|
|
|
|
|
Południową drogą do Indii |
|
Autor: Grzegorz Król
|
|
Część 1. Przystanek Turcja
 Pospieszny do Wrocławia jest przynajmniej o dwa wagony za krótki. Cudem udaje się nam wrzucić część bagażu do jednego z przedziałów, sami zostajemy w zatłoczonym korytarzu. Kiedy za oknem pojawiają się pierwsze zabudowania Krakowa, ktoś żartem wspomina o ostatniej możliwości powrotu. Milcząc odrzucamy proponowany wariant. Tym samym podpisujemy na siebie nieodwracalny wyrok - przed nami licząca 10 tys. km droga do Indii.
Kiedy na początku maja wymagane dokumenty znalazły się w ambasadzie indyjskiej w Warszawie, żaden z naszej czwórki do końca nie wierzył w powodzenie przedsięwzięcia. Otuchy dodał fakt, iż dzień później kolorowe wizy, zezwalające na półroczny pobyt w krainie świętych krów, znalazły się w naszych paszportach. Równie przychylnie potraktowali nas przedstawiciele Pakistanu. Zebrali po 220 zł i kazali cierpliwie czekać około 2 tygodni. Po wyznaczonym terminie odebraliśmy pieczątki umożliwiające dwukrotną, 7-dniową wizytę w ich kraju.
Problemy zaczęły się w ambasadzie Iranu. Załatwianie formalności, które miało potrwać 3 tygodnie, przedłużyło się niemal dwukrotnie. W tym czasie cena wizy podskoczyła z 205 na 240 zł. - Niestety, nie możemy od razu zezwolić na przejazd w obie strony - chłodnym głosem oznajmił na koniec przedstawiciel ambasady. - O wizę powrotną proszę się starać na terenie Pakistanu.
Cóż, dobre i to. Pełni optymizmu skompletowaliśmy podręczne apteczki (połowę miejsca zajęły leki przeciw biegunce, wzorowe posunięcie!) i zaopatrzyliśmy się w bilety do Stambułu.
Przyjacielscy handlarze
Sobota, 3 lipca, jest słoneczna i ciepła. Można by nawet powiedzieć, że jest gorąco, termometr wskazuje 27 st. Celsjusza. Klimatyzowany mercedes relacji Warszawa-Stambuł przyjeżdża do Katowic z godzinnym opóźnieniem.
Ledwie wchodzimy do środka, a pod naszymi siedzeniami lądują reklamówki pełne koszulek z naprasowankami "Versaci". - Panowie, przewieźcie mi to przez granicę - składa propozycję potężnych rozmiarów mężczyzna. - Jest dokładnie po 50 sztuk, nikt się nie przyczepi.
- Pomóżcie Miśkowi, to porządny facet. I jeszcze to gdzieś wepchnijcie - zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, na półki nad naszymi głowami trafiły komplety jaskrawych lakierów do paznokci. Facet, jak gdyby nigdy nic, wrócił na swoje miejsce i odpalił czerwonego marlboro. Czynność tę powtarzał przynajmniej 3 razy na godzinę. Do końca podróży nie odezwał się ani słowem.
100 lat!
Tureccy kierowcy zmieniają się co jakiś czas, poza dłuższym postojem na pierwszej granicy, praktycznie się nie zatrzymujemy. - Czesi to szczury, zawsze najdłużej trzymają. Gdzie indziej wystarczy pół litra albo karton papierosów i po kłopocie - narzeka pani Miecia, weteranka tej trasy. Za oknem budapescy strażacy próbują ugasić płonący magazyn.
Senną ciszę przerwał nagle tubalny głos jednego z kierowców. - Kończę dzisiaj 42 lata, pasowałoby to jakoś uczcić - oznajmił uroczyście, po czym otworzył butelkę szampana. Misiek, który zdążył już opróżnić ćwiarteczkę, intonuje "100 lat". Chwilę później podśpiewuje cały autobus.
Śmierdzi padliną
Węgry, Rumunia, Bułgaria - drugi dzień podróży przebiega bez większych przygód. Mijamy coraz bardziej zaniedbane miasta i ogromne pola słoneczników, na przedniej szybie przybywa martwych insektów. Wieczorem po raz pierwszy przestawiamy zegarki. Jest godzina 21.28, godzinę później niż w Polsce. Jeszcze tylko kontrola graniczna i jesteśmy w Turcji.
Wizę bez problemów można otrzymać na granicy. Jest ważna miesiąc, kosztuje 10 dolarów. Przyozdobiwszy kolejne strony w paszportach, wyciągamy bagaże z autobusu. Punkt kontroli celnej przypomina bazar na rzeszowskim Podpromiu. Mundurowy przechadza się pomiędzy drewnianymi stolikami i zerka do pootwieranych plecaków, zupełnie nie zwraca uwagi na unoszący się w promieniu kilkunastu metrów ostry zapach padliny.
Nocleg w cenie
 Kilkanaście minut po godz. 1.00 ponownie każą nam wysiadać. Wyciągamy bagaże, jeszcze nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że właśnie znaleźliśmy się u celu pierwszego etapu podróży. Stambuł śpi, my znajdujemy się w niewiele lepszym stanie.
Opamiętanie przychodzi, kiedy nagle autokar odjeżdża, a ostatni ze współpasażerów znika za drzwiami znajdującego się obok hotelu. Koszulka "Versaci" musi tu być w cenie, jedna noc kosztuje naszych handlarzy 12 dolarów. Zgodnie stwierdzamy, że nie stać nas na takie luksusy. 15 minut później, w następnej uliczce, półprzytomni kładziemy się do łóżek, o 4 dolary tańszych. Za oknem słychać wokalistkę Kayah i chóralne śpiewy - to nasi rodacy świętują udaną podróż. Kierunek Iran
- Zmykamy stąd jak najszybciej - zapada decyzja na porannej naradzie. Nie przeczuwając nawet, że nasze losy potoczą się inaczej, postanawiamy zwiedzić miasto w drodze powrotnej.
Ze znalezieniem transportu do Teheranu nie ma najmniejszego problemu. Niewielkie biura podróży znajdują się dosłownie co 100 metrów. Z każdego z nich, w liczącą ponad 2 tys. kilometrów trasę, wyrusza po kilka autobusów dziennie. Oferty przewoźników różnią się chyba jedynie cenami.
Krótki spacerek uprzyjemniają nawoływania z pobliskiego meczetu. Ponad 30-stopniowy upał sprawia, że pot leje się z nas ciurkiem. Nie mamy pojęcia, jak w takiej temperaturze można palić papierosy. Turcy robią to z taką dokładnością, jakby tytoń był najbardziej deficytowym towarem w tym kraju. Na chodnikach lądują jedynie nadpalone filtry.
Zaglądamy od biura do biura. W liczących kilkanaście metrów kwadratowych pomieszczeniach czujemy się jak oczekiwani od dawna goście. Pierwsze próby targowania kończą się sukcesem. Cena wywoławcza - 30 dolarów od osoby, spada o piątkę. O godz. 14.57 cali mokrzy wsiadamy do, zapowiadanego na dwie godziny wcześniej, autobusu. Według planu za 40 godzin powinniśmy wysiąść w stolicy Islamskiej Republiki Iranu.
Część 2. Oko w oko z Wodzem
Nasz autobus to bomba z opóźnionym zapłonem. Połowę bagażnika zajmują kanistry z zapasami taniego irańskiego paliwa. Wyposażeni w rurki i metalowe lejki kierowcy biegają na zewnątrz pojazdu. Gdy tak na to wszystko patrzę, przypomina mi się wskazówka z jednego z przewodników. Autor radzi, by w razie odwiedzin tutejszych szpitali wziąć ze sobą własny sprzęt do przetaczania krwi.
Układ sił w autobusie wynosi 23:4 - prowadzą Irańczycy. Z wycieczki do Stambułu wiozą sprzęt elektroniczny i radioodtwarzacze. Szybko nawiązujemy pierwsze znajomości. Mężczyźni pokazują rodzinne zdjęcia i wznoszącą się po lewej stronie, liczącą 5122 metry ośnieżoną górę Ararat.
Chomeini wita
Jest 6 lipca. Do granicy docieramy tuż przed godz. 15.00. Kierowca, znaną tylko sobie ścieżką, przeciska się pomiędzy dziesiątkami tirów wiozących ropę na zachód. Dzięki temu szybko znajdujemy się w przedzielonym na pół budynku odprawy paszportowej. Część, w której czekamy, należy do Turcji, od Iranu oddzielają nas tylko masywne, metalowe drzwi.
By nie drażnić Allacha, zakładamy długie spodnie. O wiele gorzej ma spotkana Czeszka, która przywdziewa długi płaszcz i zakrywającą włosy chustę. W ten sposób upodabnia się do siedzących pod ścianą, skąpanych w czerni, kobiet.
Odprawa trwa i trwa. Metalowe drzwi otwierają się dopiero po półtoragodzinnym oczekiwaniu. Przesuwając zegarki do przodu, tracimy kolejne 90 minut. Pierwszą postacią, która nas wita, jest Chomeini. Władczym wzrokiem spogląda z zawieszonego na przeciwko potężnego obrazu. Otuchy dodają powydrapywane na ścianach napisy w przeróżnych językach. To ślad po turystach, którym udało się przemknąć pod jego czujnym okiem.
Szlaban na pornografię
Kolejny punkt programu to hala należąca do celników. Bagaże są otwierane i prześwietlane, co jakiś czas któryś z Irańczyków znika za kotarą pomieszczenia do kontroli osobistej. Goście (to my) proszeni są o przejście do osobnej bramki. Celnicy pytają, czy wieziemy materiały pornograficzne. Pod kreską są także publikacje o charakterze politycznym i antyislamskim oraz alkohol i wieprzowina.
Zupełnie czyści, po minucie, wychodzimy na zewnątrz budynku, gdzie błyskawicznie otaczają nas przygraniczni biznesmeni. - Change, change money... - konspiracyjny szept nie opuszcza nas już do końca wyjazdu. Wymiana waluty na czarnym rynku może skończyć się publicznym biczowaniem. Przezorni szmuglerzy ciągną nas pomiędzy ustawione rzędem autobusy. Za 100 dolarów dostajemy 850 tys. riali, 60 tys. więcej niż w banku. Trzeba uważać, cinkciarze mają dziwne przyzwyczajenie - za każdym razem brakuje banknotu 10-tysięcznego. Na celowniku
 Wódz jest wszędzie. Spogląda znad lad sklepowych i z bocznych ścian budynków. Gdyby w Iranie były bilboardy, pewnie 80 procent zarezerwowano by dla niego. Współpasażerowie nareszcie są u siebie, uśmiechają się, machają rękami, częstują nas przypominającym placki chlebem.
Radosny gwar przerywają odbywające się średnio co pół godziny kontrole policyjne. Faktycznie nie ma się z czego się śmiać. W trakcie gdy dwóch mundurowych przeszukuje autobus, ich partnerzy na zewnątrz celują do nas z działek rozstawionych po obu stronach drogi.
Następnego ranka budzimy się jakby na innej planecie. Otacza nas spalona, żółta ziemia. Puste podwórka w mijanych co jakiś czas wioskach oddzielają od pustyni wysokie, kamienne mury. Nagle na horyzoncie wyłania się miasto składające się z dziesiątek czteropiętrowych bloków. Ogromne dźwigi wznoszą kolejne betonowe konstrukcje. Pozbawiony zieleni kompleks otacza ciągnąca się kilometrami siatka. Idealne miejsce na kolonię karną.
Nie patrzcie na kobiety
Podstawowym wyposażeniem każdego pojazdu jest klakson. Najbardziej niesamowitymi szczycą się kierowcy autobusów. Każdy ma do dyspozycji przynajmniej dwa sygnały, jeden krótki i drugi, który przez kilka sekund wygrywa głośną melodyjkę. Nasz taksówkarz nie chce być gorszy, wciska kierownicę co najmniej na 5 sekund, czynność powtarza średnio 4 razy na minutę. Jakby tego było mało, co chwila wystawia głowę przez okno i krzyczy na falującą rzekę zmotoryzowanych.
Półgodzinna przejażdżka po Teheranie kosztuje nas 4 dolary. Za hotel wspólnie płacimy dychę. W zamian dostajemy 4 łóżka, kabinę prysznicową i działającą (co jakiś czas) klimatyzację.
Na górze mieszka 63-letni Kanadyjczyk, który przyjechał na kilka tygodni doglądnąć interesów firmy. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że jesteśmy niemal w centrum. Informacje potwierdza elektryk znad Morza Kaspijskiego. Opowiada o kontraktach w Niemczech i pokazuje poparzoną przed kilkoma laty rękę. - Tylko nie rozmawiajcie z tutejszymi kobietami - radzi na koniec. - Najlepiej w ogóle nie próbujcie dłużej się im przyglądać. Zazwyczaj oznacza to duże kłopoty.
Autobus na pół
Przejście przez jezdnię to nieustanna walka ze śmiercią. Na skrzyżowaniach migają światła - czerwone dla zmotoryzowanych i żółte dla pieszych. Niestety, tym razem należymy do tej drugiej grupy. Po chwili obserwacji zaznajamiamy się z podstawową zasadą - grunt to się nie zatrzymywać. Udaje się, po drugiej stronie ulicy zaczynamy wierzyć w cuda.
Upał, upał i jeszcze raz upał. Ratuje nas substytut coca-coli o nazwie zam-zam. Ćwierćlitrowa butelka w przeliczeniu kosztuje 25 gr, imitację amerykańskiego produktu pijemy litrami. Z większą niepewnością sięgamy po mieniące się wszelkimi kolorami płyny, rozlewane z przezroczystych zbiorników. Zielony jest z melona, ale pochodzenia przezroczystego, wypełnionego przypominającymi wydłubane oczy ziarenkami, nie udaje nam się ustalić.
Na ulicach dominują czarnowłosi mężczyźni. Kroczą z dumnie uniesionymi głowami. Nieliczne, okryte od stóp do głów kobiety, przemykają chyłkiem, patrząc w ziemię. Sporadycznie można spotkać panią, która zamiast tradycyjnego, czarnego czadoru, paraduje w jasnym płaszczu i zwykłej chustce. W przejeżdżających co jakiś czas autobusach wyraźnie widać panujący podział płci. Przód zarezerwowany jest dla mężczyzn, kobiety sadowią się na tyle pojazdu.
Otaczający nas tłum porusza się w jednym kierunku. Celem jest największy w Iranie bazar, położony przy alei Panzdah-e-Khordad. Szybko wsiąkamy w wąskie, otoczone starymi budynkami uliczki. Można tu kupić wszystko. Wystawy wypełnione są złotem i bajecznie kolorowymi dywanami. Ktoś proponuje nam antyczną wazę, za chwilę dostajemy ofertę zakupu najnowszego walkmana Sony. Oszołomieni tłumem i ciągłymi nawoływaniami, szybko tracimy orientację w terenie. Z liczących setki metrów zakamarków wyprowadzają nas przygodnie poznani znajomi.
Gdzie są Włosi?
- Lechistan, Hitler, bum, bum!!! - krzyczy właściciel tureckiej restauracji, symulując ruchem dłoni nalot niemieckich bombowców. Jest już wieczór, ulice pustoszeją, a my mamy ochotę na porządny posiłek. Mężczyzna nie rozumiejący ani słowa po angielsku, w końcu przynosi specjalność zakładu. Na zestaw składa się baranina, gęsty kefir zrobiony z mleka koziego (na to przynajmniej wskazują pobekiwania Turka) i schłodzony, kwaśny kumys. Uczta kończy się testowaniem stojących obok niewielkiego baseniku fajek wodnych (tylko tytoń!).
Piąty dzień wyprawy kończy spotkanie z młodym Uzbekiem. Nie ma dla nas pocieszających informacji. Na wieść, że kolejnym przystankiem na naszej trasie jest położony niedaleko granicy z Pakistanem Zahedan, stwierdza tylko: - Koniec świata. Niedawno wyjechało w tamtą stronę pięciu Włochów. Do dzisiaj nie ma o nich żadnych informacji. Przepadli bez śladu... Część 3. Koniec świata
 Dworzec Południowy w Teheranie przypomina nieco katowicki Spodek. Sprzed okrągłego budynku wyruszają autobusy jadące w kierunku Pakistanu. Naganiacze szybko wyławiają nasze blade twarze z tłumu podróżnych. Propozycje są dwie - pojazd z klimatyzacją, który odjeżdża za 3 godziny, lub wyruszający za 15 minut stary, niechłodzony mercedes. Nieopatrznie przystajemy na drugi wariant.
Im dalej na wschód, tym podróż staje się tańsza. Za 1600 km płacimy po 4 dolary. Kolorowy autobus wygląda jak element scenografii z kreskówek Disneya. Dostajemy miejsca na samym końcu. Za nami znajduje się tylko łóżko dla kierowców. Radośnie spoglądamy na otwierane okna - będzie przewiew, jakoś wytrzymamy.
Sauna na kółkach
Zanim ostatecznie opuszczamy dworzec, kierowca dwukrotnie okrąża budynek, zyskując tym samym dodatkowych pasażerów. Stanowimy dla nich niezłą atrakcję. Najpierw oglądają nas niczym rzadkie okazy w zoo, dopiero później zajmują wolne miejsca.
Marzenia o przyjemnym chłodzie szybko pryskają. Spróbujcie otworzyć okno na środku pustyni, a zrozumiecie, o co chodzi. Nie dość, że do środka wciskają się tumany brunatnego kurzu, to gorący powiew uniemożliwia oddychanie. Podobnych wrażeń można chyba doświadczyć otwierając drzwi pieca hutniczego.
Pomocnik kierowcy krąży co chwila pomiędzy siedzeniami, roznosząc w czerwonym dzbanuszku lodowatą wodę. Zapasy życiodajnego płynu odnawiane są na postojach. W beczce na przodzie pojazdu za każdym razem ląduje potężna bryła lodu, starannie odważona przez ulicznego sprzedawcę. Widząc nasze zmarnowane miny, mężczyzna za którymś razem oznajmia, że prawdziwe piekło zacznie się dopiero w Pakistanie.
Ośrodek psychiatryczny
Lepiej nie zostawać tu na dłużej. Uzbek spotkany w Teheranie miał całkowitą rację - koniec świata. Najwyższym budynkiem w Zahedanie jest chyba czteropiętrowy hotel, w którym się zatrzymujemy. Pozostała część miasta to niewielkie, brzydkie chatki poustawiane rzędami wzdłuż zakurzonych uliczek.
Siedzący na krawężnikach tubylcy wodzą za nami mętnym wzrokiem, przesuwając w rękach paciorki muzułmańskich różańców. Śmiertelną ciszę przerywa jedynie przejeżdżający od czasu do czasu samochód i skrzypienie zębatek przy nienaoliwionych trybach rowerów. Wydaje nam się, że jesteśmy w jakimś ośrodku dla psychicznie chorych. Smutni mieszkańcy mają na sobie dwuczęściowe ubrania, przypominające szpitalne pidżamy.
Powód, dla którego zatrzymujemy się w tym mieście, to 90 kilometrów pozostałe do kolejnej granicy. Przejście czynne jest tylko do godz. 13. Niestety, jest już grubo po południu. Z zamiarem dostania się do Pakistanu musimy poczekać do następnego dnia.
Może opium?
Jedynym człowiekiem mówiącym w miarę dobrze po angielsku jest mężczyzna sprzedający w przyhotelowej restauracji. Załatwia za nas formalności w recepcji i zaprasza na poczęstunek. Pierwszym towarem, jaki wyciąga spod lady, jest niewielka bryłka opium.
Hotelu Abuzar nie polecałbym najgorszemu wrogowi. Wentylacja nie działa, a jedyny prysznic, z którego cieknie woda, znajduje się na parterze, w bocznej części budynku. Żeby się wykąpać, trzeba zabrać ze sobą środek owadobójczy. Jeszcze lepszy byłby młotek. Niebieskie robale pełzające wzdłuż odpadających kafelków mają po 2 cm długości.
Legalna coca-cola
Jest ranek, 10 lipca. Dokładnie tydzień wcześniej wsiadaliśmy do pociągu relacji Przemyśl-Wrocław, teraz wciskamy się do osobowej toyoty, która ma wywieźć nas z Iranu. Kierowca postanawia zabrać na pokład 5 pasażerów. Chcąc nie chcąc, poznajemy więc Japończyka o trudnym do wymówienia imieniu.
Wskazówka prędkościomierza praktycznie nie schodzi poniżej setki. Szybko stajemy przed ostatnim portretem Chomeiniego, by po krótkiej odprawie znaleźć się w pakistańskiej wiosce Taftan.
Witają nas kozy poszukujące kępek suchej trawy na spalonej słońcem ziemi. W sklepiku-restauracji, oganiając się przed muchami, legalnie pijemy coca-colę. Brodaci mężczyźni zabierają tymczasem nasze bagaże, by umieścić je na dachu pstrokatego autobusu. Plecaki lądują obok drewnianych skrzynek i plastikowych beczułek na wodę. Zabierzcie mnie do Polski!
 Nikomu nigdzie się nie spieszy. Pojazd rusza po trzech godzinach, kiedy już wszystkie miejsca są zapełnione. Kolejni pasażerowie, zabierani grupkami z pustynnych osad, siadają na podwójnych siedzeniach trójkami bądź rozkładają się na podłodze.
- Jesteś moim przyjacielem - oznajmia na wstępie siedzący obok dwudziestokilkuletni Pakistańczyk. Chwilę później, wycierając nos o brudną firankę, pyta, ile kosztuje mój zegarek. Strasznie dziwi go fakt, że nie mam żony. Sam dorobił się już dwójki dzieci i, co oznajmia z dumą, ...czterech kochanek. Dalsza dyskusja sprowadza się do tego, żeby w drodze powrotnej zabrać go do Polski. Raz już próbował czmychnąć nielegalnie do Niemiec. Grupce uciekinierów udało się pokonać Afganistan, rosyjscy policjanci byli jednak bardziej czujni. Ostatnim miastem, które zobaczył, była Moskwa.
Pokłon Allachowi
Po piachu wolno przemieszczają się żuczki wielkości pięciozłotówek. Ich żywot nie jest sielanką. Co chwilę któryś ginie pod obutą w sandał stopą mieszkańca maleńkiej osady. Szybko cofamy się do klimatyzowanego autobusu. Temperatura na zewnątrz dochodzi do 50 stopni. Powietrze jest tak suche, że na naszych ciałach nie pojawia się ani jedna kropla potu. Cud, że spluwana przez mojego sąsiada ślina, nie wyparowywuje, zanim zderzy się z powierzchnią ziemi.
Potwornie zmęczeni próbujemy zasnąć, kiedy nagle z głośników wydobywa się potężny głos przytaczający wersety z Koranu. Chwilę później zachodzi słońce, a nasz autobus powoli zatrzymuje się na środku pustyni. Mężczyźni wychodzą na zewnątrz, rozkładają na piachu spłowiałe dywaniki i zaczynają bić pokłony w kierunku Mekki. Szukając jak najwygodniejszych pozycji, zastanawiamy się, co nas jeszcze może spotkać.
Za rękę z mężczyzną
Facet podrzynający gardła kozom i obdzierający je ze skóry, mężczyźni z niedźwiedziami na smyczach, zaprzęgnięte w osły riksze i rozkładające się na chodniku zwłoki kota - to już, będąca stolicą Beludżystanu, Quetta. Miejsce mało przyjemne, tyle że miejscowi są jakby bardziej przyjaźni.
Uśmiechają się do nas dzieciaki w poobdzieranych ubraniach, sprzedawcy egzotycznych owoców i piekarze pilnujący chleba wypiekanego w przypominających studnie piecach. Od pozostania tutaj skutecznie odstrasza zapach unoszący się z brudnych rynsztoków. Bierzemy prysznic w niewielkim hotelu, kosztujemy soku z wyżymanego bambusa i czym prędzej udajemy się na stację kolejową.
Spotykamy sąsiada z autobusu (tego od czterech kochanek). Pomaga nam przebrnąć przez kolejowe formalności, po czym żegna się i oddala trzymając za rękę... mężczyznę. Ciekawe, dlaczego wcale nas to nie dziwi.
Wsiadając do wagonu oznaczonego jako "Economic class" nie wiemy jeszcze, że będzie to jeden z najpoważniejszych błędów tej wyprawy...
Część 4. W krainie Sikhów
Mam 40 stopni gorączki, wymioty i biegunkę. Pokój w pakistańskim hotelu przypomina salę szpitalną. Wokół czterech, przykrytych prześcieradłami łóżek, wznoszą się ściany wyłożone białymi kafelkami. Na stoliku stoi apteczka z coraz mniejszym zasobem leków. Nawet nie zastanawiamy się, co mogło mi zaszkodzić - sok z bambusa, śliwki kupione u ulicznego handlarza, czy może napój mango, do którego przez przypadek wpadła pakistańska mucha.
Reszta pojechała załatwiać powrotne wizy w ambasadzie irańskiej. Na razie za nami 13 dni podróży i zaledwie 4 noce spędzone w hotelach. Rodzące się podejrzenia o ukryty masochizm, próbujemy usprawiedliwić faktem, że do wymarzonych Indii pozostało zaledwie 25 km.
Economic class
30 kilometrów na godzinę, w tym kraju chyba nikt nigdy się nie spieszy. Pociąg z Quetty wyruszył w liczącą 1200 km trasę o godz. 12. W zakurzonym przedziale spędziliśmy równe... 40 godzin.
Piękne były tylko nazwy - "Pakistan Railway" i "Economic class". Za 20 dolarów otrzymaliśmy trzy miejsca siedzące, umieszczoną nad nimi pryczę i iście masakryczne warunki podróży.
Początkowo skład skierował się na południe. Za zakratowanymi oknami rozpościerały się kamieniste równiny poprzecinane korytami wyschniętych rzek, pociąg przejeżdżał pomiędzy skalistymi wzniesieniami i co chwila znikał w kilkudziesięciometrowych tunelach. W środku w tym czasie przybywało żółtego pyłu. Po pierwszej godzinie jazdy siedzenia pokrywała milimetrowa warstwa kurzu. Szybko nawiązaliśmy znajomości. Na postojach, liczących niekiedy nawet po półtorej godziny, błyskawicznie obstępowali nas żądni wiedzy tubylcy. Skąd jesteście, gdzie i po co jedziecie - nawet najmłodsi Pakistańczycy zadawali pytania w języku angielskim. Nic dziwnego, już w podstawówce przez cztery godziny w tygodniu uczą się tego języka.
Jako że biały mężczyzna stawiany jest w hierarchii wyżej od tutejszej kobiety, niejednokrotnie słyszeliśmy pochwały na temat naszych bladych, ale ponoć pięknych ciał. Nie obyło się bez prezentów, wśród których pierwsze miejsce zajął srebrny sygnet ze szmaragdem. Niestety, okazał się zwykłą podróbą.
Teraz Polska
Z morderczego pociągu w końcu wysiedliśmy w miejscowości Lahore. Przed nami dotarł tu już polski przemysł. Większość taksówek jeździ po mieście poobklejana reklamami opon z Dębicy. Na drugi rodzimy akcent natknąć się można kupując piankę do golenia. Instrukcja w ojczystym języku oznajmia, że specyfik został sprowadzony prosto z Łodzi.
 Pomimo że jest to drugie co do wielkości miasto w Pakistanie, na pierwszy rzut oka wydaje się, jakbyśmy wylądowali w obskurnych, przepełnionych ludźmi slumsach. Dopiero wycieczka rikszą do angielskiej dzielnicy The Mall pozwala przenieść się w świat przypominający nieco bardziej Europę. Tutaj znajdują się wielkie hotele, banki i budynki rządowe. Pomiędzy gotyckimi katedrami natykamy się na muzeum w stylu mogolsko-wiktoriańskim i nowoczesny Meczet Shohada. W Muzeum Lahore można obejrzeć interesującą kolekcję obrazów, rzeźb i przedmiotów pochodzących z doliny Indusu. Miejsce to zaciekawi na pewno wielbicieli Rudyarda Kiplinga. To tutaj, w latach 1875-1893 pracował jego ojciec. Na przeciwko budynku czytelnicy powieści "Kim" mogą obejrzeć znane z książki działo Zamzana Gun.
Karakoram Highway?
Po dwóch dniach szprycowania się paracetamolem i czarnymi pastylkami z węglem jako tako staję na nogach. - Nic ci nie było, jak mnie dopadło w Chinach, przez tydzień piłem tylko gorzką herbatę - beztrosko stwierdza Janusz, po czym biegnie zamówić taksówkę na dębickich oponach. Chwilę później ponownie zmierzamy na wschód.
Informacji z ambasady nie można raczej uznać za rewelacyjne. Na ulicach Teheranu właśnie demonstrują studenci, stąd turyści z Europy nie są zbytnio pożądani w tym mieście: - Niewiele mogę obiecać, proszę zadzwonić za jakieś dwa tygodnie - tylko tyle powiedział konsul. Jadąc ciasną taksówką, na wszelki wypadek obmyślamy zastępcze warianty powrotu do domu. W zmęczonych umysłach rodzi się plan przeprawy drugą co do wielkości drogą na świecie - Karakoram Highway. Potem Chiny, Kirgizja i Rosja. Zanim to jednak nastąpi, postanawiamy odwiedzić Nepal.
Energetyczne owłosienie
Pierwsze od kilkunastu dni piwo smakuje wyśmienicie. Siedząc w cieniu wielkiego fikusa, czekamy na Janusza, który jakieś 20 minut temu zniknął za drzwiami kantoru wymiany walut. Indyjska biurokracja jest przerażająca. Setki papierów, potwierdzenia, ksero paszportu - wszystko tylko po to, by wymienić 50 dolarów.
- Wiecie co, chyba jesteśmy w Indiach? - z tej okazji, spryskując się wodą z hydrantu, czekamy na jakiś cud. Na deskach obok młody Niemiec skręca się z bólu. Jeszcze przez najbliższych kilka dni nie weźmie do ust żadnej substancji gęstszej od wody. Podsuwane pod nos lekarstwa odtrąca z niesmakiem.
Prosto z granicy jedziemy do Amritsaru. Miasto to, założone w 1577 roku przez czwartego guru Sikhów, jest głównym ośrodkiem kultu tej religii. Na każdym kroku spotykamy brodatych mężczyzn w turbanach. Niczym biblijny Samson od dnia narodzin nie ścinają włosów, chowając je pod zwojami kolorowych materiałów. Wystarczy zajrzeć do tutejszych publikacji, aby przeczytać, że "ludzkie włosy stanowią źródło życiowej energii".
800-tysięczna metropolia niewiele różni się od tych, które odwiedziliśmy dotychczas. Jedyną nowością są bezpańskie krowy, wałęsające się wszędzie bez zamierzonego celu.
Złota Świątynia
Pośrodku starego Amritsaru wznosi się największa sikhijska świątynia, Hari Mandir. Odwiedzając to przepiękne miejsce, aż nie chce się wierzyć, że za białymi, marmurowymi murami otaczającymi ogromny plac, na każdym kroku czekają żebracy wyciągający ręce po jałmużnę.
Przed wejściem obowiązkowo ściągamy buty i zakrywamy głowy. Mężczyźni, przytrzymując się metalowych łańcuchów, zanurzają się w świętym jeziorze otaczającym budowlę. Od pokrytej kilkudziesięcioma kilogramami złota kopuły odbijają się promienie zachodzącego słońca. Jej kształt przedstawia odwrócony kwiat lotosu, symbolizujący troskę Sikhów o losy świata.
Uzbrojony we włócznię strażnik wskazuje nam prowadzącą do środka groblę, zwaną Mostem Guru. Zbliżając się do budynku, coraz wyraźniej słyszymy nabożne śpiewy kapłana, odczytującego wersety ze świętej księgi. Przed wejściem zostajemy poczęstowani słodkim ciastem prasaad. Wedle starego zwyczaju opuszczając świątynię, należy się nim podzielić z mijanymi po drodze ludźmi.
Kiedy wewnątrz na moment przyklękamy obok tłumu wiernych, bajkowa sceneria wokół sprawia, że zapominamy o całym otaczającym nas świecie... Część 5. Noc na chodniku
Indie - mieszanka języków, bogactwo kultur i religii, magiczna kraina guru i świętych mężów. Jest to również kraj wielkich kontrastów. Indie porażają do tego stopnia, że wysiadając na dworcu kolejowym w New Delhi, zastanawiamy się, co w ogóle tutaj robimy. Wszystkie opowieści o mistycznych doznaniach, cały mit, którym karmieni byliśmy w Polsce przez zachwyconych naszym pomysłem znajomych, pryska w ciągu jednej sekundy.
Pierwsza rzecz to panoszący się wszędzie bród, druga - smród drażniący nozdrza, a trzecia... ogromny byk dostojnie przechadzający się po głównym peronie. Potężne bydle wolnym krokiem zmierza wprost do drzwi poczekalni dla podróżnych. Przygniecieni ciężkimi plecakami, nieśmiało idziemy za nim.
Stacja czy stajnia? Ogromna hala wypełniona jest ludźmi. Jak się później okaże, Hindusi są dosłownie wszędzie. Zmęczeni mężczyźni kładą się nawet na wysepkach ulicznych rond, gdzie trochę łatwiej znaleźć nieco wolnego miejsca. Nic dziwnego - Indie to drugi po Chinach kraj pod względem zaludnienia, a w samej stolicy żyje ok. 10 mln osób. W centralnym miejscu, pomiędzy rozłożonymi na matach ludźmi, leży drugi okaz rogatej trzody. Tym razem jest to przedstawicielka płci pięknej. Samiec zajmuje pozycję obok, wcześniej beztrosko oddając mocz pod jedną ze ścian. Spośród kilkudziesięciu osób uwagę na tę czynność zwracamy oczywiście tylko my - biali przybysze z nieskazitelnie czystej Europy.
Aby dowiedzieć się tutaj czegoś konkretnego, trzeba uzbroić się w cierpliwość. W końcu trafiamy do znajdującej się w niewielkiej kanciapie informacji turystycznej. Po udzieleniu odpowiedzi na dręczące nas pytania, starsza pani w bordowym sari podaje nam do wypełnienia coś, co przypomina księgę gości. Wśród setek wpisów z całego świata, wyłapujemy jednego Polaka. - W rubryce "Obsługa" napiszcie: bardzo dobra - prosi informatorka, obdarzając nas słodkim uśmiechem. Wzorem poprzedzających nas turystów, robimy to bez zastanowienia.
Raj dla palaczy
Woda kapiąca z nieszczelnego prysznica zmywa brunatne krople krwi z błękitnych kafelków. Tutejsze karaluchy mają po 2,5 cm długości. Zabicie takiego gada stanowi nie lada wyczyn - rzadko kiedy skutkuje jedno uderzenie butem.
Ricky Hotel, w którym się zatrzymujemy, znajduje się w położonej tuż obok dworca dzielnicy Pahargandź. Stanowi ona pomost pomiędzy starą i nową częścią miasta. Jest wspaniałym miejscem dla turystów nie narzekających na nadmiar pieniędzy. W wąskich uliczkach mieszczą się tanie hotele oraz niewielkie sklepiki i restauracje oferujące egzotyczne menu. Na każdym kroku mijamy turystów, o podobnym do naszego kolorze skóry.
Nad główną ulicą wzrok przykuwa powiewająca na wietrze flaga z liściem marihuany, namalowanym na tle w kolorach reggae. Zielona strzałka prowadzi do pomieszczenia wypełnionego asortymentem, który oczarowałby pewnie każdego palacza ganji. Na półkach leżą pudełeczka z wygrawerowanymi liśćmi, maleńkie lufki z drewna i laboratoryjne zestawy do zmontowania fajek wodnych, umieszczone w walizeczkach wyłożonych aksamitem. - To jest poręczny zestaw do zrobienia fajki z butelki po coli - wyjaśnia uczynny handlarz, pokazując nam sprytne połączenie gumowego korka oraz metalowych i plastikowych rurek. Chwilę później konspiracyjnie pyta, czy nie chcielibyśmy zapalić.
Kiedy wracamy na główną ulicę, nagle przyklęka przed nami potężny słoń. Ubrani w prześcieradła mężczyźni, wychylając się z kosza na jego grzbiecie, proponują krótką przejażdżkę. Zabawa kosztuje jedynie 80 rupii, co po przeliczeniu daje jakiś 8 zł.
Bezcenna klisza
Siedząc na marmurowych schodkach, zachłannie chłoniemy otaczającą nas atmosferę. Pomimo że zapadł już zmrok, ulica nadal tętni życiem. Egzotyczny tłum wolno porusza się w wiadomym tylko sobie celu. Rykszarze nachalnie proponują transport po mieście, a krzyki brudnych dzieciaków co jakiś czas zabarwia ryk bezpańskich, świętych krów.
Próbujemy w jakiś sposób pojąć obserwowaną rzeczywistość, atakującą nas niewiarygodnymi sytuacjami. Poskręcany staruszek, poruszający się na skleconej z desek konstrukcji, wyciąga rękę w niemym geście. Mija go mężczyzna bezwiednie wpatrzony w ziemię. Nagle w stercie rzuconych pod murem śmieci, dostrzega zużytą kliszę fotograficzną. Kiedy obwiązuje trofeum wokół pasa, na jego twarzy, na ułamek sekundy, pojawia się prawie niewidoczny uśmiech.
- Haszysz, opium, brown sugar... - cichy szept słychać co kilkanaście metrów. Dealerzy w każdym białym widzą potencjalnego nabywcę. Zupełnie nie zrażają ich odmowne słowa i gesty. Jeśli nie ten, to na pewno następny z turystów zapragnie skosztować taniej żywicy otrzymywanej z indyjskich konopi. Wiecznie szczęśliwy dzieciak
Dosiada się do nas dwóch młodziutkich chłopców. Mają co najwyżej po 8-10 lat. Prosząc chociażby o jedną rupię, zaczynają opowieść o swojej dzielnicy. Kiedy dostają dychę, patrzą na banknot tak, jakby w swoim dotychczasowym życiu nie trzymali w dłoniach takiej sumy pieniędzy. Znikają na chwilę, po czym przynoszą śliwki zanurzone w słodkim syropie. Dwie porcje dla siebie, dwie dla nas.
- Whisky nie jest dobra - oznajmia jeden z malców, pokazując nam zataczającego się mężczyznę. - Ten człowiek też nie. Zaraz po tym słyszymy historię o kasjerze z pobliskiego kina, który zawsze wygania go sprzed drzwi wejściowych. Opowieść przerywa pojawienie się rikszy z białymi na pokładzie.
Widząc, że się zatrzymują, chłopak porozumiewawczo się uśmiecha i puszcza do nas oko. Nie mija nawet 10 sekund, jak stoi obok pojazdu i przybierając zmarnowaną minę, prosi o drobne. Nie dostaje nawet złamanego pajsa (odpowiednik naszego grosza). Kiedy wraca uśmiech z powrotem rozjaśnia jego dziecinną twarz. Po chwili namysłu oznajmia. - You give me money, I'm happy. They don't give me, I'm too happy. Zanim jeszcze dociera do nas treść komunikatu, wiemy, że mówi śmiertelnie poważnie.
Uliczna sypialnia
Nocną ciszę wypełniają jedynie oddechy śpiących mężczyzn. Zmęczone ciała leżą na prymitywnych wózkach, schodach i namiastkach chodników, wyścielonych starymi kocami. Ostatni ze sprzedawców zamykają dobytek i kładą się przed drzwiami sklepów. - To nie są bezdomni - tłumaczy brodaty sikh. - Przyjeżdżają tu do pracy z odległych miejscowości. Po kilku miesiącach wracają do swoich rodzinnych domów, przywożąc ze sobą trochę pieniędzy. Za miesiąc pracy dostają 2-3 tys. rupii. Śpią na ulicy, bo tak jest taniej.
Wszystkie dni są takie same. Czas jakby stał w miejscu, tylko w sakiewkach powoli przybywa skrzętnie uciułanych pieniędzy. Wracając do hotelu, zastanawiamy się nad wymyślnymi problemami, dręczącymi mieszkańców naszego kraju - rachunki za telefon komórkowy, zepsute wideo, czy niespłacona rata kredytu bankowego. Chory mężczyzna, któremu wcześniej daliśmy kilka rupii, nie mający pojęcia o takich sprawach, pozdrawia nas szczerym uśmiechem...
Część 6. Słoń dla Wałęsy
Rankiem pod drzwi hoteli i restauracji podjeżdża młody chłopak na rowerze. Rozwozi wianki uplecione z kolorowych kwiatów. Wiązanki trafiają na ołtarzyki przyozdobione zdjęciami i posążkami tutejszych bogów. Zapalają się kadzidełka, słychać cichutkie modlitwy, rozpoczyna się kolejny dzień w 10-milionowym Delhi.
- Może byśmy coś zjedli? - pyta Jędrek włączając telewizor. Indyjskie teledyski... Informacje z działań w Kaszmirze... Pani Chmurka zapowiadająca 40-stopniowy upał... - No, nieźle. Szkoda, że nie wspomniała o wilgotności powietrza. Bierz kasę i wychodzimy.
Diabelskie przyprawy
Kolorowo ubrany, przypominający wyglądem Jezusa hipis, jest Jugosłowianinem. Przyjechał tu 6 lat temu, odnalazł Krisznę i ani myśli wracać do kraju. Kiedy w trakcie rozmowy, pomiędzy angielskie słowa wtrącamy coś w ojczystym języku, z pobliskiej restauracji słyszymy radosne nawoływanie: - Jesteście z Polski? Zapraszam na śniadanie.
Właściciel baru szybko przygotowywuje stolik. Z dumną miną opowiada o swojej wizycie w naszym kraju. Załatwiał interesy w Koszalinie, Poznaniu i Krakowie. - Bardzo ładne stare miasto i olbrzymia świątynia chrześcijańska - chwaląc się znajomością geografii, kładzie na stole dymiące potrawy.
Zupa pachnie niebiańsko, smakuje natomiast piekielnie. Pierwszy łyk nafaszerowanego diabelskimi przyprawami płynu wykręca nam twarze. Nowy przyjaciel śmieje się tylko i zaprasza do wspólnego zdjęcia. Spod lady wyciąga sporej grubości album, wypełniony niemal identycznymi fotkami. Zmieniają się tylko białe postacie obejmowane ramieniem gastronoma-biznesmena. Czerwony Fort
Hindusi traktują nas jak chodzące sakwy wypełnione po brzegi gotówką. Każdy towar wart jest tyle, za ile zostanie sprzedany. Nieważne, czy jest to garść korali, czy zabytkowa rzeźba - zawsze, zgodnie zresztą z tradycją, trzeba się ostro targować. Początkowe ceny spadają nawet kilkakrotnie.
Z poruszaniem się po mieście nie ma najmniejszego problemu. Wysłużone rowery i motorowe pojazdy, przypominające nasze samochody dla inwalidów, stoją w każdej uliczce, a rikszarze tylko czekają na zagranicznych turystów. - Droga do Red Fort jest bardzo długa, musicie zapłacić 100 rupii - rzuca na początek właściciel trzykołowego motocykla. Nie przystaje na naszą cenę, oddalamy się w stronę stojącej kilka metrów dalej rikszy. Poddenerwowany wymachuje rękami i odpala rzężący silnik. Jedziemy za 40 rupii.
Dzieło Szacha Dżahana otoczone jest 2-kilometrowym murem z czerwonego piaskowca. Jego wysokość waha się od 18 do 33 metrów. Tuż za główną bramą znajduje się kryty bazar, niegdyś znany pod nazwą Bazar Mina. Było to specyficzne centrum handlowe dla kobiet z królewskiego dworu. W każdy czwartek mogły one do woli przeglądać delikatne jedwabie i przepiękną biżuterię. W te dni mężczyzn obowiązywał bezwzględny zakaz wizyt w forcie.
Teraz handel nastawiony jest głównie na turystów. Blaty drewnianych stołów co do milimetra pokrywają drewniane figurki, wymyślne fajki i kolorowe ubrania. Kiedy zatrzymujemy się przed jednym z nich właściciel zaprasza do sklepiku. Skąpane w półmroku pomieszczenie wypełnione jest kurzem i dymem kadzideł. Pod jedną ze ścian stoi wykonana z brązu, metrowa rzeźba boga Śiwy, półki uginają się pod setkami słoni, krokodyli i żółwi. W szklanych gablotach leży biżuteria - korale z pachnącego drewna sandałowego oraz bawolich i antylopich rogów, metalowe bransoletki i kolczyki przyozdobione kolorowymi kamieniami.
Raj Szacha Dżachana
Kiedy w kieszeniach pozostaje nam tylko trochę drobnych na drogę powrotną, odrywamy się od wabiących swym przepychem stoisk. Uciekając przed wydaniem ostatniej gotówki, trafiamy na olbrzymi dziedziniec. Samozwańczy przewodnik wskazuje nam wybudowaną z białego marmuru salę audiencji prywatnych - Diwan-i-Khas.
Tutaj władca przyjmował swoich gości. Zasiadał na zrobionym ze szczerego złota Pawim Tronie. Za nim wdzięczyły się bajecznie kolorowe ptaki, wykładane szlachetnymi kamieniami. Honorowe miejsce pomiędzy pawiami zajmowała, wyrzeźbiona z jednego kawałka szmaragdu, papuga. Niestety, nie dane nam było ujrzeć tych wspaniałości. Spóźniliśmy się o jakieś 250 lat. Z czasów przepychu pozostał jedynie wypisany złotymi literami, perski dwuwiersz: "Jeśli raj na ziemi jest, to tutaj jest, to tutaj jest, to tutaj jest".
Wśród pozostałych budynków wyróżnia się Perłowy Meczet. Wzniesiona obok królewskich łaźni budowla jest dość charakterystyczna. Posiada podwójne, asymetryczne ściany. Zewnętrzne wzniesione są równolegle do pozostałych budynków, wewnętrzne przesunięto tak, by meczet wyznaczał wymagany kierunek na Mekkę.
Gratisowa przejażdżka
Facet jest podejrzany. Twierdzi, że zawiezie nas gdzie tylko zechcemy za... darmo! - Musicie odwiedzić trzy sklepy. Do każdego wejdziecie na 10 minut. Oglądajcie towary, pytajcie o ceny, niczego nie musicie kupować - tajemniczym głosem stawia jedyny warunek. Propozycję przyjmujemy bez zastanowienia.
Już na pierwszym przystanku okazuje się, że nie są to przeciętne sklepy. W mieszczących się obok dużego hotelu pomieszczeniach, wita nas nienagannie ubrana, 5-osobowa obsługa. Oprócz nas w środku nie ma nikogo.
Udając zainteresowanie przechadzamy się po jaskrawo oświetlonych salach. Oprowadzająca nas kobieta proponuje zakup perskich dywanów i srebrnej, misternie wykonanej biżuterii. Po przeliczeniu gotówki okazuje się, że stać nas jedynie na paczkę indyjskiej herbaty. Kierowcy to wystarczy, kiedy dowiaduje się o transakcji ściska nas i krzyczy ze szczęścia. Czyżby dostawał większą prowizję? Ruszamy dalej.
W drugim sklepie jest podobnie - pustki, ogromny przepych i przemiła obsługa. Z trudem wytrzymujemy wyznaczone 10 minut. Jednak umowa to umowa - jedziemy do trzeciego punktu. A tam kto? Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski. W towarzystwie innych światowych dostojników, nasi rodacy uśmiechają się z zawieszonych na ścianie portretów. Zastanawiamy się, co kupują VIP-y. Drogie posążki ze szlachetnych kamieni, antyczne dzieła sztuki, a może jedwabne sari? Sklepikarz spieszy nam z pomocą: - Prawie nic nie wydali. Pan z wąsami wziął maleńkiego słonia, drugi mężczyzna pierścionek dla żony. Nasza herbata była droższa. Pomimo to na portretowe zdjęcia nie ma dla nas miejsca. I gdzie tu sprawiedliwość? Część 7. Widokówka z mauzoleum
Kriszna wygląda jak lalka na odpustowym kiermaszu. Poubierane w kolorowe fatałaszki figurki znajdują się na każdym kroku. Jarmarcznej atmosfery nie rozprasza nawet wizyta w niewielkiej, przypominającej więzienną celę salce, w której mężczyzna przyszedł na świat ponad 3500 tys. lat temu.
Mathura leży 141 km na południe od Delhi. Miasto i jego okolice należą do miejsc najczęściej odwiedzanych przez hinduskich pielgrzymów. Uważają oni, że to właśnie tutaj urodził się, będący wcieleniem Wisznu, Kriszna.
Kolorowe kukiełki
Wejścia na teren świątyni strzegą ogromne, kolorowe posągi zwierząt oraz uzbrojeni po zęby żołnierze. Niegdyś wznosiła się tu świątynia boga Kesawy. W XVI w. została doszczętnie zniszczona przez mogolskiego władcę Aurangzeba, który na jej miejscu wybudował stojący do dziś meczet. Obok celi narodzin dopiero niedawno powstała również świątynia hinduska. Wojskowa obstawa ma poskromić, rodzące się co jakiś czas, konflikty hindusko-muzułmańskie.
Niestety, miejsce to, zamiast emanować jakąś niezwykłą energią, odstrasza nachalnością sklepikarzy i tandetnymi pamiątkami, jakie proponują. Stoły wyłożone są kukiełkami i przesadnie kolorowymi obrazkami, oprawionymi w złote ramki. Jaskrawe barwy toczą wściekły bój pomiędzy sobą i zamiast zachwycać, raczej odstraszają potencjalnego nabywcę.
Dopiero widok w świątyni dodaje autentyczność temu miejscu. Dookoła ołtarza biega siwiuteńki staruszek z białą jak śnieg brodą. Zamglone oczy świętego męża sprawiają wrażenie, jakby przed chwilą pochłonął sporą dawkę środków uspokajających. Za każdym razem, kiedy przebiega obok, słyszymy słowa intonowanych mantr.
Ciągle pada
Ogromne krople deszczu rozbijają się o szyby pędzącej w kierunku Agry taksówki. Obszerny pojazd, przypominający powiększoną syrenę, dzielnie wyprzedza jadące poboczem kolorowe ciężarówki. Początkowe pokropywanie szybko przeradza się w olbrzymią ulewę. Dotychczas padało głównie nocą, ściana deszczu jest więc dla nas pierwszym naocznym znakiem pory monsunowej.
- U nas, w północnym rejonie Indii, pora deszczowa zaczyna się pod koniec czerwca - tłumaczy kierowca. - Najbliższy zupełnie suchy dzień będzie dopiero we wrześniu. Monsun rozpoczyna swoją wędrówkę po Indiach miesiąc wcześniej. Przesuwające się na północ opady w lipcu zalewają już cały kraj. Temperatury nadal są wysokie, gdyż ulewy wbrew pozorom nie przynoszą ochłodzenia. Ich następstwem są jedynie tony błota, w które błyskawicznie przemienia się wszędobylski kurz.
Wycieczka do Agry kosztuje nas 40 dolarów. Turystyczną taksówkę można zamówić niemal w każdym hotelu w Delhi. Usługa ta jest nieco droga jak na tutejsze warunki, jednak w zamian dostajemy do dyspozycji na cały dzień samochód z kierowcą.
Pomnik miłości
W XVI i XVII w., za panowania Wielkiego Mogoła, Agra była stolicą kraju. To właśnie z tego okresu pochodzą najwspanialsze zabytki - fort wybudowany przez cesarza Akbara oraz najsłynniejsza indyjska budowla, Tadż Mahal.
Na całym świecie nie ma chyba drugiego takiego dzieła, które powstałoby z czystej miłości. Jego budowę w 1631 r. rozpoczął Szahdżahan. Została wzniesiona ku czci zmarłej w tym samym roku Mumtaz Mahal, żony potężnego władcy.
Prace trwały 22 lata. Przy budowie zatrudnionych było 20 tys. osób z Indii i Azji Centralnej. Dekoracje mauzoleum projektowali eksperci z Europy - Francuz Austin z Bordeaux i Włoch Veroneo z Wenecji. Głównym koordynatorem przedsięwzięcia był perski architekt Isa Chan.
Przy wejściu zostajemy skrupulatnie skontrolowani. Dochodzi do tego, że w depozycie zostają ciastka, które mogłyby nieopatrznie stać się przyczyną zanieczyszczenia murowanego symbolu Indii. Aby formalnościom stało się zadość, mężczyzna poucza nas, z jakiego miejsca najlepiej możemy sfotografować budowlę. Chłód i zachwyt
Czuję się jak dodatek do pamiątkowej widokówki. Jędrek patrzy przed siebie, jakby nie dowierzał, że za chwilę osobiście będzie mógł dotknąć ścian z białego marmuru. Żeby sprawdzić, czy to aby na pewno nie sen, wchodzi do sadzawki, rozdzielającej na pół wiodącą w kierunku mauzoleum promenadę. Krzyki i gwałtowna gestykulacja uzbrojonego w strzelbę strażnika zapobiegają zanurzeniu pozostałych części ciała.
Tadż Mahal stoi na wysokiej marmurowej platformie. Jej cztery rogi ozdabiają wznoszące się ku niebu minarety. Wspaniałego widoku dopełniają znajdujące się po obu stronach meczety wykonane z czerwonego kamienia. Ciekawostką jest, iż tylko jeden służy do modlitwy. Został bowiem zwrócony we właściwym kierunku. Bliźniaczo podobny, znajdujący się po przeciwnej stronie zbudowano jedynie w celu zachowania symetrii całego kompleksu.
W drewnianych szafkach, będących odpowiednikami naszych szatni, zostawiamy buty. Przyjemny chłód przenika ciała, kiedy po zimnych schodach, boso wbiegamy na kamienną platformę. Kolejnym odczuciem jest wrażenie idealnej perfekcji, z jaką skonstruowano Tadż Mahal. Precyzję widać w każdym, najmniejszym nawet szczególe liczącej sobie ponad 350 lat budowli.
Wnętrze jest odgrodzone kratami. Z wypełnionego zwiedzającymi przedsionka można dostrzec imitacje grobów Mumtaz Mahal i Szahdżahana, stojące w głównej krypcie. Prochy zmarłych znajdują się w dolnym pomieszczeniu. Wzrok turystów próbuje dotrzeć i tam. Hindusi klęczą u szczytu schodów prowadzących do dolnej krypty i nieudolnie próbują wciskać głowy pomiędzy metalowe pręty.
Okrążamy budynek. Z zachwytu wyrywa nas prośba hinduskiego ojca rodziny. Kiedy dowiaduje się, jak daleką drogę pokonaliśmy, aby tu przybyć, szybko ustawia nas w towarzystwie krewnych, rozgląda się, czy w pobliżu nie ma strażnika i z przypiętego do paska pokrowca wyciąga automatyczny aparat. Miałem dobre przeczucie z tą widokówką.
Część 8. Dziewiąta granica
Kiedy to się wreszcie skończy? Nie, nie chodzi o podróż. Przyzwyczailiśmy się do ciągłych zaczepek, tłoku i brudu na ulicach. Chyba nawet polubiliśmy ten kraj. Męczące są tylko powtarzające się dzień w dzień przymusowe wizyty w toaletach. Zdaje się, że nasze żołądki mają dość tutejszej strawy.
Jest 19 lipca, godz. 15.10 czasu lokalnego. Tego dnia zaczynamy wznosić pieśni pochwalne na cześć Polskich Kolei Państwowych. Ten desperacki czyn nie jest bynajmniej spowodowany jakąś nieznaną tropikalną infekcją. Po prostu na stacji w New Delhi przekroczyliśmy właśnie próg polecanego przez wszystkich wagonu klasy sypialnej, rozpoczynającego kilkusetkilometrową trasę.
Przeludniony pociąg
Po jednej stronie wąskiego przejścia ciągną się prostopadle zawieszone prycze, po drugiej znajdują się równoległe boksy. W każdym jest 6 łóżek i 3 metalowe wiatraki, które w żaden sposób nie mogą poradzić sobie z panującym żarem. Brudne koszulki lepią się do spoconych ciał, woda w butelkach już dawno straciła swoje ożywcze, lodowate właściwości. Ciepły, pozbawiony smaku płyn pijemy wyłącznie z przymusu, ponieważ żadnemu z nas specjalnie nie zależy na odwodnieniu organizmu.
Dobrze, że zająłem pryczę pod sufitem. Kiedy do wagonu wsiada kilkunastu ponadplanowych Hindusów, bilety z miejscówkami na dole przestają odgrywać jakiekolwiek znaczenie. Janusz w końcu nie wytrzymuje. Gdy na jego łóżku beztrosko sadowi się dwóch młodych mężczyzn, zaczyna zabarwione solidną dawką najwymyślniejszych przekleństw, wywody o przeludnieniu naszej planety, wojnach i naturalnej eliminacji w świecie zwierząt.
Na szczęście nikt poza nami nie rozumie jego słów. Siwy staruszek beztrosko rozkłada koc na środku wagonu i mrucząc coś pod nosem rytmicznie zaczyna bić pobożne pokłony, a bosy brodacz przemieszcza się korytarzem, wygrywając indyjskie melodie na drewnianym flecie. Ciekawie zasypia się ze świadomością przebywania w innej rzeczywistości, położonej "zaledwie" 9 tys. km od domu. Po przebudzeniu nawet najdziwniejsze sny wydają się tu zupełnie realne.
Wykiwani
Olbrzymie ciężarówki powoli suną w błotnistej mazi, słychać nerwowe pokrzykiwania kierowców. Kiedy tylko deszcz przestaje padać, zza chmur od razu wychyla się mordercze słońce. Cudem trafiamy do punktu odprawy granicznej, schowanego w ciągu przydrożnych straganów. Mężczyźni siedzący za drewnianym stołem leniwie proszą o nasze paszporty. Podają nam jakieś kwitki do wypełnienia, wbijają trójkątne pieczątki i możemy iść dalej. Po nepalskiej stronie formalności odbywają się w podobny sposób. Jedyną różnicą jest wykupienie wizy. Kremowa naklejka, która zajmuje pół strony w paszportach, umożliwia 60-dniowy pobyt w leżącym u podnóża Himalajów kraju. Pierwsza wizyta kosztuje 30 dolarów, kolejne są o 20 zielonych droższe. Płacimy, dzięki czemu śmiało możemy przekroczyć dziewiątą granicę na naszym szlaku.
Chyba zostaliśmy wykiwani. Kiedy po całonocnej podróży pociągiem wylądowaliśmy w Gorakhpur, musieliśmy wyglądać jak chodzące widma. Dobiła nas atmosfera panująca w pozbawionym jakichkolwiek atrakcji, pełnym much i komarów mieście. Nic tu nie zachęcało do dłuższego postoju. Właściciel jednego z przydworcowych biur podróży, widząc zniechęcone miny, błyskawicznie zaoferował bilety do stolicy Nepalu, Kathmandu. - Ok. godz. 17 będziecie na miejscu - zapewniał demonstrując bajecznie kolorowe foldery.
Krzysiek jeszcze próbuje odszukać autobus, który miał na nas czekać na granicy. Dochodzi godz. 11, kiedy ostatecznie oznajmia, że najbliższy ma być dopiero późnym popołudniem. Zapowiada się miły, słoneczny dzień na granicy indyjsko-nepalskiej.
Masażysta-sadysta
Zimny prysznic, fanta z lodówki, półsen w betonowej klatce bez okien, szczycącej się mianem pokoju hotelowego, nerwowa próba uruchomienia wiatraka... Jeszcze raz zimny prysznic, fanta i nepalski przysmak - pierożki momo nadziewane czerwonym mięsem...
Generator nie działa, wiatrak jest bezużyteczny. Przenosimy się pod bambusowe zadaszenie. Andrzej opowiada o zeszłorocznej październikowej wyprawie w Tatry: - Było strasznie zimno, śnieg po kolana... Półprzytomny ze zmęczenia i gorąca, udając zainteresowanie, kiwam od czasu do czasu głową. - Jak się nie rozmawia, to tamten drugi człowiek nie wie, czego się chce - widząc moją beznamiętną minę, rzuca skomplikowaną sentencję, po czym zamawia piątą butelkę zimnego napoju.
Przypatrujący się nam od pewnego czasu mężczyzna zaczyna dziwnie gestykulować. - Chyba jest masażystą, dawaj go tu... Za 10 rupii przywraca nasze ciała do stanu używalności. Wyłamuje palce, masuje karki, uderza pięściami po głowach. Kiedy nagłym, gwałtownym ruchem wykręca je o 90 stopni, słychać tylko przypominające pękanie kości, suche trzaski. - Przepraszam, czy ma pan jakieś sadystyczne skłonności? - nieśmiało pyta Andrzej, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby.
Pobudka w raju
Kiedy wreszcie przyjechał nasz autobus, było już grubo po godz. 20. Po trwającej chwilę kłótni z kierowcą, popartej żywą gestykulacją, udało nam się w końcu dowieść ważności zakupionych w Indiach biletów. Przyjmując wymyślne pozycje, po raz kolejny zmrużyliśmy oczy w zdezelowanym autobusie.
Czy obudziliście się kiedyś w raju? Nepal jest chyba jednym z krajów najbliższych boskiego prototypu. Po porannej ulewie klarownie czyste powietrze ma temperaturę zaledwie... 27 st. Celsjusza. Otacza nas zieleń i stare budynki z czerwonych cegieł. Co kilkaset metrów mijamy niewielkie buddyjskie kapliczki. Miejscowi zatrzymują się przy nich na chwilę i zanurzając palce w czerwonej mazi, kreślą na czołach rytualne znaki zwane tika.
Za 600 rupii (ok. 9 dolarów) w hotelu New Tibet, położonym w starej dzielnicy Thamel, dostajemy klucze do dwóch dwuosobowych pokoików. W jednym z nich jest wanna. Ciągniemy losy o to, kto pierwszy zanurzy się w ciepłej wodzie. W naszych głowach rodzą się perwersyjne plany jak najlepszego wykorzystania tej blaszanej konstrukcji i nie zastanawiamy się nad tym, skąd się tu wzięła. Od ostatniej takiej kąpieli minęło 20 dni...
Część 9. Raj u podnóża Himalajów
Po pokonaniu 365 kamiennych schodów zostajemy otoczeni przez stado małp i grupkę przyodzianych w rubinowe szaty chłopców. Siadamy, żeby odsapnąć. Każdy nasz ruch śledzą wszystkowidzące oczy Buddy, wymalowane na każdej z czterech stron najważniejszej stupy Svayambhunath, będącej najstarszym miejscem kultu w Dolinie Kathmandu.
Dla tego miejsca warto było pokonać 10 tys. kilometrów. Rytmiczny terkot młynków modlitewnych, stłumione pieśni dobiegające z klasztorów tybetańskich i przenikliwe spojrzenia buddyjskich mnichów tworzą niepowtarzalną, mistyczną atmosferę. Nie rozpraszają jej nawet rozlegające się co chwilę wrzaski wszędobylskich małpiszonów, które całym stadem biegają z miejsca na miejsce w poszukiwaniu smakowitych kąsków pozostawionych przez licznych pielgrzymów. Swastyka - symbol szczęścia
W drodze powrotnej taksówkarz wysadza nas w centrum Kathmandu, tuż przy placu Durbar. Gdyby nie poubierani w zwykłe koszule i t-shirty Nepalczycy i gromada skośnookich turystów poobwieszanych nowoczesnymi aparatami fotograficznymi, czulibyśmy się jak po wyjściu z wehikułu czasu, który przeniósł nas o kilka stuleci wstecz. Dookoła wznoszą się budynki udekorowane charakterystycznymi potrójnymi dachami, kamienne posągi zwierząt i bogato zdobione drewnianymi rzeźbami klasztory buddyjskie.
Centralne miejsce zajmuje wzniesiona na kilkustopniowym podeście budowla poświęcona Śiwie. W okolicy wznoszą się świątynie Kriszny, Wisznu i, przyozdobiona erotycznymi płaskorzeźbami, Świątynia Jagannath. Co jakiś czas pomiędzy zwykłymi ludźmi dostrzegamy bosych, poobwieszanych koralami mężczyzn w bajecznie kolorowych szatach. Święci mężowie przechadzają się leniwie bądź przyjmując pozycję lotosu sadowią się na prastarych murach. Pogrążeni w medytacji niewiele sobie robią z otaczającej ich rzeczywistości.
Na drzwiach domów i murach świątyń co jakiś czas widać wymalowane swastyki. Zbezczeszczony przez Hitlera symbol, którym u nas najchętniej posługują się skinheadzi, tutaj nie zadziwia nikogo. Słoneczny Krzyż, będący pierwotnie symbolem ognia, obecnie przynosi dobrobyt i szczęście.
Chwila w tropikach
- Zatrzymajcie się, gdyby zaczęło padać - Jędrek wydaje ostateczne instrukcje i nie zważając na protesty kierowcy, wdrapuje się na dach kolorowego autobusu. Szybko udaję się za nim. Kiedy próbuję postawić nogę na metalowej drabince, słychać trzask rozrywanych kraciastych spodni. Na szczęście dokonaliśmy zakupów hurtowych, jedna para kosztowała 8 zł.
Autobus mknie w stronę Pokhary, miasta położonego na wysokości 900 m n.p.m., tuż u stóp Himalajów. Trzymając się kurczowo metalowych barierek, sycimy się rajskim widokiem, rozpościerającym się po obu stronach. Sprzed pokrytych słomianymi dachami lepianek machają do nas uśmiechnięte maluchy. Pofałdowany teren zajmują porozmieszczane tarasowo pola ryżowe, na których brodząc po kostki w wodzie uwijają się nepalscy rolnicy.
Nagle droga zaczyna wznosić się pod górę. Otwarte przestrzenie zastępuje powoli tropikalny las, w którym zaczyna dominować ciemna, miejscami zgniła zieleń. Na chwilę znikamy w mlecznobiałej mgle. Pełna zakrętów droga wygląda zdradziecko. Po jednej stronie wznoszą się ogromne szczyty, poprzecinane strużkami kilkudziesięciometrowych wodospadów, z drugiej straszy przepastna głębia. Zaprawiony w bojach kierowca niewiele sobie robi z trudnych warunków jazdy. Na wszelki wypadek przed każdym zakrętem wciska jedynie donośny klakson.
Blisko jak do Łańcuta
Na przyjazd autobusu czekają tłumy naganiaczy poubieranych w białe koszule. Hotelowi wysłannicy od razu oblegają pojazd. Obok tabliczek z nazwami pensjonatów pojawia się kartka z wypisanym czarnym flamastrem nazwiskiem: "Mr. Guzik Krzysztof". Krzysiek zanosi się ze śmiechu. - Nie przypominam sobie, żebym miał tu jakąś rodzinę.
Darmowa taksówka zawozi nas pod Hong Kong Hotel, położony w najbardziej atrakcyjnej części Pokhary, tuż nad jeziorem Phewa. "W tafli jeziora odbijają się szczyty masywów Annapurna i Dhaulagiri. Szczególnie piękny jest widok na nepalski Matterhorn. Górę nazywa się rybim ogonem, z uwagi na osobliwy kształt jej szczytów." - czytam w przewodniku.
Do najwyższych gór świata mamy zaledwie 15 km (to nawet mniej niż z Rzeszowa do Łańcuta...). Czym prędzej biegniemy je zobaczyć. Nic z tego, dookoła tylko deszczowe chmury. Na pocieszenie pozostaje nam obejrzenie przepięknych widokówek i śniadanie na tarasie wypełnionym rytmicznym odgłosem bębnów.
Po południu jeździmy po mieście, po drodze zatrzymując się w co ciekawszych miejscach. Jakaś świątynia, później jaskinia poświęcona jednej z bogiń, pełna stalagmitów, wilgotna i obślizgła, i jeszcze niesamowity wąwóz rzeki Seti - szeroka na 4,5 metra szumiąca dziura o 10-krotnie większej głębokości.
W Pokharze zaznajamiamy się z nowym typem nagabywaczy. Proponują kilkudniowe trekkingi i spływy górskimi rzekami. By stać się uczestnikiem jednej z wypraw, wystarczy trochę wolnego czasu i jakieś 20-30 dolarów dziennie. - Może innym razem? - odpowiadamy za każdym razem. Wracamy
Przy innej okazji odwiedzamy też Woodstock Club. - Szkoda, że nie zajrzeliście w sezonie - pomimo że minęła już godz. 22, w rozświetlanej błyskami stroboskopów sali jest zupełnie pusto. Kilkunastoletni chłopak siedzi przed wejściem i spokojnie skręca jointa z marihuany. - Nic nie poradzę. Możemy co najwyżej zapalić.
Chwilę później zaglądamy do środka. Okrągły drewniany budynek, kryty jakimiś ogromnymi liśćmi, zamienia się w statek kosmiczny, wypełniony transowymi dźwiękami techno i świecącymi w ultrafiolecie ścianami. Za kilka miesięcy, po ustaniu pory deszczowej, zapełnią go biali XX-wieczni najeźdźcy z Europy i Stanów Zjednoczonych.
Tutejsza młodzież woli tradycyjne puby. Chcąc uczcić powodzenie wyprawy, wędrując przez ciemne, puste i mokre ulice miasta, poszukujemy jakiejś knajpki. Spotykamy młodą Niemkę, która zna drogę. Szczęśliwi lądujemy w Amsterdamie, gdzie od razu dostajemy butelki zimnego piwa.
Miejscowa kapela gra kowery Pearl Jam i Radiohead, długowłosi macho grają w bilard, barman strąca maszerującego po ladzie karalucha. Za niecałą godzinę skończy się 23 lipca - dzień, w którym po 21 dniach dotarliśmy do celu wyprawy. Siedząc w tajemniczym, oświetlonym blaskiem świec pomieszczeniu, zaczynamy na spokojnie uświadamiać sobie, czego doświadczyliśmy. Chłopaki grają przyjemnego bluesa, jakaś para wstaje, żeby zatańczyć, a Andrzej wymienia puste butelki, mówiąc coś o tym, że dotykał Tadż Mahal.
Po północy zaczynamy całkowity odwrót. Pierwszy krok w kierunku Polski kończy się w wielkiej, brudnej kałuży. Znowu zaczęło padać...
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.crullu.com |
|
|
|
|