Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Dwóch panów w Kambodży
Doprawdy nie wiem, od czego rozpocząć opowieść o Kambodży? Wywołuje ona tak wiele emocji i dostarcza mnóstwa wrażeń, że chyba najlepiej będzie opowiadać chronologicznie o całej podróży, czy może lepiej powiedzieć "PRZYGODZIE"!

Pomysł wypadu powstał z dwóch powodów: po pierwsze, w prasie malezyjskiej (mieszkamy tymczasowo w Malezji) znalazłem ogłoszenie, że tani przewoźnik Air Asia uruchamia loty do Phnom Penh i w związku z tym przez cały listopad 2005 r. ceny biletów obejmowały praktycznie tylko podatki (dwa bilety na trasie Kuala Lumpur - Phnom Penh - Kuala Lumpur, kupiłem za ok. 120 USD), a po drugie, mój syn osiągnął już taki wiek (całe 10 lat), że mogliśmy sobie pozwolić na samodzielny wypad, bez większych oporów Mamy.

17.jpgPrzygotowania do wyjazdu zaczęliśmy robić wkrótce po zakupieniu biletów, dobre dwa miesiące przed planowanym wylotem. Najpierw nabyliśmy przewodnik, a potem zalecane przy podróży do tego kraju niezbędne (i jak się też okazało, zbędne) wyposażenie. Przede wszystkim, solidne plecaki, solidne sandały, zbiorniczki na wodę pitną zakładane na plecy (tzn. zbiorniki mieliśmy zamiar kupić, ale cena była istotnym argumentem ułatwiającym podjęcie negatywnej decyzji), kłódeczki do plecaków, szczelne torby wodoodporne na dokumenty, pasek na pieniądze, tabletki do odkażania wody, zestaw pierwszej pomocy (w tym strzykawki i igly jednorazowe) i nawet płyn przeciw komarom oraz latarki. Do tego przewiewne ubrania, talk do ciała i oczywiście mapę! W trakcie studiowania praktycznych rad przewodnika, zwróciliśmy uwagę na powtarzające się ostrzeżenia o pozostających w ziemi Kambodży minach, co nie nastrajało radośnie. Na wszelki wypadek nie informowaliśmy Mamy zbyt szczegółowo o schemacie trasy podróży. Pomimo przygotowań, na lotnisko dojechaliśmy prawie w ostatniej chwili i do samolotu wskoczyliśmy przy zamykających się drzwiach.


18.jpgPo krótkim locie z Kuala Lumpur (1 i 1/2 godziny) byliśmy już nad Kambodżą. To, na co zwraca się uwagę z góry, to ogrom zieleni tego kraju, pola ryżowe oddzielone od siebie groblami porośniętymi palmami. Nigdzie nie widać dużych miejscowości i ośrodków przemysłu. Wrażenie wszechogarniającej zieloności było jeszcze spotęgowane ciepłymi promieniami popołudniowego słońca. Dolatując do Phnom Penh, znaleźliśmy się nad dwoma dużymi pasmami górskimi, których same nazwy już rozbudzały wyobraźnię i "pachniały" Dalekim Wschodem - Górami Słonia i Górami Kardamonowymi. Za parę dni mieliśmy przekraczać je autobusem.

19.jpgLotnisko w Phnom Penh, to po prostu maleństwo. Ma tylko dwa rękawy, przy których oczywiście cumuje Lufthansa i Air France. Pozostałe samoloty parkują na płycie lotniska, gdzie podstawiane są schodki i pasażerowie wędrują do budynku portu. Po krótkich formalnościach wyszliśmy przed lotnisko, gdzie czekał na nas samochód zamówiony przez internet. W drodze do miasta (tylko 6 km, ale jedzie się 45 minut), zauważyliśmy, jak bardzo Kambodża różni się od znanych nam krajów Azji Południowo-Wschodniej. Zatłoczona droga, pełna motocykli z dwoma, trzema, czterema, a nawet pięcioma pasażerami! Pełna rowerów, samochodów bez tablic rejestracyjnych, trójkołowców i wszelkiego rodzaju samojezdnego sprzętu, jaki można sobie wyobrazić. Młody obserwował wszystko z coraz szerszymi oczami i był jakby trochę przestraszony klaksonami, hukiem i szaleńczym ruchem na drodze. Wreszcie wydusił z siebie: "zobacz jak tutaj jest brudno!". Wjechaliśmy nareszcie do Phnom Penh. Miasto w tej części przypominało miasta z filmów wojennych o Wietnamie. Trzypiętrowe domy, pełne suszących się ubrań, balkony wypełnione różnymi sprzętami. Ulice zatłoczone, gęsty ruch, tłum sprzedawców, zapachy orientalnego jedzenia, spalin i śmieci. Dojeżdżamy do głównej ulicy - Monivong Boulvar. Szeroka, tylko każdy jeździ jak chce. Nikt nie przestrzega jakichkolwiek znanych nam zasad ruchu drogowego. Nawet na czerwone światło jest sposób - głośno się trąbi, przyspiesza i przejeżdża. Ta sama zasada obowiązuje przy jeździe pod prąd, tylko jedzie się chyba trochę wolniej?!

20.jpgPokoje w hotelu, pomimo, że położone tuż przy dużej ulicy, wydają się być oazą spokoju. Wieczorem idziemy coś zjeść na miasto, ale brak porządnego oświetlenia oraz ryzyko przy każdorazowym przechodzeniu przez jezdnię (przynajmniej tak nam się na poczatku wydawało), powoduje, że tym razem rezygnujemy i kupujemy ciepłe bagietki (pyyyyszne!) oraz jakiś serek w najbliższym sklepiku. Wracając, zahaczamy o księgarnię i przeżywamy szok - książki kosztują tutaj prawie dziesięć razy mniej niż w Malezji. Za przewodnik "Lonely Planet", który kosztował w Kuala Lumpur ok. 33 USD, tutaj trzeba zapłacić tylko 3,50 USD! Zresztą, tym, co bardzo szokuje przy robieniu zakupów w Kambodży, to dwuwalutowość. To znaczy nawet bardziej jednowalutowość, bo miejscowy riel (1 USD = 4.000 rieli) używany jest tylko na bazarach przy drobnych rozliczeniach pomiędzy Khmerami, jako wskaźnik ceny benzyny na stacjach i jako wydawana reszta przy niepełnej części dolara. Nawet oficjalne ceny w sklepach wydrukowane są w dolarach amerykańskich. Oczywiście można zapłacić rielami, ale bardzo często kasjerka stosuje wtedy kurs wymiany o wiele wyższy od rynkowego, np. 5.500 rieli za 1 USD. A zatem przyjeżdżając do Kambodży najlepiej zaopatrzyć się w dużo drobnych dolarów (karty płatnicze przyjmowane są tylko w większych hotelach i drogich sklepach z pamiątkami). My mieliśmy prawie 200 USD w jedynkach i piątkach. Zajmowały one trochę miejsca, ale okazały się bardzo przydatne przy zakupach pamiątek, jedzenia i napojów w terenie.

Następnego dnia rano przyjeżdża po nas zamówiona bryczka motorowa (taka lokalna krzyżówka motocykla z rykszą) i wyjeżdżamy na przystań nad Mekongiem. Wielka łódź, która ma powieźć nas do punktu startowego pod Angkor Wat, czyli miejscowości Siem Reap, sprawia solidne wrażenie - wygodne siedzenia, klimatyzacja, toaleta i kawałek zewnętrznego pokładu na dziobie oraz długi płaski dach, który na czas podróży zamienia się w jeszcze jeden pokład pasażerski. Cóż się okazuje - bilety na podróż kosztują 25 USD od osoby (to te w środku), ale przychodząc bezpośrednio przed odjazdem na przystań, można popłynąć taniej... siedząc właśnie na dachu. Poza tym, podobno jest to bardzo modny sposób podróżowania do Siem Reap wśród "plecakowiczów". Zapewnia cały czas piękne widoki z łodzi, nieustanny szum wiatru i huk silników oraz sześciogodzinne ogrzewanie się tropikalnym słońcem Indochin (niektórzy "dachowcy" zsiedli na ląd w kolorze krewetkowej czerwieni). My pozostajemy jednak w środku, wychodząc od czasu do czasu na pokład dziobowy. Długa podróż dostarcza mnóstwo wrażeń. Najpierw są to nadrzeczne krajobrazy dopływu Mekongu - Tonlé Sap, który tworzy rozległe rozlewiska. Zielone plamy zagajników palmowych przeplatają się z widokami buddyjskich pagod, wioskami rybaków i stadami bawołów pławiących się w rzece. Wreszcie wpływa się na jezioro Sap, które jest największym jeziorem w Azji Południowo-Wschodniej. Mierzy ponad 100 km długości, a w najszerszym miejscu - 40 km szerokości. W pewnym momencie nie widać brzegów z żadnej strony i zatraca się wrażenie jeziora, a natrętnie przychodzi do głowy myśl, że jest to morze.

Po około dwóch godzinach podróży po takim bezmiarze wody jeziora, kiedy łódź wygląda jak biała kreska na niebieskim tle wody, zaczynają się pojawiać tratwy z domkami rybaków. Napotykamy właśnie jedną z pływających wiosek, których dziesiątki porusza się po jeziorze. Piszę "porusza", bo rzeczywiście nie mają one żadnego stałego adresu i dryfują, pływają, w zależności od bogactwa ryb w danym regionie jeziora. Jeszcze kila chwil i przybijamy do pomostu. Zresztą przystań też nie ma stałego miejsca. Kilka razy w roku zmienia swoją lokalizację, w zależności od poziomu wody w jeziorze. Różnice w położeniu linii brzegowej bywają nawet 5 - 10 kilometrowe!

Na brzegu harmider, hałas, wypakowywanie bagaży (sami odbieramy je z luku bagażowego, chodząc po wąziutkiej burcie), po które wyciągają się dziesiątki rąk motocyklistów i kierowców mających nadzieję na złapanie kursu do miasteczka Siem Reap. Inni prezentują swoje pojazdy, jeszcze inni trzymają w rękach tablice lub kartki z wypisanymi nazwiskami turystów, na których oczekują. Niektórzy przybysze stają zdezorientowani, widząc swoje nazwiska wypisane trzy lub cztery razy na różnych kartach papieru - jest to tutaj normalne zjawisko. Kierowcy stojący bliżej łodzi przepisują naprędce nazwiska z tablic trzymanych przez wysłanników droższych hoteli, oczekujących dostojnie przy firmowych autach. Często taka metoda zdobycia zarobku jest skuteczna, bo czy Europejczykowi, niebywającemu w Azji, przyjdzie do głowy myśl, że ktoś inny niż zamówiony hotel może znać jego nazwisko? Całe szczęście, nasze jest tylko na jednej - drewnianej, czyli nie ma pomyłki. Chwilę później wskakujemy do zdezelowanej, ale chłodnej toyoty i jedziemy do naszego hoteliku. Robi on nas bardzo miłe wrażenie. Oferuje podstawowe warunki, ale jest czyściutki, położony w tropikalnym ogrodzie i jak się potem okazało, miał świetną miejscową kuchnię. Znajduje się trochę na uboczu od rozrywkowej dzielnicy miasteczka (a każdy znajdzie tam coś dla siebie!), ale podróżując z dzieckiem, trzeba godzić się na pewne wyrzeczenia (ajajaj, jaki ja jestem mądry i dorosły?!).

Po smacznej obiadokolacji (świetne khmerskie zupki, podobne w smaku i stylu do tajskich - Khmerowie twierdzą, że oni są ich wynalazcami, a Tajowie tylko je spopularyzowali) "dogrywamy" szczegóły wynajęcia bryczki (turyści wprowadzili ich nazwę tuk-tuk, ale z tajskimi pierwowzorami mają mało wspólnego), programu zwiedzania oraz zakupu biletów powrotnych do Phnom Penh. Wszystko udaje się załatwić za pośrednictwem hotelu. Na następny dzień umówiliśmy się na 6 rano i mieliśmy iść spać, ale dusza podróżników wzięła górę i pojechaliśmy do Angkor Wat, aby chociaż na chwilę przed zachodem słońca postawić na nim nogę. Wjazd na teren świątyń Angkoru kosztuje dla obcokrajowca 20 USD od osoby dziennie, lub 40 USD za trzy dni i 60 USD za tydzień. Trochę drogo, ale dzieci do 12 lat nie płacą, a więc mamy trochę kasy w kieszeni, chociaż wszędzie muszę potem pokazywać paszport Młodego, bo nikt nie chce wierzyć, że ma 10 lat, a miejscowe dzieci przerasta o ponad głowę. Powitanie mieliśmy raczej WYLEWNE! Burza, która przyszła znienacka, wylała na nas tony wody i uniemożliwiła zwiedzanie, ale dostaliśmy nagrodę w postaci pięknej, pełnej tęczy, która rozpostarła się nad światynią.

Następny dzień to wczesny wyjazd do najbardziej porośniętej przez dżunglę światyni Ta Prohm. Chcieliśmy być tam pierwsi przed tłumem turystów i udało się! Przez ponad półtorej godziny byliśmy sami, rozkoszując się wczesnym porankiem, krzykiem papug i małp oraz grą pierwszych promieni słońca na porośniętych mchami murach. Największe wrażenie robią tam olbrzymie korzenie drzew tropiklanych porastające (i spajające) świątynię. Konserwatorzy nie usuwają ich, bo spowodowałoby to zawalenie się niektórych części budowli.

Cały dzień to zwiedzanie. Przed oczami pojawiają się obrazy monumentalnych budowli, pięknych rzeźb, widoki bram, ruin i dżungli. Nie potrafię opisać wszystkich odwiedzanych miejsc (zresztą, po co - są dokładne przewodniki i setki publikacji, analizujące każdy załom ruin). Poza tym zobaczenie "wszystkiego" jest niemożliwe przy krótkim pobycie, tak jak nie ma uniwersalnej recepty na kolejność i sposób poznawania światyń. Niektórzy "zaliczają" budowle jak leci, inni trzymają się tras proponowanych przez przewodniki, inni wybierają tylko 2-3 najważniejsze, a jeszcze inni spędzają całe dnie wyłącznie w Angkor Wat, podziwiając grę światła w różnych porach dnia oraz piękno rzeźbień.

My staraliśmy się być w miarę rozsądni. Wybraliśmy kilka kompleksów świątynnych:

Angkor Wat - największa religijna budowla na świecie, zajmuje obszar 210 hektarów. Szczytowy rozwój architektury i kultury angkoriańskiej (XI - XII w.). Wspaniałe plaskorzeźby na otaczających go czterech ścianach-galeriach, każda o długości ok. 600 metrów. Po środku dominuje kompleks pięciu wież. Zrezygnowaliśmy jednak z wchodzenia na górę, z powodu wysokich (40-45 cm) i wąskich (12-15 cm) stopni schodów. Widzieliśmy niektórych starszych turystów, którzy weszli na górę "na czworakach", a potem był problem z zejściem. Angkor Wat zachwyca swoim monumetalizmem, harmonią linii, wielkością oraz malowniczością położenia - nad jeziorem pełnym fioletowych lilii, zwłaszcza o zachodzie słońca, gdzie cały jest oświetlony czerwono-żółtymi promieniami.

Bayon - moim zdaniem, najpiękniejsza świątynia kompleksu Angkor, tzw. "świątynia twarzy". Ogromna z kilkunastoma wieżami pokrytymi wielkimi kamiennymi twarzami. Mnóstwo schodów, zakątków, krużganków. Raj dla fotografika o każdej porze dnia. Przepiękne rzeźby tancerek (apsara).

21.jpgAngkor Thom - wielkie miasto obronne. Wewnątrz jest tam cała masa budowli, takich jak Taras Słoni, Taras Trędowatego Króla, właśnie Bayon, światynia Baphuon, Beng Thom, ruiny pałacu Phimenakas, czy wieże Suor Prat. Niedaleko jest światynia Banteay Kdei oraz basen królewskie Sra Sreng (tu Młody z łobuzerskim błyskiem w oku zapytał: "...a kto to jest Sreng ?"). Cały kompleks otoczony jest 3 kilometrowymi murami z fosą. Do tego miasta, zbudowanego w XI wieku wjeżdża się przez cztery monumentalne bramy bazaltowe, zwieńczone ogromnymi twarzami, przez mosty nad fosą, których balustrady mają kształt mitycznych smoków-węży (naga), przytrzymywanych przez przez postacie olbrzymów (asura). Już po powrocie z wyprawy, obejrzeliśmy program BBC, w którym przedstawiono wyniki najnowszych badań i zdjęć satelitarnych światyń angkoriańskich. Wygląda na to, że Angkor Thom był stolicą zupełnie sprawnie zorganizowanego kompleksu, który mogło zamieszkiwac nawet 80 tysięcy osób.


Ta Prohm - już opisywana wcześniej. Dodam, że w jej malowniczych ruinach, porośniętych dżunglą, kręcono kilka scen do "Tomb Raidera".

Banteay Srei - pięknie rzeźbiony kompleks z XII wieku, oddalony o 20 kilometrów od Angkor Wat. Nieduża, rdzawo-szara świątynia, położona na wyspie. Zwana jest także świątynią kobiet, ze względu na tak misterne rzeźbienia, że prawdopodobnie męska ręka by ich nie wykonała. Ta świątynia najbardziej przypominała mi budowle jawajskie � nawet Młody to zauważył (mieszkaliśmy kiedyś przez kilka lat w Jakarcie). Niestety nie można obejrzeć jej ze wszystkich stron, ze wględu na brak pewności czy wszystkie miny zostały już w jej okolicy usunięte.

Grupa Roluos - najstarsze świątynie na terenie kompleksu Angkor (Preah Kô, Lolei), oddalone o ok. 18 kilometrów od Siem Reap. Zbudowane z małej, suszonej na słońcu cegły w IX wieku. Przed budynkami figury klęczących świętych krów (nandi).

Bantey Samré - Angkor Wat w miniaturze, otoczona fosą i tarasami widokowymi, których strzegą po dwie pary pięknie rzeźbionych angkoriańskich lwów.

Pre Rup - pięć prostopadłościennych wież, budowanych z cegieł. Wysokie schody i wspaniały widok z góry na okolicę, w tym na oddalony o 14 km Angkor Wat.

Bakong - Świątynia Słoni - kilka poziomów, na każdym z nich cztery figury słoni, zwrócone w cztery strony świata. Światynia otoczona jest fosą i leży nad pięknym jeziorem, gdzie znajduje się reaktywowany w 1985 r, klasztor buddyjski.

Phnom Bakeng - niewielka światynia na górze (ok. 400 m. n.p.m.), położonej 1,2 km od Angkor Wat. Wchodzi się na nią po ponad 600 stopniach. Roztacza się z niej rozległa panorama okolicy i widok na sam Angkor Wat. Podobno jest to najlepsze miejsce do oglądania zachodu słońca nad światyniami, co powoduje, że każdego wieczóru tłum turystów wbiega na górę, a po zmroku schodzi po stromych schodach. Nie ma dnia, żeby ktoś się nie potłukł.

Tam mieliśmy śmieszną przygodę ze słoniami. Wracając na dół postanowilismy pójść ścieżką słoni, które wwożą na górę "puszystych" turystów. Ścieżka jest bardziej wygodna od schodów, ale dłuższa, idąca zygzakami. Ponieważ akurat dwa słonie schodziły na dół, poszliśmy za nimi. Po pewnym czasie Młody zaczął marudzić, że słonie (a w zasadzie jeden słoń, bo drugi gdzieś nam zniknął z oczu) idą powoli i do tego puszczaja bąki. Postanowiliśmy wyprzedzić zwierzaki idąć na skróty wydeptana ścieżką przez las, dość stromą, ale ścinającą zygzaki drogi. Wyprzedziliśmy jednego słonia i zobaczyliśmy tego pierwszego. No to dalej przez las. Udało się go wyprzedzić, ale on nagle przyspieszył i zaczął zbiegać z góry. I zrobiło się ciepło na plecach!!! Takie niesamowite uczucie - 2,5 tony biegnące i sapiące za nami, no i strach uciec w las, bo mogą być miny. Pooooognaliśmy jak owczarki podhalańskie za owcami! Całe szczęście, że "parking" słoni był niedaleko, bo już kolejne wierzchowce startowały pod górę. Dopiero byłoby lawirowanie pomiędzy tymi wielkimi zwierzakami idącymi w dwóch kierunkach. Jak dobiegliśmy do parkingu, Młody nagle mówi: "Chodź, wpadniemy na polanę pomiędzy ludzi z krzykiem - szalony słoń, szalony słoń, uciekajcie! Zobaczymy, co się stanie?" Nawet go nie podejrzewałem o takie pomysły. A przy drodze był znak drogowy "Uwaga słonie"!

Zwiedzanie zabytków Angkoru przez całe trzy dni (bo taki bilet wybraliśmy) było bardzo intensywne. Wyjeżdżaliśmy z hotelu ok. 6-tej rano i wracaliśmy do niego po zmroku ok. 19-tej. Jedliśmy posiłki w różnych dziwnych miejscach: we wsiach, przy drodze, pod zabytkami i wbrew ostrzeżeniom w przewodnikach (ameba, pasożyty, robaki, grzyby, biegunki, wymioty itd.). Nic się jednak nie stało! Prawdą jest, że trochę się odkażaliśmy, tzn. tata - whisky, a Młody - coca-colą (w drodze wyjątku, w Kuala Lumpur już nie pije - kto i czego, to już pozostawiam wyobraźni czytelnika).

Nasz kierowca (sympatyczny Khmer o imieniu Mab) woził nas bryczką motocyklową za 10 USD dziennie. Pokazywał różne ciekawe miejsca i przejścia, gdzie nie było tłumu turystów. Raz, co prawda, chciał skrócić drogę i wjechał w tak głębokie błocko, że motor zapadł mu się po siodełko, a nasza przyczepka po podłogę. Za chwilę jednak pojawili się wieśniacy i wyciągnęli nas z bajorka. Obyło się bez desantu ala Da Nang.

Z Siem Reap wróciliśmy do Phnom Penh rejsowym autobusem o pięknej nazwie "Mekong Express". I muszę powiedzieć, że mile mnie zaskoczył. Jechał prędko i szybciej niż łódź (5 1 godziny), miał toaletę, rozdawano ciasteczka i butelkowaną wodę w czasie postoju, a kosztował tylko 9 USD. Poza tym, była to wyśmienita okazja do obejrzenia Kambodży leżącej poza miejscowościami turystycznymi. Zdumiała mnie ilość stawów i stawików porośniętych liliami wodnymi i lotosami. Wszędzie małe drewniane domki i zielone pola ryżowe. Na groblach bawoły, krowy i stada kaczek. Dopiero w pobliżu stolicy zaczęły się śmietniki. Jak to ktoś powiedział - "największymi nieszczęściami, które kraje rozwijające się otrzymały od cywilizacji zachodniej, to karabiny maszynowe i plastikowe torebki". Do Phnom Penh dojechaliśmy wczesnym popołudniem, gdzie na ostatnim przystanku autobusowym czekał nasz stołeczny kierowca i "wyłowił" nas z tłumu ryksiarzy, próbujących złapać kurs (w każdą stronę Phnom Penh - 1 USD za jedną osobę, lub 2 USD za 2-4 osoby). Cały wieczór odpoczywaliśmy nad basenem w hotelu, a komary jadły nas żywcem.

Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Phnom Penh. Zaczynamy od pałacu królewskiego, położonego nad zlewiskiem Tonlé Sap i Mekongu. Ponieważ byliśmy tam zaraz pod otwarciu, prawie nie spotykało się turystów. Pałac jest podobny w stylu do królewskiej siedziby w Bangkoku, tylko tyle, że skromniejszy. Nie jest to stara budowla. W obecnym kształcie został zbudowany w 1919 r., na miejscu drewnianego pałacu z 1869 r. Jest biały, pokryty złotymi dachami. Na jego dziedzińcu stoi przedziwna budowla, zwana "Żelaznym Domem", przypominająca XIX-wieczne dworce kolejowe, skrzyżowane z mieszczańskimi kamienicami, podarowana królowi Norodomowi przez ostatniego cesarza Francji, Napoleona III. Na terenie kompleksu pałacowego znajduje się najważniejsza buddyjska świątynia w Kambodży - Srebrna Pagoda (Wat Preah Keo), pokryta pięcioma tysiącami srebrnych płyt, każda o wadze jednego kilograma. Jest to miejsce przechowywania najświętszego posągu Buddy w tym kraju - figury o wysokości 85 centymentrów, wykonanej z ciemnozielonego kryształu. Znajduje się tam też kilka innych posągów Buddy. Zachwyca posąg wykonany ze złota o wadze 90 kg, ozdobiony 9548 brylantami, z których największy waży 25 karatów! Posąg wykonano w latach 1905-1906. Srebrna Pagoda została zbudowana w 1892 r., jako częściowo drewniana światynia, a obecny kształt osiagnęła po wielu przebudowach w 1962 r. W środku obowiązuje bezwzględny zakaz fotografowania i strażnicy domagają się schowania aparatów do plecaków. Ponad dwustumetrowe galerie ścienne otaczające Srebrną Pagodę pokryte są kolorowymi freskami. Czerwoni Khmerzy, po dojściu do władzy w 1975 r. i ogłoszeniu roku "Zero" zamalowali je farbami olejnymi. Odrestaurowane zostały m.in. przez polskich konserwatorów zabytków w ramach konwersji zadłużenia zagranicznego Kambodży wobec Polski...

Z pałacu pognaliśmy do dawnej dzielnicy francuskiej, pełnej starych kolonialnych willi, restauracji nad brzegiem Mekongu i sympatycznych hotelików. Niektóre domy przyciągają wzrok swoją wielkością i zdobieniami. Niestety, nie wszystkie znalazły nowych i bogatych właścicieli w osobach ambasad, agend ONZ, czy innych organizacji międzynarodowych. Część (w większości secesyjnych) budynków niszczeje. W tej dzielnicy znajduje się również kolonialny eksluzywny hotel "Palace Royal", obecnie pod zarządem sieci Raffles, a także Psar Thmei, czyli bazar miejski, zbudowany w stylu Art Deco w 1927 r. - wielka czworokątna konstrukcja o zadziwiająco żółtym kolorze, przykryta kopuła o rozmiarach chyba konstantynopolitańskiej Haga Sophia! Nad brzegiem Tonlé Sap zjedliśmy obiad - pyszny lok-lak (smażona wołowina z kolendrą i miętą na bukiecie świeżych warzyw, polana cytrynowym sosem z dzikim pieprzem) i butelka francuskiego wina. Za to wszystko 18 USD na dwóch (tzn. wino na jednego). Potem złożyliśmy wizytę w Muzeum Narodowym, o ciekawej syjamsko-khmerskiej architekturze, posiadającym dużą kolekcję rzeźb z Angkoru, często odebranych złodziejom antyków. Muzeum zostało zbudowane w latach 1917-1920 i oprócz kolekcji najstarszych rzeźb w Kambodży, datowanych na VIII-IX wiek, posiada olbrzymią kolonię nietoperzy pod dachem, których setki wyfruwa przed zachodem słońca na żer. Jak twierdzą niektórzy chiropterolodzy, Muzeum Narodowe w Phnom Penh gości największe skupisko nietoperzy na świecie, zamieszkujących budynek stworzony przez człowieka.

Następny punkt programu był bardzo smutny. Pojechaliśmy do dawnego więzienia Czerwonych Khmerów - Tuol Sleng S-21, działającego w latach 1975-1978 - obecnie muzeum męczeństwa i martyrologii. Uznałem, że zwiedzanie tego obiektu może być wstrząsem dla Młodego i pomimo jego protestów, został pozostawiony w dawnej strażnicy, a obecnie kasie.

Najbardziej przeraża prymitywizm więzienia, urządzonego w budynku dawnej szkoły średniej. Brunatne plamy (krwi?) na podłodze, zardzewiałe narzędzia tortur i stosy dokumentacji pozostawionej przez morderców. Zdjęcia po przywiezieniu do więzienia i po torturach. Gdyby nie numery więzienne, to pewnych osób nie dałoby się rozpoznać. Klasy w szkole podzielone były na miniaturowe, drewniane cele, a na korytarzach drut kolczasty. Muszę powiedzieć, że wraz ze zwiedzaniem narastało przygnębienie i napięcie. W pewnym momencie zostałem sam na piętrze i fotografowałem. Nagle powiał wiatr i drzwiczki jednej z cel otworzyły się ze skrzypem, wpuszczając jasny promień słońca. Aż skoczyłem do góry i wybiegłem na korytarz. W pewnym okresie, w tym więzieniu mordowano nawet 100 osób dziennie! Ponad 17.000 osób, więzionych w Tuol Sleng zginęła w obozie Choeung Ek, czyli na Polach Śmierci. Ostatnich 14 więźniów zostało zamordowanych przez Czerwonych Khmerów na dzień przez wejściem wojsk wietnamskich do Phnom Penh. Znaleziono ich rozkładające się ciała leżące na żelaznych łóżkach (uwidocznione jest to na zdjęciach w salach, gdzie umarli). Byli to elektrycy, fotograficy i ślusarze, którzy przez cztery lata funkcjonowania więzienia byli, po prostu, potrzebni. Są to jedyne osoby pochowane na terenie więzienia w oddzielnych mogiłach i zidentyfikowane. Obok byłego więzienia dzieci grają w piłkę, ludzie robią zakupy na bazarze i jedzą smaczne jedzonko na przeciwko bramy - brrrr...

22.jpgŻeby dopełnić wędrówkę martyrologiczną we właściwej kolejności, z więzienia pojechaliśmy naszą bryczką na Pola Śmierci. Położony 16 kilometrów od Phnom Penh dawny obóz Choeung Ek kryje w sobie 129 masowych mogił. Podczas budowy mauzoleum ekshumowano tylko 8900 ciał z 86 grobów. Czaszki zamordowanych złożone są w białej, przeszkolnej, wysokiej pagodzie, gdzie stanowią ponure i smutne zarazem memento. Niektóre ekshumowane groby są oznaczone tablicami: 160 ciał, 450 ciał, 100 ciał bez głów... Wszystkie groby znajdują się na granicy malowniczych pól ryżowych i rozlewisk porośniętych fioletowym hiacyntem azjatyckim. Najbardziej przygnębiające jest jednak to, że chodzi się dosłownie po trupach. Z ziemi, pagórków oraz grobli wystają kości, resztki ubrań, kawałki drutu, którym krępowano mordowanych. Dopiero przyglądając się z bliska, zauważamy, że to, co braliśmy za gałęzie zalegające podłoże, to próchniejące kości. Nie ma oczywiście porównania do nazistowskich obozów śmierci, ale czy można to w ogóle porównywać? Trzeba pamiętać, że Czerwoni Khmerzy mordowali tak, aby oszczędzać naboje karabinowe. Dopiero tam można zdać sobie sprawę, jak kruche jest ludzkie życie i jakimi codziennymi narzędziami można je odebrać. A dookoła nas było gorące i pełne kolorów tropikalne popołudnie, śpiew ptaków, kwitnące lotosy i spacerujące krowy.

Po obejrzeniu mauzolem, nasz kierowca zaproponował wizytę na strzelnicy. Bez większego przekonania, raczej z ciekawości, razem z innymi "białasami" pojechaliśmy zobaczyć tę atrakcję. Cóż się okazało! Niedaleko Pól Śmierci (około 3 kilometrów dalej) znajduje się jednostka wojskowa, gdzie dowództwo dorabia do pensji. Za 30 dolarów można wystrzelać cały magazynek broni długiej: rosyjskiej, amerykańskiej, chińskiej, wietnamskiej i francuskiej, które były używane w ciągu ostatnich 50-ciu lat. Trzynaście dolarów kosztuje strzelanie z rewolweru lub pistoletu. Oferty są wydrukowane, a broń wisi na ścianie - do wyboru, do koloru. I sam w to nie uwierzyłem, co zrobiłem - zrezygnowałem! Poczułem jakiś wstręt do broni, do sytuacji i do oficerów oferujących "zabawę" z mdłym uśmiechem, że powiedzieliśmy "dziękuję" i zarządziliśmy odwrót. Może gdyby nie było to zaraz po Polach Śmierci, to, kto wie, czy nie spróbowałbym czegoś egzotycznego, a może bałem się, że stara amunicja może niekontrolowanie odpalać i wypadek gotowy? W każdym razie zrezygnowałem i odetchnąłem za bramą. A tak na marginesie - takie rozrywki są w Kambodży zakazane, ale niskie zarobki (40-50 USD miesięcznie) robią swoje. Zwłaszcza, że broni i amunicji w tym kraju, po 30 latach wojen, nie brakuje.

Po solidnym odpoczynku w Phnom Penh (droga do Pól Śmierci jest nieasfaltowana i strasznie powybijana) i kolacji, gdzie znów wodę i owoce czuć było tabletkami do puryfikacji, przepakowaliśmy się, kupiliśmy bilety na autobus do Sihanouk Ville (załatwił nasz kierowca) i poszliśmy spać.

Autobus nad morze, pomimo że należy do jednej z największych linii transportowych w Kambodży (GST), wygląda jak dawny Pekaes. Brudne fotele, średnio czyste miejsca na bagaże, ale jest tam (a raczej - powinna być) klimatyzacja. Jechaliśmy cztery godziny na południe. W to wliczony był półgodzinny postój po drodze. Przejechaliśmy przełęcze w Górach Słonia i wyjechaliśmy na wzgórze, z którego roztaczał się widok na kambodżańskie wybrzeże Zatoki Tajlandzkiej. Na dworcu w Sihanouk Ville (raczej parkingu z budką do sprzedaży biletów) zaczynamy poszukiwania taksówki. Szybko okazuje się, że jedynym dostępnym środkiem transportu są tylko małe motocykle. W związku z tym, siadamy w kolejności: duży plecak, kierowca, mały Podróżnik, duży Podróżnik i mały plecak. Tak jedziemy do hoteliku. Nie powiem, wygladało to trochę śmiesznie, zwłaszcza że musiałem trzymać nogi w powietrzu, bo zabrakło oparć na rurze wydechowej.

Hotel był bardzo przyjemny - drewniane, czyste bungalowy z łazienkami, klimatyzacją, ciepłą wodą i TV. A wszystko za 15 USD za dobę ze śniadaniem. Od razu pobiegliśmy nad morze - tylko 150 metrów od hotelu. Młody do wieczora nie wychodził z wody. Morze czyściutkie; plaża nie jest szeroka, ale prawie pusta i pełna żółciutkiego, kontynentalnego piasku. W Indonezji były to głównie zmielone koralowce i muszelki, a tutaj piasek jak w Łebie. Ja raczej spędzałem czas pod parasolem, żeby nie za bardzo przysmażyć sobie uszy i co tu ukrywać, łysinkę. Ta część wybrzeża, na której się opalaliśmy nosi nazwę plaży Occheuteal i jest podobno najpiękniejszą plażą w Sihanouk Ville. Niedaleko od restauracyjek plażowych znajduje się kryta liśćmi palmowymi budka z szumnym napisem "Gendarmerie Royale du Cambodge, Comissariate de Sihanouk Ville", gdzie siedział policjant i bacznie obserwował okolicę przez potężną lornetkę. A obok w takiej samej budce była kawiarenka internetowa!

23.jpgSpędzając czas na plaży w Kambodży należy uodpornić się na różnego rodzaju oferty handlowe i usługowe. Co chwilę ktoś oferuje manicure, masaż, świeże owoce, krewetki, bransoletki, okulary przeciwsłoneczne, napoje, czy wreszcie po prostu prosi o pieniądze. Należy to zrozumieć, Kambodża jest krajem biednych ludzi i każdy szuka zarobku jak tylko może. Odmowa jest przyjmowana spokojnie, ale za moment ktoś znu coś proponuje. Takie życie! Nie powiem, kupowaliśmy tam i owoce, i krewetki (chyba najtańsze w życiu) i napoje. Obejrzeliśmy także przepiękny zachód słońca. A następnego dnia, po smacznym śniadanku, znów pognaliśmy na plażę. Trzy godziny słońca i kąpieli, powrót do hotelu i wyjazd do Phnom Penh. Autobus podobny do poprzedniego, tylko po drodze zepsuła się klimatyzacja i dojechaliśmy do miasta niemiłosiernie spoceni. Z jaką ulgą wskoczyliśmy pod prysznic. Ostatni dzień spędziliśmy głównie na leniuchowaniu, objadaniu się miejscowymi potrawami i spacerze nad brzegiem Mekongu. Po południu polecieliśmy do Kuala Lumpur. Kiedy usiedliśmy w malezyjskim samolocie, Młody powiedział - "Nareszcie wracamy do NASZEGO, CZYSTEGO Kuala Lumpur. Ale było bardzo fajnie!" I była to dla mnie wielka nagroda na wspólną wyprawę.

Kambodża budzi mieszane uczucia. Z jednej strony zachwyca, z drugiej trochę przeraża swoją biedą wynikającą z 30 lat wojen. Na każdym kroku widać ludzi bez stóp, nóg, rąk - skutki pozostających tam min. Podobno znajduje się tam jeszcze ok. 5 milionów min, wyrządzających ogromne straty nie tylko wśród ludzi, ale przede wszystkim wśród zwierząt hodowlanych. Jak krowa wejdzie na minę i padnie, to właściciel nie zje nawet mięsa, bo jak ją ściągnąć z pola minowego? Najgorszy jest jednak widok okaleczonych dzieci. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że z protez i kul też się wyrasta! Okropnie wyglądają dzieci 10-12 letnie, noszące protezy 6 latków i takie same krótkie kule, Smutne to, bo pieniądze międzynarodowe są bardzo często rozkradane (stąd m.in. pochodzi część drogich aut na ulicach Phnom Penh - bez tablic rejestracyjnych, przemycanych z Tajlandii), a rodziny poszkodowanych funduszy nie posiadają, gdyż są to przede wszystkim biedni wieśniacy. Część inwalidów organizuje się w grupy muzyczne, grające tradycyjną muzykę khmerską. Nagrania są sprzedawane potem turystom. Ale co mają zrobić inwalidzi w miejscach, gdzie turyści nie docierają, bo wszędzie są miny? Są one nawet w okolicach kompleksu Angkor. I jak mówi porzekadło podróżników w Kambodży - "jeżeli wzywa natura i musisz na stronę, to kucaj przy samej drodze. Lepiej jak zobaczy Cię 200 osób z gołą d..., niż jedna bez nogi".

Kolejnym problemem jest tzw. "znikanie twarzy". Jest to zorganizowana na potężną skalę kradzież rzeźb kompleksu Angkor. Świątynie przetrwały nienaruszone okres władzy Czerwonych Khmerów, ale nie wytrzymują popytu kolekcjonerów na starożytność Dalekiego Wschodu. W 1994 r. w ciągu jednej nocy ukradziono ponad 80 twarzy z mostów Angkor Thom. Historyczne rzeźby sprzedawane są na miejscu lub przemycane do Tajlandii. Często kradzieże dokonywane są na zamówienie, po prezentacji potencjalnemu kupcowi fotografii rzeźby lub płaskorzeźby. Złodzieje-amatorzy niszczą w wielu wypadkach pamiątki historyczne przez nieumiejętne próby odłupania twarzy lub postaci z murów Angkoru. Zwiedzając Angkor powstrzymajmy się od kupowania tego rodzaju "pamiątek"!

Ale mimo wszystko, jesteśmy zadowoleni z wyprawy, a ja tym bardziej, bo było to jedno z moich podróżniczych marzeń. Wróciliśmy obładowani książkami o Angkorze i Kambodży, przywieźliśmy setki fotografii, staliśmy się bogatsi nie tylko o nowe doświadczenia podróżnicze, ale i o nową jakość więzi rodzinnych Małego i Dużego Podróżnika.

Jeżeli jeszcze będzie szansa, to powtórzę wyjazd - tyle tam zostało do obejrzenia. Nie widzieliśmy przecież świątyń z XIV-XV nad brzegiem Mekongu w okolicach Phnom Penh, niezadeptanych wysp na kambodżańskim wybrzeżu i nie byliśmy w dżunglach parków narodowych, gdzie do dziś odkrywa się jeszcze nieznane gatunki zwierząt. A zatem - A bientôt Cambodge!

Kambodżę zwiedzali od 15 do 23 listopada 2005 r.
Artur i Natan Dąbkowski




 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;