Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Moje spotkania z Sulawesi (Celebes)
1.jpgKiedy patrzymy na mapę Indonezji, pierwszą wyspą, która zwraca na siebie uwagę, jest Celebes, czyli Sulawesi, jak nazywana jest oficjalnie w Indonezji. Jej centralne położenie wśród pozostałych wysp archipelagu indonezyjskiego, charakterystyczny kształt, przypominający skorpiona, czerwony i żółty kolor zaznaczonych pasm górskich i stożków wulkanicznych (11 aktywnych), a także nazwy otaczających wyspę mórz: Banda, Celebeskie, Moluckie i Flores, intrygują oraz pobudzają wyobraźnię. Zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, że historia wyspy jest nierozerwalnie związana z kolonialnym handlem przyprawami korzennymi i wielkimi odkryciami geograficznymi.

Celebes nadal jest jednym z czołowych na świecie producentów goździków, gałki muszkatołowej, orzecha kokosowego i kopry, kakao, wanilii oraz kawy. Zajmuje powierzchnię niewiele mniejszą od Wielkiej Brytanii (228 tys. km kw.), ale jego długość z północy na południe wynosi ponad 2000 km!

Ale nie plantacje przypraw tropikalnych czynią Sulawesi tak interesującym celem podróży. Przede wszystkim Sulawesi posiada unikatową w skali światowej faunę i florę tropikalną. Występują tutaj endemiczne gatunki zwierząt i roślin, nieznane w innych częściach tropików, a nawet na sąsiednich wyspach archipelagu indonezyjskiego. Do takich zwierząt zalicza się: miniaturowy (wielkości psa) leśny bawół Anoa, dzikie świnie Babirusa, z zawiniętymi górnymi siekaczami, przypominającymi rogi przechodzące przez skórę pyska, kolorowe dzioborożce, workowate niedźwiedzie Kuskus, miniaturowe (wielkość 12 cm) małpki naczelne Tarsius, bezogoniaste czarne makaki oraz ptak Maleo zakopujący jaja w pobliżu gejzerów na terenach wulkanicznych, zapewniających stałą temperaturę. 62 proc. ssaków żyjących na Sulawesi to endemiczne okazy na tej wyspie, podobnie jak 88 proc. ptaków.

2.jpgW gęstych dżunglach Sulawesi możemy znaleźć jadalne figowce, pierwotne paprocie "żelazne", które są prawdopodobnie jednymi z najstarszych roślin na Ziemi (ok. 130 mln lat), czarne storczyki, odmiany grzybów nie występujące na innych wyspach, wielkie żółto-czarne motyle, szybujące powoli pomiędzy drzewami, oraz setki nigdzie indziej nieznanych owadów.

Podmorski świat u wybrzeży Celebesu daje możliwość pływania pomiędzy tysiącami kolorowych ryb na rafach koralowych, ocenianych jako jedne z najpiękniejszych na świecie. Tam też złowiono trzy egzemplarze ryb kościoostnych, uznawanych za pływające skamieliny. Na Celebesie składają jaja olbrzymie żółwie skórzaste (Dermochelys coriacea), można tam spotkać krokodyle słonowodne (4-6 metrów długości), czy też największe stawonogi świata - kraby kokosowe. Jest to także miejsce występowania jednego z największych węży świata, 10-metrowego pytona cętkowanego oraz miniaturowego węża turkusowego, który nazwę wziął od jaskrawego koloru skóry.






Według potwierdzonej na podstawie najnowszych badań teorii XIX-wiecznego podróżnika i przyrodnika brytyjskiego, sir Alfreda Russela Wallace'a, przyczyny różnic pomiędzy fauną i florą Celebesu a sąsiednich wyspami archipelagu wiążą się z wcześniejszym oddzieleniem się wyspy od pozostałej części pralądu australoazjatyckiego, które mogło nastąpić około 30 mln lat temu. Na podstawie badań wykonanych podczas wieloletnich podróży po archipelagu w drugiej połowie zeszłego stulecia wykreślił on obowiązującą do dzisiaj tzw. Linię Wallace'a, która oddziela wyspy Bali od Lomboku oraz Borneo od Celebesu i stanowi granicę pomiędzy różnymi krainami zoogeograficznymi archipelagu. Plon pracy badawczej Wallace'a, obejmujący między innymi opisanie ponad 250 tysięcy nowych gatunków zwierząt, ptaków i owadów archipelagu, został ujęty w obszernej pracy pt. "Archipelag Malajski" (Malay Archipelago). Praca ta stanowi drugą najważniejszą, po Darwinowskiej "Historii pochodzenia gatunków", pozycję potwierdzającą teorię ewolucji, a także jest obowiązkową lekturą dla każdego badacza tego regionu świata.

3.jpgCelebes zamieszkiwany jest przez ponad 12 mln ludzi, reprezentujących około 40 grup etnicznych i językowych, różniących się tradycjami, kulturą i religią. Do największych należą grupy: Bugis (3,5 mln), Makassar (1,5 mln), Minahasa (1 mln), Gorontalo (1 mln), Mongodow (0,9 mln), Mandarese (0,5 mln) i Toraja (0,4 mln).

Wyprawy na Sulawesi udało mi się zrealizować w styczniu i czerwcu 2001 r. Pierwsza - na Sulawesi Południowe i do krainy Toraja [czyt. toradża]. Druga - na Sulawesi Północne, na tereny Minahasa.

Spotkanie pierwsze - Sulawesi Południowe i Tana Toraja

Makassar

Po prawie trzech godzinach lotu z Dżakarty indonezyjskimi liniami Garuda, wylądowaliśmy z kolegą na lotnisku w Makassar. Po czterdziestu minutach jazdy w taksówce znaleźliśmy się już w centrum miasta. Był wczesny ranek i miasto powitało nas czystym niebem i ładną, słoneczną pogodą. Po zameldowaniu się w hotelu ruszyliśmy na zwiedzanie miasta oraz na poszukiwanie środka transportu, który dowiózłby nas do położonej ok. 300 km na północ krainy Toraja - Tana Toraja.

4.jpgMakassar (od 1959 do 1998 roku nosił nazwę Ujung Pandang) jest największym indonezyjskim miastem na wschód od Jawy, stolicą prowincji Sulawesi Selatan (Celebes Południowy) oraz dużym portem oceanicznym, znanym od XIV wieku, stanowiącym "bramę" do wschodniej części Indonezji. Właśnie w Makassar dokonuje się przeładunku towarów i przesiadki pasażerów, płynących lub lecących z Sumatry, Jawy i Borneo na Wyspy Moluckie, Papuę oraz do niedawna Timor Wschodni. Jest to także ważny ośrodek biznesu w Indonezji. Zmysł handlowy jego mieszkańców jest ogólnie znany w archipelagu indonezyjskim.

Makassar odegrał bardzo ważną rolę w umacnianiu holenderskiego panowania nad archipelagiem. Tutaj znajduje się największa zachowana do dzisiaj w Indonezji twierdza holenderska, Fort Rotterdam, kontrolująca od XVII wieku Cieśninę Makassarską, którą przepływały szkunery wiozące przyprawy korzenne do Europy. W czasie drugiej wojny światowej Makassar stanowił centrum dowodzenia wojsk japońskich, operujących we wschodniej części Indii Holenderskich.


Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od twierdzy. Nawet dzisiaj grube, chociaż trochę zaniedbane mury robią wrażenie. Duża liczba okienek strzelniczych, wąskie przejścia dla wartowników, magazyny uzbrojenia, stare armaty wycelowane ciągle w morze, potężne bramy oraz budynki koszar dają wyobrażenie o potędze tego miejsca. Ze szczytu murów obronnych widać żurawie portowe nowoczesnego terminalu kontenerowego w Makassarze, a trochę bliżej maszty szkunerów, tzw. Bugisów lub Pinisi, które na tych wodach od ponad 200 lat stanowią podstawowy środek żeglugi przybrzeżnej. Ich nazwa wzięła się od grupy etnicznej Bugis, zamieszkującej Południowy Celebes i znanej od wieków ze swych umiejętności żeglarskich. To właśnie Bugisom, zarówno żeglarzom, jak i ich statkom, poświęcił Joseph Conrad wiele miejsca na kartach swoich książek.

Od twierdzy mieliśmy zamiar przespacerować się nadbrzeżnym bulwarem, o którym w Makassar mówi się, że jest "najdłuższą restauracją na świecie". A to stąd, że na ulicy o długości ponad jednego kilometra wieczorem pojawiają się ciasno ustawione wózki z jedzeniem. Niektórzy właściciele przywożą nawet rozkładane stoliki i plastikowe krzesełka. Wprost z wózków można skosztować potraw z całej Indonezji, od jedzenia z Padangu, potraw z Jawy Wschodniej i lokalnych specjalności, do larw, będących przysmakiem na Papui Zachodniej (do 1999 r. - Irian Jaya). Makassar słynie ze świeżych i doskonale przyrządzonych "owoców morza". Niestety, dalsze zwiedzanie miasta trzeba było odłożyć na później, a to ze względu na gwałtowne załamanie pogody i nagły ulewny deszcz.

Właśnie deszcz spowodował, że utknęliśmy w Makassarze na całe trzy dni. Przed wyjazdem ostrzegano nas, że pora deszczowa na Sulawesi Południowym nie ma sobie równych w całej Indonezji, ale stan faktyczny przeszedł nasze oczekiwania. Ściana deszczu utrzymująca się przez trzy dni to było coś, czego nie widziałem jeszcze podczas swojego siedmioletniego podróżowania po Indonezji. Praktycznie nie było możliwości pozostania suchym. Nawet krótkie wypady z hotelu do restauracyjek kończyły się przemoczeniem przy wsiadaniu i wysiadaniu z taksówki. Deszcz nie zmieniał swojej monotonnej melodii przez długie godziny. Potem ustawał na 5-15 minut i znowu spadała na ziemię olbrzymia masa wody. Miasto praktycznie zamarło. Kanały wylały swoją zawartość na ulice. Do tego doszedł silny wiatr przynoszący z każdym powiewem nowe fale deszczu.

5.jpgJak nas poinformowano na miejscu, mieliśmy podobno szczęście, bo taka pogoda może się utrzymywać w Makassarze od 7 do 10 dni! Dzieje się tak dlatego, że podczas pory deszczowej nad Celebesem wieje zachodni monsun niosący olbrzymie masy wody znad Morza Jawajskiego i Cieśniny Sundajskiej, a Makassar nie jest osłonięty przez leżące bardziej na zachód, ale też i na północ Borneo. Roczna średnia wielkość opadów w Makassarze wynosi ponad 3500 milimetrów!

Kiedy wreszcie czwartego dnia przestało padać (jasnego słońca nadal nie było widać), podjęliśmy natychmiastową decyzję, że jedziemy na północ, do Tana Toraja, schować się za wysokie stożki otaczające dolinę Torajów - może tam nie będzie padać?

Zrezygnowaliśmy więc z planowanego wcześniej wyjazdu do rezerwatu Lompobatang (100 km na południe od Makassar), słynącego z pięknych plaż i raf koralowych, oraz rezerwatu Bantimurung (50 km na wschód), znanego z malowniczych wodospadów i setek motyli. To właśnie tam Alfred Wallace łowił i opisywał nowe gatunki motyli tropikalnych.

Droga do Tana Toraja

Ze znalezieniem samochodu nie mieliśmy problemu. Styczeń nie jest szczytem sezonu turystycznego na Sulawesi, a więc nawet bez długiego targowania wynajęliśmy na trzy dni samochód z kierowcą za ok. 25 USD dziennie.

6.jpgTrzystukilometrowa droga do Rantepao, centralnego punktu wypadowego Tana Toraja, wiedzie wzdłuż zachodniego wybrzeża Południowego Sulawesi. Mija miejscowość Maros z przepięknymi wapiennymi formacjami skalnymi (tam też znajduje się najnowocześniejsza cementownia na świecie - PT. Semen Bosowa, obsługiwana tylko przez 50 osób). Pobocza drogi to małe wioski Bugisów i Makarese, z typowymi dla tych terenów domami na palach, często z kilkoma tarasami. Wybrzeże usiane jest skałami, grotami oraz ujściami wielu rzeczek. Po około trzech godzinach dojechaliśmy do rybackiego miasteczka Pare-Pare, położonego w zagłębieniu gór, otaczających je od wschodu. Tam też zaczęliśmy nabierać otuchy co do dalszej części wyprawy - nareszcie skończyła się mżawka i pojawiło się słońce.


W Pare-Pare zaczyna się też górzysta część drogi do Tana Toraja. Droga prowadząca przez pasmo górskie Latimojong, otaczające dolinę Torajów od południa, ma tylko 110 km, ale przejazd trwa ponad 6 godzin! Wspina się ona stromo na przełęcze, wije się pomiędzy szczytami. Ponieważ większość podróży przez góry odbyliśmy w popołudniowym słońcu, widok ciemnych gór, płynących na dnie dolin strumieni i mgieł oświetlonych nisko padającymi promieniami, tworzył niesamowitą grę świateł i kolorów. Piękne. Wśród wielu atrakcyjnych widoków jest też jeden dość nietypowy. W miejscowości Kalosi otwiera się widok tzw. "Góry erotycznej", która wyglądem przypomina żeńskie narządy płciowe. Nazwa ta nadana została 15 lat temu przez jednego z turystów włoskich, który zauważył nietypowy kształt wzgórza. Od tamtej pory jest to żelazny punkt zwiedzania Sulawesi Południowego. Na tarasie widokowym znajdują się dwie małe kafejki, gdzie można odpocząć przed dalszą drogą, odetchnąć świeżym górskim powietrzem i wypić filiżankę doskonałej miejscowej kawy "Arabica Kalosi", do której podaje się imbirowe ciasteczka.

Trzydzieści kilometrów dalej, na moście nad górskim strumieniem zobaczyliśmy ozdobną bramę w kształcie tradycyjnego domu Torajów i napis "Witajcie na Ziemi Torajów" (Selamat Datang ke Tana Toraja). Tego wieczoru dojechaliśmy jeszcze do Rantepao (dalsze 25 km), gdzie bez problemów znaleźliśmy hotel (ok. 6 USD za noc - poza sezonem) i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek po 10 godzinach jazdy.

Skalne grobowce i tradycyjny pogrzeb

7.jpgTradycje mieszkańców Tana Toraja są nierozerwalnie związane z filozofią "aluk to' dolo", co oznacza "drogę przodków". Trudno nazwać ich wierzenia religią, gdyż oficjalnie Torajanie są wyznawcami protestantyzmu zbliżonego do Holenderskiego Kościoła Reformowanego. Niemniej filozofia i tradycje odziedziczone po przodkach stanowią bardzo ważny element ich życia, a przede wszystkim śmierci. To właśnie w Tana Toraja istnieje niespotykana na terenie całego archipelagu malajskiego kultura śmierci. Śmierć, czyli w wierzeniach "aluk to' dolo" połączenie się z duchami przodków, jest najważniejszym wydarzeniem w rodzinie. Stąd też tak wielką wagę przykłada się do uroczystości pogrzebowych. Nawet po krainie Torajów krąży powiedzenie, że "dopiero po śmierci żyje się naprawdę dostatnio". Wynikać to może z faktu, że koszty pogrzebów powodują często zadłużenie całej rodziny na wiele lat. Oficjalne uroczystości odkłada się do momentu uzbierania odpowiednich środków. Rodzina przygotowuje uroczystości nawet wtedy, kiedy bliski zmarł na morzu lub daleko od domu i nie ma nawet najmniejszych szans na powrót ciała do rodzinnej wioski. A tradycja pogrzebowa nie jest prosta.

Zaraz po śmierci ciało zmarłego jest zawijane w wielowarstwowe całuny i przechowywane w specjalnym pomieszczeniu w domu, aż do nadejścia właściwego momentu do zorganizowania uroczystości pogrzebowych. W obecnych czasach nie trwa to dłużej niż kilka miesięcy. Z reguły większość pogrzebów odbywa się po zakończeniu zbioru ryżu, zbiegającego się ze szczytem sezonu turystycznego i przerwą wakacyjną w szkołach.

Kiedy nadejdzie czas uroczystości, na jednym z wioskowych placów lub starożytnych świętych miejsc buduje się wieżę w kształcie typowego domu Torajów, gdzie umieszczone zostają szczątki. Zaproszeni są z reguły wszyscy znajomi zmarłego, a biorąc pod uwagę małą społeczność Torajów (ok. 400 tys.) są to czasem bardzo liczne uroczystości.

Pogrzeb rozpoczyna się procesją gości, podzielonych według płci, wieku, pozycji w społeczności i stopnia spokrewnienia ze zmarłym. Potem odbywają się pożegnalne śpiewy z towarzyszeniem rytmu wybijanego przez kobiety w naczyniach do młócenia ryżu. Pogrzebom towarzyszą także pokazy tradycyjnej walki Torajów, walki na miecze i tańce. Najważniejszym jednakże elementem jest walka specjalnie hodowanych do tego celu biało-czarnych bawołów oraz rytualna rzeź bawołów i świń, których mięso dzielone jest pomiędzy wszystkich zaproszonych gości; a jak każe tradycja, każdy z gości musi być publicznie i indywidualnie poproszony do odbioru należnego mu kawałka mięsa. Podczas wspólnego posiłku konsumowane jest w dużych ilościach wino palmowe (tuak), które znakomicie ułatwia trawienie.

Po trwających ok. 3-7 dni uroczystościach, szczątki zmarłego zamykane są w specjalnie zdobionych trumnach, wykonanych często z jednego pnia drzewa, i przenoszone są do grot rodzinnych, wykutych w otaczających dolinę Torajów skałach. Taka ostateczna ceremonia nazywana jest "marszem zmarłego". Wejścia do grobowca strzegą wykonane z drewna figury "tau-tau", symbolizujące zmarłego.

Do jakiego stopnia obrzędy Torajów są tajemnicze i niezrozumiałe dla pozostałych mieszkańców Indonezji niech świadczy fakt, że do tej pory wierzy się na Jawie, iż dzięki czarnej magii trupy w Tana Toraja same odnajdują drogę do grobów. Wierzenia te doskonale zapobiegły napływowi przesądnych Jawajczyków do Tana Toraja, a także ograniczyły tam kolonialne wpływy holenderskie. Pierwsze urzędy administratorów Indii Holenderskich w Toraja zostały założone dopiero w 1906 r.

Zwiedzanie Tana Toraja rozpoczęliśmy wczesnym rankiem. Obudziły nas odgłosy ptaków, pianie kogutów i jaskrawe promienie słońca. Unoszące się nad polami poranne mgły zapowiadały ładną pogodę. Pierwszym celem była miejscowość Lemo (12 km od Rantepao), gdzie znajduje się największy w Tana Toraja cmentarz skalny wykuty w pionowej ścianie. Ściana w Lemo jest najlepiej oświetlona właśnie wczesnym rankiem. Dziesiątki figur "tau-tau", ustawionych na galeriach, rzucają długie cienie na pionową ścianę, przyglądając się nam z góry. Grobowce to wykute w ścianie pomieszczenia, często o pojemności 2-3 m sześciennych, w których spoczywają szczątki całej rodziny. Zamykane są one małymi, drewnianymi drzwiczkami. Transport trumien dokonywany jest przy pomocy lin i wysokich bambusowych drabin.

Prawo do wystawienia "tau-tau" mają tylko te rodziny, które zabiły co najmniej 24 bawoły na pogrzebach swoich bliskich. Nie wszystkie "tau-tau" w Lemo są stare. W 1985 roku miała miejsce masowa, zorganizowana kradzież figur. Zaginęły wtedy setki figur w całej Tana Toraja (część odnaleziono w prywatnych galeriach japońskich i amerykańskich). Zastąpiono je na koszt państwa nowymi. Łatwo to rozpoznać, gdyż drewno, z jakiego są wykonane, ma ciemnobrązowy kolor, który po pewnym czasie bieleje. "Tau-tau" z białymi twarzami (a więc te oryginalne), nie stanowią więcej niż jednej trzeciej wszystkich figur. Na tyłach cmentarza z "tau-tau" znajduje się ściana przeznaczona na pochówek biednych mieszkańców Toraja. Nie ma tam żadnej figurki, ale jest zdecydowanie więcej grot.

Następny punkt zwiedzania to królewskie groby niedaleko miejscowości Suaya (10 km od Lemo). One także umiejscowione są w pionowej skale, ale komory są zdecydowanie większe, a "tau-tau" bardziej ozdobne. Ostatni królewski pogrzeb odbył się w 1997 r. Uroczystości trwały 12 dni i w tym czasie zarżnięto 100 białych bawołów. W samym Suaya znajdują się także nietypowe groby niemowląt (należy szukać bambusowego gaju za wsią), które drążone są w pniu olbrzymiego drzewa, wydzielającego pewien rodzaj białej żywicy. Według wierzeń Torajów, niemowlęta należą do Matki Natury do momentu pojawienia się pierwszego zęba. Potem dopiero przynależą do ludzi. A zatem, w przypadku śmierci takiego małego dziecka, nie jest ono chowane w skałach, tylko właśnie w dziuplach tego gatunku drzew, których żywica kojarzy się z mlekiem matki. Zmarłe niemowlęta układane są w pozycji embrionalnej, a otwór zasłaniany jest matą z włókna palmowego. Wraz z upływem czasu drzewo rozpuszcza szczątki i zamyka dziuple, na korze zaś pozostaje tylko pionowa rysa. Drzewo w Suaya miało 8 otworów zasłoniętych matami i dziesiątki blizn.

Okolice Suaya to również plantacje jednej z najlepszych indonezyjskich gatunków kawy - Arabica Toraja. Obejrzeliśmy plantacje, a także magazyny kawowe, zbudowane w stylu tradycyjnych domów Toraja.

W Suaya trafiliśmy także na małą uroczystość pogrzebową, która odbywała się na placu wśród kakaowców. Po prostu zostaliśmy zaproszeni przez przechodzącą grupę osób w czerni niosących przywiązane do bambusów żywe świnie. Ponieważ w Tana Toraja zawsze trzeba się liczyć z obecnością na jakiejś uroczystości pogrzebowej, zawczasu zakupiliśmy tradycyjne prezenty - dwa bloki papierosów goździkowych i małą paczuszkę betelu, które przekazaliśmy wdowie po zmarłym.

8.jpgŚwinie zostały zabite bardzo szybko, jednym ciosem ostrego miecza w serce. Agonia nie trwała dłużej niż pół minuty. Odsączono krew (jest ona używana jako dodatek w kuchni torajańskiej), usunięto wnętrzności i rozpoczęto opalanie świń nad ogniskiem. Po oczyszczeniu ze szczeciny, najlepsze kawałki mięsa zostały odkrojone, zawinięte w kilka rodzajów liści i wepchnięte do młodych bambusów. Potem bambusy napełniono krwią i umieszczono je nad ogniem. Po ok. 20 minutach jedzenie było gotowe. Mieliśmy okazję spróbować - wyraźnie brakowało soli, ale po wypiciu sporej ilości tuaku nie miało to większego znaczenia. Pozostała część mięsa została zgodnie z tradycją podzielona pomiędzy gości. Nie była to duża uroczystość, ale i tak brało w niej udział ok. 250 osób. Duże wrażenie zrobiła na mnie grupa kobiet w czerni (wyglądają bardzo dostojnie z ogromnymi zawojami na głowach), które mniej były zainteresowane pogrzebem, a bardziej udzielaniem rad młodej mamie, karmiącej piersią parodniowego niemowlaka - ot, prawie że symboliczna zmiana pokoleń!

Musieliśmy jednak pożegnać się z gościnnymi mieszkańcami Suaya i pojechaliśmy do położonej 6 km od Rantepao miejscowości Londa. Znajdują się tam naturalne groty wykorzystywane jako cmentarz. Od parkingu idzie się ścieżką na skraj pól ryżowych. Biała skalna ściana górująca nad polami, to właśnie grobowce w Londa. Od strażnika można wynająć za ok. 1 USD lampę naftową, a za drugie tyle wystąpi on w roli przewodnika. Jaskinie w Londa stanowią dość duży kompleks połączonych ze sobą grot. Niestety, wąskie przejścia uniemożliwiają przechodzenie pomiędzy komorami. Tak więc za każdym razem trzeba wchodzić i wychodzić do poszczególnych grot. Jaskinie pełne są ludzkich kości, czaszek oraz dziesiątek trumien, zarówno tradycyjnych (rozpadających się), jak i nowoczesnych - najnowszą złożono trzy dni przed naszym przyjazdem. Przy wielu szczątkach leżą stosy papierosów, starych ubrań, drobnych monet, suchych kwiatów i resztek pożywienia. Są to prezenty przynoszone zmarłym przez ich rodziny (zauważyliśmy też puszki piwa i coca-coli).

Część starych trumien podwieszona jest na linach przed wejściem do grot. Jaskinie, tak jak każdy inny cmentarz, zamykane są na noc. Zamykane są także znajdujące się w Londa "tau-tau". Nad nielicznymi starymi i prymitywnymi figurami dominują jednak współczesne "tau-tau", z uwiecznionymi fotograficznie wręcz rysami zmarłego. Wyposażone są w okulary, laski, fotele, czapki, fajki, a nawet rower (!). Część figur jest już wykonana z plastiku.


Następny przystanek to tradycyjna wioska Kete-Kesu, położona na przedmieściach Rantepao. Znajdują się tam jedyne wiszące grobowce w Tana Toraja. Zaraz za rzędem wspaniałych (ale już niezamieszkanych) tradycyjnych domów Toraja, wąska ścieżka wiedzie w głąb lasu. Prowadzi ona do nowoczesnych betonowych sarkofagów, po czym odbija w górę do ściany, na której wiszą stare, pełne ludzkich szczątków tradycyjne trumny. Twarda skała w Kete-Kesu uniemożliwiała wykuwanie grot. Znaleziono więc inny sposób. W skały wbito długie pale i kołki, na których umieszczono lub do których podwieszono trumny. Część trumien już się rozsypała, ukazując spróchniałe kości. Nikt nie pamięta, do kogo należą trumny, a więc traktuje się je jako pojemniki zbiorcze. Rozsypane kości, zbliżający się wieczór oraz silny wiatr poruszający zaroślami na wzgórzu tworzyły niesamowite wrażenie. W ciszy wracaliśmy do samochodu.

Przy wjeździe do Rantepao zauważyliśmy przygotowywania do pogrzebu jednego z radnych miasta, który miał się odbyć za ok. tydzień. Zdecydowanie różnił się od uroczystości, w której uczestniczyliśmy. Na placu dokarmiano ok. 30 bawołów, przygotowano numerowane miejsca dla ok. 1000 osób (wejście za zaproszeniem). "Tau-tau" zmarłego wykonane było z granitu, chór i orkiestra trenowały swoje partie, a miejscowe boisko do piłki nożnej awansowało do rangi placu ceremonii pogrzebowej.

Tradycyjne domy i wzgórza na północy

Tradycyjne domy Torajów - "tongkonan" - to duże, podłużne budowle, wzniesione na palach, zakończone charakterystycznym, wznoszącym się na obu końcach ku niebu dachem. Dach wykonany jest z wielu warstw bambusa i liści palmy atap, jego uniesione końce tworzą wystające daleko poza strukturę domu "markizy". Gdy patrzy się z boku, odnosi się wrażenie, że dach jest wyższy od części mieszkalnej, ale to tylko złudzenie, gdyż nierzadko pod dachem mieści się drugie piętro domu. Domy "tongkonan" zdobione są płaskorzeźbami przedstawiającymi życie w dolinie Torajów: walki kogutów, zbiór ryżu, pogrzeb itp.

Kolory zdobień to głównie czerń, czerwień, biel i ciemny brąz. W tradycyjnej wiosce domy ustawione są po jednej stronie drogi, węższym bokiem (ocienionym, wystającym dachem) skierowanym do środka wsi, a dłuższym wzajemnie do siebie. Wejście po schodach lub drabinie umieszczone jest w dłuższym boku domostwa. Na głównym palu, podtrzymującym dach od strony wsi, umieszczone są rogi bawołów, które zostały rytualnie zabite podczas poprzednich ceremonii pogrzebowych. Znaczenie danej rodziny we wsi ocenia się na podstawie ilości rogów (oraz umieszczonych po bokach domostwa czaszek świń).

Na przeciwko domów mieszkalnych, po drugiej stronie drogi lub centralnego placu wioski znajdują się spichlerze ryżowe, wyglądające jak miniaturowe domy mieszkalne na dość wysokich palach.

Już poprzedniego dnia zobaczyliśmy taką tradycyjną wioskę - Kete Kesu, ale tak jak nadmieniłem, stanowi ona tylko i wyłącznie skansen. Zamieszkiwana jest przez trzy rodziny opiekujące się wiszącym cmentarzem, utrzymujące wioskę w czystości oraz wykonujące rzeźbione pamiątki z Tana Toraja.

Nie jest więc to prawdziwa, "żyjąca" wieś. Aby zobaczyć autentyczne wioski, wybraliśmy się na północ krainy Torajów. Pogoda znów się popsuła, od wczesnego ranka lekko mżyło. Pierwszym punktem programu była bardzo stara wioska Nanggala (ok. 20 km od Rantepao). Znajduje się ona na wzgórzu otoczonym pięknymi polami ryżowymi. Dojazd nie jest łatwy, zwłaszcza w deszczu. Rozmiękła grobla, która spełnia funkcję drogi, pełna jest błota i wody. Nasza toyota, pomimo napędu na cztery koła, grzęzła w błocie. Udało się jednak bez problemu dojechać do wioski.

W Nanggala znajdują się najstarsze domy "tongkonan" w Tana Toraja. Niektóre ocenia się na ponad 500 lat. Niestety, jest to widoczne gołym okiem. Zniknęły już zdobienia, odpadły bawole rogi. Większość budynków (w lepszym stanie są spichlerze) jest porośnięta mchami i paprociami, wystające dachy podparte są bambusami. Pomimo to wioska jest zamieszkana. W miejscowości tej hodowany jest bawół, który posiada podobno największe rogi w Tana Toraja. Jest bardzo agresywny i trzymany oddzielnie od reszty bydła. Zobaczyliśmy go i sfotografowaliśmy. Rzeczywiście, takich rogów nie widziałem ani w krainie Torajów, ani na całym archipelagu indonezyjskim! Jak opowiedział nam właściciel byczka, hodowany jest on na jego pogrzeb. Jednocześnie staruszek zafrasował się, że pomimo podeszłego wieku wciąż czuje się dobrze i Pan Bóg chyba o nim zapomniał. Co gorsza, bawół też nie jest już pierwszej młodości i może zdechnąć przed śmiercią właściciela, a co wtedy?!

Po kilkunastu minutach pobytu w Nanggala zwróciliśmy uwagę na ciągłe wysokie piski, słyszalne w każdym miejscu wioski. Jak się okazało, bambusowe zarośla otaczające Nanggala są zamieszkane przez kolonię wielkich nietoperzy. Setki tych zwierząt zajmują praktycznie każdy krzew bambusowy. Nie zwracają uwagi na zwiedzających, zajęte są sobą i przefruwaniem z gałęzi na gałąź. Jest to jedyne tak duże zgrupowanie nietoperzy w Toraja.

9.jpgZ Nanggala pojechaliśmy dalej na północ do miejscowości Palawa, gdzie znajduje się największa zamieszkana tradycyjna wioska Torajów. Palawa leży u stóp jednego z największych wzniesień w Tana Toraja - wygasłego wulkanu Sestan (2152 m n.p.m.) Rzeczywiście, warto było przyjechać. W wiosce znajduje się ok. 40 dobrze zachowanych i pięknie zdobionych "tongkonan". Za niewielką opłatą mieliśmy też okazję zobaczyć wnętrze takiego domostwa - pomimo panującego na zewnątrz upału (w tym czasie pogoda zdecydowanie się poprawiła), w domu panował przyjemnych chłód i półmrok. W wiosce tej turyści bywają dość rzadko, a więc wzbudziliśmy pewne zainteresowanie. Na najstarszym domu w Palawa doliczyliśmy się 86 rogów bawolich. Nie podjęliśmy się liczenia czaszek świńskich, które praktycznie zasłaniały boki domostwa. Był to dom faktycznego przywódcy wioski. Dlaczego faktycznego? Bo każda wioska w Indonezji posiada sołtysa "nadanego" przez władze zwierzchnie. Często jest to emerytowany wojskowy lub policjant, nie rzadko w ogóle nie związany z wsią, a wykonujący tylko czynności administracyjne. Taki oficjalny sołtys Palawa mieszkał w murowanym zwykłym domku, ok. 1 km przed wjazdem do wsi.

W dalszą drogę pojechaliśmy w kierunku miejscowości Batumongga, która stanowi punkt wypadowy do wspinaczki na Sestan. Nie podjęliśmy się wejścia, natomiast podjechaliśmy do najwyższego punktu przełęczy Sestan, skąd roztacza się widok całej doliny Torajów. Kręta górska droga prowadziła nad pięknie położonymi tarasowymi polami ryżowymi, wąwozami porośniętymi gęstym lasem oraz zboczami pokrytymi wielkimi głazami narzutowymi. I tutaj zdziwienie. Większość z tych głazów to sarkofagi. Co się okazało? W północnej części krainy Torajów nie ma pionowych ścian wapiennych, które mogą być wykorzystane jako grobowce skalne. Stąd zaczęto drążyć wielkie głazy zalegające okolicę. Praktycznie każdy łatwo dostępny głaz to miejsce pochówku!

Wreszcie dojechaliśmy do punktu widokowego w okolicach Tondok Litak. Przed naszymi oczami otworzyła się cała panorama Tana Toraja. Mozaika pól ryżowych, lasów, wiosek oraz zgrupowania tradycyjnych tongkonanów była zachwycająca. Widać było miniaturowe figurki ludzi pracujących na polach i wolno poruszające się pojazdy. Pomimo obłoków widoczność była tak dobra, że wzrok sięgał do południowego pasma górskiego Latimojong i obejmował całą dolinę Torajów. Widać było bardzo wyraźnie Rantepao i administracyjną stolicę regionu - Makale.

Niestety, była już godzina 14.00 i musieliśmy wracać do Makassar. Trochę nam zabrakło czasu na zwiedzenie zupełnie innej, zachodniej części Tana Toraja z miejscowością Mamasa. Buduje się tam niskie domy, o bardzo wydatnych dachach, które nie są ozdobione rogami bawołów, ale ich rzeźbami. Natomiast zmarłych, zamkniętych w okrągłych, dłubanych trumnach w kształcie bawołu, przechowuje się na strychach domów.

Zabrakło także czasu na zwykły odpoczynek i rozkoszowanie się chłodnym i czystym powietrzem w Tana Toraja. W drodze powrotnej, po około 9 godzinach jazdy osiągnęliśmy Makassar, który powitał nas ulewnym deszczem. Następnego dnia, w strugach wody odlecieliśmy do Dżakarty.

Spotkanie drugie - Sulawesi Północne i kraina Minahasa

Manado

Lot z Dżakarty do Manado trwa ponad cztery godziny. Ze względu na turystyczną atrakcyjność Północnego Celebesu nie jest łatwo dostać miejsce w samolocie, mimo wysokiej ceny biletu i pięciu linii obsługujących tę trasę. My wybraliśmy odlatujący o 6.00 rano z Dżakarty samolot linii Bouraq, zaliczanej do tańszych przewoźników w Indonezji (koszt biletu - 290 USD). Pomimo że Boeing 737, którym lecieliśmy, pozostaje w służbie Bouraq już 15 lat, a holenderskie napisy w toalecie sugerowały, że przed tym okresem został wycofany z lotów w KLM, spisał się nieźle i zgodnie z rozkładem, o godzinie 11.25 czasu miejscowego (godzina różnicy z Dżakartą - tzw. środkowoindonezyjska strefa czasowa) w dniu 21 czerwca 2001 r. wylądowaliśmy szczęśliwie na lotnisku Sam Ratulangi w Manado. Dojazd do hotelu taksówką (koszt ok. 7 USD) zajął nam czterdzieści minut.

9.jpgManado jest stolicą jednej z najmniejszych prowincji indonezyjskich - Sulawesi Utara (Celebes Północny). W 2000 r. dokonano jeszcze jednego podziału administracyjnego i wydzielono z niej samodzielną prowincję Gorontalo. Przyczyną podziału były różnice religijne, kulturalne i gospodarcze. Sulawesi Utara zamieszkiwane jest przez grupy etniczne Minahasa i Mongodow, wyznające protestantyzm i wiarę katolicką. Gorontalo to muzułmanie. Oprócz tego, pomimo małej liczby ludności (ok. 2,2 mln), Sulawesi Północne jest jedną z prowincji o najwyższym dochodzie narodowym na głowę mieszkańca w Indonezji, przewyższającym średnią krajową. Uprawia się tam głównie goździki, gałkę muszkatołową, palmę kokosową oraz warzywa strefy umiarkowanej (najwyższy stopień mechanizacji rolnictwa w Indonezji), a produkuje koprę i przetworzonego tuńczyka. Gorontalo to biedna prowincja posiadająca słabo rozwinięte rybołówstwo i rolnictwo ograniczające się do produkcji ryżu, co wydanie obniżało dochody przed nowym podziałem administracyjnym. Manado to także największe centrum biznesu na północy Celebesu, a to za sprawą dużej społeczności chińskiej.

11.jpgSamo miasto nie sprawia zachwycającego wrażenia. Widać, że jest to daleka prowincja (nawet w porównaniu z Makassarem). Dawno już minęły czasy, kiedy to Manado opisywane było przez wielu podróżników jako najbardziej czyste i uporządkowane miasto w Indiach Holenderskich. Obecnie sprawia wrażenie zakorkowanego bazaru, z dużą liczbą mikrobusów przemieszczających się dość nieuporządkowanie w każdym kierunku. Natomiast jedno się nie zmieniło - nadal jest to jedno z najbardziej bezpiecznych miejsc w Indonezji. Późnym wieczorem, kiedy wychodziliśmy na kolację, nikt nas nie zaczepił, z wyjątkiem zaproszeń do wspólnego stolika lub typowym "hello mister", pomimo że chodziliśmy pieszo lub jeździliśmy mikrobusikami. W miejscowościach na Jawie nie byłoby to możliwe.

Jedzenie w Manado jest wspaniałe - olbrzymie (oraz tanie) kraby i kalmary, dziesiątki ryb, w tym lokalne specjalności: ikan tude rica-rica (tuńczyk w bardzo ostrym czerwonym sosie) oraz ikan cuk tu' cit (makrela z drobno posiekanymi zielonymi ostrymi papryczkami w sosie curry). Manado słynie także z potraw przyrządzanych z nietoperzy (próbowałem - podobne w smaku do bażanta), szczurów oraz psów (nie spróbowałem ze względów ideologicznych - w domu mam dwa psy!).

Głównym miejscem, gdzie można zjeść w Manado, jest nadmorska ulica Jl. Pierre Tandean. Tu znajdują się dobre restauracje oferujące owoce morza, małe kioski z lokalnymi specjalnościami oraz rozstawiane wieczorem wózki. Można tam spróbować także lokalnej wódki "Cap Tikus" o zawartości alkoholu 60-70%. Osobiście polecałbym restaurację "Samudera" serwującą kalmary w maśle (cumi-cumi goreng mentega) i kraby a'la Samudera. Kolacja dla dwóch osób z piwem (butelki 0,6 l) kosztuje w granicach 10-15 USD.

Manado jest głównym miejscem wypadowym na koralowe wyspy Manado Tua i Bunaken, gdzie znajdują się jedne z najpiękniejszych miejsc na świecie do snorkelingu i nurkowania z akwalungiem. Od wschodu natomiast otoczone jest koroną wzgórz Tinoor, skąd obserwować można wspaniałe zachody słońca nad oceanem.

Bunaken i Manado Tua

Wyspy te, a także atole Mantahage i Neang Besar położone są w odległości 20 minut łodzią motorową od przystani Manado. Wchodzą one w skład podmorskiego parku narodowego "Bunaken Sea Garden". Wyspa Manado Tua jest wystającym bezpośrednio z dna morskiego wygasłym stożkiem wulkanicznym (801 m n.p.m.)

Życie podmorskie na rafie koralowej otaczającej wyspy jest porównywalne tylko z australijską Wielką Rafą Barierową oraz rafami na Wyspach Cooka. Natomiast samo ukształtowanie rafy Bunaken jest bardziej interesujące. Oprócz typowych kształtów na niewielkiej głębokości (do 5 metrów), znajduje się tam tzw. "ściana koralowa" - gwałtowny uskok w głębiny morskie, sięgający 1500 metrów. W górnej części "ściany" tworzą się rozpadliny i kilkudziesięciometrowe groty, stanowiące wyzwanie i raj dla płetwonurka.

Nie mieliśmy własnego sprzętu do nurkowania, a wczesnym popołudniem (była godz. 13.00) nie było już możliwości wypożyczenia, zdecydowaliśmy się na snorkeling. Wynajęliśmy łódź (30 USD), która zawiozła nas nad rafę koralową. W zasadzie nie było możliwości targowania się. Próbowaliśmy bezpośrednio na przystani, ale ceny były takie jak w hotelu. Zadziwiająca solidarność właścicieli łodzi (to samo dotyczy taksówek, które nie mają tutaj liczników i kosztów wynajęcia samochodu)!

Łódź zakotwiczyła, a my rozpoczęliśmy snorkelowanie. Wrażenia przeszły nasze oczekiwania. Pływałem na wielu rafach w Azji, ale ta jest wyjątkowa. Setki i tysiące kolorowych ryb przepływających obok nas. Od jaskrawo ubarwionych, niewielkich rybek koralowych, do olbrzymich napoleonów, żaglowców, tuńczyków i rai. W przejrzystym, jasno oświetlonym morzu widać było ukwiały, anemony morskie i inne zwierzęta, które trudno nawet było mi nazwać. Widzieliśmy także dwa żółwie morskie, które nic sobie nie robiły z naszej obecności.

Po krótkim odpoczynku na łodzi popłynęliśmy na skraj owej "ściany koralowej". Jeszcze więcej ryb, w tym całe stada tuńczyków. Niesamowite odczucia ma się przy wypływaniu poza skraj "ściany". Jest to jakaś forma lęku przestrzeni. Przecież normalnie spada się w przepaść, a tutaj wisi się nad przepaścią obserwując majaczące gdzieś głęboko cienie wielkich ryb. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że wokół nas opustoszało. Ani jednej ryby! Poczuliśmy się nieswojo, zwłaszcza że wkrótce zobaczyliśmy przyczynę - szybki, srebrnoszary kształt rekina, który wychynął z głębi, przepłynął obok i równie szybko zniknął. Ponieważ byłem w wodzie, nie mogę powiedzieć, że się spociłem, ale jestem pewien, że byłem sparaliżowany ze strachu. Całe szczęście, że na rafach rekiny są najedzone, chyba że nie ma się szczęścia i trafi się na rekina tygrysiego lub barakudę, które atakują wszystko.

Podziwiając podmorskie ogrody parku narodowego Bunaken, nie odczuwaliśmy upływu czasu. Słońce chyliło się ku zachodowi. Wróciliśmy więc do Manado, gdzie z nadmorskiego bulwaru obserwowaliśmy jeden ze wspaniałych zachodów słońca, z których słynie tutejsza zatoka.

Kraina Minahasa - wulkany, gejzery i jeziora

12.jpgNastępnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie i o 5 rano wyjechaliśmy z hotelu z zamiarem wspięcia się na wulkan Lokon, którego dymiący krater widoczny jest z Manado. Samochód z kierowcą wynajęliśmy za ok. 30 USD dziennie. Droga na wulkan prowadzi przez urokliwe wzgórza Tinoor, otaczające Manado, potem do słynącej z hodowli kwiatów miejscowości Timohon, a następnie do miejscowości Kakaskasan, gdzie należy skręcić z głównej drogi w prawo (wulkan jest cały czas doskonale widoczny) i pozostawić samochód w hotelu "Volcano". Do krateru oddalonego o 2-2,5 godziny marszu prowadzi wiele ścieżek. Najpopularniejszą jest ścieżka zastygłej lawy z wybuchu w 1995 r. Można też skorzystać z usług przewodnika i przejść przez porośnięte stoki Lokon. Wybraliśmy tę drugą możliwość, ale ze względu na brak przewodnika w hotelu, poszliśmy sami orientując się na doskonale widoczny stożek. Po około godzinie marszu, wybierając na wyczucie wijące się dziesiątki wydeptanych ścieżek, zaczęliśmy mieć wątpliwości co do obranej drogi. Zwłaszcza że ścieżki doprowadziły nas do sawanny porośniętej ponad trzymetrowymi gęstymi trzcinami, spoza których nie było nic widać. Przemoczeni od porannej rosy, brnąc wśród trzcin i wysokiej do kolan trawy, byliśmy bliscy decyzji, aby zawrócić. Tak naprawdę, to do dzisiaj nie wiemy, co kazało nam się przedzierać przez chaszcze. I nagle wyszliśmy na ścieżkę lawy! Do tego tylko czterysta, pięćset metrów od krateru. Doszliśmy w rekordowym tempie jednej godziny i czterdziestu minut.

Krater położony jest w zboczu stożka Lokon (wejście na szczyt to dalsze sześć godzin wspinaczki) i stanowi centrum kamiennej pustyni, którą utworzył wybuch w 1995 r. Olbrzymi teren pokrywają głazy i kamienie różnej wielkości. Krater nadal jest aktywny, chociaż podczas naszej wizyty wyrzucał z siebie tylko kłęby pary i gazów. Widok krateru robi duże wrażenie. Jama o głębokości około 200 metrów i średnicy przynajmniej 500 metrów ma strome, obsypujące się ściany, dno natomiast wypełnione jest siarką. Praktycznie z każdego miejsca w dolnej części krateru wydobywają się opary. Dobrze się stało, że wiatr wiał akurat w przeciwnym kierunku. Mieliśmy więc okazję stanąć na samym skraju krateru.

Wspięliśmy się też na jeden z mniejszych stożków otaczających krater. Stamtąd otworzyła się przed nami panorama oddalonej o 40 km zatoki Manado z centralnie położoną wyspą Manado Tua, a z przeciwnej strony widzieliśmy położone w podobnej odległości jezioro Tondano.

Po spędzeniu ponad dwóch godzin nad kraterem (cztery "wystrzelane" filmy) zaczęliśmy schodzić w dół, tym razem trzymając się ścieżki lawy. Jak się okazało, droga ta wcale nie była łatwiejsza, mimo że nie była zarośnięta. Uskoki lawy ostro schodzą w dół, tworzą czasem 4-5-metrowe urwiska, które trzeba obejść lasem lub bardzo ostrożnie zsuwać się na dół. Zbocza dookoła ścieżki porośnięte są paprociami drzewiastymi. W rezultacie schodziliśmy dłużej niż trwało wejście, ale wrażenia pozostaną niezapomniane. I jeszcze jedno - podczas sześciu godzin na wulkanie nie spotkaliśmy żadnego turysty.

Po krótkim odpoczynku w hotelu "Volcano" pojechaliśmy nad oddalone o 9 kilometrów jezioro Linau. Jest to jezioro pochodzenia wulkanicznego, którego tafla mieni się wszystkimi odcieniami zieleni, szmaragdu i błękitu. Położone jest w dolinie, na zboczach której dymią, syczą i wybuchają niewielkie gejzery. Cała okolica zasnuta jest oparami. W głębokim wąwozie z osypującymi się powulkanicznymi ścianami płynie potok z kilkoma urokliwymi wodospadami. Warto było zejść do niego (a zejście było bardzo strome), aby zachwycić się kolorami skał w krystalicznie czystej wodzie.

Kolejny punkt zwiedzania to miejscowość Karumenga, która słynie z gorących jeziorek i bagnisk. Jadąc do Karumenga, zatrzymaliśmy się w miasteczku Sonder, które jest centrum produkcji goździków na Północnym Celebesie. Wszędzie rosną drzewa goździkowe, a w samym mieście suszą się one na każdej ulicy. Powietrze tak jest przesycone zapachem goździków, że po wyjściu z samochodu zamarzył nam się domowej roboty kompot jabłkowy.

W Karumenga samochodem dojechać można tylko do murowanych basenów. Dalej prowadzi już tylko wydeptana ścieżka. Idzie się około dziesięciu minut przez las. Po prawej stronie mijamy zalane wodą dawne bunkry japońskie. Po wyjściu z lasu otwiera się przed oczami widok na łąki porośnięte wysoką trawą oraz nielicznymi zagajnikami palmowymi. Buchające opary wskazują miejsca, gdzie utworzyły się zbiorniki z gorącą (nawet wrzącą) wodą. Miejsca te służą jako wioskowa umywalnia, pralnia i myjnia. Trafiliśmy akurat na mycie koni. Konie pławiły się w ciepłych jeziorkach, spowite gęstą parą.

Wracając do Manado pojechaliśmy krętą drogą, prowadzącą szczytami wzgórz na zachodnim brzegu jeziora Tondano. Jest to największe jezioro na Północnym Celebesie. Na przeciwległym brzegu, oświetlonym przez zachodzące słońce, utworzyła się szeroka tęcza. Zakręty drogi, zbliżające i oddalające nas od urwiska nad jeziorem, za każdym razem ukazywały inną panoramę. Widać było łodzie rybackie, zakola porośnięte liliami wodnymi oraz niewielkie restauracyjki na palach wbitych w dno jeziora. Niestety, pogoda się pogorszyła i nad taflą jeziora zerwał się wiatr, który przyniósł deszczowe chmury. Pojechaliśmy bezpośrednio do Manado, oglądając jeszcze ze wzgórz Tinoor zachód słońca nad zatoką. Tam też zjedliśmy kolację - owego słynnego minahaskiego nietoperza i doskonały ryż w liściach jati.

Ogrody warzywne i dzika przyroda

13.jpgNastępnego dnia znowu wczesne wstawanie, aby zdążyć na wschód słońca w miejscowości Rurukan (ok. 17 km od Manado). Ze zboczy góry Mahawu rozpościera się stamtąd widok na całą doliną jeziora Tondano. Widać najwyższy szczyt Północnego Sulawesi - Klabat (1995 m n.p.m.) oraz oddalony o 50 kilometrów port morski Bitung. Pomimo szczerych chęci przyjechaliśmy na miejsce już dobrze po wschodzie słońca - nie wiedzieliśmy, że krótsza droga, którą wybraliśmy, została rozmyta podczas ostatniej pory deszczowej. Całe szczęście pogoda była wspaniała, gwarantująca doskonałą widoczność. W najwyższym dostępnym miejscu Mahawu wiał silny, orzeźwiający wiatr. Poranne powietrze pachniało kwiatami, kropelkami wody znad jeziora oraz żyznymi ogrodami warzywnymi, które zajmują większość zboczy otaczających Rurukan. Bogata, wulkaniczna gleba oraz niższa, górska temperatura pozwalają na uprawę warzyw strefy umiarkowanej. Widzieliśmy tutaj kilometry warzywników pełnych marchwi, kapusty, pietruszki, buraków, a nawet kopru, który na innych wyspach nie chce rosnąć. Zupełnie nietypowo czułem się przejeżdżając wśród zagonów marchwi, rosnącej w cieniu gajów palmowych na tle turkusowej tafli jeziora Tondano.

Z Rurukan ruszyliśmy w kierunku największego parku narodowego na Celebesie Północnym - "Tangkoko Dua Saudara" (przekształconego w park z rezerwatu ścisłego w 1999 r.) Droga wiodła przez miejscowość Tondano, na północnym brzegu jeziora, gdzie na jednym z otaczających miasto wzgórz znajduje się stary, XVIII-wieczny cmentarz muzułmański i jedna z niewielu wiosek muzułmańskich w tej prowincji - tzw. Kampung Jawa. Cmentarz został założony przez 63 islamskich krzewicieli wiary, którzy przybyli na Celebes z Jawy w 1798 r. Rozpościerał się z niego kiedyś ładny widok na jezioro Tondano i górę Mahawu od strony wschodniej, ale obecnie bambusy stanowiące ogrodzenie cmentarza całkowicie zasłoniły panoramę.

Jadąc dalej główną drogą w kierunku miejscowości Airmadidi, zobaczyliśmy ukryte w gęstej dżungli wejścia do dawnych bunkrów japońskich z okresu drugiej wojny światowej. Pomimo braku latarki, zaryzykowałem wejście. Niestety, po kilku metrach korytarze się rozwidlają i jedynie słaba poświata od innych otworów wejściowych daje wyobrażenie o plątaninie korytarzy. Decyzję o rezygnacji ze zwiedzania bunkrów przyspieszyło także zobaczenie wypełzającej na zewnątrz kobry (prawdopodobnie Naja sputatrix).

Następny przystanek to miejscowość Sawangan, gdzie znajduje się największa liczba starych sarkofagów Minahasa - "waruga". Jest to duży kamienny prostopadłościan z wydrążonym od góry wnętrzem. W środku układano zmarłego w pozycji siedzącej, ze skrzyżowanymi nogami i rękoma, bez odzieży, ale z bogatymi ozdobami. Prostopadłościan zamykany był następnie kamiennym elementem w kształcie dwustronnego spadzistego dachu. Na "pokrywie" rzeźbiono postać zmarłego lub symbol rodziny, gdyż w wielu "waruga" złożonych zostało więcej niż jedna osoba. W związku z epidemią w 1828 r. władze holenderskie zakazały pochówków w "waruga". Natomiast w 1917 r. polecono przeniesienie sarkofagów na cmentarze. Do tamtej pory stały one przed domami, na polach, w lasach i przy drogach. W Sawangan znajdują się 164 sarkofagi "waruga", w tym najstarszy z IX wieku. Nie tylko zmarli Minahasa chowani byli w sarkofagach. Na cmentarzu w Sawangan są "waruga", w których miejsce spoczynku znaleźli Holendrzy, Hiszpan, Portugalczycy i Japończyk. Przed wejściem na cmentarz łatwo jest zauważyć muzeum regionalne (opłata według uznania), gdzie eksponowane są znalezione w "waruga" ozdoby, narzędzia i kości. Spotkaliśmy tam też bardzo starego, siwego człowieka, który za niewielką opłatą gotowy był pozować do zdjęcia w jednym z otwartych sarkofagów. Jak poinformował nas opiekun muzeum, nikt nie wie, ile ma lat. Wielu dojrzałych mieszkańców Sawangan już od dawna pamięta go jako bardzo starego. "Dziadek" większość czasu spędza wśród sarkofagów, a - jak dokumentują to niektóre fotografie w muzeum - jest wielu chętnych do uwiecznienia go w "waruga".

Po dojechaniu do Aimadidi, należy obrać główną drogę prowadzącą do portu Bitung. Po lewej stronie wznosi się dumnie szczyt Klabat, a po prawej widać szmaragd Morza Moluckiego. Po ok. 14 kilometrach, w miejscowości Girian należy skręcić w lewo na wyboistą drogę, prowadzącą do wjazdu do parku narodowego Tangkoko (osiedle Dua Saudara stanowi bramę) i dalej bitym traktem przecinającym park do położonej nad morzem miejscowości Batuputih, gdzie znajduje się baza noclegowa i wypadowa parku. Do Batuputih można też dopłynąć z portu Bitung w ciągu ok. 1-1,5 godziny. Podczas pory deszczowej jest to jedyny sposób dostania się do parku, gdyż droga lądowa nie jest przejezdna nawet dla samochodów z napędem na cztery koła.

My jednak wybraliśmy ląd. Wyboistą, grząską i pełną kałuż, 15-kilometrową drogę pokonaliśmy w godzinę. W osiedlu Dua Saudara można było wypożyczyć zdezelowane ex-wojskowe Toyoty Land Cruiser, ale nasz kierowca zapewniał, że nie jest to konieczne; rzeczywiście - przejechaliśmy. Natomiast powrót napawał nas pewnym niepokojem, gdyż droga wiodła brzegiem osypującego się bazaltowego urwiska (wspaniały widok dolin i szczytu Dua Saudara) i nawet przy jeździe w dół samochód "tańczył". Po dojechaniu do Batuputih, wykupiliśmy zezwolenie na wejście do parku narodowego i przydzielono nam przewodnika (razem ok. 4 USD na osobę - oficjalny cennik w strażnicy).

Jak zawsze, tropikalna dżungla sprawia oszałamiające wrażenie. Bardzo duża wilgotność i wysoka temperatura (byliśmy przepoceni już w ciągu pierwszych pięciu minut) oraz gęste zarośla utrudniają szybkie poruszanie się. Dominuje gra cykad, które zagłuszają praktycznie każdy inny odgłos lasu. Idąc przez las, udało nam się zobaczyć rodzinę niedźwiadków workowatych kuskus (Phalanger intercastellanus), powoli przemieszczających się wśród wysokich koron drzew. Słychać było także przeciągłe pokrzykiwania gibbonów. Od czasu do czasu nad naszymi głowami rozlegał się szum potężnych skrzydeł i niebo przecinały przelatujące grupy dzioborożców. Właśnie park Tangkoko jest jedynym miejscem na świecie, gdzie obserwować można czerwonego dzioborożca (Aceros cassidix). Tam też występuje największe zagęszczenie dzioborożców na świecie. Można spotkać także wymienionego już wcześniej nielota Maleo (Macrocephalon maleo), zakopującego swoje ogromne, 250-gramowe jaja (sam ptak jest wielkości perliczki) na terenach wulkanicznych, utrzymujących stałą temperaturę. Młody ptak wykluwa się pod ziemią i przekopuje na powierzchnię, rozpoczynając samodzielne życie. Lasy Tangkoko zamieszkują także świnie babirusa (Babyruosa babyrussa), a w wyższych partiach góry Dua Saudara - także bawoły anoa (Bubalus quarlesi). Jednakże naszym głównym celem było zobaczenie, a jeśli się uda - także sfotografowanie miniaturowej małpki naczelnej tarsier lub tarsius (Tarsius spectrum). Zwierzątko to prowadzi nocny tryb życia, jego głównym pożywieniem są cykady (do 30 dziennie). Waży zaledwie 120 gramów i nie przekracza 12 cm wzrostu. Ma bardzo czułe, nieproporcjonalnie wielkie oczy i dobry słuch. Konstrukcja szyi pozwala na obrót głowy o 180 stopni. Zamieszkuje dziuple wysokich drzew. Jest monogamiczne do tego stopnia, że po śmierci partnera umiera w ciągu 4-5 dni. Do naczelnych zaliczono je jednak z zupełnie innej przyczyny - posiada ono grupę krwi 0 Rh(+), w dużym stopniu podobną składem chemicznym do krwi człowieka.

Pomimo uporczywego szukania i zaglądania we wszystkie możliwe dziuple, nie zobaczyliśmy tarsiusa w jego naturalnym środowisku. A mówiąc dokładniej, w jednej z głębokich dziupli widać było tylko końcówki ich długich ogonków. Jak twierdził nasz przewodnik, aby zobaczyć tarsiusy, musielibyśmy spędzić co najmniej jedną noc w lesie - a na to nie mieliśmy już czasu. Zwierzątka te zobaczyliśmy jeszcze tego samego wieczoru w ośrodku naukowym mieszczącym się w miejscowości Tanduk Rusa, niedaleko parku narodowego. Jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie udało się rozmnożyć tarsiusy.

Niestety, musieliśmy wracać do Manado. Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, nasz samochód zakopał się po podwozie podczas drogi powrotnej. Całe szczęście, że w takiej sytuacji były jeszcze dwa inne pojazdy. Tak więc, dzięki wzajemnej pomocy udało się odkopać wszystkie samochody (zajęło to ponad godzinę) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zahaczyliśmy jeszcze o wspomniany wcześniej ośrodek badawczy, gdzie widzieliśmy także babirusę. Tytułem reporterskiego obowiązku przejechaliśmy przez miasteczko Bitung, obserwując z daleka port i późnym wieczorem, już po zmroku, wróciliśmy do Manado.

Jeszcze tylko prysznic, kolacja (kraby i kalmary w "Samudera") i spać. Podczas kolacji doświadczyliśmy jeszcze niewielkich wstrząsów tektonicznych, które nawiedzają Manado przynajmniej raz w tygodniu. Następnego dnia pożegnaliśmy Północne Sulawesi i w południe odlecieliśmy do Dżakarty.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2010 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;