|
|
|
|
04.11.2003 Przy przechodzeniu do Laosu muszę zapłacić 50 B za "stempel graniczny". W banku na przejściu granicznym wymieniam pieniądze - 50 $ po kursie 1$ = 10250 Kip. Po załatwieniu formalności idę na postój autobusów ( a dokładniej przerobionych ciężarówek ) i taksówek. Czekam, aż zbierze się odpowiednia liczba chętnych do podróży autobusem. Ponieważ jednak ludzi nie ma zbyt wielu, decyduję się na przejazd współdzieloną taksówką. Muszę zapłacić podwójną stawkę, bo wraz z bagażem zajmuję tyle miejsca, co dwóch Laotańczyków ( przynajmniej według. kierowcy :-) ), czyli 20 000 Kip. Ja siadam z przodu, a z tyłu upycha się pięć kobiet. Tak dość dobrą drogą dojeżdżamy do Pakse. Tam biorę tuk-tuka na dworzec południowy ( 8 km za miastem ) za 8 000 Kip. Udaje mi się od razu złapać ciężarówkę do Hat Xai Khun za 25 000 Kip. Droga jest nowa, bardzo dobrej jakości. Wysiadam na przystani łódek, pływających na wyspę Don Khong do wioski Muang Khong. Przepłynięcie kosztuje 5 000 Kip. Na przystani spotykam Niemców, którzy namawiają mnie do współudziału w przejażdżce łódką następnego dnia ( koszt całości to 20$, mój udział to 8$ ). Chyba się zdecyduję. Płyniemy na wyspę. Wynajmuje pokój w Dong Khong Guesthouse z łazienką za 5$ ( bez łazienki 4$ ). Biorę kąpiel, a potem chodzę po niewielkiej wiosce. Na kolację jem stek, piwo i szejk z papai za 21 000 Kip. Jeszcze trochę chodzę, wsłuchując się w głos cykad, a potem rozmawiam z Niemcami, którzy sporo podróżowali, zwłaszcza po południowo-wschodniej Azji. Idę spać. 05.11.2003 Wstaję dość wcześnie, aby o 7:000 zjeść naleśnikai na śniadanie ( Niemcy jedzą ... zupę ). O 7:30 wyruszamy. Płyniemy Mekongiem przez krainę Czterech Tysięcy Wysp ( Si Phan Don ), czyli rozlewiska rzeki, aby dotrzeć do wyspy Don Khon. Tam oglądamy mały wodospad ( Tat Somphamit ). Przed wejściem do wioski trzeba wnieść opłatę - 5 000 Kip. Potem idziemy do starej lokomotywy - pamiątki po jedynej linii kolejowej w Laosie zbudowanej przez Francuzów ( bo statki nie mogły przebyć wodospadów na Mekongu, a trzeba było transportować towary na trasie Sajgon - Vientiane ). Potem chwilę idziemy szlakiem starej linii kolejowej, ale Niemcowi dalej iść się nie chce, więc zawracamy. Płyniemy łódką do miejscowości Ban Nakasang, a stamtąd samochodem Niemców jedziemy do dużego wodospadu ( Khon Phapheng ) - opłata za wstęp 5 000 Kip. Robi duże wrażenie. Siedzimy trochę w knajpce niedaleko wodospadu, popijając piwo ( 8 000 Kip ) i gadając. Proponują nam ryby ( mają ich dużo w zamrażarce ), ale się w końcu nie decyduję na jedzenie. Wracamy do Hat Xai Khun. Tu miała czekać na nas łódka, ale jej nie ma. Nie wiem, czy jej kierowca nie zdążył dopłynąć, czy nas oszukał ( bo już mu wcześniej zapłaciliśmy 20$ ). Niemcy odjeżdżają do Pakse, a ja stoję na przystani. Inni przewoźnicy proponują, że mnie przewiozą za 15 000 Kip. Wreszcie o 14:30 zjawia się "moja" łódka i mnie zawozi na wyspę. Odpoczywam, troszkę chodzę po wyspie. Jem sajgonki ( 7 000 Kip ). Zamawiam miejscowy przysmak - rybę gotowaną na parze w liściu banana ( 10 000 Kip ). Na przygotowanie tej potrawy trzeba czekać godzinę. Troszkę spaceruję, a potem wracam, aby zjeść przygotowana rybę - bardzo smaczną. Do posiłku piję lao-lao, czyli miejscowy bimber pędzony z ryżu ( 2 000 Kip ), całkiem dobry... Potem w hotelu wypijam jeszcze BeerLao ( 8 000 Kip ) i idę spać. Naprawdę miło spędzony dzień. Następny postanawiam poświęcić na objazd wyspy na rowerze. Po śniadaniu ( banana pancake - w sumie za dwa takie śniadania 2 700 Kip ), wypożyczam rower ( 1 000 Kip za cały dzień ) i jadę. Dzieci po drodze pozdrawiają mnie "sabaidi" i ja im odpowiadam. Mijam szkołę, a przed nią mnóstwo zaparkowanych rowerów. Troszkę błądzę na bocznej drodze, ale za to spotykam tam ciekawie wyglądających sprzedawców obwoźnych ( oczywiście na rowerach ). Główna droga jest prawie cała asfaltowa, oprócz niewielkich odcinków ( głownie chyba mostków ? ) . Trwają właśnie żniwa. Kobiety zbierają go sierpami, w tradycyjnych kapeluszach, bardzo opatulone. Robię sobie przystanek w Muang Saen , piję colę ( 2500 Kip ) i wodę ( 1500 Kip ). Potem jadę dalej - częściowo nadal główną drogą, ale w miarę możliwości bocznymi dróżkami. Mijam po drodze stację benzynową ( o ciekawym wyglądzie, podobnych jest parę na wyspie. Wreszcie, zmęczony, troszkę spalony słońcem, docieram z powrotem do mojego hotelu. Niedaleko niego kupuję na prezent kawę laotańską ( 7 000 Kip za 1/2 kg ), a wcześniej odwiedzam Wat Jom Thong - najstarszą świątynię na wyspie, trochę zaniedbaną. Rozmawiam chwilę z młodym mnichem. Na kolację jem tym razem grilowaną rybę z ryżem. Zamawiam też sałatkę z papai, ale ta okazuje się na tyle ostra, że nie udaje mi się jej zjeść całej. Za to wszystko i piwo do płacę 34 000 Kip. . Troszkę spaceruję, wypijam jeszcze jedno piwo i zmęczony idę spać .... 07.11.2003 W nocy nie śpię najlepiej. Nie czuję się dobrze. Po wczorajszej jeździe bolą mnie mięsnie, pośladki ( wąskie siodełko w rowerze ), mam chrypkę ( efekt picia zimnych napojów ). Pakuje się i opuszczam hotel. Chcę dzień spędzić na wyspie Don Khon. Udaje mi się złapać łódkę tamże za 3$ ( 30 000 Kip ). Chyba kursują regularnie, a w restauracji za mostkiem można zasięgnąć wszelkich informacji. Najpierw docieramy do maleńkiej wyspy Don Det. Jednak nie chcę tam zostać i płynę dalej. Na miejscu "łapie" mnie na motorze właściciel jednego z hotelików. Za pokój z prywatną łazienką negocjuję cenę 25 000 Kip ( z 25 000 Kip ). Pokój bez łazienki kosztuje 10 000 Kip. Muszę wykupić bilet za chodzenie po wiosce ( za wiaduktem kolejowym, przed wiaduktem można bezpłatnie ) za 5 000 Kip. Postanawiam przejść się wzdłuż linii kolejowej. Ale szybko zaczynają się takie chaszcze, że rezygnuję i idę przez pola do dróżki. Tą ścieżką dochodzę do miejsca, skąd odpływają łodzie. Ale jest jeszcze za wcześnie na oglądanie delfinów, więc tylko się trochę opalam na "plaży". Wracam do wioski, jem zupę z makaronem ( 6 000 Kip ), chodzę po wsi itp. - nudzę się i na dodatek nie czuję się najlepiej. Po południu postanawiam pooglądać delfiny, więc wracam na "przystań". Negocjuję cenę 35 000 Kip + 5 000 Kip dla kambodżańskiej straży granicznej. Ale delfiny udaje się napotkać jeszcze w Laosie, więc wymuszam zwrot owych 5 000 Kip. Delfiny obserwuję z daleka - gdy wynurzają się czasami. Widowisko jest jednak fajne. Wracając płyniemy przez niesamowicie wyglądający zalany las ( jest koniec pory deszczowej, poziom wody jest wysoki ). Na kolację jem świeżo złowioną, grilowaną rybę, cenę udaje mi się obniżyć z 20 000 Kip do 10 000 Kip. Wracam spać. Ściany są w pokoiku cienkie, słyszę sąsiadów. Moi sąsiedzi także chcą następnego dnia płynąc do Ban Nukasang, więc za łódkę zapłacimy 25 000 Kip/ 3. Śpię średnio. Następnego ranka o 7:00 płyniemy na stały ląd. Po około 20 minutach jesteśmy na miejscu ( 8 000 Kip ). Tu jest już ciężarówka do Pakse za 20 000 Kip ( płacę 100 B i dostaję 5 000 Kip reszty ). Z nami jedzie żołnierz i jacyś Koreańczycy ( chyba ), którzy robią sobie zdjęcia z bronią żołnierza. Przed samym Pakse przesiadamy się do tuk-tuka, który za 3 000 Kip dowozi nas do centrum ( stacja autobusowa jest poza miastem ). Jem śniadanie w indyjskiej knajpce - fajnie, ale dość drogo ( omlet - 4 000 Kip, banana lassi - 6 000 Kip, kawa - 3 000 Kip ). Potem jeszcze idę na pocztę i wysyłam wreszcie kartkę, która kupiłem jeszcze na pierwszej wyspie ( znaczek kosztuje 3 000 Kip ) . Spod poczty jadę tuk-tukiem za 3 000 Kip na miejsce, skąd odjeżdżają autobusy do granicy. Tam już jeden czeka - cena 7 000 Kip ( płacę 30 B ). Po dłuższej chwili ruszamy. Razem ze mną podróżuje trójka Szwajcarów i Irlandka. Po około godzinie jesteśmy na miejscu. Musimy uiścić opłatę za przekraczanie granicy poza godzinami urzędowania - 10 000 Kip lub 50 B lub 1 $. Mimo oporów płacimy i bez problemów przechodzimy na stronę tajską.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.zoch.pl
|
|
|
|
|