Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
Z pamiętnika przewodnika Wyspa Chumbe Zanzibar

Wycieczka na wyspę Chumba -

z pamiętnika przewodnika


Pewnego razu, a było to na przełomie roku 2000 i 2001,  zabrałam grupę turystów na wycieczkę do zatoki Kizimkazi. Jest to słynne miejsce na Zanzibarze, gdzie żyją delfiny i  można tu z tymi przyjaznym dla ludzi zwierzętami pływać, nurkować i bawić się do woli. Przyjechaliśmy z wioski Jambiani. Było przed 9 rano.

Jak się okazało po przyjeździe na miejsce , grupa okazała się bardziej  infantylna niż wskazywał by na to wiek uczestników. Na brzegu czekał na nas kapitan wraz z łodzią. Jego łódź nie różniła się niczym od kilkunastu innych zakotwiczonych obok. Kiedy kapitan nas zobaczył krzyknął do nas: „haraka haraka „ co w języku suahili oznacza: szybko.

Podeszłam szybciej do kapitana, przywitałam się i zapytałam jak będzie wyglądało pływanie. Kapitan powiedział, ze około godziny 11 zjeżdża się cały tłum turystów i wszyscy wypływają wgłęb oceanu. Wówczas jest tłok wokół delfinów. Nie jest to dobre ponieważ delfiny są zdezorientowane gwarem i często odpływają w dal. Ok. zrozumiałam intencje kapitana i krzyknęłam do turystów aby się pospieszyli.

Na to oni stanęli jak wryci w miejscu. Musiałam wrócić na brzeg aby  zobaczyć co się dzieje i poinformować o radzie kapitana.  Dowiedziałam się iż po pierwsze:  są oni turystami, którzy płacą i nikt nie będzie ich poganiał, a po drugie: taką łodzią nie popłyną.

Skrytykowali łódź, że jest za mała, nie wygląda na solidną i mocną a kapitan wygląda jak nie kapitan. Wycieczka była wykupiona i zorganizowana w jedyny możliwy i reklamowany przez zanzibarczyków  sposób. Byłam już kilka razy na takiej wycieczce i znałam łodzie i serwis więc sama nie byłam zaskoczona. Wiedziałam, ze nie ma innych łodzi i nic nie  da się wycisnąć. Próbowałam nakłonić aby turyści się zebrali i wsiedli do łodzi ponieważ i tak już ponieśliśmy koszty dojazdu więc szkoda aby dzień zmarnować – a na to się zanosiło. Łodzie są rozchwytywane i za moment mogła przyjechać jakaś nie zapowiedziana grupa i naszego kapitana zaangażować.

Grupa się upierała, że nie i koniec. Ja wyjaśniałam, że jest to jedyna okazja aby spotkać delfiny a Kizimkazi jest  miejscem nie zwykłym opisywanym w przewodnikach jako miejsce, które trzeba koniecznie zobaczyć. Kiedy powiedziałam , że za chwilę będzie za późno a kapitan z pewnością popłynie z innymi, grupa zaczęła się dzielić na podgrupy. Jedni chcieli płynąć i namawiali innych, a drudzy nie dawali się przekonać. Wynikła kłótnia. Wszyscy staliśmy w wodzie po kostki a kapitan patrzył na nas osłupiały jak na wariatów. Może nie rozumiał języka, ale śledził mimikę twarzy oraz tony głosów. Kłótnia trwała około godziny. Kapitan w końcu podszedł do mnie i powiedział : „z taką grupą nigdzie nie płynę”. Odwrócił się ode mnie i wyszedł z wody.

W tym momencie wszyscy ruszyli do łodzi, szybko wsiedli, ale kapitan ani myślał wrócić. Znowu ja do niego wyszłam na brzeg i pytam o co chodzi. On stanowczo poinformował, że nie płynie z nami, bo się potopimy. Teraz ja nie wiedziałam co począć. Aż przeszyło mnie grozą.

Prosiłam go, prawie błagałam aby się ugiął, że to ja będę miała problemy jeśli nie popłyniemy, że już to nasz ostatni dzień na Zanzibarze i ostatnia szansa.

            Po kolejnej  godzinie kapitan zmiękł i dał się uprosić. Wsiedliśmy, wypłynęliśmy. W wodzie pływały już wszystkie łodzie, na brzegu nie było żadnej. Tłok taki jak na głównym skrzyżowaniu w Warszawie. Spełniły się przewidywania kapitana. Pełno ludzi w wodzie, a delfinów w ogóle nie widać.

            Teraz znowu grupa zaczęła narzekać, że wiedzieli od razu, że z tym kapitanem jest coś nie tak, przyjechali aby coś zobaczyć a tu nic, że to jakieś nabijanie w butelkę. Ja z trudem tłumaczyłam kapitanowi jakie są nastroje. Ludzie zaczęli fantazjować co zrobić jak już są na wodzie. W oddali było widać wysepki wiec padła propozycja aby popłynąć na jedna z nich. Zapytałam kapitana jak długo się płynie na taką tam wysepkę w oddali. Powiedział, że był dawno na tej wyspie, ale płynie się około godziny.

            Zapadła decyzja, że płyniemy. Słońce świeciło, niebo było bez chmurki, a na wodzie wiał przyjemny wiaterek.

            Łódź miała napęd motorowy i płynęła sobie milutko pluskając o wodę, atmosfera się uspokoiła i było sielankowo. Rozmowy się nie kleiły, każdy patrzył w toń wody albo w siną dal. Woda była przecudnie modra i krystalicznie czysta. Widać było dno pokryte rafą, mijaliśmy wiele kolorowych rybek i dużych ryb. Powoli zbliżaliśmy się do wyspy. Nic nie wskazywało, na zmianę nastroju po raz kolejny.

            Nagle na niebie jak zjawy pokazały się ciemne chmury, otoczyły nas zewsząd, zerwał się porywisty wiatr, znaleźliśmy się jak w oku cyklonu. Z nieba lunął deszcz. Po minucie byliśmy mokrzy – na szczęście było ciepło. Byliśmy dokładnie w środku drogi pomiędzy Kizimkazi a wyspą – celem naszej wycieczki.

Nastąpiło „przebudzenie” . Jedni chcieli wracać, inni śmiali się i mówili, że nareszcie jest jakaś przygoda w Afryce.  Ci co chcieli wracać ani zamiaru nie mieli odnaleźć  w tym jakiś fun i naciskali aby wracać. Kapitan popatrzył na niebo i powiedział, że lepiej płynąc przed siebie niż wracać.

Tak wiec płynęliśmy do wyspy. Wiało i padało mocno tak, że łódź wyraźnie straciła swoją moc i płynęła wolniutko podrywana przez fale i wiatr. Woda wlewała się do środka więc kapitan rzucił podbieraki i kazał wylewać wodę. Woda z oceanu chlapała nam prosto w twarze. Piekła nie miłosiernie w oczy. Byliśmy polewani z góry, z boku , raz z lewej raz z prawej burty.

Nagle odezwał się stosunkowo młody człowiek będący ze swoją partnerką. Powiedział: „nie życzę sobie takich przygód, jestem tu z damą i żądam aby natychmiast wracać z powrotem. Moja pani jest pod moją opieką z tego względu dbając o jej bezpieczeństwo, żądam powrotu.”

Za radą kapitana większość zdecydowała aby płynąć,  wiec nie było innej opcji. Pani owa zaczęła odgrywać role omdlewającej, trudno było ocenić ile jest w tym prawdy, a ile egzaltacji. Nie było wyjścia. Wprawdzie wyspa przybliżała się bardzo wolno, ale płynęliśmy do przodu.

Ów człowiek nie widząc poparcia swego stanowiska wśród ogółu, wyjął z torby maski do nurkowania i założył je sobie i swojej pani. Pomimo to, że teraz woda nie chlapała im w oczy, wyglądali komicznie ze swoim ponurym smutkiem i  z maskami na twarzach.

Minęła kolejna godzina, wyspa była wciąż daleko. Minęła kolejna, wciąż nie widać co nas czeka na wyspie. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Nagle wiatr ustał, chmury rozwiały się i wyszło słonko. Kolejna godzina spędzona na wodzie upłynęła na ciężkiej ciszy. Zdążyliśmy wyschnąć a na twarzach pojawiła się wysychająca sól.

Dopływaliśmy powoli do wyspy. W oddali było widać na niej  tylko białą wieżę. Zbliżaliśmy się teraz dość szybko i za chwilę widać było postacie ludzi stojące na brzegu. Kiedy byliśmy już blisko na tyle, że woda była płytka, wyskoczyłam i podeszłam do ludzi stojących  w wodzie po kolana.

Jumbo – powitali mnie z uśmiechem. A skąd wy się tu wzięliście? zapytała uśmiechnięta kobieta.

Przedstawiłam się , że jestem tour guidem tej grupy .Kiedy powiedziałam jej, że przypłynęliśmy z Kizimkazi zaczęła się zanosić śmiechem.  Nigdy nie mieli gości przypływających z Kizimkazi, a na tę wyspę można przypłynąć tylko po wcześniejszym zgłoszeniu na lądzie ponieważ jest to prywatna wyspa , najbardziej ceniony i chroniony park podwodny na Zanzibarze. Dlatego przybycie na wyspę jest limitowane i ponadto kosztuje 75 usd od osoby za dzień i 200 usd za nocleg. Bez zezwolenia nikt tu nie przypływa.

To gdzie my jesteśmy? Zapytałam.

Na Chumbe Island  -  powiedziała.

Susan – jak mi się przedstawiła -  manager na wyspie , pomimo tego o czym mi szybko powiedziała, przywitała się serdecznie z każdym i zaprosiła nas dalej na „ląd”. Poszliśmy na taras budynku, który wyglądał jak ogromna stara łódź z dachem w kształcie skoczni narciarskiej. Pokryty był trzciną. Zostaliśmy poczęstowani napojami. Susan podała nam kilka ciekawych informacji  o wyspie. Na wyspie może być nie więcej nić 14 gości. Jest tylko 7 chat zbudowanych ekologiczny sposób tak, że nie korzysta się tu w ogóle z dóbr cywilizacji. Wszystko pochodzi od natury i wraca do natury. Nawet nie  czystości są wykorzystywane do podlewania roślin jako nawóz. Nie wolno używać chemikaliów. Wokół wyspy jest dziewicza rafa koralowa, można tylko nurkować z samą maską, nie dozwolone jest używanie płetw, a więc nurkowanie ze sprzętem jest też niedozwolone. Na wsypie żyją endemiczne kraby kokosowe, duże jak pilka plazowa, które wychodzą z Oceanu i wchodzą na palmy kokosowe. Tu znajduje się najstarsza latarnia morska na Zanzibarze  z roku 1901 .

Susan powiedziała nam, że nie wypuści nas zanim nie odpoczniemy, umyjemy się i dojdziemy do siebie. Dostaliśmy jedną z chat i około 3 godziny czasu. Potem miała nam zorganizować łódź do Kamiennego Miasta – stolicy Zanzibaru. Wobec tego mogliśmy zwolnić naszego dzielnego kapitana. Myślałam, że on też trochę zostanie i odpocznie, ale zaraz po chwili kapitan odpłynął z powrotem do Kizimkazi. Nikt nie chciał się z nim pożegnać ani cokolwiek powiedzieć na pożegnanie.

Prysznic był zbawienny, zmycie soli z ciała przyniosło ulgę i od razu powróciła energia.

O godzinie 16 przypłynęła po nas łódź z Kamiennego Miasta. Dalej wszystko potoczyło się bez dodatkowych przygód.

Turyści obrazili się na mnie, dodatkowo żądając zadośćuczynienia za moralne  straty wywołane nie odpowiedzialnym zachowaniem i narażaniem ich życia.

Po dwóch dniach  wspomniany dżentelmen  ze swoją damą pojechali ponownie na wyspę Chumba, wykupując tam kilkudniowy pobyt.

Dla mnie wyspa była rajem, a pobyt na niej  był przygodą jak z bajki, której nie można by zaplanować czy wymarzyć.  Nie żałuję jej do dziś ponieważ stałą się dla mnie inspiracją do organizowania całodniowych wycieczek, po wcześniejszym zaanonsowaniu oczywiście . Niekiedy na miejsce czeka się przez kilka dni, czasem nie udaje się złapać miejsc w ogóle. Jak się okazało jest to najbardziej ekskluzywne miejsce na całym Zanzibarze.


Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.safaritravel.com.pl/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;