Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Chmury nad Mt. Kinabalu
Z zamiarem wejścia na Mt. Kinabalu nosiłem się już od dawna. To znaczy może nie od bardzo dawna, ale od momentu, gdy znalazłem informacje w internecie, że wejście jest możliwe nawet dla zasiedziałych przed komputerem okularników - aczkolwiek pożądany jest „minimalny poziom sprawności fizycznej”. Dłuższy czas męczyło mnie, jak należy rozumieć powyższe pojęcie? Czy są to ci, którzy codziennie biegają, czy też tacy, co jeszcze czasem wstają od komputera, aby pójść do lodówki po kolejnego hamburgera?

Po dalszych poszukiwaniach, obejrzeniu kilkunastu publikacji i rozmów z ludźmi, którzy tam byli, doszedłem do wniosku, że zachodzi spore prawdopodobieństwo, iż spełniam wymóg minialny. Rozpocząłem więc przygotowania do wspinaczki. Zgodnie z wytycznymi zapisanymi w przewodnikach, najpierw wybrałem się na zakupy: ciepła kurtka, nieprzemakalne rękawice, czapka wełniana (trudne do zdobycia w tropikalnej Malezji i dość kosztowne), latarka, nieprzemakalne poncho i cały zapas batoników czekoladowych, pozytywnie wpływających na „minimalny poziom sprawności fizycznej” alpinisty amatora na szlaku.

Wreszcie lecę na Borneo, do malezyjskiego stanu Sabah. Po wylądowaniu w Kota Kinabalu rozpoczynam poszukiwania możliwości transportu do Parku Narodowego Kinabalu, który znajduje się 90 km od stolicy stanu, a także zorganizowania wejścia na górę. Niepokoi mnie tylko jeden czynnik – miasto i okolice są pogrążone w ciężkich chmurach, wieje silny wiatr i non-stop pada deszcz. Spodziewany widok Mt. Kinabalu na horyzoncie, górujący nad miastem, nie istnieje! Wszystko zasłonięte ołowianymi chmurami. Nie mam szczęścia. Ulewa i wiatry, to „odpryski” tajfunu szalejącego na Morzu Południowo-Chińskim, u południowych wybrzeży Filipin. Pogoda psuje się coraz bardziej. Wieczorem zrywa się sztorm, który łamie drzewa na wybrzeżu i strzępi palmy przed moim hotelem. Następnego dnia rano, sytuacja wcale nie ulega poprawie. Wiatr zrywa się znienacka i uderza z dużą siłą. W hotelowej restauracji podczas śniadania jedno z takich uderzeń otwiera szlane drzwi tarasowe i do środka wlewa się ściana wody. Podmuch przewraca kilka stolików, zrzucając wszystko co się na nich znajdowało na gości. Cztery osoby z obsługi hotelowej z dużym wysiłkiem zamykają drzwi, a dwie kolejne wiąże je razem obrusami. Psuje się nie tylko pogoda, ale i mój humor. W większości agencji turystycznych, organizujących wspinaczki na Mt. Kinabalu, zostałem uprzedzony, że przewidują kłopoty z wejściem. Dodatkowo okazuje się, że koszt indywidualnego transportu do Parku Narodowego jest dość wysoki, a miejsca noclegowe w jedynym ogrzewanym schronisku na górze są już zarezerwowane i raczej nie ma szans na znalezienie ich „z marszu”. Po podliczeniu wszystkich planowanych kosztów dochodzę do wniosku, że jednak wykupię pakiet w agencji turystycznej. Robię wstępną rezerwację na dwa kolejne dni i czekam na lepszą pogodę. Kolejny poranek nie przynosi poprawy, ale wieczór jest już znośny i nagle odzywa się telefon. Agencja informuje, że na następny dzień organizowana jest grupa. Szybkie dopakowanie plecaka i idę spać, aby wypocząć przed porannym wyjazdem (a w głowie znów pojawia się natrętne pytanie o „minimalny poziom sprawności fizycznej”...).

O 6.30 rano mikrobus agencji czekał już przed moim hotelem . Okazuje się, że grupa jest czteroosobowa. Za chwilę zabieramy jeszcze młodego Duńczyka – studenta, przebywającego na wakacjach i parę Holendrów, którzy od razu się przyznali, że pasjami chodzą po górach. Wszyscy sprawiali bardzo sympatyczne wrażenie, ale ja z Duńczykiem zaczęliśmy się niepokoić, czy nasi profesjonalni holenderscy alpiniści nie zostawią nas przypadkiem daleko z tyłu. Ruszamy w drogę. Po około 30 minutach jazdy, samochód zostawia płaskie wybrzeże Sabahu i zaczyna piąć się krętą drogą w góry. Pomimo, że nadal są chmury i nie widzimy szczytu Kinabalu, jest dość jasno i odkrywają się przed nami widoki na zielone górskie doliny, porośnięte dżunglą. Po godzinie jazdy zatrzymujemy się na krótki postój. Jest już dość zimno jak na tutejsze warunki – temperatura na zewnątrz to 19º C. Zakładamy ciepłe koszule. Jeszcze krótka chwila jazdy i zatrzymujemy się przed biurem dyrekcji Parku Narodowego Kinabalu. Teraz formalności. Dostajemy zezwolenia (plastikowe identyfikatory, zawieszane
na szyję, zawierające datę rozpoczęcia wspinaczki, nazwisko, numer grupy i liczbę osób w grupie), podpisujemy oświadczenia, ze zapoznaliśmy się z zasadami poruszania się na szlaku, poznajemy naszego przewodnika i wyruszamy w drogę.

Wejście rozpoczyna się na wysokości 1.866 m.n.p.m. od miejsca zwanego Timpohon Gate. Przed nami 6 kilometrów wspinaczki do schroniska Laban Rata, znajdującego się na wysokości 3.200 m.n.p.m. Jest godzina 10.00. Jeszcze tylko okazujemy swoje zezwolenia ostatniemu strażnikowi przed szlakiem i zgodnie z zaleceniami przewodnika ruszamy powoli. Wiele osób robi błąd narzucając sobie zbyt szybkie tempo marszu na pierwszym kilometrze szlaku. Jest on dość łatwy i to jest zgubne, bo potem staje się pod stromymi podejściami i nie ma siły na wspinaczkę. Idziemy zatem powoli. Dookoła nas gęsta, tropikalna, górska dżungla. Wielkie drzewa porośnięte lianami i pnączami, bananowce, zarośla dzikich imbirowców, kępy bambusów i mnóstwo paprotników, mniejszych i większych, wśród nich olbrzymie, tworzące zagajniki, paprocie drzewiaste. Powietrze jest chłodne, ale jednocześnie bardzo wilgotne. Ścieżka, to rozmiękła po ostatnich deszczach błotnista rynna wypełniona gnijącymi liśćmi. Po drodze mijamy dwa pełnowodne wodospady. Zauważamy pierwszy znak, że pokonaliśmy już pół kilometra szlaku. Jak się potem okazało był to rzeczywiście najłatwiejszy odcinek. Za chwilę ścieżka zaczyna się piąć pod górę. Stopnie to głównie korzenie drzew, kamienie oraz gliniaste uskoki zabezpieczone deskami. Każdy ma inną wysokość. Czasem jest to 10 cm, a czasem 50 cm. Nie ma możliwości utrzymania równego tempa. Po raz pierwszy zaczyna brakować oddechu. Krótka przerwa i dalej w górę. Nasze polsko-duńskie obawy okazują się uzasadnione – Holendrzy wyprzedzają nas o kilkaset metrów, a my ciągniemy się noga za nogą. Duńczyk zastanawia się, co go podkusiło, że za takie tortury
jeszcze zapłacił z własnej i nie przymuszonej woli! Wreszcie znak, że pierwszy kilometr za nami! Odpoczywamy dłuższą chwilę. Całe szczęście, że mniej więcej co kilometr stoją niewielkie wiaty i punkty czerpania wody. Nie jest to woda butelkowana, ale w górach nadaje się do bezpośredniego spożycia. To istotne udogodnienie, bo nie ma konieczności niesienia ze sobą dużych zapasów wody. Wystarczy mała, litrowa butelka.

Następuje zmiana pogody. Niestety na gorsze. Chmury są coraz niżej. Cały las wypełnia się białą mgłą. Tajemniczo majaczą powykręcane przez wiatr konary drzew, cichnie śpiew ptaków. Chmura gęstnieje, zaczyna padać drobny deszcz. Widoczność nie jest większa niż 10 metrów. Paprocie i bambusy przy drodze błyszczą wilgocią na tle absolutnie białego tła mgły. Zakładamy przeciwdeszczowe kurtki. Idzie się coraz trudniej. Na szczęście jeszcze nie odczuwamy wiatru – las jest na tyle gęsty, że hamuje pęd powietrza. Słyszymy tylko coraz intensywniej jego gwizd. Spotykamy pierwszą grupę ludzi, którzy schodzą na dół. Są kompletnie przemoczeni. Nie udało im się osiągnąć szczytu, ale twierdzą, że pogoda może jeszcze się dzisiaj poprawić. To nas przekonuje do dalszej wędrówki.

Coraz więcej szlaku już za nami. Deszcz zaczyna padać intensywniej. Teraz to już prawie ulewa. Zatrzymujemy się i wyciągamy plastikowe poncho, które nakładamy na siebie i plecaki. Robi się nam cieplej i uderzenia wiatru nie są tak dokuczliwe, ale z drugiej strony, woda spływająca z płaszczy ścieka na spodnie, które piją ją jak knot i robią się coraz cięższe. Spada temperatura i wyraźnie odczuwa się już zimno. Zakutani w plastikowe „pokrowce” widzimy praktycznie tylko ścieżkę, na której coraz więcej skał granitowych. Niepostrzeżenie zmienia się wygląd okolicy. Dżungla ustępuje miejsca prawie „tolkienowskiemu” lasowi. Mocno skręcone pnie drzew, coraz wiecej mchów, porostów i wszystko w ciężkiej mgle – chmurze, którą poruszają już wyraźnie wyczuwalne uderzenia silnego wiatru. Mijamy znak z napisem 3,5 km i tu po raz pierwszy pojawia sie myśl, aby zawrócić. Ścieżka wspina się coraz bardziej stromo. Co kilkanaście kroków robimy (głównie ja z Duńczykiem) odpoczynek. Nikt już nie zwraca uwagi na to, aby nie moczyć butów. Woda jest wszędzie, spływa strumyczkami w dół po ścieżce, niesie ze sobą błoto z wyższych partii gór. Coraz częściej spotykamy osoby idące z góry – wszyscy są zziębnięci i całkowicie przemoczeni, w porwanych płaszczach przeciwdeszczowych. Chmury są tak gęste, że robi się ciemno.

Nareszcie osiągamy 4-ty kilometr szlaku. Dłuższa przerwa na przyniesiony ze sobą posiłek. Tym razem wiata nie stanowi już żadnego zabezpieczenia. Las jest coraz niższy i potężny wiatr uderza w nas strugami deszczu. Stoimy ciasną grupką i staramy się tak jeść, aby podmuchy nie wyrwały nam pudełek z jedzeniem. Nikt nie siada - dbamy o to aby nie zniszczyły się nasze poncha. Pomimo zmęczenia szybko wyruszamy w górę. Zawsze to trochę cieplej. Zakładamy także rękawiczki na zgrabiałe ręce. Ścieżka prowadzi skrajem wysokiego urwiska. Całe szczęście, że wichura uderza od strony ściany, przy której posuwa się nasza grupa. Przewodnik z niepokojem spogląda w niebo. Nagle słychać potężny ryk - to wzmaga się wiatr. Zestawienie odgłosu prawie startującego odrzutowca z błyskawicznie przesuwającymi się chmurami i przyginanymi do ziemi zaroślami, przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek widoczności jest wręcz niesamowite. Wchodzimy coraz wyżej, a ścieżka, kórą tworzą już wyłącznie różnej wielkości głazy, zamienia się w szumiący wodospad. Momentami idziemy po kostki w wodzie. Nagle wichura przycicha. Robi się bardzo jasno i las na 2-3 minuty rozświetla się ciepłym blaskiem słońca. Niby tak krótko, ale wystarczyło, aby para wiewióreczników zeskoczyła z drzew i przywitała nas harcami na omszałych konarach przy wiacie Villosa położonej na 5 kilometrze szlaku. Niestety, za chwilę sytuacja wróciła „do normy”.

Gwałtownie skończył się też las i weszliśmy na obszar roślinności wysokogórskiej – niskich zarośli, niemiłosiernie zniekształconych, miniaturowych drzew, sztywnych paproci i wiszących na drzewach „brodatych”, białych porostów. Coraz częściej pojawiają się plamy gołej skały. Na jednym z takich miejsc obserwujemy, jak kobieta z grupy idącej ok. 100 metrów przed nami zostaje zepchnięta przez wichurę i zatrzymuje się na linach zabezpieczających. Zdenerwowanie naszego przewodnika wzrasta. Wie, że nas dwóch, to amatorzy. Nie powiem, patrząc na wyślizganą skałę i słuchając wycia wiatru też nieźle się bałem. Postanawiamy pokonać przeszkodę skokami i pojedynczo. Przemieszczamy się zaraz przy linach, trzymając się ich - jak dobrze, że mamy rękawiczki! Skaczemy po każdym większym uderzeniu wiatru, wtedy kiedy jego siła maleje. Podczas uderzeń przylegamy do skały. System zdał egzamin i po kilkunastu minutach jesteśmy już pod osłoną drzewek. Osiągnęliśmy wysokość prawie 3.000 m.n.p.m. Można spotkać tu 12 gatunków dzbaneczników. Dzbanuszki niektórych odmian tych żarłocznych roślin potrafią osiągnąć nawet 45 cm długości i zawierać 3,5 litra wody. Najmniejsze, to zaledwie naparstek. Zauważamy ich pnącza na karłowatych drzewkach. Nikt jednak nie myśli o fotografowaniu, tylko aby czym prędzej dojść do najbliższej wiaty i w ogóle do schroniska. Marzy się gorąca herbata i ciepły koc. Bardzo daje znać o sobie zimno. Zwyczajnie się trzęsiemy, a nie ma możliwości założenia dodatkowych ciepłych ubrań. Wreszcie wiata, nawet nieźle osłonięta przez rośliny. Nie chce nam się zdejmować plecaków. Kucamy, dzielimy się czekoladą, batonikami i wodą.

Ostatnie pół kilometra do schroniska stanowi największe wyzwanie. Niskie drzewka nie dają prawie żadnej ochrony przed wichurą i ulewą. Kamienista ścieżka, a w zasadzie górski potok, pnie się stromo pod górę. Wchodzimy dwa kroki i robimy odpoczynek, dwa kroki i odpoczynek... Coraz bardziej jesteśmy zmęczeni. Wreszcie we mgle pojawiają się zarysy schroniska Laban Rata. Jeszcze 200, 100 metrów i już! Wychodzimy na otwartą polanę przed schroniskiem i... podmuch wiatru przewraca Duńczyka na ziemię. Szybko zbieramy się i wpadamy do schroniska. Cali ociekamy wodą, mamy wodę w butach, przemoczone spodnie i jesteśmy potwornie zziębnięci. Na termometrze przed wejściem jest 8º C, a wiatromierz pokazuje 85 km/h !

Schronisko nie przypomina szwajcarskich chat alpejskich, ale ma dach, ściany i można w nim coś zjeść. Jeszcze na stołówce, która pełni jednocześnie rolę salonu, recepcji i sklepiku, zdejmujemy buty (wylewamy z nich wodę) i mokre rzeczy. Całe szczęście, że za niewielką opłatą można je oddać do wysuszenia pod ciepłym nawiewem. Nasza grupa zostaje przydzielona do 10-osobowego pokoju. Zakładamy na siebie co się da i wskakujemy pod koce. Jesteśmy na wysokości 3.250 m. npm. Jest godzina 16.00, czyli wchodziliśmy niecałe 6 godzin – podobno nieźle, jak na amatorów . Mamy godzinkę leniuchowania, bo kolacja jest o 17-tej.

Przed kolacją pojawia się jednak problem – nasze rzeczy się suszą, a nie mamy zapasowych spodni. Holender pożycza od żony cieplejsze rajtuzy (wygląda komicznie, ale może już zejść na stołówkę), a ja z Duńczykiem dalej intesywnie myślimy co na siebie włożyć. I wymyśliliśmy – owijamy się złożonymi na pół kocami i ściskamy je paskami od spodni. Nareszcie! Jak ciepło! Na stołówce wzbudzamy pewne zainteresowanie, ale większość trzęsących się tam z zimna ludzi, ubranych w kilka warstw odzieży, czapki i rękawice (dla Malezyjczyków, taka pogoda, to przecież istna tortura), uznaje, że jest to dobry sposób na ogrzanie się. Po pewnym czasie zauważamy kilku kolejnych osobników stosujących takie specyficzne sarongi! Jedzenie nie jest zbyt smaczne, ale najważniejsze, że w dużych ilościach i gorące. Kilka filiżanek herbaty przywraca równowagę fizyczną. Jak nam jednak brakuje odrobiny alkoholu! Niestety, w schronisku mają tylko zimne piwo. Brrr... Ponieważ temperatura w stołówce jest zdecydowanie wyższa niż w pokojach, jeszcze kilka godzin spędzamy przy stole, wymieniając wrażenia ze wspinaczki, pijąc herbatę i grając w karty z trójką Amerykanów. Wiatr wcale nie przycicha. Wyje nieznośnie za oknem, wciskając strumyczki deszczu we wszystkie szpary okienne i drzwiowe. Cała konstrukcja schroniska głośno trzeszczy. W międzyczasie wysuszyły się jednak ubrania i buty i możemy pomyśleć o śnie. Nie ma on być długi, bo pobudka przed drugą częścią wspinaczki zaplanowana jest na 2.00 rano.

Noc nie należy do najspokojniejszych. Wizgi wiatru za oknem, niska temperatura w pokoju (upłynęło trochę czasu nim zaczyna działać grzejnik), nie sprzyjają spaniu. Dodatkowo, każde wyjście do toalety, znajdującej się na końcu długiego, nieogrzewanego korytarza to też przeżycie. Jakby tego było mało, w ramach wietrzenia jest tam otwarte na oścież okno, które nie daje się zamknąć. Tylko niewielka grupka zapaleńców odważa się dokonać wieczornych ablucji.

Pobudka o 2.00! Wstajemy, ale przewodnicy informują, że czekamy z wyjściem. Wiatr przycicha odrobinę i prawie nie pada, tym niemniej jeszcze czekamy. Wyruszamy w kompletnych ciemnościach ok. 3.15. Nie ma dużej mgły, ale czuje sie niesamowite zimno. Są tylko 3º C! Opatuleni w kurtki, rękawice, stanowimy szereg świetlnych punkcików latarek. Idziemy powoli, skalną ścieżką. W międzyczasie znowu zrywa się silny wiatr i wraca ulewa. Po około godzinie dochodzimy dochodzimy do ostatniego schroniska przed wspinaczką na szczyt (Sayat-Sayat Hut), leżącego na granicy wegatacji. Tam czeka na nas wiadomość, że musimy wracać. Ze względu na niebezpieczne warunki, szlak zostaje zamknięty. To pech! Jesteśmy na 3.550 m.n.p.m. Zabrakło ok. 1,5 km, czyli 400 metrów w pionie, do szczytu. Ale na pewno jesteśmy bezpieczni. W schronisku dosypiamy do śniadania. O 9.00 decydujemy się na zejście. Martwi nas to, że ciągle pada i dojdziemy na dół przemoczeni, a tam przecież nie będzie warunków do wysuszenia odzieży i zmarznięci będziemy musieli jechać do Kota Kinabalu. Tymczasem okazuje się, że w momencie wychodzenia ze schroniska przestało padać i chmury podniosły się na tyle, że można zobaczyć ogrom skalnej podstawy Mt. Kinabalu. Jakby drwił sobie z nas. Idą w ruch aparaty fotograficzne, Każdy chce mieć chociaż jedną pamiątkę na tle góry.

Jednocześnie zauważamy, że jesteśmy nad niższą, bardziej „dziurawą” warstwą chmur. Poniżej roztaczają się widoki dolin Kinabalu oraz połacie skalne, porośnięte karłowatym lasem z tańczącymi na wietrze długimi porostami. I do tego nie pada! Schodzimy dość szybko, ale wykorzystujemy każdą okazję do uwiecznienia na fotografii otaczającej nas przyrody i krajobrazów. Jakże inaczej wyglądają dzisiaj zbocza! Jak mogłyby wyglądać w pięknym słońcu! Szósty kilometr (teraz pierwszy), który kosztował nas tyle wysiłku porzedniego dnia, pokonujemy błyskawicznie zeskakując z kamienia na kamień. Już minęliśmy jedną wiatę, za chwilę drugą. Dochodzimy do strefy dzbaneczników. Za namową przewodnika odbijamy ze szlaku i małą grupką wchodzimy do lasu. Dzbaneczniki są wszędzie: małe i duże, zielone, fioletowe i czerwone. Mokre od deszczu, pełne wody. Robimy dziesiątki zdjęć (udało się utrwalić siedem gatunków). Schodzimy dalej.

Oglądamy jak gdyby wczorajszy film, tylko od końca.

Las się ponownie zmienia. Tylko teraz rośnie i gęstnieje. Znów jest wysoki, pojawia się mnóstwo paproci, słychać ptaki. Znajdujemy leśne orchidee, dzikie rododendrony, maleńkie, kwitnące na czerwono mchy i żółte, twarde kwiatki, które w dotyku przypominają plastik. Jeszcze przez chwilę wśród drzew utrzymuje sie nastrojowa mgła, ale poniżej 3-go kilometra wychodzi słońce i zalewa kolorami dżunglę. Dopiero teraz widać bogactwo tropikalnego lasu. W koronach drzew pojawiają się szare makaki. Kiedy dochodzimy do gęstwiny bananowców i imbirowców, to niechybny znak, że niedługo koniec szlaku. Jeszcze przez chwilę sycimy oczy panoramą gór na otwartych częściach ścieżki. Zaczynamy spotykać nowych gości Parku Narodowego i teraz my informujemy, że się nie udało, ale oni pewnie mają szansę, bo pogoda jest lepsza, itd., itp... Mijamy wodospady i jesteśmy przy Timpohon Gate. Strażnik „odhacza” nas, że wróciliśmy cali i w komplecie. Schodziliśmy trzy i pół godziny.

Jemy obiad w restauracji Parku Narodowego Kinabalu, żegnamy naszego przewodnika (honorowo rezygnujemy z zaświadczeń o zdobyciu góry ) i odjeżdżamy do Kota Kinabalu. Po dwóch godzinach jazdy górskimi serpentynami (jakie widoki !!!), stolica stanu Sabah wita nas 30-stopniowym upałem i... zniszczeniami, jakich dokonała nocna wichura. Całe kwartały domów na wodzie są pozbawione dachów bądź kompletnie zniszczone. Przy drogach usuwane są połamane drzewa. Czyli dobrze się stało, że nie poszliśmy dalej.

Nie wszedłem na Mt. Kinabalu za pierwszym razem. Trudno. Jestem jednak zadowolony, że spróbowałem. Okazało się poza tym, iż „minimalny poziom sprawności fizycznej” jest wystarczający. Spróbuję ponownie w grudniu lub styczniu, kiedy pogoda jest podobno „murowana”. Dostałem e-maila od Duńczyka – pytał się, kiedy wchodzę jeszcze raz i czy możemy się jakoś umówić. Czemu nie?!

Artur Dąbkowski
(próbował zdobyć Mt. Kinabalu 11-12 sierpnia 2006 r.)

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;