosztuje 20 soli). Wymieniamy dolary po kursie 1 USD = 3,45 sola. Po drodze, już za miastem, mamy kontrolę celną. Widzimy przepiękna pustynię i białe czapy wulkanów. Po 6 godzinach jazdy docieramy na miejsce. Od razu kupujemy bilety do Cabanaconde (kanion Colca) za 15 soli od osoby. W Arequipie śpimy w hotelu El Rayo (12 soli od osoby).

W mieście zwiedzamy klasztor Santa Catalina (św. Katarzyny), wzniesiony w XVI w. Było to kiedyś właściwie samodzielne miasto za murami, w którym żyło 450 sióstr. Obecnie można za 12 soli obejrzeć jego większą część. Przepiękne korytarze i dziedzińce są naprawdę tego warte. Później idziemy na Plaza de Armas, centralny plac, nad którym góruje wspaniała katedra, niszczona przez pożary i trzęsienia ziemi - niesamowita na zewnątrz i mało ciekawa w środku. Nad katedrą widać ośnieżone wierzchołki wulkanów. W Museo Santuarios Andinos (15 soli i 5 soli dla przewodnika) można obejrzeć mumie dziewczynek, składanych w czasach Inków na ofiarę dla bogów na szczytach wulkanów. Wieczorem wymieniamy w Interbanku czeki podróżne po kursie 1 USD = 3,44 sola. Kolacja kosztuje 8,5 sola (hamburger z frytkami i mate de coca), Internet 2,5 sola/godz.

Następnego dnia wyruszamy o 4 rano do kanionu Colca. Po 4,5 godzinie jazdy przez przepiękne i przeraźliwie zimne okolice docieramy na miejsce. W Hotel Fuerto płaci się 8 soli od osoby, za dość proste, ale miłe wnętrze. Dostajemy mapkę kanionu i wyruszamy w dół. Zejście zajmuje 2,5 godziny, mijamy miejscowych z osiołkami, widoki na kanion są niesamowite. Gdy słońce zaczyna operować, robi się niesamowicie gorąco. Na dole jest kemping Oasis i most nad rwącą rzeką. Niestety, marsz w ostrym słońcu z odkrytą głową zrobił swoje i dostaję udaru. Czuję się fatalnie i na noc zostaję w dole. Jest całkiem przyjemnie, nocleg ze śniadaniem kosztuje 20 soli. Z samego ranka wyruszam do góry. Sławek wychodzi do mnie z wioski, ale i tak ostatni odcinek muszę przejechać na mule. Bardzo żałuję, że nie mogłem iść wczoraj - Sławek z bardzo bliska widział kondory.

W hotelu szybko dochodzę do siebie, jem pieczeń z alpaki za 5 soli. Oglądamy miejscową fiestę - tańce przy bardzo hałaśliwej muzyce. W nocy przeżywamy niewielkie trzęsienie ziemi. Z samego rana, o 4.30 jadę do Cruz de Condor. Jestem pierwszy (o 6 rano) i w przeraźliwym zimnie czekam na pojawienie się ptaków. Dopiero po pół godzinie widzę pierwsze kondory, a później następne. Niektóre podlatują całkiem blisko, choć nie tak, jak w kanionie.

87.jpgO 8.30 łapię autobus do Chivay (3 sole). Tam jemy obiad (8 soli za całkiem dobrą rybę). Miasteczko jest ładne i czyste. Stamtąd wyruszamy o 12.30 i po 3 godzinach wracamy do Arequipy (12 soli). Tam kupujemy bilety na nocny autobus do Nazca linią Cruz del Sur (25 soli). W międzyczasie jedziemy do miasta (taksówka z dworca do miasta 3 sole - jako taksówki jeżdżą głównie Daewoo Tico) i jemy tanio w tzw. kurczakarni (5 soli za ćwiartkę kurczaka z frytkami i napojem). Żeby wejść do autobusu, trzeba opłacić specjalną opłatę dworcową (1 sol) i okazać ją przy wyjściu z dworca do autobusów (później przekonam się jest to typowe w krajach tego rejonu świata). Część pasażerów jedzie na stojąco całą 10-godzinną podróż.


Do Nazca docieramy około 6.00 rano. Tutaj łapie nas pewien naganiacz i sprzedaje przelot nad słynnymi liniami oraz zwiedzanie starożytnego cmentarza za jedyne 50 USD. Ponieważ chmury są nisko, zaczynamy od przejazdu starym, ledwie poruszającym się samochodem amerykańskim na cmentarz Chauchillo. Są tam liczne groby i mumie ludu Nazca. Ponieważ rabusie rozkopywali groby w poszukiwaniu złota, wszędzie porozrzucane są ludzkie kości. Jak w wielu kulturach przedandyjskich, ludzi chowano w pozycji "płodowej", zawiniętych w płótno.

Po zwiedzeniu cmentarza wracamy do miasta i oglądamy pokaz wyrobu "starożytnej" ceramiki (może coś kupimy) i wydobycia złota ("dobrowolny" datek 1 sola). Wreszcie pogoda poprawia się i możemy zrealizować najważniejszy punkt programu. Lecimy małym samolotem - 5 osób i pilot. Samolotem trochę rzuca, ale widzę rzeczywiście większość tajemniczych linii. Czy ich twórcami był starożytny lud Nazca, czy kosmici...? Cały lot trwa około 45 minut.

Po wylądowaniu jedziemy do Ica (5 soli), a potem do skrzyżowania drogi "panamericana" z odgałęzieniem do Pisco. Przejazd do miasta kosztuje nas 1 sola. Budzimy duże zainteresowanie czarnoskórego "konduktora" (w okolicy znajduje się wioska czarnoskórych). Znajdujemy całkiem fajny hotel Comercial za 10 soli od osoby z prywatną łazienką, niedaleko od plaza. Wykupujemy wycieczkę na Islas Ballestas i do Paracas (10 USD w biurze Zarcillo). Jem świetną kolację z owoców morza za 7 soli. Korzystam z Internetu w "Bill Gates cafe", za 3,5 sola/godz.

88.jpgNastępnego dnia wyruszamy rankiem na wycieczkę. Niestety, jest dość pochmurno, co utrudnia robienie zdjęć. Najpierw płyniemy szybką łódką (dla nas zabrakło, oczywiście, kamizelek ratunkowych) koło tajemniczego kandelabru - nie wiadomo, czy jest on dziełem ludu Nazca, czy XVI-wiecznych piratów. Potem docieramy do wysp - rezerwatu przyrody. Widzimy lwy morskie - żyją one w stadach, a każdy samiec ma swój harem samic; ich ryk jest niesamowity, pingwiny Humbolta, różnego rodzaju kormorany, niesamowite kształty skał, pokłady guana. Po powrocie z wycieczki morskiej jedziemy do parku narodowego Paracas (wstęp 5 soli). W miejscowym muzeum za 2 sole można obejrzeć między innym zdeformowane głowy (miejscowe ludy nadawały swoim czaszkom przeróżne kształty za pomocą deszczułek). Z bardzo daleka oglądamy flamingi, a potem jedziemy do tzw. "katedry" - skały fantazyjnie wyrzeźbionej przez morze. Daleko w morzu pluskają delfiny, nad skałami szybują ptaki. Oglądamy jeszcze małą lagunę i wracamy do miasta. Tam kupuję i wysyłam pocztówki do Polski (znaczek 2,64 sola) oraz odbieram pranie (17 soli). W biurze "San Martin" kupujemy bilety do Limy (10 soli).

Wyjeżdżamy następnego dnia rano i po 4 godzinach jesteśmy na miejscu. Dzielnica, w której wylądowaliśmy, jest niezbyt ciekawa. Taksówka za 6 doli zawozi nas do hotelu Wiracocha. Pokój dwuosobowy z łazienką kosztuje tu 35 soli, a sam hotel znajduje się tuż przy Plaza de Armas. W pobliskim biurze Fertur Peru kupujemy bilety lotnicze do Iquitos (59 USD). Na Plaza, przed pałacem prezydenckim, trwa właśnie kolejna demonstracja przeciwko prezydentowi Fujimori, w pobliskich zaułkach widać liczne oddziały prewencji, gotowe do działania. Najważniejszą budowlą w mieście jest katedra, niestety - miejscowym zwyczajem zamknięta. Przechodzimy głównym deptakiem Jirion de la Union do Plaza San Martin. Jest on zatłoczony, po obu stronach mieszczą się banki, eleganckie sklepy, fastfoody (w KFC zestaw kosztuje 10 soli, lód 1,5 sola). Bierzemy taksówkę (15 soli) i jedziemy do Muzeum Złota. Mieści się ono w eleganckiej dzielnicy, wstęp kosztuje 20 soli. W środku wyroby ze złota, ceramika (dużo wyrobów o tematyce erotycznej), tkaniny, mumie. W tym samym budynku mieści się Muzeum Tkanin i Muzeum Broni, w którym zgromadzono eksponaty od zbroi japońskiego samuraja po karabiny Kałasznikowa, elementy munduru esesmana i mundury galowe generałów Franco i Pinocheta. Wszystko jest ciekawe, ale robi wrażenie ogromnego bałaganu. Przy muzeum znajdują się sklepiki z różnego rodzaju pamiątkami (pocztówka 1 sol, mały posążek lamy - 3-7 soli, miedziane talerze 15 soli).

Wracamy na Plaza San Martin, a stamtąd na Plaza de Armas. Oglądamy pomnik Pizzarra. Ktoś proponuje mi zakup trawki, więc szybko się oddalamy. Próbujemy dowiedzieć się czegoś o możliwość przejazdu koleją Malinowskiego, ale, niestety, stacja kolejowa jest zamknięta, a cieć informuje nas, że taka podróż jest niemożliwa. Dość smaczna kolacja w knajpce "Machu Picchu" to wydatek 12 soli. Następnego dnia rano jedziemy taksówką na lotnisko (15 soli, oczywiście taksówka to tico). Lotnisko krajowe jest dość proste, choć czyste. Do samolotu na płycie idzie się na piechotę (wcześniej trzeba uiścić opłatę lotniskową). Hamburger i lody w barku kosztują 19 soli. Lecimy liniami AeroContinente samolotem Boeing 737. Podróż trwa 1,5 godziny, dostajemy niewielki poczęstunek. W dole mijamy Andy i dżunglę.

05.07.2000 o godzinie 12.30 jesteśmy w Iquitos. Miasto wita nas tropikalną pogodą - jest gorąco i wilgotno. Jacyś naganiacze wiozą nas do hostelu Alfert (10 soli od osoby za pokój z łazienką). Mieści się on tuż na skraju dzielnicy na palach Belen i roztacza się z niego przepiękny widok na Amazonkę. Zwiedzamy miasto - centralną plaza z żelaznym domem, dziełem Eiffela, tego od wieży, przywiezione z Francji w XIX wieku, w czasach kauczukowej prosperity. Prawie na każdym kroku ktoś namawia nas na pobyt w "lodgy". W końcu zdecydujemy się wykupić 2 dni za 70 USD. Kupujemy także bilet powrotny do Limy - linie Taca za 59 USD. Korzystamy z Internetu (szybkie łącze za 3,5 sola/godz.) oraz szybko zwiedzamy dzielnicę Belen, przedzierając się przez błoto.

Następnego ranka postanawiam jeszcze raz pójść do tej dzielnicy. Przez niektórych nazywana jest "Wenecją Amazonii", przez innych po prostu slumsami. Ktoś proponuje mi przejażdżkę łódką za 5 soli. Część domów, bliżej brzegu, jest na palach. Inne swobodnie pływają po rzece. Doprowadzony jest prąd elektryczny, główne kanały są oświetlone. Wracam do hotelu, zabieramy plecaki (zostawiamy je w agencji turystycznej) i jedziemy na przystań. Tam spotykamy się z Davidem - naszym przewodnikiem. Płyniemy łodzią do "lodgy" około godziny. Razem z nami jedzie cała peruwiańska rodzina - od dzieci do babć. "Lodga" to drewniane domki, położone niedaleko brzegu, nad dopływem Amazonki. Na początku robimy mały spacer po okolicznej dżungli - nasz przewodnik opowiada nam o roślinności, oglądamy termity, próbujemy huśtać się na lianie. Wokół naszych domków chodzą różnokolorowe papugi i warczące "kurczaki dżungli". Jedzenie jest bardzo dobre. Po południu płyniemy łódką na drugi brzeg Amazonki do łowcy zwierząt. Pokazuje nam złapane leniwce, boa, tarantulę, żółwia i ocelota. Można u niego kupić leczniczy wywar z drzew dżungli, skóry węży (zależnie od wielkości - 40 i 70 soli), czaszkę małpy. Wracając obserwujemy z oddali pluskające różowe delfiny. Późnym wieczorem wyruszamy na łowienie kajmanów. Widać tylko kilka razy ich czerwone oczy. Za to nocne odgłosy dżungli, w tym olbrzymich żab "byczych", są niezapomniane. Podziwiamy także gwiazdozbiory południowej półkuli - Tukana i Krzyż Południa.

Następnego dnia z rana płyniemy rzeką Yanayacu (Rio Negro - Czarna Rzeka). Nasza niewielka łódka zgrabnie przepływa przez tereny zalane, wśród mangowców i orchidei. Obok nas przelatują bajecznie kolorowe ptaki i motyle. To chyba najpiękniejsza część pobytu w dżungli. Docieramy do wioski Indian Yagua. Są oni dość cywilizowani, ale bardzo biedni. Przygotowali dla nas pokazy tańców ludowych i strzelania zatrutymi strzałkami (truciznę wyrabia się z trującej żaby, żyjącej w kwiatach orchidei). Za parę soli można kupić u nich naszyjniki i inne wyroby. Po powrocie mieliśmy łowić piranie, ale okazuje się, że były to tylko obiecanki dla zdobycia klientów. Na obiad jemy m.in. palmę, która wygląda, jak zielone spaghetti, maniok i smażone banany. Przed powrotem mamy okazję obejrzeć jeszcze walkę "kurczaka dżungli" z jadowitym wężem. W drodze powrotnej widzimy Indian pracowicie wiosłujących do Iquitos. Przy nabrzeżu cumują statki handlowe wiozące ogromne bale drewna oraz okręty wojenne floty peruwiańskiej.

Jedziemy na lotnisko. Czeka nas miły lot do Limy, z poczęstunkiem. Śpimy znowu w hotelu Wiracocha. Rano jedziemy do Transporte Rodrigez, stamtąd mamy autobus do Huaraz za 25 soli. Po 9 godzinach jazdy - najpierw nad morzem, potem górskimi serpentynami - docieramy na miejsce. Tutaj wyłapuje nas już jakiś naganiacz. Śpimy w hoteliku El Jacal za 10 soli od głowy (potem okaże się, że musimy zapłacić 12,5 sola). Wykupujemy u naszego "opiekuna" (Jhon - Che) całodzienną wycieczkę do Pastoruri za 30 soli. Dostępne są też wyjazdy do laguny Llanganuco (widoki gór) i starożytnego miasta Chavin w tej samej cenie. Kolacja (kurczak z frytkami i colą) kosztuje 7 soli, Internet 1 sol za 10 minut.

Następnego ranka jedziemy na wykupioną wycieczkę. Najpierw przez pomyłkę chcą nas zabrać w inne miejsce, ale w końcu trafiamy do właściwego minibusu. Opłata za wjazd do Parku Narodowego - 5 soli za dzień. Na początek dojeżdżamy do źródełka gorącej wody mineralnej. Jest tam niesamowity widok na okoliczne szczyty. Potem oglądamy niesamowite jeziorko z wodą koloru turkusowego i roślinę z rodziny ananasowatych Puyas de Raimondi. Wyglądają niesamowicie, kwitną raz na 100 lat, potem umierają, a ich kwiat sięga 12 m. Stamtąd minibus wspina się do góry, aż dojeżdżamy do Nevado de Pastoruri. Z parkingu wspinamy się do lodowca. Droga jest łatwa, ale wysokość 5300 m n.p.m. robi swoje - oddycha mi się ciężko. Na górze możemy porzucać śnieżkami, niektórzy jeżdżą na nartach. Wejście i powrót zajmują jakieś 2 godziny. Wracając do Huaraz, odwiedzamy jeszcze dwie dość nieciekawe jaskinie.

89.jpgPo powrocie kupujemy bilet do Limy w Ekspreso Turismo (15 soli - taniej niż w tą stronę). Po zjedzeniu kolacji, odebraniu plecaków, resztę czasu spędzamy w parku na ławce, by w końcu wyruszyć o 22.00. Siedzenia w autobusie są jeszcze bardziej niewygodne niż zwykle. Rano jesteśmy na miejscu. Tam zmieniamy terminal i autobusem firmy Molina Union wyruszamy za 30 soli do Ayacucho. Najpierw jedziemy do Pisco. Tam mamy postój i obiad (tortilla z groszkiem za 6 soli, duża, ale mało smaczna). Potem wjeżdżamy w góry (do 4800 m n.p.m.). Krajobraz najpierw jest suchy, z małymi jeziorkami. Potem pojawia się więcej zieleni i drzew. Po 18.00 jesteśmy na miejscu. Zamieszkujemy w hotelu Huamanga - 30 soli za 2-osobowy pokój z łazienką i ciepłą wodą. Jemy kolację w knajpce Los Alamos (9 soli za kanapkę, sok i colę). Chcemy wykupić wycieczkę do pobliskich ruin z czasów Inków, ale są tylko bardzo drogie wycieczki wynajętym samochodem.

Następnego dnia rano budzą nas śpiewy z pobliskiej szkoły (hymn?). Wymieniam czeki w Banco Credito (kurs 1 USD = 3,42 sola). O dziwo, tym razem w Interbanku chcieli prowizję, czyli każdy oddział ma własną politykę. Kupujemy bilety na następny dzień do Cusco (Ayacucho Turs - 45 soli). Jemy świetne śniadanie na plaza (kanapka z miejscowym, ręcznie robionym serem - 2 sole, sałatka z lodami 3,50 sola, sok - 2,50 sola, wszystko wyśmienite). Oglądamy siedzibę miejscowych władz, mieszczącą się w starym, kolonialnym budynku z drzewem pośrodku dziedzińca. Oglądamy klika kościołów z XVI - XVII wieku. Później wybieramy się do bardziej odległych dzielnic. Nad rzeką, zamienioną w ściek, mieszczą się prawdziwe slumsy. Resztę dnia spędzamy na ławce w parku. Słoneczko przyjemnie przygrzewa, a my mamy okazję oglądać uczniów zbierających na biedne dzieci, pucybutów i pogrzeb z orkiestrą.

Wieczorem rozpętuje się prawdziwa burza, pierwsza podczas naszego pobytu w Ameryce Płd. Na szczęście szybko przechodzi. Następnego ranka o 5.30 wyruszamy (okazuje się, że nasz autobus jest firmy Wari Express...). Nasza trasa prowadzi przez niesamowite góry, mijamy stada pasących się lam, przejeżdżamy przez wioski z domami krytymi strzechą. Pod wieczór dojeżdżamy do Andahuaylas. Po krótkim odpoczynku i kolacji przesiadamy się do nowego autobusu. Jest ciasno, okna nie domykają się, jest zimno, a wsiadający Indianie za każdym razem otwierają okna. W nocy pada deszcz i nasze plecaki, jadące na dachu, przemakają.

Przejeżdżamy przez Abancay, jedziemy wzdłuż głębokiego wąwozu rzeki i nad ranem docieramy do Cuzco. Po przyjeździe do dawnej stolicy Inków usiłujemy znaleźć jakiś tani hotel. Po drodze spotykamy dwie Polki. Udaje nam się w końcu zamieszkać w małym hoteliku koło Albergue Muncipal (10 soli za noc). Potem idziemy zwiedzać. Miasto jest przepiękne, tylko te strome schody dają się nam we znaki. W biurze Top Vacations wykupujemy trekking na Inca Trail (63 USD, łącznie z wycieczką do Świętej Doliny). Idziemy do inkaskich ruin Sacsayhuaman. Stroma droga (40 minut z plaza) jest dość męcząca, ale na końcu czeka nagroda - wspaniały widok majestatycznych ruin, gdzie rozegrała się jedna z najważniejszych bitew konkwisty. Wracamy, dzwonię do Polski (6 soli/minutę do Europy) i idziemy obejrzeć piękny kościół Santo Domingo (wstęp 3 sole), zbudowany na ruinach Coricancha - najbogatszej świątyni imperium Inków. W środku oglądamy dobrze zachowane pozostałości kaplic słońca, księżyca, gwiazd, piorunów i tęczy. Na środku dziedzińca znajduje się studnia, gdzie każdego ranka słońce "żywiło się" złotem. Wszystkie te budowle były za czasów Inków pokryte złotymi blachami, zrabowanymi i przetopionym później przez ludzi Pizzarra. Tutaj były trzymane zmumifikowane ciała władców. Bloki skalne, z których wykonano budowle, są starannie dopasowane. Później przechodzimy ulicą Loreto, która z obu stron jest otoczona pozostałościami murów z czasów Inków. Wracamy na plaza i idziemy zwiedzić katedrę. Wcześniej musimy kupić tzw. Boleto Turistico za 10 USD, uprawniający do wejścia do niektórych zabytków w Cusco i Świętej Dolinie. Katedra jest wspaniała, aczkolwiek mocno zaniedbana. W środku widzimy wspaniałą zakrystię z portretami wszystkich biskupów Cuzco, stary drewniany ołtarz i nowszy - srebrny. Ciekawy jest obraz ostatniej wieczerzy, na którym głównym daniem Chrystusa i Apostołów jest... świnka morska. Wieczorem idziemy na zakupy - kupujemy tabletki do odkażania wody (12 soli za 25 tabletek na 25 litrów wody) i pamiątki (figurka erotyczna - 8 soli, typowe peruwiańskie organki - 6 soli, maska - 15 soli).

Następnego ranka wstajemy o 5.30 i idziemy pod siedzibę naszego biura podróży. Stamtąd wyruszamy na Inca Trail. Najpierw dobrą drogą do Ollantaytambo, a później kiepską do wioski Chilca (z krótkim postojem na śniadanie). Tam, przy stacji kolejowej (82 km z Cuzco), dostajemy bilety wstępu na szlak (w cenie trekkingu, kosztują 17 USD) i wyruszamy. Sami niesiemy własne bagaże, nasi tragarze dźwigają namioty i jedzenie. Pierwszy odcinek jest płaski, po około godzinie mamy obiad (zupa, spaghetti i mata de coca). Przechodzimy przez wiszący most, jedne ostre podejście i już widzimy ruiny Llactapata - "miasta na górze". Są one wyraźnie podzielone na trzy części - władcy, pospólstwo i tarasy uprawne. W pewnej odległości znajduje się wieża przeznaczona do celów religijnych. Po 1,5 godziny dalszego marszu docieramy do miejsca pierwszego noclegu. Kolacja jest bardzo smaczna (na deser popcorn!). W pobliskiej chałupie słyszymy odgłosy hodowanych świnek morskich.

Drugi dzień jest bardzo ciężki. Droga na początku wiedzie lasem, ostro pnąc się do góry. Dochodzimy do otwartej przestrzeni, gdzie jemy lunch (zupa i ryba z ryżem). Teraz czeka nas naprawdę ostre podejście. Wspinamy się schodami wykutymi przez Inków. Nasi tragarze stosują taktykę szybkiego podbiegania (niosąc duży ciężar!). Tak podobno wchodzono tutaj "od zawsze" i do tego dostosowana jest szerokość schodków. Ja jednak na coś takiego nie mam sił.... W końcu udaje się wejść na przełęcz Warmiwahusca (Martwej Kobiety) na wysokości 4198 m n.p.m. - to najwyższy punkt Inca Trail. Rozciągają się stąd wspaniałe widoki na zasnute mgłą góry. Po krótkim odpoczynku schodzimy męczącymi schodami (ale już wolę nimi schodzić, niż wchodzić...) nad rzekę (3600 m n.p.m.), gdzie mieści się nasz kemping. Biorę zimny prysznic (bo tylko taki jest), co, niestety, kończy się później gorączką. W nocy jest bardzo zimno.

90.jpgRankiem czeka nas ostre wejście schodami do ruin Runturacay, gdzie kiedyś mieściła się strażnica, strzegąca całego szlaku. Potem wejście na kolejną przełęcz (3999 m n.p.m.) i długie, męczące zejście do Sayacmarca (Dominujące Miasto), skąd dostarczano żywność do innych fortec. Jest ono bardzo dobrze zachowane. Stamtąd schodzimy w dół do rzeki, a potem czeka nas długie, łagodne podejście przez lasy wyłapujące wilgoć z mgły (oczywiście, idziemy w gęstej mgle...). Lunch jemy na wysokości 3650 m n.p.m. niedaleko Phuyupatamarca (Miasto Ponad Chmurami), pieczołowicie odrestaurowanego, z dobrze zachowanymi łaźniami. Teraz już tylko długie zejście i docieramy do ostatniego miejsca noclegu, kempingu z ciepłą wodą (5 soli za 10 minut) i restauracją. Muszę brać lekarstwa na gorączkę. Kolacja jest bardzo dobra - zupa i ryż z ziemniakami i nadziewanym chili. Długo toczymy rozmowy z innymi uczestnikami trekkingu.


Następnego dnia zrywamy się o 4.00 i idziemy do Machu Picchu. Wcześniej mamy kontrolę biletów i krótki przystanek na Intipunku (Bramy Słońca). Stąd roztacza się widok na Machu Picchu, ale teraz zakrywają je mgły. Docieram wreszcie do samego ukrytego miasta. Bagaż można zdać do przechowalni. Okazuje się, że są kłopoty z przewodnikiem - nasze biuro nie zarezerwowało go! Dopiero po pewnym czasie znajdujemy kogoś. Opowiada nam o różnych teoriach dotyczących powstania miasta (to nie miasto kobiet, jak sądził jego odkrywca Bingham, ale miasto uczonych), o odporności sejsmicznej. Zwiedzamy tarasy uprawne, gdzie najprawdopodobniej próbowano wyhodować nowe odmiany roślin, ceremonialne łaźnie, Świątynię Słońca, królewskie groby, Główną Świątynię, kamień Intihuatana do wyznaczania pór roku, Świątynię Kondora, gdzie przechowywano mumie zmarłych. Potem, już samodzielnie, idziemy do mostu Inków, skąd rozciąga się pocztówkowy widok na miasto. Drewniany most jest zerwany, ale prowadząca do niego nad przepaścią droga - przerażająca. Wracamy i oglądamy pozostałe zabudowania. Coraz większe tłumy nie pozwalają w spokoju kontemplować urody tego miejsca. Ponieważ autobus powrotny do Aguas Caliente kosztuje 5 USD, schodzimy na piechotę ścieżkami (godzina i 20 min). Mijają nas zbiegające dzieci, które wyprzedzają autobusy i proszą o datki. Na miejscu jest targ pamiątek o dość wysokich cenach. Lokalny pociąg wyrusza do Cuzco o 18.00 (8 soli) i jest na miejscu o 23.30, wlokąc się w iście żółwim tempie. My, podobnie jak i prawie wszyscy pasażerowie, wysiadamy w Ollantayambo i za 7 soli docieramy do Cuzco o 21.30. Odbieramy nasze bagaże. Pracownik hotelu chce napiwku, ale na szczęście nie rozumiemy jeszcze wtedy słowa "propina" i nic nie dostaje...

Następnego dnia z samego rana kupuję panoramę Machu Picchu (15 soli) i jedziemy na wycieczkę do Świętej Doliny. Zaczynamy oczywiście od małego targu, a potem udajemy się do Pisac. Tu jest kolejny targ dla turystów i tańce ludowe w maskach. Niedaleko znajdują się ruiny świątyń Słońca i Księżyca. Następnym etapem naszej podróży jest Ollantayambo - miejsce jedynej większej bitwy, przegranej przez Hiszpanów. Są tam ogromne tarasy z niedokończoną świątynią na szczycie, fundamenty inkaskiego miasta i głowa boga Wiracochy wykuta w skale. Nasz przewodnik usiłuje przekonać nas, że Inkowie budowali wszystko zgodnie z jakimś planem - pola w kształcie rzutu piramidy, miasto na planie kolby kukurydzy, Cuzco zbudowane na planie jaguara itd. Ostatnim etapem wycieczki jest Chinche z przepięknym kościołem na starożytnych fundamentach i muzeum regionalnym. Jest zimno. Po powrocie czuję się źle, muszę brać lekarstwa. Kupujemy bilety na następny dzień do Puno (25 soli).

Rano pani z biura zabiera nas taksówką na dworzec. Jedziemy niezbyt czystym autobusem linii Libertad. Mijamy stada lam i przepiękne krajobrazy. Po drodze przechodzimy dwie kontrole policyjne - najprawdopodobniej szukają liści koki (nie można ich przewozić za dużo). Przejeżdżamy przez nieciekawe miasto Juliaca i po 8 godzinach docieramy do celu. W Puno naganiacz zabiera nas do hotelu Tumi II, gdzie dwójka z ciepłą woda kosztuje 25 soli. W biurze Edgar Adventures wykupujemy wycieczki na wyspy (ceny są wszędzie podobne - 20 soli) i do wież Silustani (15 soli). Stek na obiad kosztuje 10 soli, Internet 3 sole/godz.

Następnego dnia o 7.30 zawożą nas na przystań i wsiadamy na statek. Najpierw płyniemy przez płytką zatokę jeziora Titicaca, potem kanałem wśród trzcin. Dobijamy do jednej z wysp Uros. Są one wykonane z trzciny, z tego też materiału zbudowane są domy i łodzie. Podłoże ugina się pod stopami. Jedyny przejaw nowoczesności, to panele słoneczne. Obecni mieszkańcy nie są już czystej krwi ludem Uros i nie mówią tym językiem, żyją z połowów ryb i turystyki, a na wyspach są dziś nawet szkoły. Pozostałe wyspy można obejrzeć z platform. Jest też muzeum z wypchanymi ptakami i toaleta. Za 2 sole płyniemy tradycyjną łódką na inną wyspę. Na miejscu można kupić pamiątki, m.in. modele łódek z trzciny (3-10 soli). Po opuszczeniu wyspy płyniemy przez cieśninę i wypływamy na "duże" jezioro, a potem na wyspę Taquila. Z przystani trzeba się wspiąć do wioski, położonej na górze. Żyjący tam mężczyźni noszą czapeczki w różnym kolorze - kawalerowie czerwone z białym pomponem, żonaci czerwone z wzorkiem, starszyzna czarne. Kobiety noszą czarne chusty i zielone spódnice. Mężczyźni robią cały czas na drutach, a kobiety przędą wełnę.

91.jpgJemy obiad w restauracji (cena jest na całej wyspie taka sama - 8 soli) - miejscowego pstrąga, największego na świecie. Pijemy też herbatkę z miejscowych ziół. Oglądamy główny plac, na którym odbywają się zebrania, rozstrzygające o rozwiązywaniu różnych problemów. Przy placu jest kościół i wspólny sklep (czapka - 25-30 soli). Wracamy na przystań i płyniemy z powrotem. Po drodze widzimy liczne ptactwo.

Następnego dnia oglądamy miasto, kupuję film do aparatu (Kodak 200, 36 klatek - 13 soli). Z hotelu zabierają nas na wycieczkę do wież Silustani. Po drodze zatrzymujemy się na wzgórzu z wspaniałym widokiem na jezioro Titicaca. Dojeżdżamy do stojących na półwyspie wież. Są one różne, od pięknych wież Inków, przez gorsze ludu Colla, do schowanych pod ziemią wież prostych ludzi. Używano ich do spalania zwłok jeszcze od czasów przed panowaniem Inków. Na pobliskiej wyspie znajduje się rezerwat wikunii, dzikiego krewniaka lamy, a na jeziorze występuje liczne ptactwo. W pobliskim muzeum można obejrzeć ceramikę oraz mumie, znalezione pod wieżami: trzy królewskie - dwoje dorosłych i dziecko, wypchane ekskrementami zwierząt. Spotykamy dwoje Polaków z Chicago. Wieczorem idziemy do restauracji na miejscowy przysmak, czyli cuy (świnkę morską). Cała kosztuje 16 soli, połówka 8 soli. Piwo Cusquena kosztuje - duże 7 soli, małe 4 sole. Mięso jest dość smaczne, ale ma grubą skórę, małe kostki i niewiele mięsa. Trzeba jeść rękami.

22.07.2000 wyjeżdżamy z Peru do Boliwii. Podróż do granicy trwa około 3 godzin i wiedzie wzdłuż jeziora Titicaca.

Boliwia

24.07.2000 wjechaliśmy do tego górskiego kraju. Granica z Peru sprawia wrażenie dużego bałaganu. Dostajemy pieczątkę uprawniającą do 30-dniowego pobytu w kraju. Wymieniam pieniądze (4 sole = 6,20 boliwiano). Szybko przejeżdżamy do Copacabana i zamieszkujemy w hotelu Aroma (10 boliwiano od osoby za noc).

W całym mieście, położonym przecież nad jeziorem, zimna woda jest tylko w godzinach 7-9. W naszym hoteliku mamy zimną i ciepłą wodę w godzinach 7-9 i 17-20 (zgromadzoną wcześniej). W innych godzinach do dyspozycji jest woda w beczkach. Po głównej ulicy spływają do jeziora ścieki, wybijające z niesprawnej kanalizacji. Jemy obiad w Snack 6 de Agosto (10 boliwiano za dość kiepskie menu dnia). Potem zwiedzamy miejscową katedrę z figurą Matki Boskiej - Panią Znad Jeziora, słynącą z cudów. Przychodzą tutaj liczne pielgrzymi z Peru i Boliwii. Wymieniamy pieniądze po kursie 1 USD=6 boliwiano. W mieście jest dostęp do Internetu (20 boliwiano za 15 minut!). Wieczorem spotykamy poznanych w Cuzco Polaków. Jest bardzo zimno - strasznie wieje.

Następnego dnia płyniemy na wycieczkę na Isla del Sol i Isla de la Luna. Wycieczka nie jest zbyt udana - na wszystko jest za mało czasu, zabytki mało ciekawe, opłaty za wstęp dość wysokie. Najpierw płyniemy na Isla del Sol (Wyspa Słońca), gdzie w ciągu 2 godzin oglądamy mało ciekawe muzeum przedmiotów wydobytych z dna jeziora oraz idziemy do świętej skały Inków (6 boliwiano). Krajobrazy są prześliczne, woda lazurowa. Gdyby nie temperatura, można by pomyśleć, że jesteśmy nad Morzem Śródziemnym. Po powrocie na statek płyniemy na drugą z wysp. Po opłaceniu następnych 6 boliwiano okazuje się, że nie było warto - zrekonstruowany klasztor inkaski nie jest zbyt ciekawy. Wracamy znowu na pierwszą wyspę, gdzie w lokalnym muzeum można za opłatę "co łaska" obejrzeć stroje i występy ludowe. Z braku czasu Świątynię Słońca oglądamy tylko z pokładu... Po powrocie na ląd kupujemy bilety na autobus do La Paz na następny dzień (14 boliwiano). Z okazji niedzieli mamy cały czas zimną wodę, a w budynku niedaleko naszego hotelu trwa dyskoteka.

92.jpgZ samego ranka jedziemy do La Paz. Po godzinie jazdy docieramy nad przesmyk Tiquina. Nasze paszporty sprawdza żołnierz Marynarki Wojennej Boliwii, następnie za 1,5 boliwiano przewozi nas na drugą stronę (autobus oddzielnie płynie promem). Po drugiej stronie można podziwiać pomnik bohaterów wojny o saletrę z Chile. Nasz pojazd już na przedmieściach stolicy psuje się na tyle skutecznie, że dalej musimy jechać taksówką (aż 25 boliwiano). Zatrzymujemy się w Alojamiento Universo (16 boliwiano od osoby). Samo miasto rozciąga się na brzegach 400-metrowego wąwozu - centrum na dnie, miasto biedy El Alto (dosłownie "miasto wysokie") wyżej. Jemy w McDonald's (23 boliwiano za powiększony zestaw) i wymieniamy czeki podróżne (kurs 1 USD = 6,17 boliwiano) i korzystamy z Internetu (8 boliwiano za godzinę). Chcemy coś kupić na słynnym targu rzemieślniczym, ale ceny są tam wysokie, wyższe niż w Peru. Na głównym plaza (parlament, katedra, pałac prezydencki) oglądamy uroczyste ściągnięcie flagi z masztu, podczas którego żołnierzy w strojach historycznych ochraniają współcześni z bronią!. Po powrocie do hotelu oddaję rzeczy do prania (6 boliwiano/kg).



Następnego dnia jedziemy na wycieczkę. Najpierw minibusem w okolice cmentarza (1,6 boliwiano), a potem autobusem do Tihuanaco (6,5 boliwiano). Ponieważ nie mamy drobnych, jacyś podróżni pożyczają nam 10 boliwiano. Wstęp do muzeum i ruin kosztuje 15 boliwiano. Dawna świątynia w kształcie piramidy to obecnie sterta ziemi, ale ciekawa jest świątynia z wyrzeźbionymi głowami oraz słynne posągi i Brama Słońca. Tuż obok zabytków można kupić dość tanie pamiątki. Po powrocie do miasta schodzimy do centrum przez przedmieścia. Mieszkańcy, zwłaszcza "miejskie Indianki", są niesamowici. Po zjedzeniu okropnego obiadu w knajpce "La Fiesta" idziemy na targ czarownic. Można tam kupić magiczne proszki "na miłość" i "na interesy", amulety, suszone płody lam i pancerniki. W kawiarni internetowej jakiejś dziewczynie kradną torebkę. Znowu spotykamy Polaków i idziemy z nimi do fajnej kawiarni "Eli's".

Następnego dnia jedziemy do Villa Fatima (taksówka kosztuje 8 boliwiano), a tam wsiadamy do autobusu do Coroico (15 boliwiano). Po drodze do Coroico mijamy kontrolę policyjną (szukają koki, nie wolno jej przewozić w ilościach handlowych). Kończy się asfalt i zaczyna "droga śmierci". Jedziemy górskimi serpentynami, przez przepiękne Pogórze Yungas. Mijamy resztki jakiejś ciężarówki, która spadła w przepaść. Robi się coraz cieplej. Po 4 godzinach jesteśmy na miejscu, gdzie panuje przyjemny śródziemnomorski klimat. Zamieszkujemy w miłym hoteliku La Casa (25 boliwiano od osoby). Jest tam Internet (20 boliwiano/godz.). Obiad w fajnej knajpce kosztuje 25 boliwiano (stek i coca-cola). Następny dzień zaczynamy dość późno, około południa idziemy na wycieczkę do pobliskich wodospadów. Nie są one zbyt imponujące, ale sama przechadzka jest bardzo ciekawa. Oglądamy typowe dla tego rejonu plantacje koki i kawy. Wieczorem telewizja transmituje mecz Pucharu Ameryki. Całe miasteczko zamiera. Policja wystawia na zewnątrz megafon, przez który można słuchać transmisji. Zamknięte są restauracje.

Na przyjemnym leniuchowaniu spędzamy również następny poranek. Jajecznica na śniadanie kosztuje 14 boliwiano. O 13.30 wsiadamy na ciężarówkę do Yongenia (2,5 boliwiano), a tam przesiadamy się do opóźnionego autobusu do Rurrenbaque (bilet kupiony dzień wcześniej - 60 boliwiano). Droga jest w bardzo złej kondycji i autobusem mocno trzęsie. Zatrzymujemy się w jakimś miasteczku na posiłek (kurczak z ryżem i frytkami 6 boliwiano, coca-cola - 3,5 boliwiano). Czeka nas jeszcze szczegółowa kontrola w poszukiwaniu liści koki. Choć droga schodzi na nizinę, nadal mocno trzęsie. Około 9.00, po 14 godzinach jazdy autobusem docieramy do Rurrenbaque.

Znalezienie wolnego miejsca w hotelu nie jest proste, niestety, dotarliśmy tutaj jako chyba ostatni turyści. W końcu zatrzymujemy się w hotelu El Porteno (20 boliwiano od osoby ze wspólną łazienką, 40 z własną). W Heladeria Bambi jemy dobre śniadanie - jajecznicę (9 boliwiano) i lody (4 boliwiano). Wykupujemy wycieczkę na pampę w polecanej przez "Lonely Planet" agencji Eco Tours (3 dni po 30 USD dziennie, wycieczka do dżungli kosztuje 25 USD dziennie, tyle samo do parku Alto Madidi). Mamy mieć świetnego przewodnika. Resztę dnia spędzamy na włóczeniu się po mieście, wizycie nad rzeką. Oddaję rzeczy do prania (8 boliwiano/kg). W parku odbywają się targi wyrobów artystów ludowych. Kupuję łuk.

Następnego ranka oddajemy rzeczy do przechowania w naszym hotelu i idziemy do Eco Tours. Tu czeka nas niemiła niespodzianka - "mały, duży problem". Nie ma wystarczającej grupy na wycieczkę na pampę, proponują nam wyjazd do dżungli. Po naszym stanowczym proteście dołączają nas do grupy z innej agencji. Czujemy się oszukani. Wraz z dwoma Szwedkami i parą z Belgii jedziemy pickupem wzdłuż rozlewiska przez 4 godziny, wraz z krótkim postojem w Reynes. Po drodze widzimy dwa aligatory i liczne ptaki. W wiosce Santa Rosa jemy obiad i podjeżdżamy na przystań. Tam po długim oczekiwaniu wreszcie wyruszamy. Razem z nami jedzie nasz przewodnik i kucharka. Po drodze do naszego obozu widzimy mnóstwo aligatorów, parę kajmanów, żółwie, liczne ptaki (w tym rajskie) oraz małpy, które karmimy bananami. Można popływać z delfinami, odstraszające podobno kajmany i aligatory. Po smacznej kolacji wyruszamy na nocne łowy. Oglądamy świecące się oczy, a nasz przewodnik łowi małego aligatora, którego później wypuszczamy. Śpimy na materacach, pod moskitierami.

Po śniadaniu wyruszamy na poszukiwanie anakondy. Po krótki marszu przez wysokie trawy docieramy do rozlewisk, gdzie podobno żyją te zwierzęta. Brodzimy po kolana w błocie. Widzimy mnóstwo ptaków i łeb jakiegoś węża. Po obiedzie i sjeście płyniemy na połów piranii. Łapiemy jedną piranię, klika małych rybek i trzy z kolcami. Zjemy je później usmażone na kolację. Chętni mogą pływać. Wieczorem płyniemy do zatoki, gdzie przechadza się stadko kapibar (największe gryzonie na świecie), a potem oglądamy przepiękny zachód słońca. Wieczorem nasz przewodnik, Roberto, opowiadał nam o zwyczajach anakond, walce z nimi (podobno należy je ugryźć - ludzka ślina jest dla nich trująca), a także o tym, jak bardzo są płochliwe. Mówił też o parku Alto Madidi, który ponoć jest niesamowitym miejscem.

Następny dzień zaczynamy o 5.30 - płyniemy, aby słuchać głosów ptaków i obejrzeć wschód słońca nad pampą. Po śniadaniu płyniemy w górę rzeki i oglądamy z bliska aligatory i kajmany (ciemniejsze, o trochę innym kształcie ), niebieskawe ptaki i kapibary. Po obiedzie wracamy do cywilizacji. Po drodze spostrzegamy płynącego węża. Nasza łódź natychmiast zawraca, a przewodnik, wraz z drugim, z innej łódki, wyciągają węża z krzaków... Nasz wąż to kobra.

Łódka psuje się nam kilkakrotnie, ale w końcu dopływamy do wioski i wracamy do Rurrenbaque. Chcemy kupić bilety do Trinidadu, ale wszystko jest już zamknięte. Na kolację średnia pizza (22 boliwiano) i smaczne, miejscowe piwo (8 boliwiano).

02.08.2000 wstajemy wcześnie, aby zdążyć na autobus, ale gdy docieramy na dworzec, okazuje się, że kurs do Trinidadu jest jutro o 3 rano, a bilet kosztuje aż 140 boliwiano (wczoraj mówiono nam, że 75 boliwiano). Postanawiamy więc polecieć samolotem. Musimy czekać do otwarcia biura wojskowych linii TAM. Udaje się nam kupić ostatnie dwa bilety na 8.30 (320 boliwiano + 5 boliwiano za dojazd na lotnisko i 10 boliwiano za nadbagaż, ponad 15 kg). Czekamy w miejskim parku. Po zjedzeniu wspaniałej melby (11 boliwiano) jedziemy autobusem do Areopuerto Rurrenbaque. Wygląda ono dość dziwnie, jak na lotnisko. Pas startowy jest trawiasty, ochrona przeciwpożarowa to jedna gaśnica, a bagaże wnoszone są ręcznie. Musimy jeszcze zapłacić 6 boliwiano opłaty lotniskowej i 1 USD podatku lokalnego. Wreszcie przylatuje nasz opóźniony samolot. Po 50 minutach lotu (trochę trzęsie) jesteśmy na lotnisku w La Paz. Taksówka za 30 boliwiano zawozi nas na główny dworzec autobusowy. Kupujemy bilet na nocny autobus do Cochabamby (20 boliwiano). Bagaże oddajemy do przechowalni (2 boliwiano) i ruszamy na miasto. Wypłacam dolary z bankomatu, a o 21.30 już jedziemy.

Droga jest dobra, a autobus wygodny. O 5.30 jesteśmy w Cochabamba. Znajdujemy hotel Elisa w pobliżu dworca (30 boliwiano za pokój z łazienką, 15 bez łazienki). Po krótkim wypoczynku wychodzimy obejrzeć miasto, trzecie co do wielkości w Boliwii. Na ulicy Calle Ayacucho S-259 znajduje się sklep ze zdrową żywnością Coincoca, w którym - jak sama nazwa wskazuje - sprzedaje się głównie różnorakie wyroby z koki: liście (2 boliwiano za torebkę), ekstrakt (10 boliwiano), maść do nacierania (8 boliwiano), pastę do zębów, wino, gumę do żucia i inne. W mieście nie ma zbyt wielu atrakcji, więc odwiedzamy kawiarnię internetową (6 boliwiano/godz.) i restaurację. W czasie sjesty wszystko jest zamknięte i dopiero po południu ożywa. Kupujemy bilet do Sucre (15 boliwiano). Za pokój liczą nam tylko po 25 boliwiano (byliśmy część doby).


Nasz autobus wyrusza o 19.30. Droga szybko przestaje być asfaltowa, wjeżdżamy w góry. Trzęsie tak, jakby ktoś specjalnie podkładał kamienie pod koła. Po drodze czeka nas kolejna kontrola policyjna. Nad ranem jesteśmy na miejscu. Decydujemy się jednak jechać dalej, do Potosi i przesiadamy się na autobus do tego miasta (15 boliwiano). Przejeżdżamy przez centrum Sucre - konstytucyjnej stolicy Boliwii. Miasto wygląda bardzo ładnie. Nasz autobus jedzie dobrą, asfaltową drogą, wijącą się przez suche, puste góry.

Około 10.00 docieramy do Potosi. Jedziemy taksówką do hotelu Felcar (pokój ze wspólną łazienką - 20 boliwiano od osoby). W naszym hotelu mieści się także biuro podróży i tam wykupujemy wycieczkę do kopalni srebra i cyny na następny dzień (cena nominalna 10 USD=62 boliwiano, utargowaliśmy do 40 boliwiano). Jutro zaczyna się trzydniowe święto narodowe Boliwii, dlatego zwiedzać kopalnie można tylko rano. Po krótkim odpoczynku idziemy zwiedzić miasto. Chcę znaleźć bank, niestety, przewodnik Pascala po raz kolejny okazuje się niezbyt dokładny - bank znajduje się w całkiem innym miejscu niż na mapce w książce. Odwiedzamy katedrę, dawną mennicę królewską Casa Real de la Moneda (wstęp do środka 10 boliwiano, fotografowanie 10 boliwiano, filmowanie 10 boliwiano, na szczęście na dziedziniec można wejść za darmo i na tym poprzestajemy). W mieście podobają nam się kolonialne kamieniczki. Odwiedzamy rynek artystów ludowych - można tu kupić swetry z alpaki (55 boliwiano), ładne czapki (20 boliwiano), wyroby ze srebra. Przyjemnie zaskakuje nas wieczorem pogoda. Choć jesteśmy na wysokości 4070 m n.p.m., to jednak jest cieplej niż nad jeziorem Titicaca

93.jpgRankiem wyruszamy na wycieczkę do kopalni. Dostajemy stosowny ubiór - żółte kurtki, gumiaki kaski. Najpierw jedziemy na rynek górniczy, gdzie zaopatrują się pracownicy kopalń. My kupimy dla nich podarki - do wyboru są liście koki (wraz ze specjalnym skamieniałym popiołem - 10 boliwiano za sporą torbę), papierosy, 97-% spirytus, dynamit i amonit (paczka za 10 boliwiano ). Potem jedziemy do kopalni. Spotykamy kobiety "palliri" - wdowy po górnikach, zajmujące się odzyskiwaniem srebra ze starych odpadów. Widzimy pokaz wysadzania skał dynamitem. Dostajemy lampy - karbidówki i schodzimy wraz z naszym przewodnikiem, byłym górnikiem, do wnętrza kopalni. Próbujemy, jak smakują liście koki. Żuje się je wraz z kawałkiem popiołu, gdyż zawarte w popiele substancje wydobywają z liści substancje czynne. Po chwili szczęka drętwieje - jak podczas znieczulenia u dentysty - i czuje się wyraźny przypływ energii. Zgięci w pół, posuwamy się wąskim chodnikami. Z powodu święta nie ma zbyt wielu pracowników. Pracują oni ręcznie - wykuwają otwory pod dynamit, a potem wysadzają skały (wybuchy są o 13.00, a głośne stukanie kilofami ostrzega przed wchodzeniem w rejon detonacji). Przewodnik opowiada nam o kopalni - znajduje się w niej 40 żył srebra o długości do 5 km, grubości od 5 cm do 5 m i wysokości do 800 m. Po wydobyciu cały urobek jest wywożony taczkami. Kopalnia jest spółdzielcza, każdy ze współwłaścicieli sam w niej pracuje i zatrudnia pomocników, kupuje liście koki i dynamit. W ciągu 2 tygodni zarobek całej grupy to około 1000 boliwiano. Spotykamy górników w różnym wieku - zarówno 65-latka, jak i pomagającego ojcu 10-latka. Obdarowujemy ich koką i papierosami, a dzieciakowi dajemy cukierki. Zwykle pracę zaczyna się tu w wieku 12 lat. Spotykamy także grupę pracującą w sposób bardziej nowoczesny - mają młoty pneumatyczne i elektryczne lampy.

Na koniec schodzimy na sam dół do bożka El Tio. Łączy on w sobie indiańskich bogów i chrześcijańskiego diabła, jest właścicielem kopalni i jej minerałów. Górnicy składają mu ofiary w postaci liści koki i papierosów (gdy je wypala, to dobry znak). Na korytarzach kopalni wiszą małe flagi - pozostałość po obchodach rytuału quaracu. W czasie karnawału, 23 maja i 1 sierpnia, składane są ofiary dla starożytnej bogini ziemi Pachamamy oraz dla El Tio. Zabija się wtedy lamę, a jej krwią spryskuje na szczęście zabudowania kopalni i jej korytarze. Po oddaniu dla El Tio resztek naszych zapasów koki i papierosów wychodzimy na powierzchnię. Wracamy do miasta, gdzie właśnie kończą się obchody święta narodowego. Idziemy obejrzeć przepiękną fasadę kościoła św. Wawrzyńca (Iglesia de San Lorenzo) oraz miejscowy targ.

Następnego dnia jedziemy autobusem do Uyuni. Chociaż wsiedliśmy do autobusu przed biurem firmy transportowej, to on i tak jedzie na miejscowy dworzec. Tylko po to, abyśmy zapłacili opłatę za korzystanie z dworca, na którym nawet nie byliśmy.... Po zatankowaniu (dlaczego nigdy nie można zrobić tego przed wyruszeniem w trasę?) jedziemy dalej. Droga jest kiepska, ale krajobrazy przepiękne - różne kolory skał, zielone i czerwone, stada lam i alpak, przepiękne wąwozy quebrada. Zatrzymujemy się na krótki postój w biednej wiosce, na środku której znajduje się ogrodzona drutem kolczastym antena satelitarna i panele słoneczne, dostarczające prąd. W końcu docieramy do celu.

Na środku kompletnego pustkowia, na równinie, znajduje się Uyuni. Do zimnego i wietrznego Uyuni wjeżdżamy około 18.00. Chcemy jechać taksówką do hotelu Tunupa, ale w końcu kierowca zawozi nas do Hotelu Avenida. Za pokój dwuosobowy ze wspólną łazienką musimy z góry zapłacić 20 boliwiano. Na szczęście od 7.00 do 20.00 jest prysznic z ciepłą wodą, co w tych warunkach daje jedyną możliwość kąpieli. W pobliskiej agencji Tunupa Tours wykupujemy wycieczkę do Salar de Uyuni i dalej do granicy z Chile (75 USD + 5 USD za wstęp do Parku Narodowego, wycieczka z powrotem do Uyuni 70 USD). Gdy idziemy na kolację do pizzerii (pizza 20-25 boliwiano, herbata 2 boliwiano, piwo 9 boliwiano), grzeją piecyki gazowe. W nocy nie jest nawet tak zimno. Za to następnego ranka czeka nas niespodzianka - w łazience umywalkę pokrywa lód. Mimo wszystko biorę ciepły prysznic.

Mamy wyjechać o godzinie 11.00. Idziemy do biura emigracyjnego - tam za jedyne 15 boliwiano wbijają nam pieczątkę wyjazdową z Boliwii. Potem długo czekamy na wyjazd i ruszamy dopiero po 12.00. Z nami jest pięć Francuzek oraz drugi samochód Włochów. Naszym kierowcą, przewodnikiem i kucharką za razem jest Indianka, ciągle żująca liście koki. Pierwszym punktem wycieczki jest składowisko starych, parowych pociągów. Robi naprawdę duże wrażenie. Potem jedziemy przez rezerwat wikunii - dzikich krewniaczek lam, bardzo płochliwych, podobnych do saren. Oglądamy kopalnię soli i wreszcie wyjeżdżamy na Salar de Uyuni, mijając przy wjeździe sklep z tandetnymi rzeźbami solnymi.

Jedziemy przez niesamowitą białą pustynię, aż docieramy do hotelu w całości wykonanego z soli (nocleg kosztuje 20 USD za noc z wyżywieniem). Obok znajduje się równie dziwny pałac z soli, jeszcze w budowie. Po dość skromnym posiłku jedziemy dalej. Docieramy do wyspy Pescado (Wyspa Ryby), nazywanej tak od jej kształtu. Żyją tam wiskacze, gryzonie, wyglądające jak skrzyżowanie królika z małym kangurem, a ściślej - z kangurzym ogonem. Teren całej wyspy porastają ogromne kaktusy, o przedziwnych kształtach. Intensywnie niebieskie niebo, biały salar i brązowo-zielona wyspa tworzą wspaniałe widoki.

Następnie udajemy się pod wygasły wulkan Tunupa, do hotelu o tej samej nazwie, gdzie spędzimy noc. Przy brzegu gnieżdżą się stada flamingów. Przed kolacją idziemy obejrzeć mumię na wzgórzu i wracamy już po ciemku. Posiłek jest znowu raczej skromny, co nie przekonuje nas zbytnio do organizatora naszego wyjazdu. Wstajemy o 6.00 rano, żeby obejrzeć wschód słońca, ale to pokazuje się dopiero po 7.00. Jest zimno, zamarzają nawet słone sadzawki.

94.jpgPo, tradycyjnie już, niezbyt obfitym śniadaniu wyruszamy dalej. Po opuszczeniu solniska wjeżdżamy do bazy wojskowej, gdzie musimy pokazać paszporty. Zatrzymujemy się, aby obejrzeć z daleka czynny, dymiący wulkan i zniszczone przez erozję skały wulkaniczne. Mijamy kilka lagun z dużymi stadami ptaków. Przy jednej z nich zatrzymujemy się, aby z bliska podziwiać flamingi czarne i czerwone. Przy brzegu jest cuchnące błoto boraksowe. Po opuszczeniu laguny wjeżdżamy do Parku Narodowego. Znowu spotykamy wiskacze. Mijamy płaty śniegu i docieramy do skały Salvadora Dali (San Piedro), wyrzeźbionej przez wiejący w tym miejscu z dużą siłą wiatr. Jeszcze trochę jazdy po wertepach i docieramy do Laguna Colorado. Opłacamy bilet do parku (30 boliwiano), kwaterujemy się i już robi się za ciemno, aby zrobić zdjęcie w tym przepięknym miejscu. Szkoda. Czerwona woda jeziora jest przepiękna.

Jest bardzo zimno, porywisty wiatr jeszcze pogarsza sprawę. Śpimy wszyscy w jednym pomieszczeniu, w "hotelu" pokrytym falistą blachą. Na kolację, po długim oczekiwaniu, dostajemy "spagetti", czyli makaron z cebulą i kawałkami mięsa.


09.08.2000 wstajemy o 6.00 rano. Ubieramy się i pakujemy w ciemności. Na dworze jest bardzo zimno. Jedziemy do gejzerów, a właściwie fumaroli. Z ziemi wydobywają się kłęby gorącej pary, z jednego z otworów leci ona jak z czajnika, a w wielu bulgocze błocko. Grzeję ręce w kłębach pary. Dopiero po wschodzie słońca robi się cieplej. Następnym etapem naszej wycieczki są ciepłe źródła, zasilające zatokę jeziora. Dzięki temu temperatura wody utrzymuje się tam na poziomie 30 st. C. Można moczyć nogi, oglądając liczne ptaki, gnieżdżące się w pobliżu. Po zjedzeniu śniadania ruszamy dalej. Mijamy ogród skalny, czyli ostańce rozrzucone na piasku. Przejeżdżamy obok Laguna Blanca i docieramy do Laguna Verde, położonej u podnóża wulkanu. Ma ona zielonkawy kolor, a o 11.00 ma nastąpić magiczna zmiana koloru, spowodowana tym, że wiatr zmienia ułożenie skał na dnie. Niestety, nie jest nam dane zobaczenie tego zjawiska. Musimy jechać na granicę Chile. Jestem wściekły. Oczywiście, potem okazuje się, że można było jednak poczekać...

Posterunek graniczny to jeden budynek na środku pustkowia. Można tam podbić paszport, co kosztuje mniej niż w Uyuni (5 boliwiano). Po pewnym czasie podjeżdża minibus, zabierający turystów do San Pedro de Atacama. Na początku droga jest piaszczysta, w pewnym momencie pojawia się jednak asfalt. To znak, że przekroczyliśmy już granicę. Jak powiedział nasz kierowca: "Witajcie w cywilizacji".

Znowu w Chile

09.08.2000 około południa wjeżdżamy ponownie do Chile z Boliwii. Jadąc od granicy elegancką, asfaltową szosą widzimy po drodze Salar de Atacama. Przed wjazdem do wioski San Pedro de Atacama musimy poddać się kontroli. Szczegółowo sprawdza nasze plecaki SAG, a wcześniej znowu musieliśmy wypełnić deklaracje. Szukają owoców i produktów zwierzęcych. Na szczęście jesteśmy już kolejną grupą i kontrola jest dosyć pobieżna (miałem przecież liście koki z Boliwii i skórę węża z Peru!).

Po dojechaniu do wioski szukamy jakiegoś miejsca do spania. Ceny są jednak wysokie (nawet 15-42 USD od osoby) i dopiero po pewnym czasie znajdujemy hotel Florida za 6 USD od osoby, na ulicy Tocopilla. Nie jest zbyt ładny, ale może być. Wymieniamy pieniądze (1 USD = 525 peso przy wymianie gotówki i 1 USD = 515 peso za czeki podróżne). Jest tu sporo agencji turystycznych, oferujących wycieczki w podobnych cenach (np. gejzery 5000 peso, Cordillera Sal - 3000 peso). My decydujemy się na wyjazd do Cordillera Sal, czyli do Doliny Śmierci i Doliny Księżycowej. Kupujemy jeszcze za 1000 peso bilety na autobus do Calama (wyjazdy 8.00, 14.00 i 18.45). Nasza wycieczka zaczyna się o 15.00.

Najpierw oglądamy Dolinę Śmierci - położona w Kordylierze Solnej, zbudowana z piasku przemieszanego z solą, jest całkowicie pozbawiona życia - nie ma tu nawet owadów. Z jednego ze wzgórz roztacza się niesamowity widok na boliwijskie Altiplano i wulkan, który wcześniej oglądaliśmy przy Laguna Verde. Potem podziwiamy także wspaniały widok na Dolinę Księżycową. Wreszcie zjeżdżamy do samej doliny. Najpierw krótka wycieczka do jaskini solnej, potem podziwiamy skały wyrzeźbione przez wiatr, zwane "Trzema Mariami", i dawną kopalnię soli (raczej taką sobie...). Na sam koniec jedziemy do "Lustra", ogromnej wydmy. Wspinamy się na nią i przechodzimy na skałę, z której widać jak na dłoni całą dolinę. Czekamy na zachód słońca. Padające światło barwi okoliczne góry na niesamowite kolory. Zejście po zboczu kilkunastometrowej góry piachu to także ciekawe przeżycie. Około 19.00 jesteśmy z powrotem. Idziemy na targ, gdzie sprzedawane są różne wyroby rzemieślnicze, głównie sprowadzane z Peru i w związku z tym znacznie droższe. W restauracji jemy menu dnia za 2000 peso. W nocy dobija się do nas właścicielka hotelu, aby pobrać pieniądze za nocleg...

Następnego dnia leniuchujemy, chodzimy trochę po mieście i wreszcie o 14.00 wsiadamy do autobusu do Calama. Jest on pusty, mamy też mnóstwo miejsca na nogi. Po ciasnych pojazdach z Peru I Boliwii jest to dla nas bardzo miłe uczucie. Droga wiedzie przez pustynię. Po prawie półtorej godziny jazdy autobusem docieramy do miasta Calama. Chcieliśmy kupić od razu bilety na autobus do Antofafagasty, ale okazało się to nie takie proste. Tanich biletów (1800 peso) już nie ma, a inne są drogie. Wreszcie udaje się nam znaleźć tanie bilety linii Flota Barrios (2000 peso). Zamieszkujemy w hotelu Residencial Tono (8 USD za czysty pokój ze wspólną łazienką). W pobliskiej kurczakarni posiłek kosztuje 1600 peso (ćwiartka kurczaka + frytki), zaś napój 450 peso.

Następny ranek zaczynamy od przenosin do hotelu Residencial Splendid. Wydawało się, że jest on ładniejszy od poprzedniego, ale szybko okazuje się to iluzją. Jest w każdym razie tańszy (6 USD od osoby). Po przeprowadzce jedziemy do Chuquicamata obejrzeć kopalnię miedzi. Łapiemy colectivo taxi i za 700 peso jedziemy piękną drogą w pożądanym kierunku. Dojeżdżamy do biura, gdzie organizuje się wycieczki po kopalni. Za wejście daje się "co łaska" na pomoc dla biednych dzieci. Przed rozpoczęciem zwiedzania (o 10.00) mamy jeszcze czas na odwiedzenie miasta. W centrum stoi ogromna ciężarówka, taka, jaka przewozi rudę w kopalni. Przed wyjazdem oglądamy w biurze film o kopalni - jest to największa kopalnia odkrywkowa na świecie, a Chile posiada 20% światowych złóż rud miedzi. W dwóch różnych procesach z 1 T rudy uzyskuje się 10 kg czystej miedzi.

Wreszcie dostajemy kaski i wyruszamy. Najpierw, oczywiście, do "dziury" w ziemi o głębokości 400 m. Po tarasach wspinają się z trudem ciężarówki. Potem obwożą nas po reszcie kopalni, niestety, bez wysiadania. Widzimy ogromne zbiorniki z kwasem. Dość komiczny jest widok "zwykłej" ciężarówki przewożącej jedną oponę od "dużej" ciężarówki. Wizyta w kopalni trwa w sumie 1,5 godziny.

Wracamy do Calama. Korzystam z pralni (1000 peso/kg) i Internetu (1000 peso/godz.). Wieczorem w mieście jest ciekawie - tłumy chodzą po głównym deptaku, odbywa się jakiś koncert. Do obiadu piję miejscowe piwo, całkiem przyzwoite (0,5 l za 700 peso).

96.jpgNastępnego dnia wyjeżdżamy o 11.30. Jedziemy przez pustynię Atacama i mijamy Zwrotnik Koziorożca. Po drodze jeszcze widzimy transport części do ciężarówek z kopalni, który zajmuje całą jezdnię, oraz liczne opuszczone miasteczka górnicze, gdzie wydobywano saletrę. W pewnym momencie następuje ostry zjazd w dół i dojeżdżamy do celu. Pogoda w mieście Antofagasta jest inna niż na pustyni - jest mglisto i chłodno. Zamieszkujemy w hotelu Rawaye (3000 peso od osoby za noc), o niezbyt wysokim standardzie. Od razu kupujemy bilety do Santiago za 12000 peso (drogo, porównując z ceną przejazdu Santiago-Arica). Zwiedzamy miasto - oglądamy replikę Big Bena na pięknym głównym placu (w XIX w. była tu duża kolonia Anglików ), stare molo saletrzane i linię kolejową z Calama oraz ładny, XIX-wieczny dworzec. Poza tym robimy zakupy w supermarkecie (np. puszka tuńczyka za 450 peso, banany 250 peso/kg, lód Magnum 600 peso).

Następnego dnia przy głównej plaza trwają uroczystości, akademia z udziałem dzieci. Po południu wsiadamy do autobusu do Santiago. Jest miło, wygodne siedzenia, magnetowid. Na jednym z postojów dochodzi do kłótni, gdy chcemy coś kupić w barze, a obsługa konsekwentnie mnie ignoruje. Po 19 godzinach jazdy przez pustynię, 14.08.2000 o godzinie 10.30 znowu jesteśmy w stolicy kraju. Taksówka z terminalu San Borja do rejonu tanich hotelu kosztuje nas 2500 peso.

Tu znajdujemy hotel Olicar za 3500 peso od osoby za noc. Jest to stara kamienica, przerobiona na hotel. W środku jest całkiem przyjemnie, choć okolica nie wygląda za dobrze. Niedaleko znajduje się stacja metra Los Heroes, skąd za 220 peso dojeżdżamy do centrum. Spacerujemy główną ulicą Alameda, oglądamy pałac prezydencki La Moneda, gdzie w czasie zamachu Pinocheta zginął prezydent Salvador Allende. Można przejść przez podwórzec pałacu. Stąd niedaleko do Plaza de Armas, z katedrą i pomnikiem Pedro de Valdivia, konkwistadora i założyciela miasta. Jemy w miejscowym McDonaldzie (1800 peso za zestaw) i korzystamy z Internetu (1600 peso/godz.). W supermarkecie kupuję miejscowy alkohol pisco na prezent. Wieczorem do hotelu przychodzi policja z rytynową kontrolą.

Następnego dnia idziemy wzdłuż rzeki Mapucho, przechodzimy przez most (rzeka nie jest zbyt imponująca...) i wchodzimy na wzgórze św. Krzysztofa (San Cristobal). Można tam także wjechać kolejką linową lub autobusem. Na górze jest sanktuarium Matki Boskiej i kościół. Rozciągają się stąd wspaniałe widoki na pobliskie, ośnieżone góry i zasnute mgłą i smogiem miasto. W drodze powrotnej mijamy stragany z rękodziełem (dość drogo). Zakupy robimy jednak na targu Santa Lucia, niedaleko wzgórza o tej samej nazwie (miedziana płaskorzeżba - 2500 peso, skórzany bukłaczek 2000 peso). Potem jeszcze kawiarenka internetowa (1000 peso/godz.) i zakupy w supermarkecie (jacyś pijaczkowie kupują wino marki wino - w takiej dzielnicy się zatrzymaliśmy...).

95.jpg16.08.2000 to ostatni dzień naszej podróży. Jedziemy metrem do centrum. Tam łapiemy specjalny autobus na lotnisko (jeżdżą co 10 minut, 750 peso w jedną stronę, 1500 w obie, około 30 minut jazdy). Po wydaniu ostatnich pieniędzy na śniadanie (zestaw w hamburgerowni za 1690 peso) wsiadamy do samolotu. Na szczęście nie musimy uiszczać opłaty lotniskowej - jest wliczona w cenę biletu. Po dość twardym międzylądowaniu w Buenos Aires, lecimy nad deltą La Plata. Wyraźnie widać wypalanie ogromnych połaci lasu w Brazylii.

17.08.2000 lądujemy we Frankfurcie. Gdy już udaje się nam odnaleźć właściwy terminal w tym molochu, wsiadam do samolotu do Warszawy. Lądowanie około 12.30 na Okęciu kończy naszą wycieczkę.

Do zobaczenia Ameryko Południowa...


Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.zoch.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;