Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Powtórka po czterech latach (2002)
 POWTÓRKA PO CZTERECH LATACH (2002)

Część trasy przejechałem w roku 1998, inny odcinek w 2000, a teraz powtarzam ją na rowerze z Zosią i Muchą (pies ma siedzisko z boku roweru). Start z Wałbrzycha Miasto rankiem 27 lipca 2002, cofamy się na Szczawno i Szczawienko. Podróż odsypiamy na łące; robi się bardzo ciepło pomimo cienkich chmur: prognoza zaczyna się sprawdzać. Dojazd do Starego Książa bez problemu, niezwykły widok na oddalony o ok. 1,5 km Książ oraz bardzo głęboki stromy jar Pełcznicy pod nami. Dalsza droga nienajlepiej oznakowana: błądzimy w potęgującym się upale ponad godzinę, okrężną drogą dojeżdżamy wreszcie do Książa.

To rozdział sam w sobie: najpiękniejszy bodaj zamek w Polsce! Gdy jestem we wspaniałych pałacowych wnętrzach Książa lub Czochy, wyobraźnia cofa mnie o kilkaset lat: wielka sala balowa, dwa szeregi tancerzy w perukach i śmiesznych pantalonach z gracją przenikających się wzajemnie. Na galerii na piętrze kameralny zespół muzyczny. Słyszę nawet Koncerty Brandenburskie, Suity orkiestrowe Bacha i Eine Kleine Nachtmusik Mozarta... Nie takie to abstrakcyjne, bo romantyczna historia księżnej Daisy, to przecież XX wiek. Dalej w upale na Świebodzice i w stronę Bolkowa przez Dobromierz (ładnie położony spory zbiornik wody pitnej, ale są ograniczenia z biwakowaniem), dalej boczną malowniczą drogą przez Kłączynę i Wolbromek. W Bolkowie tłumy młodych  ludzi przybranych w czerń: jakiś festiwal muzyczny. Do zamku trudno się dostać; jedziemy więc dalej pod pobliskie Świny. Sielskie miejsce na biwak: na skraju łąki nad maleńkim stawkiem, z widokiem na zamek Świny. Chłodny po upale wieczór, kąpiel w litrze wody. 

Rano znowu upał. Podejście pod zamek Świny: ruina jest powoli odbudowywana, z bliska jest o wiele bardziej malownicza niż z dystansu (koniecznie warto zobaczyć).

Podobno planuje jego kupno Konrad-Adenauer-Bank. Oryginalne są odsłonięte ślady konstruowania wypukłego sklepienia-stropu. Z pobliskich skałek sympatyczny widok na pobliski Bolków (tu również może być niezły biwak).  Jazda na północ ze skrętem w lewo na Kwietnik i Groblę. Jesteśmy u stóp Parku Krajobrazowego Chełmy. Malownicze zalesione wzgórza z bujną roślinnością, w pobliżu bardzo interesujący Wąwóz Myśliborski, głęboko wcięte doliny strumieni. Właśnie takim wąwozem posuwamy się zielonym szlakiem przez Zbójecki Zamek (malownicze skałki, ale miejscami dość trudny dla roweru teren), ostatecznie podjeżdżając asfaltową drogą w Muchowcu do szosy Jawor-Jelenia Góra; a stamtąd cofamy się na wschód ok. 2 km do Czartowskiej Skały. To jeden z bardziej niezwykłych miniaturowych (ok. 10 m wysokości) dolnośląskich wulkanów. Wspaniała panorama Pogórza i Gór Kaczawskich, ew. doskonały biwak (uwaga: brak wody). Powrót do szosy i ładną drogą częściowo przez las, na zachód. Przed Świerzawą, ze Wzgórz Muchowskich szczególnie piękne widoki na zachód, w stronę Gór Kaczawskich: to jeden z najładniejszych odcinków drogowych. Stromy zjazd, Świerzawa; małe ale pełne uroku miasteczko, rynek, skwer w upale, stare kościoły. Pod wieczór ruszamy na północ; tuż za Świerzawą, w Sędziszowej skręt w prawo i jesteśmy u stóp urwistej ściany kamieniołomu. To jedno z najpiękniejszych w Polsce odsłonięć wnętrza wulkanu: Wielkie Organy Wielisławskie. Dobrze wykształcone pięciokątne słupy zakrzepniętej lawy (warto podejść jeszcze ze 100 m: pionowa niemal ściana porośnięta krzakami ukrywa jeszcze lepiej wykształcone słupy czekoladowego koloru porfiru). Doskonałe miejsce na biwak: robimy ognisko, wodę mamy z niedalekiego gospodarstwa, noc jest chłodna i rosista.

Rano znowu upał; mijamy Nowy Kościół (najbardziej w Polsce znane tereny znaleziskowe agatów), skręcamy za Nową Ziemią na wschód, tuż za skrętem - tereny dawnej eksploatacji złota; Sępów, dalej asfaltem do Wilkowa. W Wilkowie zostawiamy rower w gospodarstwie i zielonym szlakiem w piekielnym upale podchodzimy na Wilkołak. Skrajem wykopu, już za liną ograniczająca dochodzimy do odsłonięcia okazałego widoku na kamieniołom. Od szczytu do dna wyrobiska jest to chyba ze 100-metrowa ściana zrośniętych słupów bazaltowej lawy! Miejscami poskręcanych w kształt przypominający różę. Tak ogromnego odsłonięcia nie widziałem nawet w Czechach (FZlatý vrch,  FPánska Skalá). Ochroniarze przyrody najwyraźniej doprowadzili do znacznego osłabienia tempa robót górniczych; z drugiej jednak strony: bez tej eksploatacji nie zdawalibyśmy sobie sprawy, że tak niezwykłe twory skryte są pod ziemią... Zjazd do Złotoryi, tamże różnorakie formy posilania, jedziemy najpierw w stronę starej kopalni złota (to jeden z trzech ośrodków  gorączki złota w Polsce: Złotoryja, Złoty Stok, Głuchołazy), ale dziś muzeum zamknięte: poniedziałek. Kościół w Złotoryji to ”najpiękniejsze średniowieczne wnętrze kościelne na Sląsku”. Spać chcemy nad jeziorkiem po dawnym kamieniołomie, ok. 2 km na pn.-zach. za miastem. Przyłącza się do nas starszy rowerzysta, który jest bardzo rozmowny, ale ciągle wraca wspomnieniami do dawnych dobrych lat PRL-u. Nie chcę w upał wdawać się w polemiki, ale w końcu mnie zirytował i podnosimy głos. Oczywiście stary schemat: był w tamtych czasach "aktywistą" w terenie, wysyłał do miasta tylko niewielkie ilości obowiązkowych dostaw, dostawał za ten liberalizm od chłopów niezliczone "upominki w naturze", a dziś uważa się za porządnego faceta... 

To typowa sytuacja: takie tęsknoty z reguły mają ci, którzy wtedy otarli się o władzę (lub też ludzie bardzo młodzi). Nie docierały do nich te udręki, które myśmy odczuwali na co dzień. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, jak funkcjonowali oni wtedy w terenie, to polecam książkę-wywiad Teresy Torańskiej "Oni" (wywiad ze Stefanem Staszewskim). A i w turystyce znalazłoby się sporo przykładów takiej udręki: brak map, butów, konserw i w ogóle zaopatrzenie, paszporty, siła nabywcza złotówki za granicą... Podobne rozmowy są czymś codziennym np. w pociągach. Trudno dziwić się obecnemu rozgoryczeniu tych bezrobotnych ludzi, ale dlaczego mamy ciągle utrzymywać nierentowne gałęzie przemysłu, które kiedyś były hołubione naszym kosztem, z powodów ideologicznych? Nie takie to proste, bo dzieje się dziś sporo łajdactw, które utrudniają trzeźwą ocenę ekonomiczną. Ale to wszystko nie na 30-stopniowy upał...  Zastanawiam się, jakich argumentów używać wobec podobnej amnezji? Zamiast przypominania, polecam takim ludziom obejrzenie serialu z lat 80-tych "Alternatywy 4" (z Wilhelmim w roli Anioła). To są właśnie te realia, o których niektórzy nadspodziewanie łatwo zapominają. Ale jakoś dziwnie nie lubią oni tego właśnie serialu...

Nad jeziorkiem brudno, sporo amatorów wieczornej kąpieli, na szczęście przed zmierzchem wynoszą się do domu.

Rano, o dziwo jest dosyć rześko, jazda nieco okrężnie, ale asfaltem przez Uniejowice, na Grodziec (po drodze dojrzewające śliwki). To również jeden z bardziej atrakcyjnych okazałych obiektów; kiedyś dawno był specjalnie 
odbudowany do celów turystycznych. Rozbudowane porośnięte winem krużganki, rozległe widoki.

Na Grodźcu przygotowania do jakiegoś festynu polonijnego; zamek odbudowywany jest jednak bardzo powoli. Z Nowej Wsi Grodziskiej PKP, niebieski szlak prowadzi początkowo lokalną drogą przez las do szosy przelotowej Złotoryja-Lwówek w Czaplach skrz. Stąd gruntową leśną drogą zielonym szlakiem na Rochów, z odbiciem do Twardocic, do sklepu. Dalej zielonym szlakiem na Ostrzycę.

Ponieważ podejście jest mało sympatyczne (szlak nieco zarośnięty i stromy, wykroty i koleiny w gliniastej ziemi) - chyba lepiej podchodzić żółtym szlakiem z Proboszczowa. Rowery zostawiamy w lesie jeszcze przed drogą poziomo opasującą Ostrzycę gdzieś w połowie jej wysokości, zabieramy bagaże i wleczemy się na szczyt. Pogoda dość niepewna, więc na wszelki wypadek rozstawiamy namiot w lesie na tarasiku jakieś 30 m poniżej szczytu, a sami rozkładamy się w bazaltowym mini-kraterze tego najpiękniejszego dolnośląskiego wulkanu. Jest ciepło, widok imponujący, wrażenia podniosłe: cały Dolny Śląsk mamy u stóp! Myję się w 0,5 l ciepłej wody (precz z niemądrą rozrzutnością: kiedyś potrzebowałem do kompletnej kąpieli aż całego litra! Uwaga: na masywie Ostrzycy brak jest wody - trzeba ją wnieść na plecach...). Po kolacji decydujemy się na noc na szczycie. W oddali "ogryziony" do połowy stożek Wilkołaka; nieco chmurek, spoza nich wychodzi czerwony, "drapieżny" księżyc. Pod nami mroczny, nieprzyjazny las. Wspaniała noc bez pogodowych niespodzianek. Mogę sobie wyobrazić jeszcze wspanialsze wrażenia w okolicach 12-14 sierpnia. Ziemia wchodzi wtedy w Perseidy (rój meteorów). Zachęcam do zaplanowania właśnie wtedy biwaku na tym szczycie!

Rano zjazd ze szczytu; już u dołu wzniesienia miejsce na doskonały biwak na stoku łąki; podchodzimy mozolnie w upale na grzbiet za Bełczyną, stąd długi i stromy zjazd do Wlenia (z kąpielą w strumieniu). We Wleniu zakupy, upał straszliwy, idziemy na dworzec, planujemy podejście na Zamek. Upał skłania jednak do zmiany planów: ostatecznie podjeżdżamy wzdłuż Bobru nad zaporę w Pilchowicach. Malownicza i imponująca budowla przeciwpowodziowa i energetyczna z początku XX w. Cała piękna kaskada ciągnie się właściwie już od Jeleniej Góry szeregiem zapór w głębokim wąwozie Bobru.

Woda w Bobrze wygląda na niezbyt czystą; ja jednak pamiętam, jak kiedyś podczas praktyki w Jeleniej Górze na przełomie 60/70 próbowałem przejść wzdłuż Bobru właśnie do Pilchowic; jest to bowiem nieprawdopodobnie malowniczy odcinek. Już we Wrzeszczynie, z powodu bólu głowy musiałem wtedy wycieczkę przerwać... Mało kto może sobie wyobrazić, jak to wtedy wyglądało. 

Przed 16-tą jesteśmy na przystanku Pilchowice-Zapora (widać go w dali po prawej na starej pocztówce poniżej; kolej przebija się w lewo tunelem pod widocznym wzgórzem. Do zapory dochodzi tylko droga jezdna); resztki dawnej świetności: drewniana (zabytkowa już) wiata, połamane deski w budynku, powybijane szyby, wszystko obsmarowane spray'em. Podjeżdża autobus szynowy do Lwówka, bardzo atrakcyjna trasa: dwa tunele, górskie widoki; narzekamy z obsługą oczywiście na Władze PKP. Linia jest w złym stanie: ograniczenia szybkości, trwa walka o utrzymanie ruchu. Dworzec w Lwówku w stanie opłakanym. W upale jeździmy po zabytkowym centrum: jeden z piękniejszych ratuszy; w kościele parafialnym Lwówka wedle tradycji miał grać na organach Jan Sebastian Bach. Jest popołudnie, a ja nie mam koncepcji na nocleg.

Ostatecznie decydujemy się na szukanie dojścia do Lwóweckich Skał. Nie takie to proste z obładowanymi rowerami; ostatecznie błądzimy spoceni i wracamy łukiem w stronę miasta. Niedaleko opustoszałego kempingu łąka-boisko sportowe, doskonale nadające się na biwak. Niestety, wieczorem ożyło pobliskie "disco" i umilało nam czas do 4 rano.

Nad ranem wreszcie zaczyna padać, i to długo i solidnie. Przed południem, w rześką pogodę jedziemy na Gryfów; sporo podjazdów; na zmianę robi się ciepło, potem znowu chmury.

W Gryfowie wyszukujemy sympatyczny barek i po obiedzie, w wiszącym deszczu jedziemy nad Zalew Złotnicki na Kwisie. To także budowle retencyjne z początku wieku, wcięta dolina rzeki, stara piękna zapora, o wiele jednak mniejsza niż w Pilchowicach.

Namiot rozstawiamy ok. 1 km powyżej zapory, na trawiastym cypelku nad wodą, na południowym brzegu zalewu. Woda w jeziorze niezbyt czysta, na szczęście niedaleko wpływa potoczek. Trudno uwierzyć, ale w Kwisie jeszcze nieco ponad 100 lat temu żyła skójka perłorodna i wydobywano tu prawdziwe perły! Nad ranem zaczyna długo i mocno padać.

Po przeschnięciu zwijamy biwak i w miłym chłodku jazda do Czochy. To kolejna perełka: malowniczo położony nad następnym zalewem (w Leśnej) zamek.

Przez dziesiątki lat był to zamknięty obiekt wojskowy, teraz hotel niezłego standardu oraz atrakcja turystyczna. Odnowione wnętrza, stara sypialnia, łazienki z urokliwymi urządzeniami sprzed 100 lat, podziemia, zaułki i oczywiście zakopane podczas ostatniej wojny złote skarby... Stromy zjazd do Leśnej. 

Charakterystycznym akcentem wędrowania po Dolnym Śląsku jest atmosfera małych mijanych miasteczek. Z reguły ze starą, aż "pachnącą wiekami" zabudową, starym kościołem z wiekowymi płytami grobowymi, z urokliwym ryneczkiem, ratuszem, sklepikami oraz leniwym biegiem czasu (dodam prozaicznie: i z niezliczonymi otwartymi sklepikami)... Takimi właśnie są Świerzawa, Złotoryja, Wleń, Lwówek, Złotniki, Gryfów, Leśna, Lubomierz, Mirsk, Pobiedna... 

W Leśnej i okolicach sporo poniemieckich tajemniczych sztolni w skałach. Dalej szosą na ruinę zamku w Świeciu, uciążliwy podjazd w kierunku Gór Izerskich, w stronę Pobiednej. W Wolimierzu skręcamy na dawną stację kolejową. Dawny dworzec od kilku lat zamieniony jest na galerię plastyczną oraz teatr lalek, również centrum ekologiczne. Odbywają się tu imprezy kulturalne przez cały rok. Oryginalną działalność prowadzą młodzi ludzie z Wrocławia, odnosimy bardzo sympatyczne wrażenie; warto odwiedzić. Dalej okrężną nieco drogą na Świeradów.

W Świeradowie szykujemy się do stromego podejścia w góry. Na jednym ze skrzyżowań zatrzymuje się terenowy samochód, kierowca coś długo się nam przypatruje. Kiedy przechodzimy obok, pyta niespodzianie: "czy ten pies, to Mucha?". Okazuje się, że cztery lata temu spotkaliśmy się w Chatce Górzystów i tak dobrze zapamiętał on psa oraz sposób jego podróżowania na rowerze. Mucha robi się więc sławna w wielkim świecie! Pochmurno, ale asfaltowa droga w kierunku Stogu Izerskiego (jest na nim przejście graniczne "przy słupku") jest tak stroma, że jest nam nieźle ciepło. Wleczemy się powolutku, wysokość zaczyna się odczuwać w uszach, "pokrzepka" pod drewnianą wiatą przy szosie. Dalej trawersujemy grzbiet w lewo, również asfaltem ("nowa droga Izerska") - aby niepotrzebnie nie wchodzić na szczyt. Powoli nadchodzi wieczór, jest spore zachmurzenie. Wreszcie zaczyna się zjazd w stronę rozległej Hali Izerskiej, przebieramy się na Rozdrożu Izerskim. Po kilku kilometrach zjazdu wśród górskich łąk i lasów jesteśmy przed Chatką Górzystów. Spacerują stare koniki, w świetlicy znajdujemy starą niemiecką mapę, niemieckie wydawnictwa o Górach Izerskich, na kominku pali się ogień. Mam dodatkową atrakcję: brak torby ze sprzętem fotograficznym, paszportami i dokumentami, pieniędzmi i telefonem! Ściągam z roweru bagaże, pożyczam od turystów latarkę i pędzę z powrotem kilka km pod górę rowerem na Rozdroże, gdzie torbę oczywiście znajduję położoną roztropnie za dużym kamieniem; powrót już w zupełnej ciemności, powoli i po omacku. Ponieważ jest późno, a gospodarze najwyraźniej nie lubią gdy się rozstawia namiot - nocujemy w pokoju (Mucha oczywiście włazi bez pardonu do Zosi na łóżko).

Rano wita nas słońce, a ponieważ chcemy trochę pochodzić po Górach Izerskich, planuję zostawić dziś rowery, przejść do Czech i pochodzić po malowniczych okolicach Jizerki (to hala i skupisko starych zabudowań). Otworzono niedawno przejście "przy słupku", które zaoszczędzi nam drogę; więc podjeżdżamy do Orla, gdzie przed prywatnym schroniskiem zostawiamy rowery, a sami idziemy leśną cienistą drogą w stronę granicy, "na samym dnie worka". Na przejściu brak obsady (taka jest zresztą reguła tych przejść na szlaku), niewielka drewniana wiata, stolik i ławki. Strome zejście od granicy ok. 10 min wprost na (końcową dziś) stację Harrachov. Odnowiony budynek stacyjny jest otwarty, chociaż kasa nieczynna; okna całe, gabloty ze zdjęciami nieporozbijane, na ścianach nie ma paskudzenia spray'em; zdaje się, że jesteśmy na drugim końcu świata, a to przecież tylko 10 minut od granicy (granicy Polski, czy granicy chamstwa i prymitywizmu? jeszcze do tego wrócę...)  Dalej czerwonym szlakiem mniej więcej wzdłuż granicznej Izery. Jest to doskonała asfaltowa trasa rowerowa w stronę Jizerki-wsi; jest sporo malin. Mijamy wysoki zabytkowy wiadukt kolejowy nad rzeką, czekam kilka minut na zrobienie zdjęcia przejeżdżającego wagonu.

Droga idzie nieco pod górę, w zasadzie w cieniu, ale jednak robi się gorąco. Dochodzimy wreszcie na Jizerkę, zamawiamy danie z piwem przed barkiem, idziemy do rezerwatu Raseliniste Jizery. Nostalgiczny krajobraz skandynawski, pomiędzy podmokłymi łąkami i torfowiskami wije się potok z czerwonawą od humusu wodą, odbija się w nim błękitne niebo. Krajobraz rozległej hali nie ma sobie równego, a rozrzucone poniemieckie zabudowania dziwnie harmonizują z otoczeniem. Wracamy w dół piechotą po asfalcie w słońcu, jedziemy jedną stację pociągiem, przechodzimy w tym samym miejscu granicę i docieramy o zmierzchu do Orla. Jemy co się da w czynnym jeszcze barze, wsiadamy na rowery i wracamy do przejścia przy słupku. Rozkładamy się na ziemi w śpiworach obok stolików i wiaty; ciepłą noc chcemy przespać w lesie, a rano przejść na dobre w Czechy. Godzinę później budzi nas szum podjeżdżającego samochodu, migotanie niebieskiego "koguta" i ogłuszające nawoływanie przez megafon. Zrywam się półprzytomny myśląc, że to wyłuskała nas straż graniczna, tymczasem to tylko organizatorzy odbywającego się tu w ciągu dnia maratonu rowerowego szukają zagubionego uczestnika.

Ciepła noc, słoneczny i rześki poranek; zjeżdżamy do Harrachova. Oglądamy z dystansu skocznię, próby zakupów prawie nieudane, bo w całym sporym Harrachovie znajdujemy tylko jeden (!) czynny sklepik spożywczy, umiarkowanie objadamy się sałatkami. Niebacznie zapomnieliśmy, że to niedziela, a kiedy próbujemy coś dokupić - jest już za późno: po 12-tej wszystko jest zamknięte. Pisałem kiedyś, że w Polsce jest 3 razy więcej sklepików niż w Czechach. Koryguję tamtą ocenę: jest ich chyba 10 razy tyle! (swoją drogą: co ci Czesi jedzą i gdzie to kupują?). W ambitnych planach na najbliższe dni mamy wypad pieszy w czeskie Karkonosze, objazd ich od południa,

powtórzenie wizyty w Adrspachu i powrót z Kudowy do domu. Tyle razy jeszcze w latach 60/70-tych przez dłuższe okresy przebywałem w Jeleniej Górze i Karpaczu, ale ograniczenia przygraniczne (no i jak tu nie zbaczać na tematy polityczne!) zawsze skutecznie mnie do tego zniechęcały. Teraz chciałbym wreszcie to nadrobić; idziemy najpierw nad wodospad Mumlavy (dość malowniczy). Ale pogoda gwałtownie się psuje; zaczyna lać deszcz, niebo zaciąga się do horyzontu. Nasłuchujemy czeskiej prognozy radiowej: nic dobrego na najbliższe dni. To początek załamania pogody, które po tygodniu spowodowało katastrofalne powodzie w tej części Europy. Po prawie trzech godzinach czekania deszcz wreszcie dokonuje destrukcji psychicznej: rezygnujemy z pchania się na dół w Czechy i wracamy z powrotem w nasze góry Izerskie, które przemówiły do nas swoim urokiem. Wracamy uciążliwie przejściem drogowym w Jakuszycach; polski strażnik zwraca uwagę, że pies na przejściu (pustawym) musi być w kagańcu i na smyczy. Ładuję go więc na rower, ale strażnika to nie zadawala: poucza o możliwości kwarantanny i studiuje długo książeczkę zdrowia Muchy. Najwyraźniej nie wie on, że mógłby skutecznie zatruć nam życie żądaniem osławionego Certyfikatu. Skąd w takich małych ludzikach bierze się potrzeba urzędniczego poniewierania innych? Dojeżdżamy po raz trzeci do Orla, rozstawiamy namiot, spacer nad graniczną Izerę i na jagody przerywa nam granatowe niebo i początek deszczu. W schronisku otwieramy butelkę czeskiego kiepskiego sikacza kupionego "tam", w wietnamskim straganie i siedzimy w bawialni podsłuchując rozmowy prowadzone przez grupę młodych studentów i doktorantów z Piły. Gospodarze przynoszą album o działalności dawnej Huty. To coś niezwykłego: ok. 100 lat temu tu właśnie był konkurencyjny dla "Józefiny" ze Szklarskiej Poręby (sama nazwa Szklarskiej przecież coś powinna mówić) ośrodek hutnictwa szkła.

Do opisu tamtych dziejów odsyłam na stronę internetową. Istniało wtedy zapotrzebowanie na ozdobne szklane przyciski do papierów. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale do produkcji tak wydawałoby się błahego przedmiotu stosowano niezwykle skomplikowaną technologię "millefiori" sięgającą do weneckich tradycji. Pęk różnobarwnych szklanych pręcików wtapiano w bezbarwne szkło, rozciągano je i po ostygnięciu cięto z takiego pręta cienkie plasterki, które wtapiano w soczewkowate przyciski. Dziś cena takich muzealnych okazów sięga tysiąca dolarów... Eksponat prezentowany poniżej jest współczesnym kiepskim wyrobem maszynowym, kosztuje jednak swoje 70$.

Po hucie pozostał dziś tylko budynek administracji oraz sporo odpadków szkła w pobliskim potoku.

Góry Izerskie znacznie odbiegają charakterem od innych pasm sudeckich. Wędrowałem kiedyś po ich grzbietach i teraz dopiero zrozumiałem, że najbardziej charakterystyczne są rozległe płaskie hale położone pomiędzy ich równoległymi grzbietami. Są one pozbawione lasu (to pozostałość działalności hut szkła), rozciągają się tam nostalgiczne torfowiska o skandynawskim charakterze. Jeszcze przed wojną teren był zasiedlony i zabudowany w urokliwy sposób. Po czeskiej stronie ten charakter pozostał do dziś, ale po polskiej zabudowę spaliła częściowo Armia Czerwona jeszcze w 1945 roku. Trudno jednak wszystko zwalać na Armię Czerwoną, bo reszty zniszczeń dokonała ówczesna polska administracja. Przygraniczny obszar Gór Izerskich był pod specjalnym nadzorem wojskowym i w zasadzie turystyczne poruszanie się tu było niemal niemożliwe przez kilkadziesiąt lat (!) po wojnie. Potem dołączyła się klęska ekologiczna, jako skutek rabunkowej działalności energetycznej w Polsce (Turoszów), Czechosłowacji (Liberec) i NRD (Hoyerswerda) (czyli tzw. czarny trójkąt). W rezultacie dziś jest to wyludniony, zaniedbany i zniszczony, chociaż ciągle urokliwy zakątek górski. Do dziś trwają przepychanki o turystyczne zagospodarowanie terenu. Temu m.in. mają służyć imprezy narciarskie Bieg Piastów, temu mogłoby służyć uruchomienie Kolei Izerskiej: ze Szklarskiej Poręby przez Harrachov do Czech (starannie sabotowane przez PKP oraz przez realia finansów samorządowych). Trudno tu powstrzymać się od ogólniejszej refleksji, która nasuwa się po kilku latach penetrowania Dolnego Śląska oraz szperania w historycznych źródłach. Niesposób nie spostrzec zaniedbania i dewastacji poniemieckich obiektów przemysłowych, komunikacyjnych, uzdrowiskowych, kulturowych oraz ekologicznych, jak wreszcie zwykłych domostw. Nie można wszystkim obarczać przysłowiowej Armii Radzieckiej, bo trwa to (nawet w przyspieszonym tempie) nawet dziś. To mentalność polskiej administracji, zwykłych ludzi, a wreszcie dzika dewastacja młodocianych podpitych chuliganów stwarza smętny obraz dzisiejszej rzeczywistości. Tym bardziej rażący, że kontrastujący z tym, co widać po drugiej stronie granicy: kolorowa, tętniąca życiem Jizerka, porządnie oznakowane szlaki i drogi, doskonale kursujące pociągi, porządek, czystość i sympatyczne zachowanie Czechów. Oj, obawiam się, że za to wszystko już niedługo zostanie nam wystawiony rachunek! Bez roztrząsania problemu: kto dokonał dewastacji - Armia Czerwona, polska komunistyczna administracja, bezpartyjni ograniczeni urzędnicy, polscy szabrownicy i młodociani pijaczkowie czy obecna destruktywna wszechwładza braku pieniądza. I cóż odpowiedzieć na proste pytanie: "co zrobiliście z tą ziemią?". Przecież nie da się powiedzieć: "to nie my"...?

Na tym terenie funkcjonują dwa różne ośrodki turystyczne położone w odległości kilku km od siebie. Ciekawe, czy konkurują ze sobą, bo mają one zupełnie różny charakter? Chatka Górzystów, w budynku szkoły dawnej osady, oferuje najprostsze rzeczy: spanie za 8 zł, niezwykłą domową atmosferę, przyjacielskie koniki, psy i koty w obejściu, wspaniałe położenie i widoki na Halę, ale brak bieżącej wody i kłopoty z elektrycznością. Schronisko Orle: nienajgorszy standard spania za 15 zł., ciepły natrysk, legendę dawnej huty... Góry Izerskie będą szczególnie urokliwe wczesną wiosną, pokryte wielometrową warstwą śniegu, w pełnym słońcu, z biegówkami...

Niebawem (jeszcze w tym roku) ma zostać otwarte kolejne przejście "przy słupku" - do Jizerki, właśnie na wysokości Orla. To rzeczywiście bardzo usprawni kontakt z atrakcyjną czeską częścią gór (na razie chodzi się przez potok "na dziko"; szkoda że nie wiedziałem o tym zwyczaju - oszczędziłoby to wielokilometrowego marszu w słońcu. Jizera jest w odległości 30-tu minut od Orla).

[mostek na Izerze jest już czynny (przez cały rok)]

Rano pogoda nienajgorsza, trochę okrężną drogą lądujemy jednak w grzęzawiskach po drodze (odradzam chodzenie bez szlaku po dłuższych deszczach po Górach Izerskich - bo można naprawdę ugrzęznąć), robimy dłuższy postój z widokiem na Karkonosze, wielokilometrowy zjazd do Szklarskiej.

Zostawiamy rowery na dworcu, idziemy coś kupić i zjeść. Po powrocie rozpoczyna się gwałtowna ulewa. Jazda pociągiem nieprawdopodobnie krętą trasą z dwoma tunelami to panorama Karkonoszy oraz doliny Kamiennej. Z daleka widać Chojnik W Jeleniej Górze idę przejść się trochę po mieście i powspominać czasy praktyk studenckich. Dalsza trasa jest także ogromnie widokowa: po lewej strome zbocza Gór Kaczawskich, Ołowianych, stożki Połom i Miłek, dolina Bobru. Po prawej złowroga Miedzianka (kopalnie uranu z lat 50-tych), urokliwe Rudawy Janowickie, Sokoliki i Kotlina Kamiennogórska. Wałbrzych, Wrocław... I znowu w domu..


Przepraszam za niemieckie wątki nieprzyjemnie pojawiające się w tekście. Ale tego problemu nie ominiemy przemilczaniem. A obawiam się, że w bardzo przykry sposób postawiony może być on już bardzo niedługo. Warto się do tego przygotować...

Tomasz Pluciński
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;