Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Kartki z podróży - Minangkabau, Sumatra Zachodnia
W Padangu

14.jpgOkolice Padangu, stolicy indonezyjskiej prowincji Sumatra Zachodnia (Sumatera Barat), są jednymi z najpiękniejszych miejsc na Sumatrze i w Indonezji w ogóle. Tereny Sumatry Zachodniej zamieszkują Minangkabau, co oznacza "zwycięski bawół". Skąd wzięła się ta nazwa? Według starej sumatrzańskiej legendy, dawno temu olbrzymia armia przybyła z Jawy z zamiarem podbicia żyznych ziem na Sumatrze. Plemiona zamieszkujące obecną Sumatrę Zachodnią wiedziały, że nie mają szans na pokonanie najeźdźcy. W związku z tym zaproponowano, aby zamiast krwawej wojny odbył się pojedynek bawołów. Wynik pojedynku miał być obowiązujący dla obu stron. Jawajczycy się zgodzili i wystawili do walki olbrzymiego bawoła. Mieszkańcy Sumatry wypchnęli na plac młode cielę, niekarmione od kilku dni, a do głowy przywiązali mu ostre sztylety. Podczas starcia cielak pognał w kierunku wielkiego bawołu i, domagając się mleka, rozpruł mu brzuch sztyletami. Jawajczycy wycofali się z Sumatry.

Od tej pory wszystkie budynki Minangkabau mają dachy zbudowane w kształcie rogów. Nawet nakrycie głowy tradycyjnego stroju z tych stron przypomina rogi. Bawół jest jednym z najbardziej szanowanych zwierząt na Sumatrze Zachodniej. Pracuje, daje mleko i mięso, jest cenionym prezentem ślubnym. Prawdę mówiąc, właśnie tam widziałem najbardziej wypasione bawoły, mimo że przecież ciężko pracują. Sumatra Zachodnia jest położonym na wzgórzach regionem rolniczym, gdzie produkuje się wysokiej jakości ryż, warzywa, orzeszki ziemne i soję. W większości wypadków, ze względu na trudne ukształtowanie terenu, jako traktor wykorzystywany jest bawół.

Minangkabau słyną także ze swoich ręcznie robionych tkanin - ikat, oraz delikatnych wyrobów ze srebra. Jest to też jedyna matriarchalna kultura w Indonezji. W zasadzie jest to dziwne połączenie islamu i matriarchatu. Mieszkańcy Sumatry Zachodniej są uważani w Indonezji za bardzo wierzących muzułmanów, ale jednocześnie największą władzę w rodzinie ma kobieta. Mąż może jedynie oczekiwać wierności od swojej małżonki, ale ziemia i majątek należą do niej. W przypadku rozwodu (mimo islamu tutaj kobieta też może wystąpić o rozwód), były mąż wraca do domu rodziców (lub matki), którzy muszą zwrócić przyjęty od panny młodej posag. Kandydat na męża ma swoją cenę. Drożej niż miejscowy rolnik "kosztuje" narzeczony z wyższym wykształceniem, a do tego pracujący w Padangu lub w Dżakarcie.

Mój pobyt na ziemi Minangów - Bumi Minangkabau, rozpocząłem od wizyty u kolegi pracującego w jedynej podziemnej kopalni węgla kamiennego w Indonezji, Bukit Asam Ombilin. Po godzinnym locie z Dżakarty wylądowałem szczęśliwie w Padangu, gdzie oczekiwał na nas wysłany z kopalni samochód. Kopalnia znajduje się ok. 180 km od Padangu, ale dojazd trwa ponad cztery godziny. Droga z Padangu wiedzie przez bardzo malowniczą, wąską dolinę Anai. Jej dno zajmuje rzeka Anai, droga asfaltowa i tory kolejowe, którymi od czasu do czasu przejeżdżają wyładowane urobkiem węglarki z Ombilin. Zbocza są tak strome, a droga kręta, że pociągi węglowe składają się jedynie z 5-6 wagonów, ciągniętych przez lokomotywę utrzymującą równowagę dzięki trzeciej, zębatej szynie pomiędzy torami. Kręta droga oraz brak jakiegokolwiek pobocza uniemożliwiają praktycznie bezpieczne zatrzymanie samochodu.

Gdy wyjechaliśmy z doliny, kierowca wybrał dłuższą, ale bardziej malowniczą drogę, wiodącą przez żyzne wzgórza Bukit Barisan oraz nad brzegiem jednego z dwóch wulkanicznych jezior na Sumatrze Zachodniej - jeziora Singkarak. Po drodze do kopalni przejeżdża się przez urocze miejscowości Padangpanjang i Solok, gdzie zobaczyć można ładnie zachowane tradycyjne domy Minangów.

Miejscowość Sawahlunto, gdzie znajduje się kopalnia Ombilin, mile zaskoczyła mnie swoim wyglądem. Spodziewałem się ujrzeć miejsce pełne hałd, pyłów i dymów. A tymczasem zobaczyłem zielone, uporządkowane miasto położone na sześciu wzgórzach, które bardziej przypominało wypoczynkowe kurorty alpejskie niż cokolwiek innego. Centrum miasta stanowią stare holenderskie budynki (kopalnię Ombilin założono w 1891 r.), w tym ładny ratusz i zadbany kościół katolicki. Dzięki pomocy kolegi zobaczyłem także sztolnię kopalni Ombilin - ponad dwa kilometry długości, stromo biegnąca pod ziemią. I jeszcze jeden miły akcent - w kopalni nadal funkcjonują polskie maszyny zakupione w latach 70. Tyle lat w ciężkich, tropikalnych warunkach! Wszedłem też do kilku "nielegalnych" sztolni, które znajdują się poza terenem kopalni. Koszmar. Nisko, duszno i mokro. Nic dziwnego, że rocznie ginie w nich ok. 200 osób. Głównie na skutek tąpnięć, zalania wodą oraz zatrucia gazami. Takie sztolnie stanowią także zagrożenie dla kopalni Ombilin, gdyż niszczą strukturę rozkopywanej góry, co w każdej chwili może grozić wypadkiem. Władze usiłują walczyć z "nielegalnymi" górnikami, ale jakiekolwiek działania siłowe powodują walki i rozruchy. Ostatnio jednak spróbowano innej metody - zatrudniania "nielegalnych" górników przy różnego rodzaju pracach publicznych, takich jak naprawa dróg, przeładunek urobku lub wydobycie w pobliskiej kopalni odkrywkowej. Na razie przynosi to lepsze rezultaty. W ciągu ostatniego roku liczba "nielegalnych" górników zmniejszyła się z 3 tys. osób do 1600.

Aż żal było żegnać się z sympatycznymi górnikami z Sawahlunto, ale następnego dnia miałem rozpocząć "prawdziwe" zwiedzanie Zachodniej Sumatry. Do Padangu wróciłem już po zmroku, oglądając jego rozświetloną panoramę z otaczających wzgórz. Tego wieczoru miałem jeszcze tylko kłopoty z hotelem. Rezerwację robiliśmy z Dżakarty. Przez telefon nie powiedziano nam, że trzy lata kryzysu i brak turystów zrobiły swoje. Hotel był w opłakanym stanie. Oczywiście, udało się uzyskać sporą zniżkę (30%), ale i tak następnego dnia wyprowadziłem się do największego hotelu (i zarazem budynku) w mieście.

Następny dzień upłynął pod znakiem zwiedzania miasta. Wynająłem taksówkę (ok. 20 USD za 1 dzień) i zgodnie z mapą rozpocząłem wycieczkę. Pojechaliśmy do starego portu, pamiętającego jeszcze czasy szkunerów herbacianych i opiumowych. Jak większość kolonialnych portów w Indonezji, jest to raczej długie nadbrzeże ciągnące się wzdłuż ujścia rzeki. Przy brzegu stoją stare byłe holenderskie magazyny i domy. Zaraz za częścią "holenderską" zaczyna się dzielnica chińska - jak wszędzie sklepy, sklepy, sklepy i trochę restauracji. Chińczycy stanowią ponad 1/3 mieszkańców Padangu (w sumie mieszkańców jest ok. 500 tys.) i uważani są za najbardziej zintegrowanych Chińczyków w Indonezji. Większość z nich nadal mówi płynnie w swoim ojczystym języku, pomimo że są już trzecim lub czwartym pokoleniem urodzonym w Indonezji.

15.jpgW starym porcie w Padangu nie ma już statków handlowych, które przybijają teraz do oddalonego o 10 km nowego portu Teluk Bayur, ale pozostały stare krypy rybackie, taksówki wodne oraz małe stateczki do wynajęcia, które obsługują żeglugę pomiędzy Padangiem a oddalonymi o 120 km wyspami Mentawai, zamieszkiwanymi przez ludy o bardzo prymitywnej kulturze. Rozważałem wyprawę na Mentawai. Niestety, nie było to możliwe ze względów organizacyjnych. Taki wyjazd musi potrwać przynajmniej 7 dni. Należy się zaopatrzyć w wodę, jedzenie, papierosy (dla miejscowych), trzeba wynająć łódź oraz przewodnika znającego wyspy i przywódców plemion, a także odpowiednio wcześniej zacząć spożywać chlorochininę - tam panuje malaria. Tak więc na Mentawai nie pojechałem. Ale wracam do Padangu. Po stronie dawnego kanału portowego znajduje się wzgórze Padang, Bukit Padang, opasane dzielnicami biedoty, których często jedynym źródłem utrzymania jest rybołówstwo, prostytucja oraz przejeżdżające samochody. Do parkingu pod wzgórze jedzie się wąską drogą pomiędzy domkami z blachy falistej a kanałem. Gdy zerknie się na kanał, z większą ochotą rozdaje się drobne pieniążki na lewo i prawo, jako przejazdowe myto.

Wzgórze Padangowskie, Bukit Padang, nie stanowi wyzwania dla alpinisty, ale i tak można się zasapać. Z jego szczytu roztacza się piękna panorama Padangu, przybrzeżnych wysepek (służą głównie jako nielegalne kasyna i buduary na świeżym powietrzu) oraz prześlicznej zatoki Teluk Bayur. Od strony zatoki na stokach wzgórza leży wiekowy cmentarz chiński, a samo wzgórze jest kretowiskiem bunkrów japońskich z czasów II wojny światowej. W jednym z nich pozostała jeszcze stara, "bezzębna" armata, wycelowana w wejście do portu. W jednym z załomów skalnych wzgórza znajduje się niewielki nagrobek, w którym spoczywa (według objaśnień przewodników i kierowcy) Siti Nurbaya, indonezyjska nieszczęśliwa kochanka z kolonialnej powieści z końca XIX wieku, która wolała śmierć niż małżeństwo z człowiekiem wybranym przez rodziców. Najciekawsze w tym jest to, że większość mieszkańców w Indonezji zna główne wątki powieści tylko ze słyszenia, często ubarwione przez n-tego opowiadającego i nie dopuszczają do siebie myśli, że jest ona tylko fikcją. Do nagrobka Siti Nurbaya przybywają pielgrzymki (głównie młode dziewczęta), często z daleka, aby wyprosić udany związek lub narzeczonego.

W opowieści o Padangu nie można pominąć miejscowego jedzenia. Jest to chyba jedna z najsmaczniejszych indonezyjskich kuchni (również najbardziej znana na świecie). Składa się z dziesiątek potraw, głównie ryb, bawoliny (pyszny rendang i ostry dendeng) i kurczaka (najlepszy chyba ayam pop w sosie curry) oraz gotowanych warzyw i liści, które podaje się w małych miseczkach na stół, serwując całość oferty restauracji jednocześnie. Płaci się tylko za potrawy zjedzone. W dobrych knajpkach (niedrogo!!!) podawano na stół 12-18 dań. Pyszne.

I jeszcze jedno. Padang jest bardzo czystym miastem. Ma dobre ulice, brak korków (ulice głównie jednokierunkowe). Po śmieciach widocznych w każdej miejscowości na Jawie, tu byłem mile zaskoczony.

Wioski i Rumah Gadang

Następnego dnia, zgodnie z wcześniej ustalonym planem, pojechałem do oddalonego o 120 km miasta Bukittinggi, będącego drugim co do wielkości miastem na Sumatrze Zachodniej oraz centrum kultury Minangkabau (przejazd również wynajętą taksówką, tyle że za ok. 30 USD dziennie + wyżywienie dla kierowcy).

Z Padang do Bukittingi wybraliśmy drogę okrężną. Pierwszym celem były stare domy Minangkabau w wiosce Pariangan. Tradycyjne domy nazywają się tutaj Rumah Gadang, co znaczy wspólny dom. Jest on zazwyczaj zamieszkiwany przez dużą, wielopokoleniową rodzinę. Sumatrzańskie wioski składają się więc tylko z 12-20 domów.

16.jpgW Pariangan znajdują się ponad 350-letnie domy, ciągle zamieszkane. Wrażenie psują blaszane, rdzewiejące dachy, pokrywające (niestety) większość domów Minangkabau. Jak twierdzą mieszkańcy, przyczyna pokrywania domów blachą jest taka, że Minangkabau traktują dachówki jako ziemię (glina), a według ich tradycyjnych, jeszcze przedislamskich wierzeń, przykrycie się ziemią oznacza pochówek, a nikt nie może być pochowany za życia. Poza tym dziś także nie robi się już tradycyjnych dachów z włókna palmowego, ze względu na pracochłonność i małą wytrzymałość materiału. Wybrano więc inny, tani materiał - nieocynkowaną blachę.

Wioska Pariangan, tak jak i sąsiednia Tabak, położone są na zboczach wulkanu Merapi (2891 m n.p.m. - nie mylić z Merapi na Jawie), dominującego nad całą okolicą. Wąska asfaltowa droga wije się pomiędzy polami ryżowymi. Pewną jej część trzeba jednak pokonać na piechotę. Dróżka ciągnie się w górę i w dół po sporej stromiźnie, tak więc nie trudno było dostać zadyszki. W samej wioseczce jest tylko siedem domów. Oczywiście, wylegli prawie wszyscy mieszkańcy, aby przyjrzeć się obcemu. Podczas krótkiej rozmowy moje zdziwienie nie miało granic, kiedy okazało się, że po usłyszeniu, iż jestem z Polski, jeden z nich wymienił od razu Papieża, Wałęsę, Bońka, Lato i Kwaśniewskiego. Dodał jeszcze, że wie, iż nazywamy się P O L S K A (powiedział to z właściwą wymową!). Jak się okazało, w wiosce jest antena satelitarna, zasilana baterią słoneczną, a on dodatkowo zbiera znaczki (stąd ta Polska). Muszę przyznać, że wszyscy byli bardzo serdeczni. Nie było w nich agresywności czy służalczości (z nadzieją na datek), którą się spotyka w miastach, szczególnie na Jawie. Proponowali herbatę, ale wymówiłem się brakiem czasu (nie byłem pewien, czy woda była gotowana).

Królewski Pagarruyung

Następny przystanek to dawny pałac królewski w Pagarruyung. Pierwsze wrażenie - olbrzymi. Drugie - to też Rumah Gadang, tylko że kilkakrotnie większy. Nie jest to oryginalny, ponad 200-letni dom, gdyż takowy spłonął w 1982 r. Obecny odbudowano w 1995 r., ale podobno nie różni się od pierwowzoru. W pałacu mieści się teraz muzeum regionalne, natomiast potomek dawnych królów mieszka w Dżakarcie. Niemniej arystokratyczna aura otacza całą okolicę. Jak poinformował nas przewodnik, właśnie w Pagarruyung jest największa liczba nowych domów budowanych w stylu Minangkabau. Większość są to domy należące do biznesmenów zamieszkujących na co dzień w Padangu lub Dżakarcie, a także domy mieszczące urzędy lokalne, np. starostwa. W Pagarruyung (a w zasadzie w sąsiednim miasteczku Batusangkar) znajduje się także mały fort holenderski - Fort Van der Capellen. Ponieważ jednak jest on zajęty przez miejscową komendę policji, nie udało mi się uwiecznić na fotografii tej kolonialnej pamiątki.

Droga do kanionu Harau

Z Batusangkar pojechaliśmy na północny wschód, do jednego z największych kanionów w Azji - kanionu Harau. Droga z Batusangkar do miejscowości Payakumbuh, a następnie do Harau wiedzie przełęczami górskimi, pomiędzy szczytami Merapi i Malintang (2262 m n.p.m.) Widoki niezapomniane. Szkoda tylko, że ich piękna nie jest w stanie oddać ani fotografia, ani nagranie wideo. Nie widać tej wspaniałej głębi ostrości i różnorodności barw.

Wjazd do kanionu Harau jest imponujący. Droga biegnie dnem 500-1000-metrowej doliny, otoczonej przez pionowe, porośnięte tropikalnym lasem ściany. Skały ścian we wszystkich kolorach - od czerwieni, poprzez odcienie szarego i brązu, do czerni. Trudno jest objąć wzrokiem oba brzegi kanionu. Dżungla na szczytach zamieszkiwana jest ciągle przez dużą liczbę zwierząt - jedno z ostatnich miejsc, gdzie są nawet tygrysy i lamparty. Dno doliny Harau wypełnione jest polami ryżowymi. Cała dolina ciągnie się na ponad 9 kilometrów. Gdzieś w połowie udało nam się znaleźć miejsce, gdzie można było się wspiąć do 1/3 wysokości ściany i choć trochę nasycić wzrok widokiem z góry. Ogrom formacji powoduje, że nie wiadomo, co najpierw fotografować i jak. Właśnie w Harau odczułem boleśnie brak obiektywu szerokokątnego, którego nie zabrałem z Dżakarty. Będąc w Harau zatrzymywaliśmy się po drodze w wioskach, budząc spore zainteresowanie. Jak się okazuje, zagraniczni turyści nie zaglądają tu często. Ostatni byli jeszcze przed kryzysem azjatyckim w 1997 r.

Przy wyjeździe z Harau czekała nas niespodzianka. Niecałe dwa kilometry dalej znajduje się kompleks wielopoziomowych jaskiń Ngalau. Nie są one opisane w żadnym z przewodników, którymi dysponowaliśmy. Znalazłem je tylko na jednej ze starych map turystycznych (Nelles Maps z 1979 r.), ale były zaznaczone w zupełnie innym miejscu. Jaskinie uformowane zostały w kształcie wysokich, wąskich kominów. Wąska ścieżka schodzi ostro w dół, aby następnie kilkakrotnie zmieniać poziomy. W końcu prowadzi z drugiej strony góry Ngalau, ok. 100 metrów poniżej poziomu wejścia. Nie byliśmy przygotowani na zwiedzanie jaskiń. Nie mieliśmy latarek, ani butów górskich. Nie mogliśmy więc podziwiać jaskiń w pełnej okazałości. Większość ścieżki wewnątrz grot przeszliśmy po omacku, co nie jest przyjemne, zwłaszcza jeżeli słyszy się ciągle piski nietoperzy i coś tam szura pod nogami. Niemniej wrażenia niezwykłe. Zwłaszcza że przy zjeździe z góry Ngalau pojawiło się piękne popołudniowe słońce i ukazała się panorama pól ryżowych na zboczach. Aż szkoda było jechać dalej, ale musieliśmy przed zmrokiem dotrzeć do Bukittinggi, a czekało nas jeszcze 160 kilometrów.

Powrót do Bukittingi

Bukittingi jest typowo turystycznym miastem leżącym pomiędzy dwoma największymi górami na Sumatrze Zachodniej: Merapi i Singgalang. Klimat jest tu bardzo korzystny - ok. 16-18 st. C w nocy i 25-28 st. w dzień. Nie trzeba używać klimatyzatorów. Miasto sprawia wrażenie lekko sennego kurortu. Dużo hotelików, restauracyjek, sporo starych holenderskich domów. Bukittinggi jest głównym punktem startowym dla turystów zamierzających podjąć wspinaczkę na Merapi lub wybierających się nad jezioro Maninjau. Głównym punktem orientacyjnym miasta jest położona centralnie wieża z zegarem - Jam Gadang, zbudowana w 1820 r. Pierwszą noc w Bukittingi spędziłem w jednym z hoteli, polecanym przez większość przewodników. Ale i tutaj powtórzyła się historia z Padangu. Jednak tym razem do pozostania w hotelu przekonał mnie odpowiedni upust cenowy.

Zwiedzanie Bukittinggi rozpocząłem od wejścia do kanionu Sianok leżącego na południu miasta. Tak prawdę mówiąc, to właściwie Bukittinggi leży nad kanionen Sianok. Nie dorównuje on wielkością i kolorytem kanionowi Harau, ale też jest bardzo interesujący. Jego piękna panorama (białe piaskowe skały) jest widoczna z tzw. Japońskiej Góry. Nazwa wzięła się stąd, że we wnętrzu góry, a w zasadzie w zboczu kanionu, znajdują się bunkry japońskie z okresu II wojny światowej. Stanowią one plątaninę 20 korytarzy o łącznej długości ponad 4 km. Wejście i wyjście było tak dobrze zamaskowane, że długo nie wiedziano, gdzie znikają przymusowi robotnicy indonezyjscy i skąd nagle pojawiają się żołnierze japońscy. Korytarze odkryto dopiero w 1950 roku, kiedy obsunęła się ziemia na zboczach kanionu. We wnętrzu znajdowały się składy amunicji, żywność, a w jednym z korytarzy setki kości ludzkich, często z odciętymi głowami. Wszystkie szczątki ludzkie znajdują się obecnie we wspólnej mogile we wnętrzu bunkrów. Mimo że upłynęło już tyle lat od tamtych wydarzeń, we wnętrzu czułem się nieswojo. Przewodnik opowiadał, iż czasami się zdarza, że słychać odgłosy pracy i krzyków, zwłaszcza kiedy znienacka zgaśnie światło. Nie przeszkadza to oczywiście zakochanym (a co im przeszkadza?), gdyż przy jednym z wyjść zastałem pewną parę w sytuacji, w której nie było nawet dwuznaczności.

Na linii równika

Tego też dnia, po południu, pojechałem obejrzeć rezerwat największego kwiatu na świecie - Rafflesia Arnoldi oraz "zaliczyć" linię równika.

Rezerwat Rafflesii znajduje się ok. 40 km od Bukittinggi, w miejscowości Sikumbang. Miałem sporo szczęścia, bo udało się odnaleźć kwiat o średnicy ok. 80 cm, kwitnący już od czterech dni. Rafflesia (nazwana tak od nazwiska Stanforda Rafflesa, Brytyjczyka, założyciela Singapuru) kwitnie ok. tygodnia. W momencie, kiedy rozpoczyna kwitnienie, wydziela się z niej odór rozkładającego się mięsa, który wabi owady będące pożywieniem rafflesii. Stąd też w językach malajskim i indonezyjskim nosi ona nazwę trupiego kwiatu - bunga bangkai. Pączki rafflesii wyglądają jak ciemnozielone kule do kręgli. Od stanu kuli do kwitnienia mija jakieś 6 miesięcy. Każdy pęd kwitnie tylko raz w roku. Nie zawsze jednak proces rozkwitania kończy się sukcesem. Zapach wydzielany przez kwiat rafflesii jest nie do zniesienia dla leśnych waranów (Varanus salvator), które, aby zapobiec jego wydzielaniu, często obgryzają kule - wtedy kwiat nie rozkwita. Ścieżka prowadząca do kwiatu nie była trudna, ale trzeba było przebić się przez dość gęste zarośla, w których znajdowały także się krzewy dziko rosnącej kawy. Uwaga, dużo węży, teren podmokły!

Po uwiecznieniu kwiatu pojechaliśmy do miejscowości Bonjol, gdzie Sumatrę przecina równik. Droga przepiękna. Dziewicza dżungla po obu stronach serpentyn. Jechaliśmy przełęczami, wspinaliśmy się w górach - wspaniale. Tylko jedna rzecz nie była taka fajna - nie wziąłem pod uwagę faktu, że przy dużej ilości zakrętów odczuję objawy choroby lokomocyjnej. Nie doszło, co prawda, do wydarzeń gorszących, ale byłem bliski załamania. Postanowiłem gdzieś zakupić aviomarin (w Indonezji sprzedawany jest pod nazwą Antimo). Ale gdzie - dookoła głusza. Wreszcie zobaczyliśmy mały wiejski sklepik. Ponieważ w pobliżu nie było miejsca, stanęliśmy na poboczu, 300 metrów dalej, za zakrętem. Na piechotę wróciłem do sklepiku. Aviomarinu nie było, kupiłem jakieś cukierki miętowe i zbierałem się do odejścia. Sprzedawczyni popatrzyła na mnie i zapytała dokąd się wybieram. Odpowiedziałem, że na równik. Nastąpiła dłuższa chwila milczenia i kobieta zasugerowała, abym poczekał na jakiś autobus lub samochód, bo na piechotę nie dojdę przed zmrokiem! Miejsce, gdzie równik przecina drogę, jest dobrze oznakowane, z białą linią na asfalcie i napisem po indonezyjsku Khatulistiwa oraz monumentem w kształcie globusa.

Krajobrazy jeziora Maninjau

Ostatni dzień poświęciłem na wycieczkę nad jezioro Maninjau - jedno z najpiękniejszych jezior w Indonezji. Ma tylko 17 km długości i 8 km szerokości, ale otoczone jest 600-metrowymi skalnymi ścianami. Najpiękniejszy widok jeziora rozpościera się z miejscowości Embun Pagi (hotel Nuansa) oraz z góry Puncak Lawang. Nie jestem w stanie opisać wrażeń. W zasadzie wszystko tam zachwycało: kolor wody i nieba, przejrzyste powietrze, olbrzymia dolina itd. itp. Nawet pasący się byczek na skarpie (pogonił nas trochę!) i dzikie orchidee wyglądały bardzo malowniczo. Ze szczytu Puncak Lawang, przez przełęcz na przeciwległej ścianie otaczającej jezioro, widać było oddalone o 85 km morze!

Z miejsca, gdzie zachwycałem się widokami, prowadzi ścieżka w dół 600-metrowej skarpy. Nad brzeg jeziora schodzi się ponad dwie godziny. Nie zdecydowałem się jednak na zejście na piechotę. Zjechałem okrężną, bardzo stromą drogą, składającą się z 44 zakrętów na półkach skalnych. Jest to najbardziej znana "pokręcona" droga w Indonezji, nosząca nazwę Kelok Empatpuluh Empat, co właśnie znaczy "44 zakręty". Podczas zjazdu otwierały się przed nami coraz to nowe widoki, a to korony palm na skarpach, gęste zarośla i małpy na poboczu, czy wreszcie sama tafla jeziora.

Brzeg jeziora od strony wioski o tej samej nazwie - Maninjau, usiany jest małymi, sympatycznymi hotelikami i knajpeczkami z rybami. Znajduje się tam piaszczysta plaża i co najważniejsze, nie ma tłumu turystów. Postanowiliśmy objechać jezioro od strony północnej. Co chwila przystawałem fotografując zmieniającą się panoramę i rozkoszując się widokami. W miejscowości Mukomuko po przeciwległej stronie jeziora obejrzeliśmy gorące źródła oraz kilka małych wodospadów. Z jeziora można pojechać dalej tą samą drogą prosto nad brzeg oceanu, ale ze względu na piękną pogodę nie pojechałem, postanawiając przez jakiś czas poleniuchować nad brzegiem jeziora. Ponadto chciałem jeszcze zobaczyć tradycyjną walkę bawołów - Adu Kerbau, która odbywa się w każdą sobotę w miejscowości Koto Baru pod Bukittinggi, około godziny siedemnastej. Tak więc spożyliśmy jeszcze bardzo, bardzo smaczny posiłek (najlepszy, jaki jadłem na Sumatrze Zachodniej - składał się głównie z ryb) i pognaliśmy do Koto Baru.

Walka bawołów

Po drodze zahaczyłem jeszcze o wioskę Pandai Sikat, która słynie z dwóch rzeczy: jedynego meczetu na wodzie w Indonezji oraz przepięknych tkanin Minangkabau. Wszystkie wykonywane są ręcznie. Oglądałem pracę w kilku takich przędzalniach. Nie należy się dziwić, że tkaniny te są bardzo drogie, bo nawet wytrawna tkaczka nie jest w stanie wykonać dziennie więcej niż 10-15 cm tkaniny o szerokości ok. 1,20 m. Część tkanin wykonywana jest na zamówienie, część według starych, tradycyjnych wzorów, a część to po prostu fantazje artystów. Podczas mojego pobytu w jednej z tkalni pewna rodzina z Dżakarty zamawiała jakąś niesamowitą ilość tkaniny na wesele córki. Ustalono cenę 3 milionów rupii za jeden metr (wtedy ok. 1500 złotych). Ja, targując jakiś skrawek bieżniczka, nie byłem centrum zainteresowania sprzedawcy. Będąc w Pandai Sikat (co oznacza literalnie "umiejący tkać"), zobaczyłem wreszcie, na czym polega różnica pomiędzy ikatem sprzedawanym w Dżakarcie, robiącym za oryginał, a oryginalnym.

No, ale zbliżała się godzina 17.00 i pojechaliśmy na miejsce walki bawołów. Plac boju stanowiło wiejskie boisko do piłki nożnej otoczone betonowym murkiem, pełniącym funkcję trybun. Zawodników było czterech: dwa miejscowe bawoły, jeden z Bukittinggi i jeden z Payakumbuh. Każdy z nich ważył ok. 500-600 kilogramów. Faworytami byli, oczywiście, miejscowi. Przed walką rozpoczęła się prezentacja zawodników. Większość publiczności zajęła miejsca na trybunach, ale spora część otaczała byczki ciasnym kołem. Rozpoczęto przyjmowanie zakładów. Wreszcie nastąpiło starcie. Walka przypominała raczej japońskie sumo, bo zawodnicy nie bodli się, tylko przepychali potężnymi karkami. Wraz z upływem czasu coraz większa część publiczności schodziła na murawę. Ponieważ wkrótce już nic nie widziałem, też zszedłem na dół. Najlepiej widać na wideo, że zawodnicy czasami biegną wprost w tłum, który szybko ucieka. Też zaliczyłem taki bieg. Nie jest to Pampeluna, ale emocje niezłe, zwłaszcza, gdy widzi się takiego oszalałego byka w odległości 4-6 metrów. Najważniejsze jest jednak, że zgodnie z przewidywaniami zwyciężyli miejscowi (na własnym ringu).

I to był koniec przygody z Sumatrą Zachodnią. Tego samego wieczoru dojechaliśmy do Padangu (po drodze jeszcze fotografowanie pięknego zachodu słońca). Następnego dnia odpoczynek i powrót do Dżakarty.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;