Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Dolny Śląsk, Sudety, Czechy 2000
DOLNY ŚLĄSK, SUDETY, CZECHY 2000


W lipcu czekam na pogodę prawie dwa tygodnie. Decyduję się więc na dłuższy wyjazd na Dolny Śląsk i w Czechy. Rower (stary Pasat) ma z tyłu dużą zębatkę: 32 zęby. Pies (15 kg) ma doczepiany do bagażnika z boku pojemnik z metalowej kratownicy, podparty przy osi, z miękką wykładziną, jazda na leżąco. Cały bagaż mieści się w jednej sakwie i na bagażniku, zamiast namiotu: worek z moskitierą, a przed ew. deszczem płachta ortalionowa rozpinana na grubej żyłce nylonowej, mini-śpiwór, karimata, zamiast palnika mam osłonę do palenia chrustem. Spanie pod gołym niebem zapewnia maksymalną swobodę w wyborze miejsca i najściślejszy kontakt z otoczeniem, jedynym ograniczeniem jest wścibskość przypadkowych ludzi... Codzienna kąpiel w ciepłej wodzie z butelki – musi wystarczyć 1,5 l.

W opisie brak wzmianek o niektórych mijanych obiektach (często nadzwyczaj interesujących, np. zamek Książ, klasztor w Krzeszowie, Twierdza w Srebrnej Górze, Wambierzyce, Szczeliniec Wlk., Błędne Skały), które znałem wcześniej. (Opis nie jest przewodnikiem; do wycieczki trzeba się samodzielnie przygotować; Dolny Śląsk nie toleruje improwizacji!).

środa 26.07 Ładuję rower i psa do pociągu jeleniogórskiego. Sympatyczni współpasażerowie.

czwartek 27.07 We Wrocławiu nad ranem leje deszcz, jednak w Marciszowie już nie pada. Jadę w stronę Bolkowa, stopniowo się wypogadza. Na zamku w *Bolkowie kwateruje jakieś towarzystwo rycerskie, zamek zwiedzam pobieżnie jeszcze przed otwarciem; jest umiarkowanie interesujący. Zjeżdżam w stronę pobliskich Świn; z daleka wygląda zupełnie nieciekawie, za to w środku jest nadzwyczaj urokliwy. Ogromne drzewo-bluszcz na jednej ze ścian. Ruiny kupił Szwed i powoli je remontuje. Wstęp 2 zł. Przez pola przebieram się w stronę Wałbrzycha. Robi się upalnie, jest mokro po deszczu. Ruiny zamku Cisy w lesie, bardzo stromo; muszę robić okrążenie. Ruiny malownicze, nadają się na biwak. Jadę w kierunku Książa, przy pomocy miejscowego przekraczam Pełcznicę i prowadzę rower stromo po drugiej stronie rzeki; co trochę otwierają się widoki na zamek Książ – zapewne najpiękniejszy zamek w Polsce. Dojeżdżam do ruin Starego Książa, jest 17-ta – decyduję się na nocleg. Nie mam wody, herbatę gotuję na deszczówce z kałuży. W kąpieli przeszkadza ciągły ruch. O zmierzchu przychodzi kilku młodych z wypchanymi torbami: będzie pijacka impreza... Są jednak względnie przyzwoici; przed północą przychodzą pogadać z ciekawości – z piwem w garści. Nie odmawiam, bo piekielnie chce mi się pić, a swoje piwo właśnie skończyłem.

piątek 28.07 Zjeżdżam do Szczawienka; wokół kościółka nadzwyczaj interesujące płyty nagrobne oraz pomnik generała Łączyńskiego – napis po polsku: “Umarł używając wód w Salzbrunn dnia 7 sierpnia 1890 roku. Jeżeli los na to miejsce sprowadzi Polaka, niech czułą łzę uroni na grobie rodaka co cnoty i Ojczyzny miłość w serce wszczepił i dla Niej sił starganych niepokrzepił.” Pogoda niepewna, chociaż ciepło. Jadę nad jez. Daisy (wyrobisko po dawnym kamieniołomie), potem łukiem prawie pod Świdnicę i bocznymi drogami do Jugowic. Wspaniała, nieczynna od dawna linia kolejowa Świdnica – Jedlina. Skręcam na Zagórze, zwiedzam pobieżnie zamek i schodzę nad jezioro. Opuszczona stacja Zagórze: malownicza wieża ciśnień, niemieckie napisy na hangarze towarowym. Głuszyca, skręcam w stronę udostępnionego kompleksu “Osówka”. Nocuję na parkingu pod cieknącą niestety w nocy wiatą. Jest zimno.

sobota 29.07 Śpiwór mi podlało, pies jest zmarznięty. Idziemy do podziemi (6,50 zł). Rozmiary sztolni (ok. 1700 m, miejscami wysokość do 15 m! miejsce dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi...) robią złowrogie wrażenie. Do dziś nie wiadomo dokładnie ani jaki był cel robót, ani liczba ofiar, ani też co jeszcze się kryje w zakamuflowanych zasypanych sztolniach. W okolicznym lesie obiekty zewnętrzne: "kasyno", "siłownia", głęboki szyb wentylacyjny. Jadę przez grzbiet do Walimia. Tutejsza sztolnia “Rzeczka” jest lepiej zagospodarowana (7 zł), ale chyba mniej ciekawa. Przewodnik kiepski: głupawe żarciki. Jeśli ktoś wcześniej nic nie wie, to się nie dowie o ponurym tle tego obiektu. W okolicy Walimia jest jeszcze 5 innych niezagospodarowanych obiektów podziemnych o podobnie niewiadomym przeznaczeniu. Mozolnie prowadzę rower szosą na przeł. Sokolą. Ciepło, ale pogoda coraz bardziej niepewna; wchodzę na grzbiecik nad Sobkowem, skąd mam piękny widok na góry. Silny wiatr, zaczyna mocno padać, ale noc spokojna: płachta zdaje egzamin...

niedziela 30.07 Przez Jugów, Wolibórz, Nową Wieś Kłodzką na Srebrną Górę. W twierdzy się nie zatrzymuję, stromy zjazd do miasteczka: sklepik z chlebem i piwem. Zaczyna lać; czekam na przystanku autobusowym, dwie bardzo sympatyczne turystki z Warszawy i Lublina. Dzielę się wydrukami z Internetu. Po deszczu niemal bezskutecznie szukam resztek dawnego dworca Srebrna Góra Miasto. Śladami dawnego toru sprzed wojny kieruję się przez (mokre!) łąki łukiem w stronę Twierdzy. Nasyp pnie się stromo w las, muszę sprowadzić rower w lewo do drogi, a stamtąd pod górę w rejon pierwszego mostku nad strumieniem. Strumyczek maleńki, ale wiadukt imponujący: trochę przypomina Stańczyki. Również i tu szykuje się ekipa do skakania na linie. Spotykam trzy salamandry. Dalej linia idzie bardzo stromo (to chyba tu był odcinek zębaty toru!) w górę, w wykopie kutym w skałach. Po kilkuset metrach drugi równie piękny wiadukt, widać stąd doskonale szosę i dojazd do Twierdzy Ostróg. Dalsza droga jest okropna: wykop zarośnięty pokrzywami, zwalone drzewa, błoto po kostki wymieszane przez przepędzane regularnie krowy. Szarpię się z haszczami, gubię wspornik pod siedzisko psa, połamana kratownica. W przypadkowym warsztacie samochodowym naprawiam prowizorycznie: da się jechać! Szukam śladów dworca czołowego w Woliborzu: już tam przejeżdżałem rano, ale przegapiłem. Ślady torowisk są słabo czytelne, właścicielka bardzo się wstydzi bałaganu. Zjazd przez Słupiec do Ścinawki Średniej, dalej na Ratno Dolne. Zamek w stadium przed-ruiny w bardzo zapuszczonym dużym parku ze stawem, zniszczone doszczętnie przez szkodnika drzewa kasztanowe. Wambierzyce, Chocieszów, Czarną Drogą w siąpiącym deszczu i zapadającym zmroku do Batorowa; jestem więc znowu w Hejszowinie (Górach Stołowych). Domek Leona Roka ciemny, ale po chwili gospodarz się ujawnia. Jak zwykle gościnny; herbata, kolacja i oczywiście długie rozmowy na niezliczone tematy. Myję się, część rzeczy piorę, idę spać na siano.

poniedziałek 31.07 Zdzwaniam się z Kamienną Górą: wygląda na to, że mnie nie wyrzucą. Kręgielnym Traktem jadę do Karłowa, zatrzymuję się na parkingu przed Urwiskiem. Wspaniałe maliny, słońce, ciepło. Podczas stromego (!) zjazdu Drogą Stu Zakrętów do Radkowa spotykam mocno starszego rowerzystę ze Szczecina. Zaczyna padać deszcz, dojeżdżam do stacji Ścinawka Śr., kupuję bilet (kartonik!) do Wałbrzycha. Na stacji ruch jak za najlepszych czasów: ekspedycja, kasa, bagaż. Zabytkowy dźwig bramowy z kołami zębatymi i łańcuchem, na korbę! Trasa kolejowa niezmiernie malownicza; wspaniałe widoki na góry, smukłe wiadukty, tunele. W Wałbrzychu kilka minut wcześniej ucieka mi pociąg do Jeleniej Góry, oczywiście nieskomunikowany – tak więc tu również prowadzą przygotowania do “wygaszenia frekwencji”. W Wałbrzychu stromo pod górę; miasto jest wciąż dość zakopcone i zasmrodzone. Stromo pod górę, potem jeszcze bardziej pod górę do Boguszowa-Gorców (najwyższy w Polsce rynek), a później już tylko pod górę... Wyjazd na Jelenią Górę, zjazd; otwierają się wspaniałe widoki na Kotlinę Kamiennogórską. Na ul. Jeleniogórską w Kamiennej Górze dojeżdżam kilka minut po 20-tej. W kuchni istny zjazd rodzinny: przy stole siedzi aż sześcioro Rogalów. Mycie, pranie i zasiadamy do specjału: bigosu!

wtorek 1.08 Samochodem przez Marciszów do Janowic, dalej pieszo w Rudawy: zamek Bolczów, Szwajcarka, Sokoliki. Zejście do Trzcińska PKP. W domu bardzo udane repetytorium z bigosu, odwiedziny przyjaciela Freda: rozmowa schodzi na Czechów i muzykę; mam obiecane nagrania czeskiej muzyki (z tubą), do tego muzyka bałkańska, marsze wojskowe, stare rosyjskie walce. Niespodziewanie w Kamiennej Górze znajduję to, czego szukałem bezskutecznie u siebie. Jakże dziwne bywają nowe znajomości...

środa 2.08 Zostawiam sakwę, ale zabieram psa: Lubawka – Trutnov. Dworzec w Lubawce rozpaczliwy: wnętrze wypalone, obok szyby powybijane, ostatnie pociągi do Kamiennej Góry. Na rynku w Trutnovie kupuję mapę (69 Kcs), wracam przez przejście “przy słupku” Petřikovice-Okrzeszyn. Upał mocny: posypiam w cieniu. Ładna trasa na Uniemyśl, ruina starego kościoła z tablicami z VII w., ślady malowniczej linii kolejowej. Nadciągają burzowe chmury, ulewę przeczekuję w budce autobusowej. Chełmsko; stary cmentarz, wchodzę do kościoła; wnętrze jedno z najpiękniejszych na Śląsku, po bokach chóry. Na ogrodzeniu kościelnym sporo pięknych płyt nagrobnych. Przed Krzeszowem przyplątał się psiak, którego z dużym trudem zniechęcam do wspólnej podróży. Ponowna ulewa, w Kamiennej Górze jestem o zmroku; bez wysiłku (ale i bez bagażu!) przebieg 72 km.

czwartek 3.08 Kiepska pogoda, senny nastrój, idziemy na piwo...

piątek 4.08 Odwiedzamy na bazarze Pana Władka: dostaję przyrzeczone kasety. Szybkie spawanie bagażnika dla psa, okazuje się, że złamane mam również 3 szprychy; wymiana i kupno 10 sztuk na zapas, ok. 14-tej wyjazd z Fredem przez Ogorzelec na przełęcz Okraj. Po drodze znowu pada. Na Okraju jesteśmy kilka minut przed 18-tą; szybko przekraczamy granicę, piwo w sklepiku. Zostawiam rower w Czechach i wracam z psem (Fred wraca do Kamiennej Góry) do Polski: na Skalny Stół, w martwy las. Do roweru wracam po 20-tej. Bardzo stromy i długi zjazd. Skręcam w Seidlův Důl w prawo, dalej pod górę ok. 3 km. Mnóstwo dacz, niestety wszystkie są zajęte: jest weekend. Wreszcie znajduję jeden domek opuszczony i zamknięty na głucho: śpimy na tarasie.

sobota 5.08 Ciąg dalszy zjazdu: niestety aż pod Trutnov, potem w stroną Vrchlabi, ciepło, ale burzowo. Przepuszczam lokalny pociąg w Hrabačov, jadę w stronę Jilemnic, Libštátu. Ponownie dłuższy deszcz. W Košťálov jadę do stacji: za 5 minut mam pociąg do Czeskiej Lipy. Sympatyczna kasjerka, konduktor wypisuje mi bilet na rower, bez “pokuty” i dodatkowej opłaty. Przesiadka w Turnov. Duży ruch, dworzec z restauracją, przed pociągami stojącymi na żwirowych peronach stawia się tablice z napisanym kierunkiem odjazdu: bardzo wygodne i sprawne. Druga przesiadka w Bakov. Czekam ok. godzinę, w restauracji (!) zamawiam gulasz grzybowy (45 Kcs), podziwiam autobusy szynowe kilku typów. Odjazd do Czeskiej Lipy; okolice znajome z zeszłego roku: Bezdež. Stroma trasa, którą autobus szynowy pokonuje 70-siątką (!), tunele. W Czeskiej Lipie sympatyczny rynek, wyjazd na Dečin. Nocuję ponad wioską Horni Žandov na górce w starym sadzie, niestety na mrowisku: poniewczasie muszę po ciemku się przenosić, kąpiel w resztkach wody.

niedziela 6.08 Zjazd do Dečina (duże miasto, zaopatrzenie czynne pomimo niedzieli). Zjazd wzdłuż Łaby do Hřenska. Jesteśmy zaledwie o ok. 30 km od Drezna. W Hřensku nieprawdopodobna ciżba; jarmark graniczny - głównie Wietnamczycy. Pogoda znowu niepewna, Ponieważ nie mam co zrobić z rowerem, jadę do Mezní Louka. Zaczyna padać drobny deszcz: w restauracji jem nieśmiertelny gulasz (ostatni raz daję się nabrać: jest to właściwie sam sos z hnedlikami!) zostawiam rower przypięty przy kiosku z piwem, w siąpiącym deszczu idziemy z psem do Pravčickiej brány nieco ponad godzinę. Skalny łuk jest niezwykle piękny, ale biorą swoje 45 Kcs. Na tarasie krzesełka z piwem, a na organach elektronowych “umila czas” jakiś smętny artysta – okropność! Wejście na łuk jest od kilku lat zamknięte, również szlaki na występy skalne trzeba sobie omijać pod barierkami. Wspaniałe widoki zarówno na okoliczne skały, jak i dalekie otoczenie. Schodzimy inną drogą i dodatkowo 3,5 km asfaltem. Na rowerze podjeżdżamy do początku spływu łodziami Kamenicą w Meznej (45 Kcs). Bez roweru stromo schodzimy ok. 200 m nad samą rzekę: jest późno, spływ już się zakończył. Głęboki kanion przypomina bardzo Verdon, zielono od mchów, wszystko spowite w gęstniejącą mgiełkę. Wracamy, jedziemy rowerem tylko kilka km. Noc w ogrodzonym rezerwacie pod dorodnymi modrzewiami (w nocy znowu pada). Szukam bezskutecznie koszuli; albo zgubiłem po drodze, albo została w Kamiennej Górze.

poniedziałek 7.08 Podchodzimy na Loupežnický hrad (Šaunštejn, pies pokornie czeka pod drabiną) (w pobliżu miejsca na biwak), rowerem na Jetrichovice (ulewa przeczekana pod sklepem), ponowny deszcz na przystanku autobusowym w Rynarticach, stromy podjazd w kolejnym ulewnym deszczu, podejście na Zlatý vrch. Jest to nek (zakrzepnięty trzon wulkanu); wspaniałe sześciokątne słupy bazaltu miejscami tworzą strukturę podobną do piszczałek organów. Idziemy na pobliski Studenec. Jest dość nieciekawy: porośnięty lasem, widoki kiepskie. Wieża widokowa okropnie pordzewiała: można łatwo zlecieć. Wieczór na łące w zachodzącym słońcu; na silnym wietrze suszę rzeczy po kilku ulewach. Rozległe widoki na wulkaniczny krajobraz Pogórza. Na świeżym powietrzu jest dosyć zimno, ale my śpimy w stajence-karmniku na resztkach siana.

wtorek 8.08 Rano ponownie Zlatý Vrch, potem zjazd do Českiej Kamenicy, próba odszukania Pustego Zamku (miejsce na biwak), podjazd w stronę Kamenicky Šenov. Pánska Skalá jest jak twór z bajki: bazaltowe słupy o nieprawdopodobnej regularności, wysokie na kilkanaście metrów, maleńkie jeziorko, wspaniałe widoki na okolicę. W Nowym Borze w księgarni zakupy map na przyszły rok, oraz taśmy dla Pana Władka; finanse wyraźnie szwankują; koniec z rozwiązłym życiem i opilstwem... Dłuższy przelot ruchliwą drogą aż w rejon Jablonne. Stary cmentarzyk przed Rynolticami, obok kute w piaskowcu stare napisy na skałach, dalej jazda do Bilych Kameni za Rynolticami. W lesie na skraju pól piętrzy się kilkanaście niesamowitych, okrągłych, białych skał piaskowcowych wysokich na kilkanaście metrów. Piaskowiec sypie się po potarciu dłonią. Kolacja, kąpiel. Rozkładamy się ze spaniem na łące, ale po chwili chmurzy się i zaczyna padać; przenosimy się pod dąb; deszcz i tam nas dopada. Nie ma rady: śpimy pod podstawą jednej ze skał. W skale gniazdo szerszeni.

środa 9.08 Rano znowu chmury. Jedziemy w bok, w stronę Czeskiego Duba, sielskie widoki Podještedia. Po drodze kicha: korzystam z okazji aby wymienić kolejną szprychę; opona jest starta i cienka jak papier. Reperacja u sympatycznego Czecha na daczy w Křižanach. Po skończonej naprawie zaprasza na kawę do ogródka; dyskusja o naszych czasach. Najwyraźniej dętka jest źle sklejona: na rynku w Osečnej lepię ją w upalnym słońcu trzykrotnie z kiepskim skutkiem. Dojeżdżamy do początku Čertovego Zedu. Na początku szlaku czekam na powrót rowerzystów; ratują mnie doskonale tym razem sklejoną łatką. Diabelski Mur: pęknięcie skorupy długie na kilkanaście km, proste, przez które wydostała się i zakrzepła magma w postaci muru wysokiego na kilka metrów, grubego na ok. 1,5-2 m, zbudowanego z poziomo (!) ułożonych słupów bazaltowych. Pozostały tylko nieznaczne resztki długości ok. 200 m. Zjazd na Česky Dub, Hodkovice. Przykra niespodzianka: dalsza droga przebudowana na autostradę (czyżby i tu dochodziła “Europa”?). Jadę okrężnym lokalnym asfaltem tarasami stromo pod górę. Wszystkie atrybuty Raju: trawiaste zielone stoki, rozległe widoki na wzgórza w zachodzącym słońcu, drogi wysadzane dojrzewającymi gruszkami, śliwkami, jabłkami... Droga wchodzi przed Pelikovícami stromo w las: urokliwe dacze, wychodzimy na przełęczy na grzbiet: rozległe doskonałe miejsca na biwak, stolik z ławeczkami, wspaniałe widoki na dwa odległe stożki wulkaniczne, kąpiel. Księżyc, koncert radiowy: Vivaldi, Teleman, Wagner, Mozart.

czwartek 10.08 Droga na Rychnov, stromy długi zjazd na Tanvald, Desnę. Podjazd na Souš; zbiornik pitnej wody, praktycznie nie ma możliwości zjechania nad samą wodę. Kilometr za zbiornikiem w lewo; zostawiam rower w lesie, idziemy pieszo przez grzbiet do miejsca po dawnej tamie Bilá Desná. Największa katastrofa wodna w tamtych czasach: po deszczach w 1916 r. rozmyło źle zbudowaną tamę i w ciągu pół godziny wodno-gruzowa lawina zeszła kilkaset metrów niżej na Desnę; ponad 60 zabitych, ok. 100 domów zniszczonych. Jesteśmy na dnie dawnego zbiornika: urokliwy potoczek w malowniczej dolinie; tylko stercząca pionowo kilkunastometrowa betonowa studnia przelewowa świadczy o rozmiarach dawnej katastrofy. Dalej rowerem jadę na Smedavę i Jzerskou silnice. Młodzi Czesi częstują herbatą; śpimy pod szałasem-barem; w nocy deszcz, musimy przenieść się pod okap. W ogołoconych przez bezmyślny komunizm (rabunkowy rozwój ciężkiego przemysłu, monstrualne elektrownie na węgiel brunatny) z drzew Górach Izerskich, po czeskiej stronie sporo nasadzonych srebrzystych świerków. Za 50 lat przyjedziemy ponownie...

piątek 11.08 Cudowne torfowiska; skandynawskie krajobrazy (podobnie jest po polskiej stronie). Zjazd na Harrachov, przejście graniczne po polskiej stronie bez sklepików, brak chleba! Jadę zły na Halę Izerską, po drodze przypominam sobie, że przegapiłem linię kolejową do Czech. Wracam 5 km, schodzimy na tor i idziemy do granicy. Szyny w niezłym stanie, słabo zarośnięte samosiejkami, podkłady metalowe 2 typów. Resztki dosyć mocno zardzewiałych słupów trakcyjnych, boczne tory w rejonie dawnej stacji (pierwotnie sądziłem, że to dawne Tkacze, Nový Svet. Po dyskusji na pl.misc.kolej okazalo sie, ze dawne Tkacze, to obecny Harrahov, a przeznaczenie opisywanej stacyjki jest zagadkowe...). Ślady jakiejś jazdy pociągu? Od 3 lat słyszę o reaktywowaniu połączenia do Czech; nic się oczywiście nie robi! Wracamy do Chatki Górzystów: dostaję fasolkę po Izersku, omlet z dżemem, piwo i zapas chleba, również pies dostaje smakołyki... Po dziedzińcu spaceruje para koni-emerytów, skrupulatnie kontrolujących talerze i szklanki, dwa psy, stadko kociaków, jaskółki... Bardzo sympatyczny nastrój tego schroniska w starej szkole. Fotografuję tablicę z regulaminem: “bojownicy o wolność pawi mogą robić to tylko pod ścianą dewutni. Pawie uwolnione nielegalnie mają być uprzątnięte przed świtem”. Kąpiel nad strumieniem przy żółtym szlaku, śpimy przed wiatą 1 km niżej.

sobota 12.08 Stromy zjazd do Szklarskiej; jedziemy przez tłumy w szpalerach: oczekiwanie na zlot motocykli; nic tu po nas... W Piechowicach po prawie godzinnych usiłowaniach kupuję kartę telefoniczną (stara jest “nieczytelna”); w domu nic się nie dzieje, więc przedłużam wycieczkę o 3 dni. Zakupy, jazda w okropnym upale na Kowary. W Kowarach drogowskazy na Stare Sztolnie; jedziemy. Przed sztolniami zatrzymują nas miejscowi gospodarze “Magdalenki”. Rozmowy o psach, uranie, KGB, radonie i brudnych pieniądzach. Sztolnie są remontowane na dużą skalę: zwiedzanie (9 zł, to już cena nieprzyzwoita!), sanatorium radonowe. Kolejna szprycha, wychodzimy na przeł. Kowarską. Ciepła noc na wspaniałej trawce pod trzema świerkami powyżej przełęczy (w Rudawy), kąpiel.

niedziela 13.08 Długi zjazd przez Jarkowice ogromnie malowniczą okolicą nad zalew w Bukówce; pranie, mycie, upał straszny. Przez Lubawkę i Chełmsko przelatujemy bez zatrzymania. W Mieroszowie na dworcu informacja o pociągach z Kudowy. W Rybnicy skręcamy na Andrzejówkę; stroma droga niezbyt ciekawa, potężny kamieniołom. Kilkaset metrów dalej pełne zaskoczenie; otoczenie Andrzejówki jest zupełnie bajkowe: górskie łąki (miejsca na biwak), strome świerkowe góry. Zostawiam rower pod schroniskiem, idziemy ponad godzinę do ruin Rogowca (najwyżej w Polsce położony zamek), niebieski szlak prowadzi krawędzią, skąd kapitalny widok na łuk Pasma Rybnicy w Górach Wałbrzyskich i na Góry Kamienne: istna perełka i to tuż koło Wałbrzycha! Nocujemy na łące obok dolnej stacji wyciągu, kąpiel.

poniedziałek 14.08 Szybki zjazd: przed Głuszycą (Grzmiąca) czatuję na zdjęcie pociągu wyjeżdżającego z tunelu (niezłe miejsce na biwak). Tunel podwójny, napis nad lewym: “1909-1910. Rietzsch-Trev-Guttstadt”, nad prawym: “Erbaut 1876-1879. Erneuert 1936-1938”. Zjazd do Świerków, tam dłuższe czekanie na kolejne zdjęcie: zabrakło 2 sekund aby były widoczne jednocześnie dwa pociągi i oba tunele. Przed Nową Rudą czekanie na kolejne zdjęcie pociągu na wiadukcie. W Nowej Rudzie przy starym kościele wspaniałe tablice nagrobne (dobre światło będzie ok. 16-tej). Objazd na Słupiec, Ścinawkę, Ratno, Wambierzyce. Śpimy na biwaku przy Czarnej Drodze nad Chocieszowem, kąpiel.

wtorek 15.08 Najpierw zjazd do Polanicy, potem żmudny podjazd do Duszników, potem bardzo długi zjazd do Kudowy. Pomimo święta kupuję chleb, piwo oraz piwo. Pociąg do Gdyni mamy przed 19-tą. Zostawiam rower, idziemy szlakiem dawnej linii w stronę granicy. Po 100 metrach kozioł, potem ślady po niedawno rozebranych szynach, dalej wykop idzie przez wysypiska, jeden prowizoryczny drewniany wiadukt, resztki dawnego betonowego, dawny budynek stacyjny. Potem bardzo malowniczo przez las, wykop w skałach, i tak dochodzimy na wysokość odprawy Kudowa-Słone. Zatrzymuje nas WOP. Dalej do granicy przez łąkę ok. 100 m, niezbyt stromo. Idziemy w górę w stronę źródła Marii, kąpiel nad strumieniem, schodzimy z góry do Kudowy; upał! Powrót pociągiem: niesamowita trasa: kręta, niezwykle malownicza, dwa tunele. Pod pretekstem skutków powodzi linia miała być zlikwidowana. Istnym cudem uruchomiono pociągi 1.08 po trzech latach przerwy. Rower trzeba przenosić do innego wagonu. Mało sympatyczni pasażerowie: tłok, upał.

 

Wycieczka była bardzo udana. Wszystkie ważniejsze planowane obiekty zostały zwiedzone, prócz tego dodatkowo kilka nieplanowanych. 10 zamków, wiele starych tras kolejowych, niezwykłe twory geologiczne, stare sztolnie. Prawie 3 tygodnie, 900 km, średni przebieg na dzień jazdy: 50 km. Bez 3-dniowej gościnnej przerwy w Kamiennej Górze byłoby to trudne psychicznie. Czemu tylko po 50 km? Bo po pierwsze jazda rowerem jest dla mnie środkiem, a nie celem. Nie chcę mieć nic wspólnego ani ze sportem, ani z udawaniem harcerstwa... Jeśli jest stromo, bez wstydu złażę i idę pieszo, również chętnie używam pociągu. Po drugie, sporo czasu zajmuje zwiedzanie, wreszcie: bagaż, no i ogólna kondycja. Na przyszłość opony warto zabierać nowe, również szprychy (złamałem ich 9). Palenisko nie zdało egzaminu: w ruchliwym terenie rozpalanie ognia często było ryzykowne: chyba jednak trzeba będzie przejść na gaz. Po powrocie stan finansów: 2 zł + 6 Kcs. Nowe tereny do kolejnej eksploracji: powtórka Kotliny Kłodzkiej, otoczenie Kotliny Kamiennogórskiej (Góry Krucze i Kamienne), pozostałe obiekty w rejonie Walimia, Góry Kaczawskie, Izerskie, Czeskie Karkonosze, Czeski Raj, Góry Łużyckie (w tym strona niemiecka). Kolejny raz potwierdza się, że Dolny Śląsk jest najbardziej interesującym krajoznawczo regionem Polski.

Koleje czeskie.

Gęsta sieć kolejowa. Infrastruktura ciągle działa: na stacjach funkcjonuje obsługa: kasy biletowe, dyżurni ruchu, ekspedycja, na wielu stacjach - nalepione na pionowe bębny obrotowe rozkłady jazdy, na co 4-5 stacji działa bar lub restauracja, ustępy w nieco lepszym stanie niż u nas. Wiele przesiadek, ale zazwyczaj dość dobrze skomunikowanych. Bardzo popularne są autobusy szynowe: są mało luksusowe, ale niewielkie, z miejscem na wygodny przewóz roweru, prawdopodobnie taki autobus jest tani nie tylko w zakupie, ale równie tani w eksploatacji. Wagony są sprzątane (!), jest woda do mycia (!) podróżni z reguły nie palą... Taryfa osobowa (w nawiasie cena “tam”+“powrót”):

do 6 km 6 Kcs (11 Kcs), -10 km 9 (17), -15 km 13 (24), -20 km 16 (29), -25 km 20 (36), -30 km 24 (44), -35 km 27 (49), -40 km 30 (54), -50 km 36 (65), -100 km 66 Kcs.

Pies: 50% osobowego.

Rower pod opieką podróżnego: 16 Kcs (chyba niezależnie od odległości!), rower jako bagaż: -50 km 30 Kcs, -100 km 40 Kcs, pow. 100 km 55 Kcs.

Jest wiele rodzajów zniżek (w tym wygodne bilety weekendowe na pas przygraniczny z Niemcami). Konduktorzy w pociągu nie są tak bardzo skłonni jak u nas, do wypisywania nie tylko “pokuty”, ale i dodatkowych opłat manipulacyjnych. Konduktorzy nie siedzą w swojej “dziupli”, ale regularnie kursują po pociągu. W porównaniu z CD, nasze PKP pod każdym względem jest nieprzyjazne dla użytkownika...

Trzeba wyjechać do Czech, aby zobaczyć, do jakiego stanu doprowadziły PKP nasze władze kolejowe... Kiedy wreszcie ci ludzie staną przed sądem?

sudety_2000.jpgCzechy: niemal wszystko jest nieco tańsze niż w Polsce, za wyjątkiem piwa, które jest tam 2-3 razy tańsze (być może jako cześć dla patrona: św. Gambrinusa... W sklepie od 6 Kcs, w kiosku od 13 Kcs). Mniej sklepików niż w Polsce. Funkcjonują (zupełnie sprawnie) Koleje... Duży ruch turystyczny, szczególnie rowerowy, ale bez bagażu (wypad jednodniowy z miejsca-bazy); dość powszechne są kaski. Kompletny niemal brak zadaszonych miejsc odpoczynku lub schronienia przed deszczem. Czesi są sympatyczni i przyjacielscy, młodzi ludzie nie wykazują nawet części tej agresywnej bezsensownej wrogości, jak młodzi Polacy... Mało śmieci, “sprayowcy” zostawiają niewiele śladów działalności. Polaków–turystów w Czechach jest bardzo niewielu.

Czesi mają niezłe mapy turystyczne 1:50 000 (69 Kcs). Na granicy nie robią problemu z powodu psa.


Tomasz Pluciński
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;