|
|
|
|
|
Autor: Jacek Żoch
|

04.10.2003 wyruszyłem wraz z dwójką kolegów do Bangkoku. Najpierw polecieliśmy małym samolocikiem do Wiednia ( Tyrolean Airlines ). Lotnisku w stolicy Austrii jest malutkie, odlecieliśmy stamtąd z opóźnieniem samolotem linii Lauda Air do celu naszej podróży . Podróż była długa i dość męcząca, monitorek przy moim siedzeniu się zepsuł. Nad ranem czasu miejscowego byliśmy na miejscu. Po odstaniu w długiej kolejce do odprawy - wreszcie byliśmy w Tajlandii. W skądinąd czystej toalecie na lotnisku dumnie paradował karaluch. Wymieniliśmy pieniądze ( 1 $ = 38,32 B ). Za 100 B pojechaliśmy turystycznym autobusem. Wysiedliśmy gdzieś na KhaoSan Road i rozpoczęliśmy poszukiwania hotelu. Dość szybko zdecydowaliśmy się na Ninth Charoen Hotel -120 B za osobę w trzyosobowym pokoju wydało się nam ceną dość znośną. Musieliśmy odespać podróż. Źle znosiłem zmianę klimatu - wilgotne, lepkie powietrze, gorąco, spuchnięte ręce. Dopiero po południu wyszliśmy na ulicę. Tajskie jedzenie za kilkadziesiąt bathów zaspokoiło nasz głód. Postanawiamy pojechać do chińskiej dzielnicy. Niestety to niedziela i najwygodniejsze na tej trasie promy kursują dość rzadko. chcemy złapać tuk-tuka ( taka miejscowa odmiana rikszy motorowej ),ale za 30 B, chce nas najpierw obwieźć po sklepach. Po bezowocnych poszukiwaniach innego taniego tuk-tuka wsiadamy do miejskiego autobusu nr 1 przy pałacu królewskim i za 3,5 B dojeżdżamy na miejsce. Odwiedzamy pagodę ze złotym Buddą ( 10 B ), trochę włóczymy się po okolicy . Wieczorkiem idziemy na Patpong. Dwie główne atrakcje tej okolicy to targ, gdzie można kupić różne pamiątki i podróbki markowych ciuchów, czy zegarków oraz różnego rodzaju lokale "erotyczne". Bary go-go, pokazy "Patpong show" ( strzelanie z banana, gaszenie świeczek itp. ). Wszędzie młode dziewczyny zaraz otaczają mężczyznę i namawiają go na kolejne piwo ( 60 B ). Wracamy tuk-tukiem za 65 B. Na ulicy Khaosan duży ruch - transwestyci ( których tu jest mnóstwo ) pokazują swoje wdzięki, namawiając do skorzystania z ich usług. Następny dzień zaczynamy od śniadania ( 80 B ). Jedziemy za 150 B tuk-tukiem do ambasady Birmy. Docieramy na miejsce około 11 i niestety jest to już dość późno. Kolejka jest spora, a urzędnicy obsługują petentów powoli. Musimy wypełnić formularze, przykleić znaczki ( brakuje oczywiście kleju ). Niestety do przerwy o godzinie 12 nie udaje się nam dojść do okienka. Zapisują nas na listę i zamykają ambasadę. Chodzimy po okolicy ( oglądamy m in. pobliską hinduską świątynię, kupujemy pocztówki za 7B/sztuka i znaczki 15B + 5B prowizji sklepu ). Niedaleko ambasady znajduje się biuro podróży sprzedające bilety do Rangunu - 6200 B Mayanmar Airways, 7800 B Thai Airways. Po południu wpuszczają nas do ambasady. Choć jeden z kolejkowiczów ma stertę paszportów obsługa idzie sprawniej i oddajemy nasze paszporty do wizowania. Niestety po południu nie możemy już skorzystać z najszybszej ścieżki i na wizy poczekamy 2 dni ( 810 B ). Po wyjściu z ambasady postanawiamy się przejść trochę po mieście. Zwiedzamy park miejski, znajdujący się tuż za pomnikiem króla. Mam okazję podziwiać zbiorowy aerobik, który wydaj się być tutaj bardzo popularny. Zarówno w mniejszych grupkach, jak i bardzo zorganizowany, z prowadzącą stojącą na drewnianym podeście. W tym drugim przypadku wszystko zaczyna się od odśpiewania hymnu państwowego w postawie "na baczność" Wieczór postanawiamy spędzić w innej dzielnicy rozrywki - Sukumvit . Dojeżdżamy tam "sky-train" - supernowoczesnym pociągiem na poduszkach magnetycznych za 25 B. Sukumvit obfituje w liczne bary, zarówno "normalne", jak i go-go. Mnóstwo straganów z pamiątkami - zasuszone pająki i skorpiony, różnego rodzaju robaki do konsumpcji. Na Khaosan wracamy tuk-tukiem za 120 B. Odwiedzamy jeszcze klub ( piwo 60-65 B ). Obserwujemy poznanego wcześniej Szweda. Chodzi on dłuższy czas po ulicy w tam i z powrotem. Szuka "panienki". Ale większość prezentujących swoje wdzięki to transwestyci. Zastanawiamy się, jak to naprawdę jest z ta prostytucja tutaj. Ponieważ poszliśmy spać późno nie chce się nam wstać rano i wstajemy dopiero około 11:00 Na śniadanie jem zestaw z omletem, grzankami i kawą za 80B. Niestety zaczyna się typowa tropikalna ulewa - wygląda to jakby ktoś nieustannie wylewał z nieba wiadra wody. Właściwie nie ma co robić - można siedzieć w knajpce, pójść na internet ( od 30 B za godzinę ). Około 14:00 przejaśnia się na tyle, że możemy się ruszyć. Idziemy na przystań promową i wykupujemy objazd po kanałach za 700 B. Przejażdżka opóźnia się, bo trwają przygotowania do ceremonii przepłynięcia barki królewskiej i policja zamyka rzekę na jakiś czas. Pływamy sobie po kanałach - ogólnie wycieczka taka sobie, darowujemy sobie odwiedzenie farmy krokodyli i węży. Fajne jest przepłynięcie śluzą oddzielającą kanał od rzeki i obserwacja kąpiących się dzieciaków. Z powodu przygotowań do uroczystości kończymy naszą przejażdżkę niedaleko świątyni leżącego Buddy. Zwiedzamy ją ( 20 B ). Jest całkiem fajna, a ogromny posąg robi wrażenie. Zaczyna padać deszcz. Chronimy się na przystani promów. Tam ludzie czekają, aby móc obejrzeć próbne przepłynięcie barki królewskiej ( miejsca po 200-300 B ). Prawdziwe uroczystości mają się odbyć z okazji spotkania państw rejonu Pacyfiku 20 października. Trochę przeczekujemy deszcz i wracamy do hotelu. Moi koledzy idą na Patpong, a ja jem kolację ( smaczny ryż z kurczakiem za 80 B i cola 20 B ), idę sobie do klubu ( piwo Heineken po 65 B ). Jestem obiektem niewielkich zaczepek ze strony miejscowych panienek, ale je ignoruję :-) Idę spać. 08.10.2003 Rano chciałem iść sobie pozwiedzać, ale znowu pada. Odnoszę więc tylko moje rzeczy do prania ( 30 B/kg ). Idziemy na śniadanie, a mi udaje się gdzieś zgubić klucz od kłódki - musimy prosić obsługę hotelową o pomoc w jej przecięciu. Potem rezerwujemy bilety do Rangunu w "Educational Center" - 6000 B w obie strony, Myanmar Airlines. Jadę z Adamem do ambasady odebrać nasze wizy ( tuk-tuk 140 B ) - co w sumie udaje się załatwić dość sprawnie. Wracamy "express boat" za 10 B. Wieczorem idziemy z Jankiem na Patpong. Chcemy wpierw dojechać tam autobusem, ale po dość długim i bezowocnym oczekiwaniu na przystanku bierzemy tuk-tuka za 50 B do Siam Square, skąd jedziemy już "sky-train" na miejsce. Chodząc po miejscowym targu gubimy się trochę, ale udaje się nam odnaleźć. Zaczynamy odwiedzać miejscowe atrakcje. Idziemy do baru "go-go", ale takiego lepszego - dla biznesmenów. Piwo kosztuje 75 B, goście to rzeczywiście głównie biznesmeni pracujący w Tajlandii - ucinamy sobie pogawędkę z Australijczykami. Potem odwiedzamy kolejne atrakcje. Jest tam kilka tzw. salonów masażu, czyli domów publicznych. Wreszcie lądujemy w innym barze. Piwo kosztuje tu 80 B. Największe zainteresowanie wzbudzają Japończycy - ustawia się do nich kolejka chętnych dziewczyn. Do nas też przysiadają się dwie dziewczyny. Stawiamy im piwo i tzw. "tajską whisky" ( bardzo rozcieńczoną ). "Moja" dziewczyna ma 27 lat, jest z północy, w Bangkoku pracuje już kilka lat. Noc z nią to wydatek 2000 B + 500 B odstępnego dla baru, jeżeli wyjdzie się przed godziną 2:00. Dziewczyny mówią nam, że średnio mają jednego klienta tygodniowo. Do tego prowizję od drinków. W sumie miesięcznie wyciągają około 15000 B. Część zarobków wysyłają na północ rodzinie. Janka "dziewczyna" jest bardziej wymagająca i musi on stawiać jej drinki - ja w zasadzie nie. Siedzimy wspólnie i rozmawiamy aż do godziny 2:00, czyli zamknięcia lokalu. Wracamy na Khaosan. Znowu transwestyci, prostytutki, obserwujemy tym razem Holendra spacerującego po ulicy w tą i z powrotem .... Na stoisku ulicznym kilka dziewczyn i jeden trans sprzedają różne smażone robaki. Dają nam spróbować, kupujemy konika polnego za 10 B. Po krótkiej konwersacji, proponują nam siebie.... Dostajemy nawet adres e-mail od jednej z nich, gdybyśmy chcieli się zdecydować. Wracamy do hotelu i idziemy spać. 09.10.2004 Poranek jest dość pogodny. Odbieramy bilety na samolot, jemy śniadanie i kupujemy bilety na autobus na lotnisko (najtańszy kosztuje 50 B ) . Musimy jechać o 15, bo o 16 zamykają drogę w związku z przygotowaniami do szczytu APEC. . Postanawiam zwiedzić pałac królewski. Zapamiętałem go z poprzedniego pobytu w Bangkoku, jako kwintesencję azjatyckiego stylu - kapiący od złoceń i ozdóbek. Bilet wstępu - 200 B. Niestety mam krótkie spodenki, więc muszę pobrać miejscowe ( bezpłatnie, depozyt 100 B ). Oglądam pałac królewski i główną świątynię ze świętym posążkiem szmaragdowego Buddy. Wracam do hotelu, pakujemy się i jedziemy na lotnisko. Jest duży ruch i korki. Odprawa przebiega sprawnie, musimy uiścić 500 B opłaty wylotowej. Lecimy wspólnym rejsem Mayanmar Airways i Thai Airways ( dobrze, że nie kupiliśmy droższego biletu na tajskie linie ) - lot przebiega sprawnie, serwują dobre jedzenie, na pokładzie nie ma zbyt dużo pasażerów. Rozdają nam sporo formularzy, które musimy wypełnić i oddać przy odprawie. 02.11.2003 Wracam do Bangkoku z Birmy. Odprawa przebiega sprawnie, za 100 B jadę na Khaosan. W tym samym hotelu, co poprzednio chcą 300 B za noc w jedynce z łazienką - nie chce mi się szukać innego miejsca - zostaję. Mam chęć zjeść jakieś "normalne" jedzenie - jem w Burger King za 140 B. Potem jeszcze Internet, rozmowa na temat biletów na następny do Ubon Rachatani, piwko w knajpce i idę spać. 03.11.2003 W nocy nie spałem najlepiej - budziła mnie głośna muzyka. Po śniadaniu znowu idę na Internet, a potem chcę kupić bilety, ale okazuje się, że są z tym problemy. Nie ma miejsc w pociągu sypialnym. W końcu decyduję się jechać autobusem do Ubon Rachatani za 650 B. Mam chęć kupić nowy obiektyw do aparatu, ale w końcu rezygnuję. Zostawiam w hotelu w przechowalni część moich rzeczy ( ceny to 15 B/do wieczora, 30 B/cały dzień, 70 B/tydzień ). Jadę taksówką do Pantip Plaza ( 60 B ). Jest to ogromny budynek, gdzie handluje się komputerami, elektroniką, grami itp. Można kupić pirackie płyty z muzyką po 120 B/CD, programami komputerowymi za 130 B/CD i filmami po 150 B/CD. Po obejrzeniu tej ogromnej " giełdy komputerowej" trochę chodzę po okolicy Siam Square. Wracam promem pływającym po rzece. Korzystam z Internetu i jem kolację. Potem idę do agencji, gdzie kupiłem bilet. Zawożą na dworzec autobusowy ( północno - wschodni ) minibusem mnie i pewną turystkę jadącą do Chiang Rai. Tam kierowca minibusa wręcza mi bilet na autobus wart 369 B ( !!! ). Przed odjazdem zdążam jeszcze coś zjeść w KFC. Autobus jest wygodny, ma klimatyzację ( jest tak zimno, że dają kocyki do nakrycia się ), po drodze serwują zimne napoje i ciasteczko. Po drodze jest jeden postój, puszczają na wideo jakiś film ( ale przerywają w połowie :-) ). Ogólnie podróż jest bardzo miła, drogi bardzo dobre. 04.11.2003 Rano o 5:30 jesteśmy na miejscu, dostaję chusteczkę odświeżającą. Autobus jedzie jeszcze dalej, ja jadę tuk-tukiem ( 50 B ) na dworzec autobusowy. Tam akurat udaje mi się złapać przerobioną ciężarówkę jadącą do jakiejś miejscowości ( 20 B ) , gdzie po chwili czekania jest następna ciężarówka do Chong Khong ( 25 B ). Rano jest dosyć zimno. Granica jest już otwarta. Musze szukać Immigration po obu stronach. 08.11.2003 Znowu w Tajlandii, na tym samym przejściu granicznym. Proponują nam taksówkę do Ubon Rachatani za 700 B. Są też bezpośrednie autobusy do Bangkoku za około 400 B. Decydujemy się jechać miejscowymi autobusami ( pierwszy to ciężarówka, drugi to prawdziwy autobus ) za 25+20 B. Dojeżdżamy pod stację kolejową. Szwajcarzy jadą do Kambodży, ja kupuje bilet sypialny do Bangkoku za 431 B, Irlandka - siedzący. Idziemy na bazar coś zjeść. Po drodze kupuję kartę telefoniczną ( w 7/11 ) za 50 B i próbuję dodzwonić do Austrian Airlines, ale nikt nie odbiera. Na bazarze kupuję tylko banany ( 10 B za 1/2 kg ). Na stacji oddaję bagaże w przechowalni ( 10 B ) i biorę prysznic ( 3 B ). Jem zupkę z makaronem ( 25 B ) i piję colę ( 10 B ). Trochę rozmawiam z Irlandką, aż podstawiają pociąg. Odjeżdża z opóźnieniem - o19:45, zamiast 19:15. Wagon sypialny nie ma przedziałów, ale są zasłonki i dają pościel, materace, poduszeczki i kocyki. Pan z obsługi rozkłada i ściele wszystkie posłania. Śpię dość dobrze. Do Bangkoku dojeżdżamy z około godzinnym opóźnieniem, o 7:25. Ze stacji jedziemy autobusem nr 53 ( 3,5 B ) i potem jeszcze idziemy kawałek na piechotę, aby dotrzeć do Khaosan Rd. Irlandka idzie do znanego jest hoteliku, a ja poszukuję miejsca w paru miejscach, w końcu jednak decyduję się zostać w Ninth Cherone Guesthouse za 300 B. Po odświeżeniu się chodzę po turystycznym getcie, a potem postanawiam trochę pozwiedzać. Idę do "Golden Rock" - niedaleko od monumentu demokracji. Wchodzę na górę, buty trzeba zdejmować dopiero przed samym posągiem - inaczej niż w Birmie. Z góry roztaczają się całkiem fajne widoki. Potem idę w kierunku Vinamen Mansion. Ale przed pałacem królewskim trwają przygotowania do jakiejś parady wojskowej. Myślałem, że nie można zwiedzać historycznego pałacu i poszedłem sobie, ale chyba się myliłem. Po powrocie na Khaosan Rd chodzę wzdłuż ulicy i spotykam nieoczekiwanie Niemkę, z którą jeździłem po Birmie. Umawiam się z na piwo, a w trakcie rozmowy przy piwie obiecuję jej pokazać Bangkok "by night". Odbieram moje rzeczy z pralni ( zapłaciłem ponad 50 B, trochę tego było ). Wieczorem jadę znowu na Patpong - tuk-tuk ( 60 B ) i sky-train ( 15 B ). Trochę błądzimy, wreszcie zachodzimy na pokaz w lokalu, gdzie poprzednio byłem z kolegami - tylko 80 B/piwo ( gdzie indziej było nawet po 200 B ) Tam Karina spotyka jakiegoś Niemca z hiszpańską bródką i sobie z nim rozmawia. Ja obserwuję jak zabawia się pewien starszy jegomość - dziewczyny "robią mu dobrze", a on z małą latareczką ogląda ich miejsca intymne. Po skończonym pokazie jeszcze jedzonko w MC Donald`s, powrót taksówką ( 100 B - taksówkarz nie chciał wg licznika, bo już po północy, ale i tak nie wyszło drogo ). Szukamy jeszcze miejsca na wypicie piwa ( jest już po 2 w nocy i oficjalnie nie można sprzedawać alkoholu), i sprzedają nam je w barze w środku pewnego hotelu - małe / duże piwo 60 B / 80 B. Potem żegnamy się wylewnie ( z całuskami w policzek ;- ) z Kariną. Jeszcze chwile krążę po ulicy, a potem idę spać. 10.11.2003. W ostatni dzień w Bangkoku wstaję dość wcześnie - około 7:00. Po umyciu idę na śniadanie. Zamawiam sałatkę z tuńczyka - dają mi warzywa ( nawet nie przemieszane ), oddzielnie tuńczyka, majonez i sos vinegre . Sam sobie mam pomieszać. Dzwonię do linii lotniczych, aby potwierdzić mój lot, zostaje mi prawie cała karta. Płacę 300 B za dzień w hotelu ( będę w nim do 20:00 ) i kupuję bilet na autobus na lotnisko na 20:00 za 50 B. Niespodziewanie na ulicy spotykam Karinę - ostatni raz w Bangkoku ( pokazuję jej miejsce z tanim Internetem ). Idę do Vinamenek Mansion. Droga jest dość długa . Bilet wstępu kosztuje 100 B ( jeżeli się ma bilet z pałacu królewskiego - bezpłatnie, Tajowie - 75 B ). Główny budynek zwiedza się z przewodniczkami. Niestety zmieniają się one co chwilę, a z ich angielskiego mało rozumiem. Potem oglądam tajskie tańce ludowe ( bezpłatne, fotografowanie - 20 B ). Aby wejść do pałacu trzeba oddać plecak do przechowalni ( bezzwrotna opłata 20 B ), oraz zostawić tamże buty ( po budynku chodzi się w skarpetkach ). Vinamenek Mansion to największy na świecie budynek z drewna tekowego - zbudowany dla króla na początku XX w, potem zaniedbany, od 1982 roku pełni rolę muzeum. W środku można obejrzeć różne przedmioty należące do króla w tamtych czasach oraz trochę współczesnych, a także tron królewski. Potem idę do budynku tronowego, czyli właściwego pałacu królewskiego z początku XX w. Obecnie mieści się tam wystawa wyrobów rękodzieła pod patronatem królowej. Także trzeba zdjąć buty i zostawić plecak w przechowalni, ale tym razem bezpłatnie. Oglądam jeszcze wystawę regaliów królewskich oraz różnych pojazdów posiadanych przez króla - od "luksusowego" tuk-tuka do powozów konnych. Na tym kończę zwiedzanie kompleksu - jest tam jeszcze parę budynków do odwiedzenia, ale mniej ciekawych, a ja jestem zmęczony. Idę w kierunku Pantip Plaza i w końcu łapię tuk-tuka ( 50 B ). Na miejscu chcę kupić jakiś program komputerowy. Jednak tym razem sprzedawcy się pochowali ( nalot policji ? ) i nie ma gry, którą chciał mój bratanek. W końcu kupuję Max Payne 2 za 200 B ( 2 CD ). Wracam tuk-tukiem - tylko za 20 B, bo z odwiedzeniem sklepu ( a właściwie zakładu, gdzie szyją gotowe ubrania ). Chcą 500 B za ubranie z kaszmiru ( 2 dni robocze na wykonanie ). Całkiem ciekawe doświadczenie - w sklepie przesiedziałem z 15 minut ( o tyle prosił kierowca ), a z uwagi na duży ruch cała podróż zajęła mi około 40 minut. Robię ostanie zakupy na KhaoSan Road - chipsy, tradycyjna piłka, T-shirt. Nic poważniejszego nie kupiłem, bo albo było drogie, albo mi się nie podobało. Na chwilkę idę na Internet, kąpię się, pakuję i opuszczam hotel. Chcę coś jeszcze zjeść, ale przygotowywanie hamburgera trwa dłużej niż myślałem, więc płacę tylko za colę ( 20 B ) i rezygnuję z reszty - bałem się, że się spóźnię na autobus. Na lotnisku jestem około 21:00. Jem w Burger Kingu ( muszę wyciągnąć pieniądze z bankomatu ). Na szczęście nie mam żadnych problemów z bagażem, choć ważył ponad 21 kg. Robię zakupy w sklepie wolnocłowym ( tajska whisky 150 B, perfumy Hugo Boss 1900 B, wódka 14$, owoce dragon-fruit 150 B ). Troszkę późno wchodzę do samolotu, bo terminal jest daleko ( ogromne jednak to lotnisko ). Za mną siedzą Polacy z dzieckiem ( ale mają obce paszporty ). Lot przebiega OK, nawet trochę śpię. Niestety nie widać świateł Rangunu, ale rozświetlony Bangkok z góry wyglądał fajnie. 11.11.2003. Rano oglądam ładnie oświetlony Budapeszt. Punktualnie przylatujemy do Wiednia. Już przy wychodzeniu z samolotu oglądają nasze paszporty. Zapominam wziąć moich notatek i biletu na dalszą podróż. Nie mogę się wrócić do samolotu, ale miłą pani z obsługi mi je przynosi. Czekam na samolot do Warszawy i ponownie oglądam małe lotnisko. Ceny w sklepach nawet niższe niż w Bangkoku, ale mały wybór. Samolot do Warszawy jest niewielki, nie ma bezpłatnego posiłku. Wreszcie w listopadowy poranek docieram do domu.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.zoch.pl
|
|
|
|
|