Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Sudety 2001

ostatnia aktualizacja: 17.09.2002

To już piąta wyprawa rowerowa na Dolny Śląsk i Sudety, chyba najbardziej interesujący region w Polsce. Krajobrazy, twory geologiczne, legenda złota i drogich kamieni, architektura, pamiątki historii wojennej, religijnej, przemysłowej, technologicznej, tajemnicza przeszłość ostatnich wojen. Tegoroczne plany uwzględniały Sudety Wschodnie. Ponieważ udało mi się namówić Zośkę (21 l.) na rower, postanawiam rozpocząć wyprawę od interesujących okolic Wałbrzycha, a potem, już samemu (z psem), pojadę na wschód. Rowery bardzo stare; Pasat z dodatkową większą, ze względu na psa, zębatką oraz jeszcze starszy Merkury (to zabytek prawie 40-letni!). Pies (17 kg) jedzie w specjalnym bagażniku z boku. Śpimy w terenie, tam gdzie się nam spodoba (lub deszcz zmusi) w namiociku. W drugiej części wycieczki śpię w worku przeciw komarom, pod folią ortalionową..

(19 lipca 2001) W Gdyni obsługa wagonu bagażowego odmawia przyjęcia roweru (na bilecie jest adnotacja: "pod opieką podróżnego"). Co prawda bilet na przewóz "w wagonie bagażowym LUB pod opieką podróżnego" kosztuje tyle samo, ale Kierownik Pociągu potwierdza odmowę... Rowery będą więc jechać w łączniku pomiędzy wagonami, a wszyscy przechodzący będą się o nie potykać. Wagon bagażowy pojedzie prawie pusty... Do naszego przedziału snuje się krzepki aromat sfermentowanych i skisłych w upale szczyn z wychodka, który nie był sprzątany zapewne od kilku dni. Brutalne? Tak jak brutalne jest wrażenie po wejściu do typowego pociągu PKP... Wody w umywalce oczywiście brak. Później dowiedziałem się na grupie dyskusyjnej, że na stacji postojowej w Gdyni tak właśnie się pracuje. Zapewnie siedzą sobie w cieniu przy papierosiku, narzekają na Buzka i obmyślają jak tu wymusić podwyżkę... W tym roku PKP zalazły mi szczególnie za skórę, pewnie przez kontrast z Czechami; podobnych komentarzy będzie więc w tym opisie znacznie więcej. O dziwo, do Wałbrzycha mamy w ciągu nocy ok. 10 (!) kontroli biletów, a więc co godzinę. W Wałbrzychu wysiadamy raniutko, jest słoneczny poranek. Większość ludzi na słowo "Wałbrzych" otrząsa się ze wstrętem: czarno, smród, brud! Tymczasem Wałbrzych jest ogromnie malowniczo położony na stromych wzgórzach wulkanicznych, trasa kolejowa wije się niesłychanymi skrętami. A miasto jest doskonałą bazą wypadową w niezwykle interesujące sąsiedztwo: Góry Sowie, Wałbrzyskie, zamki, pałace, tajemnicze sztolnie, wulkany, drogie kamienie...

Z Wałbrzycha wyjazd stromo pod górę na wschód; tuż za miastem zaczynają się sielskie widoki na trawiaste stoki Gór Sowich. Jedziemy dość ruchliwą trasą do Głuszycy i skręcamy w stronę sztolni w Osówce. Zośka idzie zwiedzać, a ja zostaję z rowerami; pogoda się gwałtownie psuje, trzeba przez ponad 2 godziny przeczekać ulewny deszcz. W przerwie idziemy obejrzeć obiekty naziemnie: szyb wentylacyjny, "kasyno", "siłownię" (w międzyczasie, od zeszłego roku usłyszałem o kolejnej sensacji: już wiadomo, że w obiektach montowano najnowszy wynalazek wojenny: wyrzutnie antygrawitacyjne! Co prawda nikt do dziś nie wie, co to takiego, ale już wiadomo, że Niemcy to właśnie stosowali... Podobnych sensacji związanych z tymi rzeczywiście tajemniczymi i złowrogimi miejscami, jest znacznie więcej. Nadaje to specyficzną atmosferę...). Z ostatniej chwili: 1.06.2004 udostępniono kolejny obiekt Kompleksu Riese: http://www.wlodarz.pl/   Uzupełniamy zapasy, kierujemy się w stronę Kotliny Kamiennogórskiej; jeszcze w Głuszycy dopada nas kolejny deszcz. Jest tak ulewny i niebo tak zaciągnięte chmurami, że już teraz rozstawiamy namiot na noc (ech, jak dobrze, że Zośka jednak zabrała namiot!) tuż obok wylotu tunelu kolei Wałbrzych-Kłodzko. Uwagę budzi fakt, że pociągi jeżdżą tylko jedną ("wschodnią") rurą tunelu. Leje całą noc tak mocno, że w namiocie zbiera się woda (przynajmniej nie mamy kłopotu z deszczówką na herbatę, woda deszczowa w tych okolicach jest jednak podła: wyraźnie się pieni!)...

Rano pogoda się poprawia; ale nie ryzykujemy podjazdu w bok do Andrzejówki, jedziemy wzdłuż bardzo malowniczej trasy kolejowej Wałbrzych-Mieroszów (stan szlaku kiepski, ale jest dość gęsty ruch osobowy do Czech), skręcamy do Sokołowska. Piękna droga dojazdowa, ogromnie urokliwy stary niemiecki kurort. Niestety, opłakany stan wielu sanatoriów oraz zabytkowego Kurhausu. Za aktualną ruinę uzdrowiska wszyscy rozmówcy zgodnie obwiniają reformę służby zdrowia. Rowery zostawiamy przy domku sympatycznych mieszkańców, idziemy szlakiem najpierw do ruin zamku Radosno. Na szczycie stromego wzgórza resztki wieży, obok pozostałości fundamentów murów. Schodzimy na dno wąwozu do drogi, potem jeszcze trochę pod górę, przez siodło otwiera się widok na urocze otoczenie Andrzejówki; w zeszłym roku podchodziłem tu od drugiej strony. Andrzejówka: poniemieckie drewniane piękne stylowe schronisko z lat 30-tych. Wspaniała okolica z sielskimi górskimi widokami. Wracamy do Sokołowska; gospodarze częstują ciastem. Zjazd do Mieroszowa, dalej do Krzeszowa. Nie byłem w klasztorze od wielu lat. Teraz jest po remoncie: rzeczywiście jest to jeden z najwspanialszych w Polsce zabytków sakralnych; szczególne wrażenie robi na mnie układ rozległego prezbiterium i transeptu; zapach starego drewna... Wieczorkiem docieramy do Kamiennej Góry, Fred ma właśnie gości: dwie córki. Gościna w Kamiennej Górze jest jak zwykle ujmująca.

Ze zdrowiem gospodarza nie jest tak źle, jak mi to opisywano. Rano zbieramy się w sześć osób i wychodzimy w pobliskie Rudawy; jest słoneczne dość upalne przedpołudnie, idziemy przez kwitnące łąki z odległymi widokami na Pasmo Lasockie i Karkonosze. W Rudawach schodzimy nad malownicze maleńkie stawki koło Wieścisławic (prawdopodobnie są to pozostałości dawnych kopalni) oraz oryginalny głęboki jar. Po południu zamykamy pętlę wędrówki przez Raszów (po drodze znowu rozległe widoki). Upał dał się we znaki... Z Fredem i Panem Władysławem snujemy plany rowerowe na następny rok - tym razem wszyscy razem.

Okazuje się, że gospodarz jest w stanie na tyle dobrym, że chce zabrać się z obiema córkami rowerami do Adsrpachu. Tuż w pobliżu granicy znajdują się trzy grupy fantastycznych tworów skalnych - niezwykłość na skalę europejską. (Można tam dotrzeć z Mieroszowa w ciągu godziny). My też mamy podobne plany, ale z racji sporego bagażu oraz psa, wyjeżdżamy już po południu. Chcemy spać przed granicą, spotkamy się następnego dnia. W Chełmsku nie tylko kościół, ale i otaczający dziedziniec oraz cmentarz zamknięte są na kłódkę; czyżby to po jakiejś kradzieży? Zośka wślizguje się przez pręty ogrodzenia. Nocujemy w Okrzeszynie na łące, ok. 1,5 km przed granicą.

Przejście "przy słupku", bez strażnika, najpierw jedziemy wzdłuż linii kolejowej do Náchodu i Mézimesti, potem jazda boczną drogą z uciążliwym podjazdem serpentynami na Górny Adršpach. Jest podobno gdzieś nowe przejście, ale na StroniePrzewodników Sudeckich od kilku już miesięcy jest w tym miejscu luka... Podczas podjazdu przypominam sobie, że nigdy nie należałem do harcerstwa: bez wstydu mogę sobie więc pozwolić na to, aby prowadzić rower pieszo...W Adršpachu czekamy bezskutecznie na naszych gospodarzy, po godzinie wchodzimy do Skalnego Mésta. W dwie minuty później zaczyna najpierw padać, a później lać! Schowani pod skałą stoimy tak dwie godziny... Wszystko w kałużach wody, śliskie, mgliste. Do wielu skalnych tworów po prostu nie chce się nam iść. Po chwili nadchodzą nasze dwie dziewczyny, które spóźniły się i teraz szukają nas po skalnym labiryncie. Zośka decyduje się pomimo wody i siąpiącego deszczu, iść do Teplickych Skal. Okrążamy masyw niesamowitych poszarpanych gigantycznych ścian. Zejście do Teplic i podejście szosą 3 km do rowerów. Kasa o 18-tej jest już zamknięta, ale wejście otwarte. Można tak zwiedzać w tańszy sposób, odradzam jednak spanie w rezerwacie: Czesi biorą za to "pokutę" 200 Kčs. Próby zakupów w Teplicach bezskuteczne. Polscy turyści muszą się przyzwyczaić do tego, że najgęstsza w Europie sieć sklepików jest właśnie w Polsce! W Czechach jest ich trzykrotnie mniej; tylko w niektórych wsiach można coś kupić, z reguły łatwiej tam o restaurację niż o sklep. W Teplicach sklepiki zamykane są z reguły o 16.30, najwyżej o 17. W soboty i niedziele kupno czegokolwiek graniczy z cudem... Za Teplicami skręcamy w stronę Mézimesti i Broumova. Miejsc na biwak nie ma, pogoda się znowu psuje. Wreszcie rozbijamy się na łące kilkadziesiąt metrów od przejazdu kolejowego; gęsty ruch kolejowy. Zaczyna padać.

I będzie tak lać całą noc, ranek, przedpołudnie. Po południu mam dosyć: zapasy się kończą, jadę sam do Broumova, robię zakupy, wracam przed wieczorem. Zastanawiamy się czy nie uciekać następnego dnia do Polski na pobliski Mieroszów; to typowe spustoszenie ideowo-organizacyjne, które jest skutkiem niepogody.

Rano robi się zupełnie ładnie, pakujemy się i dobijamy do Broumova. W znanym z poprzednich lat barze objadamy się sałatkami, słodyczami. Zośka idzie zwiedzać klasztor, ja zostaję z psem oraz z beznadziejnym zadaniem przewleczenia postrzępionej linki hamulca przez pancerz; udaje się to o dziwo i dalej już pojadę bez zagrożenia życia... Jazda w górach z tylko jednym sprawnym hamulcem jest jedną z większych głupot, które może popełnić rowerzysta. W Broumovie warto zobaczyć oprócz imponującego klasztoru, najstarszy w Czechach drewniany kościółek cmentarny (z oryginalnymi sobotami oraz starymi płytami nagrobnymi) oraz kościół husycki. Paskudna pogoda dokonała swego: rezygnujemy z pójścia na Broumovskie Sceny, okrążamy je tylko z daleka i przez Police jedziemy do Kudowy. Siedzimy w parku, jemy lody. W Kudowie informacja: linia Wałbrzych-Kłodzko bezterminowo zamknięta od wczoraj. Czyżby Pan Bóg znowu zrobił prezent władzom PKP w postaci ulewnych deszczy, które po niewielkim podmyciu torów, są pretekstem do zlikwidowania niechcianej ale nieprawdopodobnie malowniczej linii kolejowej? Ponieważ pociąg do Gdyni jest dopiero po 21-szej, zostawiam Zośce namiot, palnik benzynowy i z psem zabieram się wcześniejszym pociągiem do Dusznik. Ta jazda, to istna kpina: rzekomo wyremontowana rok temu linia kolejowa, a co trochę szybkość zmniejszona do 10 km/godz., z nieoczekiwanymi zatrzymaniami co chwilę... W Dusznikach już zapada zmrok. Na wyczucie jedziemy w stronę Torfowiska w Zieleńcu. Szybko robi się zupełnie ciemno, trzeba rower prowadzić po kiepskim asfalcie; nie jestem pewien czy dobrze idziemy, a nie ma kogo spytać. Po ok. 8 km coś majaczy przy drodze - drogowskaz: rezerwat w Zieleńcu. A więc po omacku, ale jednak dojechaliśmy; licznik rowerowy+mapa są niezbędnymi elementami nocnej nawigacji rowerowej. Teraz już szybko dochodzimy do Topieliska. Drewnianym pomostem idziemy do wieży widokowej, nocujemy na pierwszym podeście; jest tu mniej komarów. Pech: obie zapalniczki pojechały do Gdańska, a możnaby zapalić świeczkę jak w powieści Conan Doyla: światełko na mokradłach, które są w mocy złego ducha (dochodzi północ).

Rano przebieram się niezbyt wygodnymi drogami w poprzek Gór Bystrzyckich, do początku "Wieczności" (jest to jedna z licznych starych dróg gruntowych w tych górach; w zasadzie poprowadzona prosto po płaskim niemal terenie wierzchowiny, ma kilka km długości). Pod koniec drogi, w pobliżu Huty, po lewej stoi niesamowity Strażnik Wieczności (Grauer Mann). Stara kapliczka i odejście Ścieżki Wielkiego Strachu. To właśnie są Sudety: aż roi się od starych historii... W lesie resztki Fortu Wilhelma. Z Huty stromy zjazd żółtym szlakiem do Zalesia; po drodze ładne widoki na góry Bystrzyckie w okolice Spalonej. Szlak jest zarośnięty, a po ostatnich deszczach mocno uciążliwy. W Zalesiu stary piękny drewniany kościółek z oryginalnymi malowanymi na stropie Dziesięcioma Przykazaniami. Skręcam w prawo na Nową Bystrzycę, zakupy, podjazd przez Młoty w stronę Spalonej. W Młotach obok drogi sztolnie budowli wodnej: dawne przygotowania do budowy elektrowni szczytowo-pompowej. Tuż po wyjściu drogi asfaltowej (z Młotów) z lasu przed polaną Spalona doskonałe miejsce na biwak tuż obok gajówki: stoliki, maleńki staw retencyjny, skraj lasu. Okolice Przełęczy Spalona są pełne uroku: widoki na Góry Bystrzyckie, łąki na stokach, pojedyncze stare gospodarstwa, wyciągi narciarskie. Dłuższy zjazd do Mostowic, otwiera się wspaniała panorama doliny Orlicy pomiędzy polskimi Górami Bystrzyckimi a czeskimi Górami Orlickimi, skręcamy w lewo wzdłuż granicznej Orlicy. Śpimy na podeście domku letniskowego przed Rudawą; stoliki, ławeczki, kąpiel w ciepłej wodzie.

Za Poniatowem droga robi się podła; miejscami asfalt w ogóle zanika. Ciągle malowniczo, wiele miejsc na biwak. Tak dojeżdżam do Niemojowa, czekam ponad godzinę na światło do zdjęć interesujących płyt grobowych w ścianie kościółka. W Niemojowie chcę przejść granicę, pojechać po czeskiej stronie do Kamieńczyka i wjechać z powrotem do Polski. Po polskiej stronie strażnik informuje, że są nowe przepisy dotyczące psa: obowiązuje nowy formularz, wystawiany przez okręgowego weterynarza, ważny 3 (!) dni... Ale nie robi problemów; jedźcie... Po czeskiej stronie z samochodu wychodzi policjant, który zaczyna to samo: tylko dokument wystawiony nie dawniej, niż 3 dni temu. Argumentuję, że to bez sensu: jeśli chcę spędzić miesięczny urlop wędrując wzdłuż granicy, to nie będę co kilka dni zjeżdżał z gór tylko po to aby wyrabiać kolejny dokument! Ot, polskie i czeskie urzędasy się dogadały (oby dostali pryszczycy! - choroba pyska i racic...). Czech mówi życzliwie, że nie on to wymyślił, i że mnie nie puści, bo na następnym przejściu spytają: kto mnie przepuścił bez dokumentów i że to w gruncie rzeczy dla mojego dobra... Zły wracam i podjeżdżam w upale przez Lesicę na wysokie tutaj jeszcze Góry Bystrzyckie, bardzo stromy zjazd do Międzylesia. W Międzylesiu kupuję dodatkowe Korony, w potężnym upale podjeżdżam do granicy w Boboszowie. Polski strażnik nie interesuje się ani psem ani jego dokumentami, a czeski strażnik tylko macha ręką: jechać! Za granicą zjeżdżam do stacji Dolní Lipka, kupuję bilet do stacyjki Kouty nad Desnou - to u podnóża Pradziada w Jesionikach. Dwie przesiadki, półtorej godziny do odjazdu. Idę do wychodka: jest czyściutko, woda, ręcznik. Z kasjerem sympatycznie sobie rozmawiamy, uśmiechnięta Czeszka (dyżurny ruchu) przynosi psu miseczkę z wodą. Czytam ulotkę i nie wierzę własnym oczom: właśnie dziś i jutro kursuje specjalny parni vlak (parowy pociąg) na trasie: Hanušovice - Stáre Mésto pod Snežnikom. To zmienia oczywiście moje plany: idę do kasy i pytam, czy mój bilet będzie ważny jeszcze jeden dzień? Kasjer nie jest pewien i proponuje mi zwrot należności. W Polsce po pierwsze PKP potrąca sobie za to, a z reguły odsyła podróżnego z tak skomplikowaną fanaberią do siedziby najbliższej DOKP. W moim przypadku byłoby to chyba do Ołomuńca. A tu kasjer sam proponuje pieniądze do ręki; drobiazg, ale charakterystyczny. W Hanušovicach czekam na przesiadkę na Stáre Mésto. Wychodek jeszcze piękniejszy niż w Dolnej Lipce. W Czechach większość lokalnego kolejowego ruchu pasażerskiego odbywa się małymi autobusami szynowymi. Są niezwykle sprawne, mało komfortowe, ale zupełnie wystarczająco wygodne i zapewne bardzo tanie w eksploatacji. Czyste! Nic nie jest połamane! Nikt nie pali papierosów! Nie ma pijaczków piwnych! Nic nie jest pomazane farbą! Uśmiechnięta konduktorka obchodzi cały skład (w zależności od potrzeb, jest to jeden, najczęściej dwa, najwyżej cztery wagoniki) co dwa przystanki. Wypisuje na miejscu bilety bez jakichś koszmarnych dopłat, kar umownych, łapówek itd. Przejazd jest ZNACZNIE tańszy niż na PKP. Czesi i Niemcy dogadali się, i na sporym przygranicznym terenie stosują specjalną mocno obniżoną taryę zniżkową... A PKP na przejazd przez granicę stosuje specjalnie horrendalne stawki; polscy turyści albo dają "w łapę", albo wysiadają przed granicą, którą przekraczają pieszo, po czym wsiadają do następnego pociągu. Koszmar! Utwierdzam się we wniosku z zeszłego roku:

W porównaniu z ČD, nasze PKP pod każdym względem jest nieprzyjazne dla użytkownika... Trzeba wyjechać do Czech, aby zobaczyć do jakiego stanu doprowadziły PKP nasze władze kolejowe. Kiedy wreszcie ci ludzie staną przed sądem?

Do Stárego Mésta zaledwie 20 minut jazdy krętą trasą wzdłuż rzeki. Spostrzegam, że wzdłuż toru położony jest luzem kolejowy kabel komunikacyjny. Dziw: w Polsce zostałby ukradziony i sprzedany na wódkę w ciągu kilku godzin. No cóż; my Polacy jesteśmy dumni z Grunwaldu, powstania Warszawskiego i Chopina, a z Pepików niemiłosiernie sobie drwimy... Do Stárego Mésta dojeżdżamy jeszcze przy słońcu. Rozległy Masyw Śnieżnika Kłodzkiego (Králický Snežnik), tym razem widziany od południa. Jedziemy szosą w stronę przejścia w górach, po 4 km skręcam w prawo żółtym szlakiem, a po kolejnym kilometrze widzimy obok drogi stojące dwa paśniki-szopy dla jeleni wyładowane sianem; zmieściłoby się tu 10 osób. To prawdziwy luksus noclegowy. Jesteśmy zaledwie kilka kilometrów od Gór Bialskich.

Rano przed ósmą jesteśmy na stacji, kupuję bilety i rutynowo (w celach poznawczych) idę do wychodka. To już mnie dobiło do reszty: wspaniałe kafelki, kwiatuszki w doniczkach, ręczniki na wieszaczkach; zawiść kąsa serce... Z daleka od Hanušovic słychać parowóz, stareńki skład wagonów osobowych. Parowóz jest świeżo odmalowany, dumna tablica: "Plzen. Narodni Podnik. Zavody V.I.Lenina". Poprzedniego dnia widziałem parowóz z czerwoną wielką gwiazdą na dymnicy (to "czoło" parowozu). Nie mam żadnego powodu do tęsknoty za komunizmem, ale coś w tym jest... Parowóz jest zasilany wodą z wozu straży pożarnej, który przyjeżdża na każdy kurs. Do Hanušovic tylko 20 minut jazdy, w pierwszym wagonie działa sklepik z kolejowymi pamiątkami: naklejki, znaczki, pocztówki. W Hanušovicach przesiadka "w locie" do pociągu do Šumperku. W Sumperku mam ponad godzinę; jedziemy pozwiedzać miasto: interesujące, odnowione, upał; jest niedzielne przedpołudnie, w całym sporym miasteczku nie ma ani jednego czynnego sklepiku. Po drodze do Kout maleńka stacyjka Petrov, w prawo bocznica kolejowa długości ok. 6 km do Sobotína. Czeka pojedynczy wagonik; wsiadają do niego dwie osoby. Takich kursów robi on w ciągu doby kilka. A u nas PKP już kilka lat temu zlikwidowała wszystkie takie bocznice; nie dosyć tego: ciągle aktualne są plany likwidacji 1/3 kilometrażu (sic!) całej sieci PKP. Linia od Šumperku jest prywatna (?); to pewnie dlatego nie chciano mi w Stárym Méście sprzedać biletu rowerowego na ten ostatni odcinek. W Czechach jest podobno od dawna kryzys, a jednak utrzymuje się sprawnie działające koleje... W Koutach jadę jeszcze 3 km na wschód i skręcam z szosy w prawo asfaltem w stronę Pradziada. Po kolejnych 3 km podjazd robi się bardzo stromy, dalej idziemy pieszo. Mijamy dolny zbiornik elektrowni szczytowo-pompowej; przy Kamennej Chacie robimy postój, obiad, mycie. Rower przypinam do ściany szopy-paśnika tuż przy drodze i o 15.30 wychodzimy w stronę Pradziada. Stąd jest ok. 5 km, prawie 700 m podejścia dość stromo przez las, jest upalnie, ale drogę mamy w lesie w cieniu; dużo strumieni po drodze. Pradziad jest podobny do naszego Śnieżnika, tylko znacznie większy; górna część prawie płaska, już powyżej lasu, na szczycie paskudna wieża telewizyjna, spirala asfaltu dochodzi od wschodu na sam szczyt. Widoki rozległe, ale wierzchołek jest tak płaski, że z dowolnego miejsca widać tylko mały kawałek panoramy. Pomimo upału, tu jest chłodno - wysokość prawie 1500 m. W odległości 3-4 km widoczna tafla wody górnego zbiornika elektrowni. Pies bardzo dzielnie dotąd podchodził, ale teraz nie ma ochoty iść ani kroku dalej, za to z widoczną radością zaczyna powrót. Jesteśmy po 18-tej przy rowerze, mycie w potoku, kolacja. Śpimy wygodnie na pięterku owego paśnika, jako dwa "jelenie". Noc chłodna.

W ciągu 15 minut zjeżdżamy te 6 km do szosy, potem jeszcze 2 km na północ, dalej droga zaczyna być bardzo stroma (jak to dobrze, że nigdy nie byłem sportowcem: mogę śmiało zejść z roweru i prowadzić go piechotą!), idziemy z 6 km długimi zakosami aż na Cervenohorske sedlo 1100 m. Gdyby nie rower, możnaby tu wygodnie zejść wprost z Pradziada. Stąd długi zjazd aż do Jesenika. W Jeseniku skręcamy na wschód w stronę Zlatych Hor. Kolejne podejście, w Rejvizie skręcamy w las do rezerwatu: duże leśne torfowisko z jeziorkiem. Na Morawach to ewenement, a u nas na Pomorzu jest (co prawda nie tak pięknych) podobnych torfowisk bardzo wiele. Zjazd z pięknymi widokami na górskie łąki do Zlatych Hor; małe, śpiące przygraniczne miasteczko. Piwo za złotówki, podobnie jak w całym pasie przygranicznym, za pół naszej ceny. Po polskiej stronie skręcam wzdłuż granicy do Podlesia, gdzie śpimy na podwórzu zaproszeni "wylewnie" przez napotkanego (wyraźnie "w stanie wskazującym") miejscowego rowerzystę. Noc wilgotna i zimna, komary.

Zjazd w upalne przedpołudnie do Głuchołazów; sympatyczne miasteczko, urokliwa zabudowa Zdroju, wiele ścieżek w malowniczej Górze Parkowej. Wracamy do Jarnołtówka pod Kopą Biskupią. Upał straszny i brak odejść znakowanych szlaków sprawiają, że rezygnuję ze zwiedzania tego bardzo atrakcyjnego terenu (przy okazji: Rowerzyści Opolscy; wstydźcie się takiego stanu szlaków!). Za Jarnołtówkiem do przejazdu kolejowego dojeżdża pociąg osobowy: czeski! A więc Czesi jednak prowadzą tranzyt przez Polskę, a PKP oczywiście robi co może, aby nie dopuścić do przyłączenia się do tego połączenia... W Dębowcu skręcamy w stronę klasztoru koło Prudnika. Czerwony szlak poprowadzony jest rzeczywiście z fantazją: zygzakiem po okolicznych wzgórzach, w poprzek jednej z wielu dróg gruntowych. Ale brak jest wskazówek i drogowskazów dla tych, którzy nie mają chęci na taki łamaniec. Znowu: wstydźcie się opiekunowie turystyczni! W klasztorze idę do celi w której więziono Prymasa Wyszyńskiego; jest tak samo surowa i prosta, jak tamte czasy i wydarzenia. Przed Prudnikiem siadam w barze przy piwie. Jeden z gości zainteresował się mapą; okazuje się, że pochodzi on z Wałbrzycha, a mieszka na stałe w pobliżu Kassel; teraz odwiedza rodzinę i znajomych. Rozmowa schodzi na tematy turystyczne i ogólniejsze; zaprasza mnie na przyszły rok na wyprawę rowerową bardzo malowniczym szlakiem do Holandii. Ot, jak niespodziewane bywają te przypadkowe spotkania... Prudnik:: duże miasto, w rejonie Rynku intensywne prace renowacyjne. Kilka km na północ w stronę Białej śpimy na skraju łąki, pod lasem. Upał straszny, komary jak rekiny, tylko czekają. A zęby mają: o, takie! Nie ma rady: włazimy do worka z naszytym tiulem, rozpinam ortalion, bo pogoda robi się burzowa i męczę się do północy w strugach potu na golasa...

Rano jazda do Białej, niemiecki Denkmal z I wojny światowej, niezbyt dokładnie szukamy cmentarza żydowskiego, krótka jazda po Rynku i wyjazd na wschód do Głogówka. Głogówek jest pięknie położony na wzgórzu, odnowiony rynek, zaniedbany pałac w którym mieszkał Jan Kazimierz, a do którego jechał Kmicic z Częstochowy ze spalonym bokiem. Pałac zamknięty, w stanie opłakanym, ale dachy i posadzki jeszcze dość dobre; może kiedyś ktoś odbuduje... Obok wspaniały, chociaż równie zaniedbany park. W parku bawią się dzieci: "Mamuś! Komm hier!". Zdaję sobie sprawę, że jestem w centrum mniejszości niemieckiej w Polsce. W sklepie dwie panie komentują po niemiecku między sobą stojące artykuły, a bezbłędnie przechodzą na polski kiedy dochodzą do ekspedientki. Cały ten rejon ma pewne cechy szczególne; inny typ zabudowy wsi i poszczególnych gospodarstw, wszędzie oznaki intensywnych prac polowych i gospodarskich, pewien porządek w obejściach. Jednym słowem: to, co łączymy z niemiecką gospodarnością... Ale jest też inna cecha tej gospodarności: pola nawozi się raczej świeżym obornikiem, niż nawozami sztucznymi. Na pewno to dobre, ale przez dwa dni jadę ciągle w "niezapomnianej" atmosferze. Od południa dojeżdżam do Mosznej; w leśnictwie duża hodowla bażantów. Moszna: pałac jak ze średniowiecznej Anglii. Pomimo, że w rzeczywistości jest to owoc XX-wiecznej fantazji, nic nie zmniejsza wrażenia jednego z najbardziej interesujących napotkanych zabytków (z pewnych powodów przypomina mi Książ). Otoczony wielkim parkiem; aleje, kanały, stawy, liczne krzewy azalii (podobno wiosną zjeżdżają całe wycieczki aby to oglądać), obok stadnina. Obecnie w pałacu ośrodek leczenia nerwic. Pomimo to nie mogę wytrzymać dłużej niż godzinę: komary są tu jak tygrysy! Jadę do Korfantowa, nocuję w lasku 1 km za miasteczkiem (w Korfantowie przy wejściu na plebanię kapitalna informacja: "Uwaga! Dobry pies!").

Łambinowice:: miejsce przeznaczone przez Niemców tradycyjnie na makabryczne obozy jeńców wojennych, począwszy od wojny francusko-pruskiej. Przygotowania wojenne zaczynali z niemiecką zapobiegliwością: na rok, dwa przed planowanym terminem rozpoczynała się kolejna rozbudowa Łambinowic... Kiedy wychodzę z muzeum, ciągle powraca myśl: Jugosławia... Jak to się mogło stać? Po tylu doświadczeniach, w środku Europy? Jak mało skuteczne są usiłowania zapobieżenia powtórce. A czym karmimy naszą młodzież? (przejrzyj sobie program TV na dziś...). 

*To nie koniec ponurej historii. Po wojnie urządzono tu obóz przejściowy dla Niemcówprzeznaczonych do wysiedlenia. Kolejna porcja grobów...

Do Nysy dojeżdżamy w południe; zaczyna być porządnie gorąco. Bardzo interesujące miasto renesansowe, chociaż widoczne są ogromne wyrwy w zabudowie - pozostałości wojenne. Jedziemy wdłuż wezbranej silnie Nysy-rzeki i okrążamy całe wielkie Jezioro Nyskie od południa, ok. 20 km. Początek jeziora okalają bagniste rozlewiska, woda w jeziorze bardzo brudna (częściowo po deszczach). W okropnym upale dojeżdżamy do Otmuchowa. Bardzo malownicze miasteczko: zamek przerobiony na hotel, nieco odrapane mury, ale pięknie zagospodarowany ogród na tarasie, bardzo sympatyczny rynek, kościół. Prawie 3 km do stacji: wszystko zamknięte na głucho, wszystko się sypie. Trasa kolejowa z Nysy do Kamieńca jest niezwykle widokowa: poprowadzona płaskim dnem doliny Nysy, w odległości 4-5 kilometrów stromo wyrastają z płaskiego otoczenia Góry Złote i Bardzkie w niebieskawej mgiełce; mijamy w oddali przykuwające wzrok mury Paczkowa , "polskiego Carcassone". W Kamieńcu Ząbkowickim mamy ponad 3 godziny czasu, więc jedziemy 3 km w dół do miasteczka. Pałac jest ciągle odbudowywany; wydaje się, że z coraz mniejszym zapałem; o tej porze już jest zamknięty. Wcześniej można go zwiedzać: jest to również XX-wieczna magnacka fantazja, chociaż w zupełnie innym stylu i otoczeniu jak w Mosznej. Większość mieszkańców Kamieńca związana była kiedyś z koleją (duży węzeł kolejowy). Siadam przed barem z piwem wśród, jak się okazało, samych emerytowanych kolejarzy. Kończy się to wspólnym zgodnym wykrzykiwaniem wyzwisk na PKP, a szczególnie Władze kolejowe. Oj, lepiej wracać na dworzec, bo już dwa razy przejechał patrol... Swoją drogą; byłoby dobrze, gdyby któryś z tych Dziennikarzy, którzy gorliwie i ze zrozumieniem przytakują oficjelom PKP, posiedział sobie i porozmawiał z tymi emerytami. Na dworcu czekamy ponad godzinę; Mucha jest zmęczona: dwa dni po ok. 70 km, w upale. Wie, że dziś szykuje się jakaś zmiana, patrzy w oczy jakby ze zrozumieniem, kiedy powtarzam: "jedziemy do domu". Boi się jednak, że kiedy zaśnie, ja tymczasem odjadę. Przysypia więc co trochę na stojąco i nie daje się namówić na położenie. Bardzo długi pociąg z Kudowy wjeżdża na pół pusty (a już jest w drodze prawie 2 godziny). W pustym przedziale dojeżdżamy rozkosznie leżąc do samego Gdańska.

Tomasz Pluciński
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;