Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Przez Peru i Boliwię
Autor: Wiesław Gorączko   
Zobacz też:
Z Berlina do Limy

Trasę naszej wyprawy do Peru i Boliwii rozpoczęliśmy na lotnisku Tegel, w Berlinie. Lot odbywał się na trasie: Berlin-Madryt-Santiago de Chile-Lima. Trasa powrotna wyglądała analogicznie. Jakkolwiek wydaje się ona dość pokrętna, to okazała się najtańsza i wcale nie trwała dłużej niż inne trasy, z pozoru krótsze. Z Berlina lecieliśmy do Madrytu Iberią, z Madrytu do Santiago i dalej do Limy chilijskimi liniami LanChile. Bilet w obie strony kosztował 695 USD (łącznie z opłatami lotniskowymi). Trochę obawialiśmy się chilijskiego przewoźnika, ale okazał się bardzo rzetelny, punktualny i - co bardzo ważne - dysponujący najnowszymi samolotami. Przesiadki były pewnym utrudnieniem, ale 3 do 5 godzin przerwy wystarczało na spokojny transfer. Po drodze nic się nie stało. Bagaż podróżował z nami, bez kłopotów. (Kilka lat temu, gdy leciałem z Frankfurtu do Sydney, to tak godna zaufania firma jak Lufthansa zagubiła moje bagaże). Trasę po Peru rozpoczęliśmy od Limy. Z Limy przelecieliśmy wewnętrznymi liniami Aero Continente (a jest ich kilka) do Cusco, wprost na największe święto inkaskie w Peru - Inti Raymi. Zdecydowaliśmy się na przelot z dwóch powodów: po pierwsze chcieliśmy zaoszczędzić czasu i zdążyć na święto, a po drugie odkryliśmy bardzo ciekawy cennik biletów lotniczych na trasach wewnętrznych. Otóż wszystko jedno, czy leci się w Peru 100 km, czy też 2500 km, bilety kosztują (najtańsze wersje) 69 USD. Jeżeli ktoś ma czas, to koniecznie powinien przejechać autobusem przez Andy z Limy do Cusco. Trasę autobus pokonuje w dwa dni, a cena wynosi około 50 USD.

Puno

1.jpgPo kilku dniach spędzonych w Cusco (zwiedzanie miasta, okolicznych ruin i twierdz Ollantaytambo, Pisaq, Puca Pucara, Saqsahuaman, Świętej Doliny Inków i oczywiście rewelacyjnego Machu Picchu) przejechaliśmy nocnym autobusem z Cusco do Puno nad Jeziorem Titicaca. Autobus w miarę wygodny, ale przybył do Puno o 3 nad ranem. Zaspani wywlekliśmy się z autobusu. Nim rześkie wysokogórskie powietrze zdołało na dobre nas obudzić, obskoczyli nas (mimo 3 w nocy) taksówkarze, proponujący hotele i transport (gratis). Po krótkim targowaniu zawieziono nas do hoteliku. Resztę nocy spędziliśmy już w łóżkach. Ani w Puno, ani w Cusco nie zaobserwowaliśmy u siebie objawów sorocze, tj. choroby wysokościowej. Nie ukrywam natomiast, że z przyjemnością ja (żona raczej nie) pijaliśmy herbatę z liści koki. Trzeba pamiętać, że w całej Ameryce Płd. posiadanie liści koki (nawet na lotniskach) nie jest karalne. Należy jednak pozbyć się nawet pojedynczych liści, gdy wracamy do Europy lub Ameryki Pn.

Puno to wspaniałe miasto. Dni były ciepłe, natomiast noce chłodne. Jest to miasto wypadowe dla wycieczek do: Sillustani (miejsca nad Jeziorem Umaya, położonego o jakieś 300 metrów wyżej niż Titicaca, ale nieżeglownego) - gdzie podziwiać można grobowce preinkaskie Chullpas; na pływające wyspy Uros na Titicaca, wyspę stałą Tequila i inne atrakcje. Samo Puno jest wieczorami bardzo sympatyczne, z wieloma europejsko urządzonymi pubami lub kawiarenkami w lokalnym stylu. Koniecznie w miejscowych restauracyjkach należy zjeść łososia (trucha) z Titicaca, przyrządzanego na bardzo wiele sposobów. Można z łatwością wpaść w chorobę alkoholową, degustując w knajpkach lokalną wódkę lub też wódkę pisco, produkowane w Pisco. Trunki te są, niestety, bardzo procentowe, ale drinki robione przez tubylców są bardzo dobre.

W Puno można także kupić sporo (i w naszej opinii najtaniej) produktów rękodzieła peruwiańskiego. My kupiliśmy poncza z wełny alpak, swetry z lam i okaryny. Można spotkać także trochę ciekawej i niebanalnej biżuterii. Godne uwagi są też wyroby ze skóry.

Pływające wyspy

2.jpgPo drodze na wyspę Uros położoną na Jeziorze Titicaca wstąpiliśmy na pływające wyspy. Wyspy te zbudowane są z trzciny o nazwie totora. Grubość powierzchni wyspy wynosi około 1,5-2 m, a średnica do 150 m. Na Jeziorze Titicaca można znaleźć około 100 takich wysp. Część z nich jest stale zasiedlona przez Indian, ale można też trafić na kilka wysp "komercyjnych". Jak w Disneylandzie, na wyspy te pół godziny przed pierwszymi turystami przypływają Peruwiańczycy z Puno. Przebierają się w stroje regionalne, rozkładają swoje bambetle i rozpoczynają "życie na wyspie". Oczywiście, po odpłynięciu ostatnich turystów Indianie wracają do swych domów na stałym lądzie. Aby odwiedzić prawdziwe pływające wyspy, wystarczy jednak wspomnieć o tym przewodnikowi stateczku lub w biurze podróży. Płynie się do nich około1,5-2 godzin z przystani z Puno. Podróż jest bardzo ciekawa, widoki wspaniałe (szczególnie powroty, po zachodzie słońca) i bezpieczne. Naprawdę warto.

Boliwijskie La Paz

Z Puno pojechaliśmy autobusem do Boliwii, do La Paz, przez graniczne miasteczko Desaguadero. Początkowo zamierzaliśmy odwiedzić Copacabanę, ale z powodu blokady dróg w tym rejonie zmieniliśmy plany. W Desaguadero zmienialiśmy autobus, z peruwiańskiego na boliwijski, i przekraczaliśmy granicę. Trochę było z tym zamieszania, ale wszystko dobrze się skończyło. Nie spotkaliśmy żadnych Polaków, kilkoro Szwedów i dwójkę Czechów. Stojąc prawie 3 godziny na granicy, mieliśmy możliwość podziwiać ruch przygraniczny. Jakież ciekawe typy ludzkie przesuwały się przed nami.

Do La Paz dociera się po południu. Tutaj panuje trochę inny zwyczaj znajdowania hotelu. Nie ma, jak w Peru, naganiaczy lub "przedstawicieli" hotelarzy, ale trzeba samemu szukać wolnych pokoi. Zostawiłem więc żonę z plecakami pod Katedrą św. Franciszka (o przepięknej fasadzie), a sam zginąłem prawie na półtorej godziny w centrum miasta. Wreszcie znalazłem miejsce w hotelu Florida. Powróciłem po żonę i bagaże. I tutaj następna ciekawostka. Ponieważ hotel położony był dość daleko i trzeba było zasuwać pod górkę (zresztą w La Paz wszędzie jest pod górkę), postanowiliśmy złapać taxi. Zatrzymałem chyba kilkanaście zupełnie pustych taksówek, ale żadna nie chciała nas zabrać. Kierowcy tłumaczyli, że wóz trzeba zamówić przez radiotaxi. A po co mam zamawiać, gdy stoję przy nim i jest pusty? Bez dyskusji. Wreszcie w pobliskiej restauracyjce zamówiłem oczywiście przez radiotaxi samochód, który zjawił się po kilku minutach. Kierowca jednak tak słabo znał miasto, że musiałem mu mówić, jak dojechać do hotelu. Parę razy lądowaliśmy w tych samych miejscach, nim pilotowanie wziąłem w swoje ręce.

La Paz to nieformalna stolica Boliwii. Jest to wielomilionowe miasto położone w kanionie, którego ściany opadają prawie 500 metrów w dolinę. Miasto dzieli się na tzw. dolne (najstarsza część) i górne. Górna część to głównie satelickie osiedla biedoty (Alto), wchłonięte obecnie przez miasto. Ta część leży prawie 500 m powyżej części dolnej. A i dolna część jest bardzo zróżnicowana ekonomicznie i architektonicznie. Są rejony w La Paz, które zupełnie nie różnią się na pierwszy rzut oka od głównych metropolii południowoamerykańskich czy też europejskich. Tu znajdziemy supermarket i ekskluzywne sklepy, salony samochodowe i mody. Ludzie z bogatych części miasta nieraz nie znają części biednej, zdarza się bowiem, że nie opuszczają swojej dzielnicy. Dzielnice "bogatych" są wręcz samowystarczalne - z rozbudowaną siecią szpitali i szkół. Stare centrum to okolice wokół Katedry św. Franciszka - okazałej budowli o bardzo ciekawej fasadzie i wnętrzu. La Paz to także drapacze chmur, choć znacznie niższe niż w Stanach.

3.jpgMiasto (stara część) położone jest na wysokości 3750 m n.p.m. Wszystkie drogi w La Paz prowadzą albo pod górkę, albo z górki, co wynika z położenia miasta w kanionie. Horyzont przysłaniają przepiękne góry Cordilliera Realle, z dumnym szczytem Illimani - 6402 m n.p.m. La Paz jest ciekawym miastem. Sporo w nim muzeów i ciekawych budynków (jak np. Pałac Prezydencki czy Parlament). Tuż obok miasta położona jest Dolina Księżycowa (Valle de la Luna) - bajecznie uformowana przez erozję deszczową dolina tufowa. W mieście znaleźć można wiele biur podróży, które za niewielkie pieniądze zawiozą do Tihuanaco (nad granicą boliwijsko-peruwiańską), do Valle de la Luna lub na szczyt Chacaltaya (5396 m n.p.m.)

Nie darowałbym sobie, gdybym nie zdobył Chacaltaya. Wyprawa jest niezbyt trudna, choć ostatnie setki metrów pokonuje się trudno, odpoczywając co 100 kroków. Niestety, wysokość robi swoje (pomimo żucia liści koki). Tuż poniżej szczytu zlokalizowano prywatny, najwyżej położony na świecie narciarski stok zjazdowy. Niestety, gdy my odwiedzaliśmy Chacaltaya, to śniegu było zbyt mało i stacja nie pracowała. Na zboczu szczytu jest także centrum naukowe fizyki astronomicznej Uniwersytetu w La Paz.

Pogoda w La Paz w lipcu jest bardzo przyjemna. W dzień jest ciepło - około 20-25 stopni C, ale nocami temperatura spada do 7-10. Co krok znaleźć można kawiarenki internetowe. Jedynym problemem miasta jest wysoka emisja spalin samochodowych oraz ścieki. Po mieście można chodzić bez obawy. Ludzie są przyjaźni. Nie spotkaliśmy się z jakimkolwiek objawem agresji czy brakiem sympatii. Jedyną niemiłą sytuację przeżyliśmy w drodze z granicy do La Paz, gdzie napotkaliśmy blokadę. Nie tylko my mamy Leppera. W Boliwii "lepperowcy" są bardziej zdesperowani, blokują drogi głazami. Zdarza się (to właśnie nas spotkało), że obrzucają kamieniami samochody próbujące pokonać przeszkodę. Ale i rząd boliwijski reaguje ostro. Na drogach jest uzbrojone po zęby (w ostrą broń) wojsko. Walą długimi pałami na prawo i lewo, rozpędzając blokujących. Często autobusy rejsowe dostają eskortę wojskową. Blokujący drogi to tutaj bardzo biedni górale wiejscy, którzy gnębieni są bardzo dużymi podatkami, a nie mają możliwości sprzedać swoich produktów. Nawet za wodę płacą wysoką kontrybucję, a w Andach i płaskowyżach nadmiaru wody nie ma. Te "kłopoty drogowe", z którymi można się spotkać, dotyczą właściwie tylko jednego rejonu Boliwii, a mianowicie - drogi La Paz - granica z Peru i rejon Copacabana (nad Jeziorem Titicaca). W drodze na Chacaltaya też spotkaliśmy blokadę drogi, ale po opłaceniu myta puszczono nas. Drugą blokadę, która już szykowała się, by "uszczuplić nasze finanse", udało nam się ominąć. Zjechaliśmy jeepem z bitej drogi i po wertepach, pokonując potoki, przepychając często przez nie samochód, nadkładając około 30 km wieczorem dotarliśmy do La Paz. Zmęczeni, ale szczęśliwi.

Calle de los Bruchos w La Paz to krótka ulica nieopodal centrum miasta, na której ulokowane są sklepiki z wyrobami rękodzieła miejscowych Indian. Tu także można spotkać Indianki sprzedające afrodyzjaki, amulety oraz inne "akcesoria" pozwalające nie tylko przepędzić złe duchy, ale i szczęśliwie żyć. Wśród talizmanów znajdują się wyschnięte (zasuszone) płody zwierząt (lam i alpak), figurki zapewniające zdrowie, dobrobyt czy szczęście w miłości. Można u Indianek (czarownic - stąd nazwa ulicy) na miejscu dokonać "oczyszczenia duszy ze złych mocy" lub otrzymać specjalne preparaty (mieszanina zmielonych lub tylko potłuczonych miejscowych minerałów). Koszt tych akcesoriów lub "usług" jest bardzo przystępny, choć widok embrionów zwierząt dość szokujący. Jeżeli Boliwijczyk buduje nowy dom, to musi kupić talizman, który po zakopaniu w fundamentach będzie "sprawował opiekę" zarówno nad domem, jak i nad jego mieszkańcami. Instytucja "czarownic" w Boliwii (podobnie jak w Peru) traktowana jest przez tubylców bardzo poważnie, nie tak jak w Polsce działalność Cyganek.

Tihuanaco

4.jpgTihuanaco to miejsce, które trzeba koniecznie odwiedzić. Archeolodzy utrzymują, że to właśnie tu powstała (około 12000 lat temu) i z tego miejsca promieniowała na całą Amerykę Południową tzw. Cultura Andina. Jej wpływy zauważyć można nie tylko w Boliwii, ale także w Chile i Peru. A w Peru np. w Ollantaytambo. W Tihuanaco jest bardzo ciekawe muzeum. Do Tihuanaco można dojechać z La Paz lub z Peru. Najdogodniejszy dojazd jest jednak z La Paz. W La Paz można także wykupić wycieczkę (mikrobusem, 6-10 osób) do Tihuanaco, po drodze zwiedzając bardzo urokliwą, małą miejscowość Laja. Obok Tihuanaco zlokalizowane jest stanowisko archeologiczne Punca Puncu.

Arequipa w Peru

Po powrocie z Boliwii ponownie odwiedziliśmy Puno, a z Puno przejechaliśmy nocnym autobusem do Arequipy. Trochę obawialiśmy się, bowiem kilka dni wcześniej dowiedzieliśmy się, że w rejonie tego dużego miasta (ponad 1 mln mieszkańców) nastąpiło trzęsienie ziemi. Nawiasem mówiąc, dowiedzieliśmy się o tej tragedii z e-maili, z Polski. W Boliwii nic o tym nie pisano ani nie mówiono w TV. Przez dzień lub dwa zastanawialiśmy się, czy jechać do Arequipy, czy nie. Linia kolejowa przez góry z Juliaca była przerwana, ale autobusy jeździły (chociaż nie wszystkich firm przewozowych). Jeżeli nie pojedziemy do Arequipy, to nie zahaczymy o kanion rzeki Colca. Z drugiej strony pamiętaliśmy wykłady ze studiów, z geologii dynamicznej i geofizyki, mówiące, że na ogół sytuacja zaraz po trzęsieniu ziemi jest w miarę bezpieczna, bowiem nastąpiło już główne "rozprężenie" górotworu. Koniec końców, zdecydowaliśmy się jechać do Arequipy.

Po całonocnej szalonej jeździe autobusem, w którym było dość zimno i ogrzewaliśmy się własnymi śpiworami, dojechaliśmy nad ranem do ogromnego miasta Arequipa. Jazda była szalona, bowiem kierowca naszego autobusu na bardzo krętej górskiej drodze wyprzedzał "na trzeciego", często jechał prawym lub nawet lewym poboczem, często w ostatniej chwili rezygnował z rozpoczętego manewru. Wszystko to odbywało się z bardzo dużą jak na autobus prędkością. Naprawdę chwilami wciskałem się głęboko w fotel i zerkałem tylko na żonę, która nieświadoma zupełnie zagrożenia smacznie sobie spała obok mnie. Gdy nad ranem zjechaliśmy z gór do dolin uspokoiłem się, choć o śnie nawet już marzyć nie mogłem.

Arequipa przywitała nas cudowną, ciepłą pogodą, z dumnie stojącymi nad miastem dwoma prawie 6-kilometrowymi wulkanami. Jesteśmy w Andach, których ta część nazywa się Cordillera Volcanica. To właśnie wulkany tej Cordillery były, są i, niestety, będą odpowiedzialne za ludzkie tragedie. Tym razem, jak się później okazało, epicentrum trzęsienia leżało 60 km od wybrzeża Peru, na Pacyfiku. Na jednym ze zdjęć widać stado vicuna. Są to najbardziej szlachetne zwierzęta żyjące w Andach. Jest ich tylko kilkaset sztuk. Ich wełna jest bardzo droga i poszukiwana. Płaszcz męski zrobiony z ich wełny w USA kosztuje, bagatela, "tylko" około 10.000 USD. W czasach Imperium Inków tylko królowie i najwyżsi dostojnicy nosili stroje z wełny vicunii. Dzisiaj jest to zwierzę chronione prawem i zagrożone. Żyje swobodnie. W rezerwacie Reserva Nacional Salinas y Aguada Blanca można je spotkać przy odrobinie szczęścia, bowiem są to zwierzęta bardzo płochliwe. Tylko jedno plemię indiańskie, żyjące w sąsiedztwie Reserva National, uzyskało zgodę rządu Peru na strzyżenie tych zwierząt. Pozyskuje się w ten sposób tylko kilka gramów wełny z każdego osobnika.

Płaskowyż Nasca

Nasca słynny jest na cały świat. To nawet tylko dla niego zlatują się do Peru tysiące turystów. W Nasca bez problemu znajduje się pokój w jednym z bardzo wielu małych, ale czystych i bezpiecznych hotelików. Główną atrakcją Nasca są tajemnicze rysunki. Można je zobaczyć zarówno z wysokiej wieży jak i z lotu ptaka. Oczywiście, oba widoki są nie do porównania. Wieża zlokalizowana jest parę kilometrów za Nasca, tuż przy drodze, zwanej trochę na wyrost Autostradą Panamerykańską. Do niej dojeżdżają taksówki lub zatrzymują się międzymiastowe autobusy, gdy poprosi się o to kierowcę. Wstęp na kilkunastometrową wieżę kosztuje około 1 USD. Z jej platformy można zobaczyć tylko dwa rysunki i to nie za bardzo dokładnie. Autostrada przecina płaskowyż, przebiegając tuż obok dwóch rysunków. Dawniej tzw. turyści jeździli po rysunkach samochodami, lecz od kilkunastu już lat jest to zabronione i ścigane prawem (dzięki Marii Reiche). Rysunki można także zobaczyć z małego samolotu. Lotnisko znajduje się parę kilometrów za miastem. Turystów dowozi tam taksówka lub organizator wycieczki (jeśli się ją wykupi). Bilet jest dość drogi, bo kosztuje 45 USD za 45 minut lotu. (najtańszą ofertę znaleźliśmy później w Lanperu - 35 USD). Loty odbywają się od rana (od godz. 9) do popołudnia. My mieliśmy wyjątkowego pecha, bowiem pomimo zjawienia się o ustalonej godzinie na lotnisku i mimo kilkunastu samolotów stojących na pasach lub latających, oczekiwaliśmy aż do godziny 13. Parokrotnie awanturowałem się, ale na niewiele się to zdało. Zawsze były jakieś inne grupy lub coś specjalnego. Głodni (bo poradzona nam, by nie jeść śniadania) i ciągle napastowani przez sprzedawców koszulek dotrwaliśmy do naszego lotu. Kłopoty te nie dotyczyły tylko naszej dwójki, ale również pary Australijczyków (bardzo sympatycznych).

W końcu nasz samolocik wylądował (jakaś Cesna, całkiem nieźle wyglądająca), ale na próżno by oczekiwać, że oto wreszcie wsiadamy. Nie. Teraz pilot ma 40-minutową przerwę (po każdym locie). Wreszcie wsiadamy. Jest nas w samolociku wraz z pilotem (strasznym grubasem) 6 osób. Peruwiańczyk przekręca starter maszyny, a tu nic. Silnik kompletnie nie chce zaskoczyć. Po 10 minutach prób oznajmiono nam, że samolot nie jest sprawny. Przyleciał jakiś mechanik, który ku naszemu przerażeniu zaczął wywijać kluczami w bebechach maszyny. Na szczęście (nasze) nic nie naprawił. I co teraz ? Ano zawieziono nas na inny pas startowy i tutaj następna kolejka. Znowu odstaliśmy swoje 50 minut. Wreszcie lecimy. Zmęczeni, głodni i spragnieni tego spektakularnego widoku. Samolocikiem niewidoczny dla nas wiatr rzuca jak piłką, żołądek zaczyna o sobie przypominać. Nigdy nie mieliśmy żadnych problemów w samolocie, natomiast tę maszynę śmiało można by nazwać "małym rzygaczem". Nie doszło do kulminacji, ale byłem już bliski. A maszyna ryczała jak setki pociągów. Trudno było zrozumieć pilota (nowego, smukłego, mniej ważącego od poprzednika i sympatycznego), starającego się przekrzyczeć huk silnika. Pokazując rysunki, pilot przewracał maszynę raz na lewą (dla turystów z jednej strony kabiny), raz na prawą stronę. Manewry te były tak szybkie, że ciężko było podziwiać widoki. Próbując zwalczyć zawroty głowy i odruchy wymiotne, żona zaczęła fotografować, a ja filmować. I tu ciąg dalszy naszego pecha. Aparat zaczął odmawiać posłuszeństwa. Toż to Olympus, za który daliśmy ponad 1500 zł i co? dziad nawalił? Nie, bardzo szybko okazało się, że jest on na tyle inteligentny, że jeżeli nie ma pewności wykonania dobrego zdjęcia, to on go nie zrobi. Ale dlaczego nie będzie dobrego zdjęcia? Sprawa wyjaśniła się bardzo szybko, gdy tylko chwyciłem kamerę. Otóż zarówno kamera, jak i aparat, dostosowywały ostrość automatycznie, a tymczasem plastikowe szyby Cesny były porysowane. Te wady powodowały, że w gruncie rzeczy aparat i kamera ustawiały ostrość na skazy szyb, a nie na rysunki na ziemi. O otwarciu okna nie można było nawet marzyć. Tak walcząc z czasem (samolocik bowiem tylko przez kilkanaście sekund wisiał nad każdym rysunkiem), mechaniką i elektroniką sprzętu i fizjologią człowieka, zerkaliśmy na mapę, zastanawiając się, ile to jeszcze rysunków trzeba zobaczyć. Toż to paranoja! Coś, co miało być niesamowitą przygodą, było nią, ale w innym zupełnie znaczeniu. Wreszcie wylądowaliśmy. Na gumowych nogach wypełzliśmy z samolotu. Przyglądali się nam inni turyści, czekający jeszcze na swoją kolejkę. Teraz przypomnieliśmy sobie nieco zielone twarze innych, którzy kończyli wycieczkę przed nami, a którym przyglądaliśmy się wcześniej z uśmiechem.

Widoki z lotu ptaka były bardzo ciekawe. Szczególnie góry są piękne, natomiast jesteśmy generalnie zawiedzeni widocznością samych rysunków. Trzeba mieć niesamowite szczęście, by widzieć rysunki tak jak w telewizji. Trzeba pamiętać, że dobre ujęcie zależy od bardzo wielu czynników, których nie da się zgrać na żywo. Spektakularne zdjęcia profesjonaliści otrzymują tylko w określonych porach roku, przy wspaniałej pogodzie i odpowiednim oświetleniu. Nie mówiąc już, że aby zrobić "idealne" zdjęcie lub ujęcie, spędzają oni wiele godzin w powietrzu. Trochę nas ta wycieczka zawiodła, szczególnie zważywszy jej wysoką cenę. Końcu końców, sporo nakręciłem, żona trochę zdjęć zrobiła, a resztę ujęć uzupełniliśmy kupując zestaw profesjonalnie wykonanych pocztówek. Niestety!

Wycieczkę lotniczą, jak i inne po okolicy (jak Cmentarzysko Chauchilla) można wykupić w jednym z wielu biur podróży w mieście lub od pośrednika, który na pewno zawita do hotelu za gośćmi (jest to nieznacznie tylko drożej).

O samych rysunkach, ich systematyce, pochodzeniu i niesamowitym wkładzie w ich badanie Marii Reiche, nie wspominam. W miejscowości Ica znajduje się bardzo ciekawe muzeum, poświęcone kulturze Nasca, Marii Reiche (tutaj też można zobaczyć makietę całego płaskowyżu z głównymi rysunkami). Warto je odwiedzić.

Ica i oaza Huacachina

5.jpgPo Nasca autobus zawiózł nas do Ica. Całkiem duże miasto, położone na pustyni dochodzącej półwyspem Paracas do Pacyfiku. Miasto to znane jest nie tylko ze wspaniałego muzeum regionalnego, pobliskiej oazy z jeziorkiem, ale i wytwórni win i wódek o nazwie Pisco. Napój całkiem niezły, choć wódka bardzo mocna. Jedną butelkę wódki przywiozłem do kraju i nikt ze znajomych nie chce tego pić. Natomiast nadaje się to wspaniale na wszelkiego typu drinki. W Ica trzeba koniecznie (poza muzeum i wytwórnią win) zaliczyć oazę Huacachina. Jest ona położona około 3 km poza miastem. W biurze podróży można kupić wycieczkę po okolicy lub samemu dojechać peruwiańską rikszą (taxi) za 3-4 zł (po przeliczeniu). Oaza to wydmy otaczające całkiem spore jeziorko. Jest ono chyba bezodpływowe, trochę bowiem śmierdzi. Nie przeszkadza to Peruwiańczykom w pływaniu. My nie zdecydowaliśmy się na to. Jeziorko otoczone jest wydmami, których wysokość nieraz dochodzi do 150 metrów. Z wydm tych można zjeżdżać na desce snowboardowej (chyba raczej "sandboardowej"). Sporo obcokrajowców, jak i tubylców uprawiało ten sport. Jedyna różnica w porównaniu ze znanym sportem zimowym polega na twardszym lądowaniu na piasku, większej ilości otarć i piasku w tenisówkach. Ale warto spróbować. Wspaniałą frajdą są wędrówki (wspinanie się) po wydmach. Szczególnie barwne są zachody słońca w piaszczystych dolinkach, trochę dalej od jeziora. Tu także można spotkać źródła artezyjskie. Wydmy ciągle "pracują", wiatr bowiem nieustannie przesypuje kilogramy i tony piachu.

Półwysep Paracas i Islas Ballestas

Z Ica dojechaliśmy do Pisco, miejscowości portowej położonej niedaleko przebogatego archeologicznie Półwyspu Paracas. Główny port jest jednak oddalony od miasta o jakieś 5-8 km. Do Pisco przyjeżdża się głównie w dwóch celach. Pierwszym jest zwiedzenie Półwyspu Paracas z bardzo interesującym muzeum archeologicznym kultury Paracas (wspaniała, bogata i doskonale zachowana w grobowcach garderoba, mająca nawet 800-900 lat; kolory żywe, bowiem barwnik, którego używano, był pochodzenia mineralnego a nie roślinnego; ten sam fenomen żywych kolorów można zaobserwować w piramidach egipskich). Na płyciznach Półwyspu obserwować można setki dumnie kroczących w wodzie i poszukujących pożywienia peruwiańskich flamingów. Są to ptaki o dwubarwnych skrzydłach, biało-czerwonych. To właśnie barwy ich skrzydeł nadały kolory narodowej fladze Peru. Niewątpliwie ptaki te są symbolami Republiki.

Drugim punktem programu wizyty w rejonie Pisco jest wyprawa łodziami motorowymi na oddalone o jakieś 30 km od lądu stałego wyspy Islas Ballestas. Jest to cała grupa wysepek, które są siedliskiem ogromnej ilości ptactwa (mewy, fregaty, guptaki, czarne pelikany itp.), lwów morskich z rodzinami, fok, pingwinów Humboldta i wielu, wielu innych zwierząt. Płynąc na te wyspy mija się po drodze słynny Kandelabr, "rzeźbę" wykonaną na stoku wzgórza, skierowanego swoimi ramionami w głąb lądu. Technika wykonania tego "dzieła" jest identyczna jak rysunki na Płaskowyżu Nasca. Podobnie i tutaj nieznani są ani autorzy, ani cel ich dzieła, ani nawet wiek. Na Islas Ballestas płynie się łodziami motorowymi około 1,5-2 godzin. Cały czas łodzi towarzyszą foki. Po dopłynięciu do wysp, łodzie opływają wiele z nich, a przewodnicy mówiący po angielsku i hiszpańsku pokazują turystom zwierzęta. Przewodnicy bardzo rzetelnie wywiązują się ze swoich obowiązków. To jest uwaga generalna. Podróżując po Peru i Boliwii spotkaliśmy i współpracowaliśmy z bardzo wieloma przewodnikami i pilotami. Oceniamy ich pracę bardzo wysoko. Szczególnie wysoki standard prezentowano w Machu Picchu, Cusco, w czasie wyprawy do Colki, na boliwijską Chacaltaya i Tihuanaco. Przewodnicy są tak zafascynowani tym, o czym mówią, że wręcz można ich odebrać jako ludzi nawiedzonych. Ale z punktu widzenia turysty to skrzywienie zawodowe przewodnika jest bardzo korzystne. Ani przez moment nie zauważyliśmy (nawet w czasie wielogodzinnych wycieczek) znużenia lub zmęczenia pilotów. Tego nie można powiedzieć np. o Arabach z Egiptu czy Jordanii, Turkach lub Tajach.

Opływając wyspy, obserwować można zwierzęta w ich naturalnych siedliskach. Jest ich tak dużo, że istnieje obawa, iż śruby łodzi zranią te foki lub lwy, które podpływają blisko. Zwierzęta zupełnie nie zwracają uwagi na turystów. Ale także nie należy ich niepokoić. Zatem niedozwolone jest lądowanie na wyspach. Niektóre z wysepek pokryte są guanem, których pokłady sięgają nieraz kilkunastu metrów i były już eksploatowane w czasach Imperium Inków. Inkowie doceniając wagę guana w nawożeniu wprowadzili nawet drakońskie prawo, które zabraniało pod karą śmierci pozyskiwania guana z wysp bez zgody odpowiedzialnego urzędnika. Dzisiaj nadal eksploatuje się guano, lecz w sposób racjonalny, mieszając ten naturalny nawóz z produktami sztucznymi.

Obserwacja fauny i flory wysp zajmuje około 4 godzin. Jest to wspaniała wycieczka i w pewnym stopniu substytut wyprawy na Galapagos. Naprawdę warto. Wycieczkę na Islas Ballestas można kupić w każdym hotelu, w biurach turystycznych lub w porcie.

W Pisco także można skosztować słynnego na całe Peru wina i wódki Pisco.

6.jpgZ Pisco wyruszyliśmy autobusem do Limy, by tam po jednodniowym odpoczynku polecieliśmy do Iquitos - stolicy największego stanu Peru, miasta prawie 500-tysięcznego, mającego połączenie z cywilizacją tylko drogą lotniczą. Miasto to leży w dżungli nad samą Amazonką.

Do Iquitos trzeba koniecznie dotrzeć. A można to zrobić dwiema drogami. Pierwsza to droga lądowo-rzeczna, wymagająca dużo czasu i cierpliwości. Wyrusza się bowiem z Limy autobusem do miejscowości Pucalpa (to około 48 godzin jazdy), a stamtąd dalej płynie się już Amazonką do Iquitos około 6-7 dni. Niestety, do tej pory nie wybudowano żadnej trasy lądowej ze stolicy do Iquitos. Druga droga (wcale nie droższa, gdy zważy się, ile dni przebywa się w autobusie i na statku i coś trzeba jeść) to przelot bezpośredni ze stolicy do Iquitos. Lotów każdego dnia jest całkiem sporo. Prawie wszyscy przewoźnicy działający na peruwiańskim rynku obsługują tę trasę. I znowu - jak w przypadku innych tras lotniczych - cena ustalona na 69 USD. Najlepiej rezerwować wcześniej lot i to na ranne godziny (6 lub 7 rano). Zdarza się bowiem, że gdy nad Andami panują złe warunki, loty są odwoływane. Najczęściej są to loty przedpołudniowe i popołudniowe. Na pokonanie 2500 km samolot potrzebuje ponad 1,5 godziny. Lądowisko usytuowane jest w środku dżungli, około 5 km od miasta.

7.jpgW czasie lotu za oknem przesuwają się wspaniałe i groźne Andy, a tuż przed lądowaniem, gdy samolot przebija się przez wiszące nisko nad dżunglą chmury, pojawia się Amazonka. Na lotnisku (bardzo prowincjonalnym) bez problemu znajdziecie oferty lokalnych hoteli. Rozpiętość cen jest bardzo duża. Jeżeli nic się nie wybierze, wystarczy wyjść poza obręb hali lotniska, a już tu dopadną każdego taksówkarze, oferujący miejsca i dowóz do hoteli o mniejszej renomie, ale wcale nie o niższym standardzie. My na lotnisku nie zdecydowaliśmy się na żaden hotel, więc pojechaliśmy z taksówkarzem do miasta i odwiedziliśmy 3 hoteliki. Wybraliśmy w końcu ostatni hotel, nie płacąc ani sola za przejazdy. Pamiętajmy, że taksówkarze otrzymują swoją dolę od hotelarza, gdy przywiozą turystę.

W Iquitos koniecznie trzeba zobaczyć główny plac miasta z żelaznym budynkiem, zaprojektowanym przez Eiffela. Można tam znaleźć godne zaufania biura turystyczne. Można wybrać się na obrzeża miasta i pooglądać, jak żyją tubylcy. Spacery po slumsach mogą być nie do końca bezpieczne, szczególnie wieczorami. Natomiast samo miasto jest bezpieczne i przyjazne. Niedaleko głównego placu miasta stoją niedokończone dwa drapacze chmur. Widok jest niesamowity, bowiem betonowe budynki straszą pustymi oczodołami okien. Gdy zapytałem tubylca, co to za budowle, odpowiedział mi, że miały to być dwa superhotele. Właścicielem obu hoteli był kartel narkotykowy z kolumbijskiego Medelin. W porę jednak rząd peruwiański zorientował się, kto rozdaje karty i zamknął obie budowy. Warto wejść do lokalnych barów i restauracyjek i spróbować miejscowych dań. Szczególnie smaczne są piranie (pewnie tak jak my dla nich) i inne ryby.

Amazońska dżungla

Niedaleko Iquitos warto zobaczyć ogród zoologiczny nad laguną Quistacocha. Jest to przepiękne miejsce, w którym są zwierzęta żyjące nie tylko w Amazonii, ale także w całym rejonie Andów. Można także bezpiecznie popływać, bez obawy przed piraniami, kajmanami, rybami elektrycznymi i resztą świństw żyjących w Amazonce. Można odpocząć parę godzin w cieniu palm. A dojedziemy tu za parę soli taxi-rikszą lub podmiejskim autobusem. Jednak główną atrakcją Iquitos są wyprawy do dżungli. Można wykupić jedno-, dwu- lub kilkudniową wyprawę do campusów w dżungli. Niestety, samemu nie powinno się zapuszczać w głąb dżungli. Może to być bardzo niebezpieczne. Koniec końców powinno się wybrać wśród wielu ofert najbardziej odpowiadającą fantazji, oczekiwaniom i zasobom finansowym turysty. Myśmy wybrali trzydniową wyprawę z dwoma noclegami w dżungli za 35 USD na dzień za osobę. Co wchodziło w cenę? Przepłynięcie łodzią z Iquitos do Bazy (jakieś 50 km Amazonką), wszystkie posiłki (tj. 2 śniadania, obiad, kolacja), nocleg, wszystkie wycieczki (wycieczka po dżungli zaraz po przypłynięciu, wycieczka łodziami po obiedzie nad zatokę, w której widzieliśmy białe delfiny, nocny rejs łodzią po lagunie - tylko moja żona, ja i przewodnik zdecydowaliśmy się na tę eskapadę), wizyta w wiosce plemienia Yagua, wizyta w innej wiosce i oglądanie miejscowej flory i fauny (anakondy, boa, leniwce, żółwie, tarantule itp.), spacer po dżungli rano. Program był naprawdę bardzo napięty, a i w nocy spadła ściana deszczu, co było dodatkową atrakcją.

8.jpgPo raz pierwszy w życiu dotykałem węża, i to anakondy. Węża tego złapano dzień wcześniej. Była to samica i to było nasze szczęście, bowiem samce są bardzo niebezpieczne i nie bylibyśmy w stanie nie tylko go utrzymać (osiągają nawet do 15 metrów), ale nawet do niego podejść. Byśmy mogli zrobić zdjęcie, nasz przewodnik i farmer, który złowił węża, parę razy próbowali go schwytać i zarzucić nam na szyję. Gdy tylko zwierzak znalazł się na ziemi, błyskawicznie odskoczyliśmy, a samica dość szybko popełzła w kierunku niedalekiego błotka. Anakonda należy do rodziny dusicieli. Pokazywano nam także węże z rodziny boa, ale były one malutkie (chociaż w pełni dorosłe), bowiem osiągały tylko metr do półtora. Oglądaliśmy również leniwca. Jest to przesympatyczne zwierzę (pewnie z powodu śmiesznego grymasu pyska). Leniwiec całe życie spędza na drzewie, jedząc, rozmnażając się i rodząc młode. Jest tylko jedna czynność, której dokonuje na ziemi, a mianowicie - "robienie kupki". To jest czynność fizjologiczna, która - nie wiedzieć dlaczego - zmusza go do zejścia na ziemię. Na ziemi, niestety, leniwiec jest zupełnie bezbronny. Gdy położyliśmy go na gruncie i obserwowaliśmy jego nieporadne ruchy, żal nam się zrobiło tego stwora. A sama nazwa w pełni oddaje jego temperament (brak temperamentu to też pewien jego rodzaj). Poza tym na wielu drzewach spotkać można iguany półmetrowej długości, olbrzymie pająki tarantule siedzące na pniach drzew, wielobarwne papugi i innego rodzaju ptactwo.

Dżungla żyje w dzień i w nocy. Nasza nocna wyprawa łodzią chyba przekonała nas, iż w nocy życie jest bogatsze. Gdy płynęliśmy w czółnie naokoło świeciły nie tylko świetliki, ale i oczy kajmanich matek z młodymi. Nie chcieliśmy nawet myśleć, jaką to ucztę miałyby te gady, gdyby to nasz "Titanic" przewrócił się na środku jeziorka czy też laguny. A w głębinach oczekiwały na "polskie mięso" nie tylko piranie, ale i inne "milutkie stworzonka". Pod koniec dnia warto wybrać się w miejsca (znane tylko przewodnikom) żerowania białych delfinów. Niestety, ssaki te pojawiają się nad wodą tylko na sekundę i nie sposób zrobić dobrego zdjęcia. Niesamowitą sprawą jest przeżycie nocnej burzy nad Amazonką. Jest to nawałnica, ściana deszczu. A po niej błoto po kolana.

W czasie wizyty nad Amazonką trzeba odwiedzić koniecznie którąś z wiosek Indian. My poszliśmy do wioski zamieszkałej przez plemię Yagua. Oczywiście, nie sposób poruszać się po dżungli bez przewodnika. Szliśmy spacerkiem kilka kilometrów. Po drodze przewodnik pokazywał na drzewach czające się lub śpiące za dnia zwierzęta. Instynkt i czujność mieszczucha są tak stępione, że bez przewodnika o grożącym nam niebezpieczeństwie przekonalibyśmy się dopiero w żołądku napastnika albo po jego ukąszeniu. Gdy przechodziliśmy pod drzewami, przewodnik często zrywał jakieś owoce i częstował nas nimi. Smaki były bardzo różne i niekiedy bardzo dziwne. Ale spróbować trzeba. Po drodze spotkaliśmy jednego czy dwóch Indian. Wszyscy mieli do pasów przytroczone maczety. Pytamy się, po co? Nasz przewodnik odpowiedział od niechcenia, że można spotkać anakondę lub innego węża.

9.jpgW wiosce oglądaliśmy chaty, a po wymianie podarków Indianie odtańczyli w jednej z chat lokalny taniec. A wymiana na początku zapowiadała się zabawnie, bowiem za naszyjnik z zębów jakiegoś zwierzaka naczelnik plemienia chciał moją kamerę. Dobre, co? No, jak nie kamera, to może zegarek? W buszu Omega zawsze się przyda. Skończyło się jednak na wymianie za czapkę z daszkiem. I to był towar adekwatny. Na zakończenie odbyła się próba trafienia do celu z dmuchawki (za niewielkie pieniądze). Nie udało mi się trafić do celu, ale chociaż trafiłem w palik, na którym ten cel stał!

I to już koniec opowieści o tym, co udało nam się zobaczyć w Peru i Boliwii. Z chęcią podzielę się uwagami i radami na temat naszej wyprawy. Odpowiem na każdy list.


Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;