|
Jest szary, mokry deszczowy listopadowy wieczór; studiujê najnowsz± s³owack± mapê Tatr Wysokich 1:25 000. Krótka tegoroczna wyprawa od¿ywa na mapie, czyli „ksi±¿ce, któr± mo¿na czytaæ bez koñca” - jak mawia³ Melchior Wañkowicz. Jako ilustracjê - dodajê kilka starych pocztówek. Od dawna chcia³em pochodziæ po Wysokich Tatrach w sposób podobny, jak to od dawna robiê na Ni¿u - ograniczaj±c potrzeby ¿yciowe do minimum, ale zachowuj±c maksimum wolno¶ci - i ¶pi±c w terenie. Od czterech lat nie by³em jednak w Tatrach z prozaicznego powodu: ¿al mi by³o pozostawiaæ w domu F psa... Poniewa¿ znam dobrze „imperatyw kategoryczny” ³adowania plecaka „do koñca” (niezale¿nie od jego wielko¶ci), zatem przed wyjazdem kupujê specjalny maleñki plecaczek do którego wchodzi mini-¶piworek, metalizowana folia, peleryna, sweter, latarka, kubek do grzania wody, chleb - i w³a¶ciwie nic wiêcej (no, jeszcze pojemnik z NATOwskim gazem parali¿uj±cym - w Tatrach jest coraz wiêcej nied¼wiedzi, a Mickiewiczowski sposób jest jednak zbyt naiwny). W polskich Tatrach w ostatnich latach sytuacja staje siê dramatyczna: dra¿ni± t³umy g³upawych turystów, ograniczenia poruszania siê, natrêctwo stra¿ników, niewielki teren. Co prawda spore fragmenty s± niemal puste, a jednocze¶nie wyj±tkowo malownicze (np. okolice Rusinowej Polany) - ale to zbyt ma³o. A wiêc w Tatry S³owackie. 19 sierpnia jadê nieco okrê¿n± tras± przez Bielsko, aby omin±æ t³umy uczestnicz±ce w Papieskiej pielgrzymce (w Bielsku ponad godzina spó¼nienia poci±gu). W Zakopanem ostatnie zakupy (w tym nowa s³owacka mapa), przera¿aj±co zblazowane t³umy na Krupówkach, objadam siê po dziurki w nosie gigantycznymi kremówkami - na zapas. Co szybciej mikrobusem na £ys± Polanê, za 5 z³otych, w 40 minut. Trudno zapomnieæ realia sprzed 20 lat: jedyna komunikacja to autobusy PKS, stanie od ¶witu w koszmarnej kolejce po bilety, jazda w ¶cisku i upale. Na £ysej mamy dosyæ drobiazgow± odprawê graniczn± - to pewnie w zwi±zku ze zwiêkszonym ruchem pielgrzymkowym. Po drugiej stronie opijam siê piwem równie¿ na zapas, i przed 15-t± ruszam w g³±b Bia³ej Wody. Jako¶ tak wstydliwie siê z³o¿y³o, ¿e zawsze omija³em tê bodaj najd³u¿sz± dolinê. Tu¿ przed wybuchem wojny nale¿a³a ona krótko do Polski (granica na Polskim Grzebieniu), ale poniewa¿ sta³o siê to w zupe³nie „nieelegancki” sposób - lepiej do tamtych marzeñ nie wracaæ. Z Polany ods³ania siê imponuj±ca panorama górnych piêter doliny: pionowa zerwa Ma³ego M³ynarza, zwisaj±ce wysoko w oddali otoczenie Doliny Kaczej. Trudno uwierzyæ, ale jeszcze dzi¶ bêdê tam spa³! Dla mnie chodzenie po Tatrach jest silnie zwi±zane z literatur± tatrzañsk±; nadaje to bardzo intymny zwi±zek emocjonalny z tymi górami i sprawia, ¿e piêkne sk±din±d Alpy, s± dla mnie po prostu obce - bo nie maj± tego historycznego podtekstu. Zachêcam do mojej ulubionej lektury tatrzañskiej: spis na koñcu. Ot, teraz: idê ¶ladem kapitalnego opisu Wawrzyñca ¯u³awskiego F „Rzecz o duchach" i "pochwa³a samotno¶ci” ze „Skalnego lata”. "Có¿ mo¿na uczyniæ lepszego , jak pój¶æ do jakiej¶ s³onecznej, dzikiej doliny tatrzañskiej, posiedzieæ w niej samotnie, odpocz±æ, rozlu¼niæ siê, wyrzuciæ z siebie, wyparowaæ wszystkie pozosta³o¶ci miejskiego ¿ycia, wszystko, co w nas tkwi z drobnych, niewa¿nych spraw nizin? Wybieram Litworow±, jedn± z mych ulubionych dolin. Wymarsz? - jeszcze dzisiaj." W³a¶ciwie dopiero od Polany trasa staje siê interesuj±ca; po drodze kilka zadaszonych miejsc, które od biedy nadaj± siê do zabiwakowania w razie deszczu. Stopniowo szlak podchodzi pod zerwy Ma³ego M³ynarza; od polskiej strony s³yszê odg³os powoli lec±cych helikopterów: potem okaza³o siê, ¿e to Papie¿ równie¿ pielgrzymuje w Tatrach. Polana pod Wysok± raptownie otwiera rozleg³e widoki w kilku kierunkach. Wkrótce potem po prawej biwakowisko; miejsce niezbyt malownicze, nie podoba mi siê równie¿ atmosfera. Szlak zaczyna wspinaæ siê stromo na próg z wodospadem, powoli nadchodzi wieczór. Na progu wychodzê z lasu: szeroki widok na amfiteatr Doliny Kaczej, ¯elazne Wrota, Wysok±. Do koleby nad Stawem Litworowym (1860 m) jeszcze kawa³ podej¶cia; lokalnie s³oñce zachodzi za grzbiet, robi siê ch³odno. Nad Stawem Litworowym siedzi dwójka m³odych ludzi: niezbyt jestem zadowolony, bo najwyra¼niej oni te¿ chc± spaæ w kolebie (wtedy jeszcze nie wiedzia³em, ¿e niedaleko jest jeszcze jedna koleba...). Co prawda w Litworowej Kolebie zmie¶ci³oby siê nas drugie tyle, ale liczy³em na samotn± noc... M³odzi ludzie okazuj± siê sympatyczni: jeden jest studentem z Gdañska, a drugi z Koszalina. Do zmroku posypiam owiniêty foli± nad stawem, potem przenoszê siê do koleby: jest to ogromny poziomy blok skalny, w odleg³o¶ci nie wiêcej ni¿ 20 m od stawu, pod blokiem wy³o¿one kamykami p³askie miejsce dla 6-8 ludzi, wnêka ma wysoko¶æ ok. 1 metra; nieco wilgotno. Z powodu nieoczekiwanego towarzystwa, zupe³nie nie ma atmosfery nocnych lêków, które tak wspaniale opisa³ ¯u³awski. Odruchowo przez sen sprawdzam rêk±, czy pies le¿y obok; przyzwyczajenie... W nocy na drugim koñcu koleby jakie¶ gwa³towne szelesty plastikowej folii; my¶lê, ¿e to który¶ z moich towarzyszy krêci siê przez sen. Rano ogl±dam moj± plastikow± torbê z jedzeniem: torba jest poszarpana, a ma³ego kawa³ka kie³basy brakuje. Mieli¶my w nocy wizytê ³akomej ³asicy; tak± sam± wizytê w tej¿e kolebie opisuje ¯u³awski - tyle, ¿e by³o to ponad 60 lat temu. Rano dzieñ bez s³oñca, krótkie ¶niadanie; moi towarzysze schodz± ju¿ na £ys±, a ja idê w górê. Nad Zmarz³ym Stawem d³u¿szy postój. Staw na pocz±tku lipca bywa skuty lodem wiêcej ni¿ w po³owie (jest to przecie¿ 2013 m) teraz jednak - pod koniec sierpnia - po upalnym lecie nie ma ani ¶ladu lodu. Dochodzi sympatyczny turysta z synem: natychmiast po odlocie Papie¿a przyjechali obaj w Tatry, wieczorem doszli na próg, nocowali ni¿ej - a teraz id± dalej. Na podej¶ciu na Polski Grzebieñ niewielkie ³achy szarego ¶niegu. Pochmurno i ch³odno, na prze³êczy sporo turystów, równie¿ t³oczno jest na ³añcuchach. Posypiam nad D³ugim Stawem pod wylotem ¯lebu Karczmarza schodz±cego z Gerlachu, i znowu nad Wielickim Stawem. Pochmurno i ch³odno, moment braku decyzji. W schronisku t³umy, zjadam co¶ w barku obok, decyzja pój¶cia Magistral± w stronê Popradzkiego. Nawiewa chmury, zaczyna popadywaæ. Po godzinie wiatr zwiewa chmury, wychodzi s³oñce, wraca energia i zdecydowanie. Kiedy ok. 15-tej dochodzê nad Baty¿owiecki Staw (1884 m) jest tak piêknie, ¿e ¿al mi odchodziæ: do czego mam siê zreszt± spieszyæ? Najwa¿niejsze jest nasyciæ siê chwil±: le¿ê w s³oñcu nad wod±. 2 godziny pó¼niej dochodz± moi znajomi znad Zmarz³ego Stawu. Próbujê ich namówiæ na biwak, ale spiesz± siê do Miêguszowieckiej. Czekam, a¿ z tego najruchliwszego szlaku zejd± tury¶ci; robiê kolacjê i przenoszê siê o zmroku do niewielkiej koleby w odleg³o¶ci 10 m od miejsca w którym szlak przecina potok wyp³ywaj±cy ze stawu. Niezwykle piêkna noc: rozleg³a Dolina Baty¿owiecka obramowana rze¼bionymi ¶cianami Koñczystej, Gerlachu, Ko¶ció³ka: to tam niedaleko zginêli taternicy, przyjaciele ¯u³awskiego - znowu literatura tatrzañska... Wschodzi o¶lepiaj±cy ksiê¿yc w pe³ni: wszystko b³yszczy w jego niepokoj±cym szarawym ¶wietle; niezwyk³y nastrój - jak w ¶wi±tyni; nie zniós³bym teraz niczyjego towarzystwa. Rozumiem doskonale powiedzenie: Tatry wywo³uj± we mnie poczucie stania wobec wieczno¶ci. Ch³odna wspania³a noc. Raniutko przenoszê siê ze ¶niadaniem poni¿ej stawu i szlaku, na p³askie skalne pó³ki poro¶niête grubym zielonym miêkkim mchem rozgrzanym w porannym s³oñcu. Marsz w s³oñcu Magistral± na zachód; g³êboko w dole otwiera siê piêkny widok na Popradzki Staw, strome zej¶cie zakosami w dó³. Z zakrêtu ¶cie¿ki widok w prawo na jedn± z najpiêkniejszych: Dolinê Z³omisk. Pierwotnie mia³em ambitny zamiar pój¶æ od Bia³ej Wody ¶cie¿k± w Dolinie Czeskiej przez ¯elazne Wrota i zej¶æ w³a¶nie Dolin± Z³omisk do Popradzkiego. Ale po pierwsze: oglêdziny zapowiada³y trudno¶ci orientacyjne przy podej¶ciu na ¯elazne Wrota, gorszy by³ jednak ból stopy - prawdopodobnie skutek kolizji z samochodem, podczas której „skasowa³em” rower przed miesi±cem. A wreszcie: sta³y i dosyæ dokuczliwy ból krêgos³upa. Czy ja czasem nie za pó¼no odkry³em uroki takiego w³a¶nie turystowania... Nad Popradzkim Stawem t³umy; popijam piwo, schodzê do Szczyrbskiego Plesa. W Szczyrbskim idê do tradycyjnego baru na obfity obiad i fundujê sobie najbardziej typowe danie: pieczeñ wieprzowa z hnedlikami, zasma¿ana kapucha, piwo i ciastka z maksymaln± ilo¶ci± kremu. Dalej mam do wyboru: albo wypad przez Solisko do Doliny M³ynicy i powrót przez Miêguszowieck± i Rysy (przej¶cie na Kasprowym nie jest jeszcze uruchomione), albo wracaæ przez Jaworow± lub Prze³êcz Pod Kop± (granica Tatr Bielskich). Na dworcu czekam na przyjazd wagonu ze Sztyrby: jest to kolej zêbata (!), a mnie od dawna interesuje techniczne rozwi±zanie problemu trzeciej szyny (tej zêbatej), na rozjazdach. Kiedy przechodzê na peron „elektricky”, zawi¶æ k±sa serce: pomimo ekonomicznego kryzysu, S³owacy zafundowali sobie nowy austriacki tabor. Wagony s± bardzo przeszklone, pud³a z b³yszcz±cego metalu, porz±dne wnêtrza. No i sama jazda: moment ruszania i zatrzymywania jest tak p³ynny, ¿e nie odczuwa siê go zupe³nie; bezszelestna jazda bez wstrz±sów. Gdyby nie dr±¿±ca mnie zawi¶æ, po 10 miutach ju¿ bym zasn±³. Jak zwykle powtarzam swoj± sentencjê: trzeba pojechaæ na S³owacjê, aby zobaczyæ do czego doprowadzi³y PKP nasze W³adze kolejowe. Kiedy wreszcie ci ludzie stan± przed s±dem? Wysiadam w Starym Smokowcu (w starej literaturze tatrzañskiej funkcjonowa³a wêgierska nazwa „Szmeks”). Jest pó¼nawo, a ja jestem rozleniwiony d³ug± jazd± elektrick±, wiêc bezwstydnie pozwalam sobie na wjazd kolejk± na Hrebienok. Nie schodzê nad wodospady, ale kierujê siê od razu w Dolinê Starole¶n± (Velka Studena Dolina): mam sentyment do jej rozleg³o¶ci i otoczenia. Po drodze zwracam uwagê na ewentualne miejsca na dziki biwak w przysz³o¶ci. Tak wiele chodzi³em po Tatrach, a nie przychodzi³o mi do g³owy, ¿e warto by systematycznie takie miejsca nanosiæ na mapê! Trzeba bêdzie poczytaæ pod tym k±tem przewodniki taternickie. Mam pokusê zabiwakowania nad Vereskowym Plesom kilkana¶cie minut poni¿ej Zbójnickiej Chaty, ale ostatecznie rezygnujê z tego. Co prawda miejsce jest malownicze, ale jest to tu¿ obok uczêszczanego do pó¼nego wieczora szlaku, doskonale widoczne ze ¶cie¿ki. Wyl±dujê wiêc dzi¶ pewnie w schronisku, bo wieczór robi siê ch³odny, wysoko¶æ jest ju¿ znaczna, a ja na dodatek nie pamiêtam jakie s± dalej mo¿liwo¶ci biwakowe. I tak siê te¿ sta³o: zwyciê¿y³o lenistwo i brak wyobra¼ni, za co zreszt± niezw³ocznie zosta³em ukarany. Zbójnicka jest ju¿ odbudowana po po¿arze, w schronisku jest gor±co i parno, w jadalni wszystkie miejsca zajête, nawet nie da siê stan±æ pod ¶cian±. Jest 19.30, pod³oga bêdzie dostêpna dopiero po 22... Po dwóch dniach kontaktu z rze¶kim górskim powietrzem, w schronisku niemal siê duszê. Poniewa¿ w ¶rodku nie ma co sterczeæ jak ko³ek, przenoszê siê z kolacj± nad stawek. Zapada powoli zmrok, robi siê zimno (jest 2000 m npm), wychodzi pomarañczowy ksiê¿yc. Spacerujê w kó³ko przez ponad 2 godziny aby nie zanudziæ siê na ¶mieræ. Ech, gdzie¿ tamta wznios³a atmosfera wczorajszej ksiê¿ycowej ciszy nad Baty¿owieckim? Po kiego diab³a pcha³em siê dzi¶ do schroniska? Ponoszê s³uszn± karê za ma³ostkowo¶æ i brak fantazji! Przypominam sobie te niezliczone koszmarne wieczorne godziny spêdzone w zadymionej papierochami zat³oczonej jadalni Murowañca (to w mojej pamiêci jedno z najohydniejszych schronisk!), w oczekiwaniu a¿ opryskliwe panie z recepcji ³askawie udziel± pod³ogi na korytarzu. W ogóle nie przychodzi³o mi w tamtych czasach do g³owy, ¿e o wiele sympatyczniej jest spaæ na dworze, i ¿e w ogóle nie warto podczas dobrej pogody schodziæ z gór na noc do schroniska. ¯e te¿ m³ody cz³owiek by³ kiedy¶ a¿ tak g³upi (najwyra¼niej jednak nie zm±drza³em, skoro dzi¶ wyl±dowa³em znowu w schronisku). Jestem tak zmordowany tym czekaniem, ¿e natychmiast zasypiam w korytarzyku - bo jest tak t³umnie, ¿e w jadalni dla kilku osób miejsca ju¿ nie starczy³o. Kilka minut przed 7 rano jestem ju¿ po ¶niadaniu (wliczone w cenê 180 Koron za nocleg na pod³odze), szybkim marszem okr±¿am bêd±ce jeszcze w cieniu górne czê¶ci Doliny Starole¶nej. Spieszy mi siê, bo ruch po ³añcuchu Czerwonej £awki jest od wielu lat jednokierunkowy, a ja bêdê i¶æ dzi¶ „pod pr±d”. Szlak wspina siê niezbyt stromym trawersem w malownicze zbocza w¶ród coraz wiêkszych g³azów. Coraz piêkniejsze otoczenie wysokogórskie, panorama ogromnej Starole¶nej Doliny. Kilka znakomitych koleb (gdybym wiedzia³ to wczoraj!). Najwyra¼niej nie doceni³em dystansu: idê ju¿ pó³torej godziny. Szlak gwa³townie skrêca w lewo stromo na grzbiet, pierwsze krótkie ³añcuchy ubezpieczaj± strome podej¶cie piargiem, które mo¿e sprawiaæ k³opot przy oblodzeniu w zej¶ciu. Po kilkudziesiêciu metrach raptownie stajê w maleñkiej szczerbie grani: Czerwona £awka (Priecne Sedlo 2352 m). Raptowno¶æ zmiany widoku i wspania³o¶æ otoczenia a¿ zapiera dech. W³a¶nie od do³u dochodzi po ³añcuchu na prze³êcz pierwsza para turystów z Chaty Teriego. By³ to kiedy¶ najd³u¿szy ³añcuch w Tatrach: 250 m na stromej ¶cianie. Szed³em têdy (w tym samym kierunku) ponad 20 lat temu i zrobi³ wtedy na mnie spore wra¿enie. Dzi¶: po pierwsze, ³añcuch sk³ada siê z kilku krótszych ³añcuchów, dostrzegam tak¿e, ¿e szlak poprowadzony jest trochê „na si³ê” - w kilku miejscach móg³by i¶æ po prostu ¿lebem, bez zabezpieczenia - szczególnie w górê. Niemniej, jest on piêkny - prawie tak samo, jak nasza Orla Peræ... Kiedy powoli, rozkoszuj±c siê widokiem i grzej±cym ju¿ s³oñcem dochodzê w dolne partie ³añcucha, od Teriego ruch gêstnieje; za godzinê mo¿e tu byæ ju¿ „tramwaj”, który zmusi³ kilka lat temu do wprowadzenia jednego kierunku ruchu. Ale moja trasa jest oczywi¶cie atrakcyjniejsza i trudniejsza (jak zwykle w zej¶ciu)... Le¿ê na p³ycie w s³oñcu przez ponad godzinê. Ni¿ej, ze 100 m przed doj¶ciem do zielonego szlaku na Lodow± Prze³êcz, doskona³a koleba na nocleg; trochê tylko blisko szlaku. Skrêcam w lewo w górê doliny Piêciu Stawów Spiskich (Mala Studena Dolina). Nad Modrym Plesom znowu wylegiwanie w s³oñcu. Najwyra¼niej lenistwo zaw³adnê³o mn± ca³kowicie: jest dosyæ wcze¶nie, aby zmieniæ plany i pój¶æ chocia¿by przez Zielon± Kie¿marsk± i Prze³êcz Pod Kop±, ale magnes Jaworowej jest silniejszy... Podej¶cie górnego odcinka na Lodow± Prze³êcz jest paskudne: idzie siê uci±¿liwie stromym, osuwaj±cym siê co krok lu¼nym piar¿yskiem. Wreszcie Lodowa Prze³êcz i niezrównany widok na wspania³± Dolinê Jaworow±. W prawo bez szlaku: Ma³y Lodowy i Lodowy. Kilka lat temu cofn±³em siê tam spod przewieszki i Lodowy ci±gle na mnie czeka... Niech czeka, dla mnie s± rzeczy wa¿niejsze ni¿ adrenalina g³upiej sportowej ambicji. Po kolejnej godzinie wylegiwania siê w s³oñcu (na wysoko¶ci prawie 2400 m jest jednak ch³odnawo), zaczynam nieco uci±¿liwe zej¶cie. Po lewej wspaniale rze¼biony mur Jaworowej Grani. To równie¿ historia taternictwa zakoñczona tragicznym wypadkiem Szulakiewicza i ¶mierci± legendarnego Klimka Bachledy. Schodzê ze szlaku w dó³ po g³azach nad ¯abi Staw Jaworowy, robiê obiad. Wysoko nade mn± piêtrz± siê ¶ciany Jaworowego. Pierwotnie planowa³em tu biwak, ale teraz wraca atmosfera najbardziej zagadkowej F tragedii tatrzañskiej, która w³a¶nie tu siê rozegra³a. W sierpniowym (1925 r) huraganowym deszczu i ¶niegu schodzi³a tu w dó³ trójka turystów pod opiek± napotkanego taternika. Ju¿ po zej¶ciu z Lodowej Prze³êczy i pokonaniu najgorszego, w krótkim odstêpie czasu bez ¿adnej widomej przyczyny zmar³o tu trzech z nich. Prze¿y³a kobieta, a przyczyny tej ponurej tragedii do dzi¶ s± zagadkowe. Jaka¶ dziwna atmosfera tego miejsca... Nie jestem przewra¿liwiony, ale pod pozorem zbyt wczesnej pory kontynuujê zej¶cie w dó³. Ju¿ po wej¶ciu ¶cie¿ki w las, na jednej z Jaworowych Polan le¿ê w trawie patrz±c w g³±b Doliny Czarnej Jaworowej. Potem wracam i podchodzê ¶cie¿k± pod ma³y drewniany domek (TANAP-u?) 100 m od szlaku. Co prawda domek jest zamkniêty, ale rozk³adam siê pod dachem ma³ej werandy, robiê kolacjê i szykujê biwak. Nadci±gaj± chmury, zaczyna si±piæ: mia³em nosa, ¿e nie zosta³em nad ¯abim Stawem. Noc spokojna, bez nied¼wiedzi. Od rana s³oñce, w czystym powietrzu wspania³e widoki w ty³, na Jaworowe. Schodzê do Javoriny, na cmentarzu obok ³adnego drewnianego ko¶ció³ka odnajdujê chyba z 12 grobów Pluciñskich! Nie ma kogo spytaæ, czy jest to jakie¶ pokrewieñstwo. W sklepiku kupujê piwo na upominki, marsz do £ysej szos±, przej¶cie granicy „z marszu”, mikrobus. Ale jest pi±tek i szosa zakorkowana: ci na £ys± czekaj± w kolejce blokuj±c drogê tym na Palenicê. A ci ostatni jad± bezczelnie pod pr±d lew± stron± w±skiej szosy. Do Zakopanego jedziemy moj± ulubion± tras±: nie przez Bukowinê, ale Drog± Oswalda Balcera przez Zazadniê. Po drodze próbujê sformu³owaæ porównanie polskiej i s³owackiej czê¶ci Tatr. Polskie Tatry s± rozpaczliwie maleñkie, zat³oczone i nadzorowane, tak ¿e atmosfery swobody trzeba szukaæ u S³owaków. Ale piêknem nasze góry im nie ustêpuj±: czego¶ takiego jak Morskie Oko i Orla Peræ tam nie ma. Granica naszych gór jest z regu³y bardzo ostro zaznaczona w krajobrazie. Id±c ¶cie¿k± Pod Reglami po jednej stronie s± zielone p³askie ³±ki Podhala, a po drugiej wyrasta las stromo podchodz±cy na stok. Na po³udniu granica gór nie jest tak wyra¼na. Niezwyk³a panorama roztacza siê dopiero z Popradu: szerokie p³askie ³±ki z których wyrasta skaliste strome gniazdo gór. Podobn± nieco panoramê tworz± z dystansu góry Grand Teton w USA. W naszych Tatrach prócz wielkiego miasta jakim jest Zakopane z jego teatrem, kinami, knajpami, w zasadzie nie ma wiêkszych o¶rodków. Po s³owackiej stronie nieco podobn± rolê pe³ni tylko £omnica Tatrzañska (no, jest to 1/10 Zakopanego). Przysió³ki wzd³u¿ elektricky to w zasadzie tylko sklepik, kilka pensjonatów w stylu c.k., oraz kilka domków... Po polskiej stronie jeszcze do niedawna komunikacja by³a wielce uci±¿liw± spraw±: zat³oczone do niemo¿liwo¶ci autobusy PKS, „rzygaj±ce” czarnym dymem spalanego oleju, piê³y siê powoli w stronê Kir, nie zatrzymuj±c siê na przystankach. Powa¿nie my¶lano o wprowadzeniu trolejbusów; teraz problem rozwi±za³y prywatne mikrobusy. Po s³owackiej stronie komunikacjê za³atwia elektricka. W Zakopanem (i ca³ym Podtatrzu) wszêdzie spostrzec mo¿na istnienie folkloru góralskiego w postaci ubiorów, doro¿ek, handlu serkami i innymi wyrobami (czêsto koszmarnymi!), a wreszcie wspania³ej starej drewnianej zabudowy. No, jeszcze swego rodzaju folklorem mo¿e byæ chciwo¶æ górali, ich pijactwo i awanturnictwo, bezwzglêdny stosunek do zwierz±t. Zupe³nie mi podpadli swoim uporem w próbach zorganizowania Olimpiady w maleñkich naszych zadeptanych górach. Oraz genialnym pomys³em: olimpiadê zadedykowaæ Ojcu ¦wiêtemu; ka¿dy kto jest jej przeciwny - jest wrogiem Papie¿a... Pewnie, ¿e wiele z tego folkloru utrzymywane jest wy³±cznie z powodów komercyjnych, ale po stronie s³owackiej nic z tego nie u¶wiadczysz, a miejscowo¶ci i sklepy w nich nie ró¿ni± siê w zasadzie niczym od reszty S³owacji. Tak, ¿e zmieni³em swoje zdanie i dostrzegam uroki polskich Tatr i Zakopanego. Górali równie¿ pomimo wszystko, bo na szczê¶cie maj± oni jeszcze inne cechy. Poniewa¿ do odjazdu poci±gu zosta³o trochê czasu, idê piechot± do Str±¿yskiej. T³umy g³upawych przypadkowych turystów s± nie do zniesienia, na dodatek pogoda gwa³townie siê psuje: robi siê pochmurno i zimno. Nie pójdê ju¿ do najukochañszej mojej doliny reglowej: Ma³ej £±ki. Wracam jak niepyszny i naiwnie postanawiam przechytrzyæ PKP. Zamiast zat³oczonym poci±giem do Gdañska, pojadê olsztyñskim, a nad ranem przesi±dê siê w Inowroc³awiu. W Inowroc³awiu mamy godzinê spó¼nienia, ale poci±g na który liczy³em, jest spó¼niony (na razie) 200 minut. Nie ma sposobu na PKP! Jako¶ l±dujê w Bydgoszczy, gdzie z nudów chodzê po uliczkach prawie 2 godziny. Wreszcie w po³udnie wysiadam w Gdañsku. Zastanawiam siê, czy powinienem zachêcaæ do podobnego biwakowania w górach. Wra¿enia s± co prawda niezapomniane, ale szersze rozpowszechnienie tego by³oby dla Tatr zagro¿eniem ekologicznym. Zwa¿ywszy, jak trudno mi namówiæ kogo¶ z moich znajomych do biwakowania na ni¿u, nie ma jednak obawy, aby wiêcej ni¿ parê osób zdecydowa³o siê na to w górach. Dla porz±dku: takie biwakowanie jest w zasadzie zakazane, i nale¿y liczyæ siê z "pokut±" oraz wizytami filanców sta³ych lub dorywczych. Tym bardziej, im pogoda lepsza, a miejsce bardziej uczêszczane. Szczególnie w soboty i niedziele. Na wszelki wypadek warto do koleby dochodziæ tu¿ przed zmrokiem, nie krêciæ siê na widoku w czerwonym sweterku - i ruszaæ wcze¶nie rano w drogê.. Tomasz Pluciñski
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, w³±cz obs³ugê JavaScript w przegl±darce, by go zobaczyæ
|