Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Zanzibar - zapachy Afryki
1.jpgNa Zanzibarze zmienia się poczucie czasu, miejsca i rzeczywistości. Najbardziej utkwiły mi w pamięci zapachy. Każde miejsce zapamiętuję poprzez wspomnienie zapachu. Tam właśnie jest tego całe bogactwo, choćby z tego powodu warto przyjechać do Zanzibaru.

Powietrze jest ciepłe, duszące, odurzające. Już pierwsze spotkanie, na drodze do miejsca - raju na ziemi, to soczyste ananasy sprzedawane na straganie, które pachniały jak wonne kwiaty, mieszanka słońca, lasu, ziemi. Jechałam z Alim, który już w drodze pozwalał się cieszyć całym bogactwem egzotyki. Sam był bardzo egzotyczny. Urodził się na Zanzibarze i nigdy go nie opuszczał. Był bardzo bystry, prowadził jednocześnie wielowątkową rozmowę, pokazywał po drodze miejsca, które warto odwiedzić na dłużej, mówił o rodzinie, o dziecku które właśnie mu się urodziło i Reshadim, jego pracodawcy, o policji, która nas zatrzymała, mówił o zwyczajach, jakie tu panują, o tym, że dwa miesiące temu zaczął się uczyć angielskiego. Śmiał się przy każdej wypowiadanej kwestii. Zatrzymywał się, aby zerwać liście z drzew. Właściwie nie dawał się nudzić ani chwili. Droga była wyboista, kręta i długa, ale czas płynął szybko.

Bajkowy widok w miejscu, które było naszym celem, wioska Jambiani, zaparł mi dech. Kolor oceanu był granatowy, piesek biały, szum morza, malutkie, niebieskie chatki nad samym brzegiem oceanu i wielkie łoża przed każdą chatą na plaży. Trzcinowy parasol. I oczywiście palmy. Proste, ale nic więcej nie trzeba.

Zapach kokosu. Na powitanie sok kokosowy, słodki i chłodny. Nikt się nie narzuca z gościnnością. Czuję się swobodnie. Kolacja. Przychodzi sam gospodarz, Reschad, proponuje kolację, w tym kilka smakowitych dań z owoców morza. Zamawiam wszystko co jest. Zapach morza - lobster, tak przygotowanego na grillu, na samej plaży nigdy nie jadłam. Ośmiornice na grzance, czerwone kraby - samo wspomnienie powoduje wzmożony apetyt. Leżymy na łóżkach przed chatami, wieczór jest ciepły. Postanowiłam spać na zewnątrz. Noc jest piękna. Nigdy nie obserwowałam tylu gwiazd na niebie tuż nad głową. Co kilka minut widzę jak któraś spada, z radością wymyślam różne marzenia. Po piasku chodzą kraby - małe i duże. Daleko słychać uderzenia oceanu o rafę - jest odpływ.

2.jpgRano, gdy się budzę, wszystko zmienia się, jakby z innej bajki. Fale szumią tuż przy łóżkach, kraby pouciekały. Brzegiem morza idą kobiety z koszami na głowach. Niosą czerwone banany. Czerwone banany rosną tylko na Zanzibarze. Są grube, krótkie, ale niezmiernie słodkie i mają mocny aromat. Zaraz po przebudzeniu idziemy na spacer brzegiem oceanu. Przypływ oceanu powyrzucał ogromne ilości muszli. Są duże, wielkości dłoni, a także całe mnóstwo małych, pięknych porcelanek. Te porcelanki lubię zbierać, przywożę je do Polski, czasem daje komuś sympatycznemu w prezencie. Często przywożę muszle, piasek, suszone rośliny, czerwoną ziemię. Ziemię i piasek przechowuje w małych karafkach. Kiedyś niania moich dzieci zrobiła kotlety i obtoczyła je w piasku z plaży zanzibarskiej. Piasek był tak delikatny i miałki, że była pewna, iż w kuchni na półce stoi mąka.

Na wieczór zamawiamy lobstery, które już w południe "przyjechały" do Coco Beach. Reshad przyprawił je tajemniczymi przyprawami, kiedy zapytałam, jakimi, odpowiedział: zanzibarskimi. On jest najlepszym kucharzem, jakiego poznałam. Zakradłam się do kuchni, a tam odbywały się czary Reshada. Kuchnia to zadaszone podwórko pomiędzy niebieskimi chatami z dużym, kamiennym stołem i ogromnym grillem, na półkach stoi kilkadziesiąt pojemników z przyprawami: świeżymi, mielonymi i płynnymi; noże - małe, grube, maczety. Reshad maczetą odrąbał głowę wielkiej rybie red snapper - jej łuski są czerwone. Potem posypał ryby ziołami, lobster polał płynem. Rozcieram zioła w dłoni - zapach jest korzenny, egzotyczny. Jest ciepło, na twarzach widać pot tropikalny, z grilla bucha dym, zioła pachną jak narkotyk.

Nie mogę się doczekać kolacji. Reshad nic nie mówi. Wracam do jadalni, która ma wystrój domu rybackiego, jest w niej też wiele starych książek w różnych językach, znowu słoje z ziołami. Przez otwarte drzwi roztacza się widok na plażę i ocean.

3.jpgPrzychodzi Ali - bardzo dobry kierowca, idąc wygląda jakby tańczył. Gdy zatrzymał się, jego biodra pozostawały cały czas w ruchu. Afrykańczycy nie potrafią stać w bezruchu. Ali proponuje spacer po wiosce Jambiani. Wioska jest niewielka, położona wzdłuż brzegu oceanu. Domy zbudowane są z ociosanej rafy koralowej, pomalowane na biało, dachy pokryte makuti - trzciną palmową. Kobiety ubrane są w dwie kangi: jedna służy jako spódnica, a druga, taka sama, jest zarzucona na głowę i dookoła szyi, okrywa też ramiona. Ja też jestem w długiej kandze, nie wypada odsłaniać nóg - wszyscy tu to muzułmanie. Wszyscy chodzą boso, ja nie mogę. Na ziemi leżą muszle i kaleczą stopy.

Kobiety siedzą na progu domów, w drzwiach wiszą kolorowe koce. Mieszkańcy pozdrawiają nas, dzieci biegną za nami, na szczęście mam cukierki, dostaję w zamian pachnące kwiaty. Ali chwyta mnie za rękę, idziemy bez słowa, uśmiechnięci, na czele pochodu dzieci. Kobiety przed domem suszą trawę morską, która jest uprawiana w oceanie. Wszystkie rodziny żyją z tego, co daje ocean: ryb, krabów, lobsterów i trawy morskiej - to najcenniejszy składnik kremów i innych kosmetyków.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy dom Alego. Jego mała córeczka miała umalowane czarną henną oczy. Ali bardzo dumny z dziecka, wziął je na ręce i unosił nad głową, potem podał mi i wtedy zrobiono nam "rodzinne" zdjęcie. Żona Alego poczęstowała mnie winem palmowym.

Następnego dnia pojechaliśmy na plantacje. Stare chaty, bujne ogrody, każda roślinka, każde drzewo to przyprawa, lekarstwo, afrodyzjak. Znowu zapachy: goździki, cynamon, pieprz, wanilia, imbir, kardamon... Tu dowiedziałam się o działaniu wielu przypraw: korzeni, kory drzew, liści, kwiatów, owoców. Wracałam z koszem pełnym roślin, na głowie miałam upleciony kapelusz z liści bananowca.

Teraz wyjazd do Kamiennego Miasta. Miasto z Baśni Tysiąca i jednej nocy. Kobiety w czadorach, tylko ich piękne, czarne oczy zdradzały wielki powab, czasem na mój uśmiech odpowiadały tajemniczo puszczonym oczkiem. (...)

Miasto to całe bogactwo tajemniczych uliczek, malutkich sklepów, w których można kupić starą biżuterię, antyczne bibeloty, robione ze srebra, kości, kamienia i drewna. Zapach staroci, jak ze starej, babcinej szafy. Kupiłam srebrną szkatułkę, etui na Koran.

4.jpgKoran to święta księga, nie może jej w ręce brać "brudna" kobieta - kiedy ma okres, nie można dotykać rękoma po odbytym stosunku lub po dotknięciu intymnych miejsc, na Koranie nie może leżeć żaden przedmiot, inna książka. Muzułmanie darzą Koran ogromnym szacunkiem.

Na lunch poszliśmy do Two Table - miejsca, gdzie w prywatnym mieszkaniu gospodarz Salim przygotowuje stół i gotuje miejscowe specjały. Jedzonko jest wspaniałe, podaje 7-8 potraw. Takich nigdzie nie można dostać w restauracji. Umówiliśmy się wcześniej, że będziemy w 6 osób. Początkowo Salim nie chciał przyjąć naszej rezerwacji, ale kiedy powiedziałam, że tylko dziś możemy, jutro wyjeżdżamy, wyznaczył nam godzinę. Kiedy przyszliśmy, otworzył nam drzwi w białej podkoszulce, szeroko uśmiechnięty i serdecznie nas powitał. Stół przygotowany był w głównej części mieszkania, a zarazem sercu życia rodzinnego. Czuliśmy się początkowo skrępowani, ale kiedy zauważyliśmy, że nikt na nas nie zwraca uwagi, napięcie opadło i zrobiło się bardzo domowo. Salim rozmawiał z żoną lub jedną z żon, bo kobiet było wiele. Dzieci zabawiały się, najstarsza kobieta robiła coś na szydełku, zerkając na telewizor.

Kolacja była wyśmienita, a atmosfera sprawiała, że czuliśmy się jak w teatrze. Nie do końca wiemy czy byliśmy aktorami czy widzami. Za posiłek, po którym trudno było wstać do stołu, zapłaciliśmy 5 USD od osoby. Gdybym mogła, zaraz poszłabym do Salima - Two Table. Co za smaki! Sosy kokosowe, soki avocado mieszane z mango, ryba, samosa ostra i pikantne curry, chapati i już nie pamiętam, co jeszcze. Palce lizać.

Następnego dnia Ali odwiózł nas do portu, na statek MT Mapenduzi, którym popłynęliśmy wraz z wieloma tubylcami i ich dobytkiem: kurami, kozami, tobołkami i malutkimi dzieciaczkami na pobliską wyspę Pembę.

Będąc już w Polsce, otrzymałam pocztą przesyłkę: w dużej kopercie był lniany woreczek, a w nim różne, lekko przesuszone kwiaty. Przesyłka była od Rashida z Coco Beach. Mailem poinformował mnie, że są to: jaśmin, karkuma, oleander, a z nich robi się perfumy.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć



 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2010 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;