Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
TATRY Słowackie 2002
Autor: Tomasz Pluciński   
Zobacz też:

Jest szary, mokry deszczowy listopadowy wieczór; studiuję najnowszą słowacką mapę Tatr Wysokich 1:25 000. Krótka tegoroczna wyprawa odżywa na mapie, czyli „książce, którą można czytać bez końca” - jak mawiał Melchior Wańkowicz. Jako ilustrację - dodaję kilka starych pocztówek.

Od dawna chciałem pochodzić po Wysokich Tatrach w sposób podobny, jak to od dawna robię na Niżu - ograniczając potrzeby życiowe do minimum, ale zachowując maksimum wolności - i śpiąc w terenie. Od czterech lat nie byłem jednak w Tatrach z prozaicznego powodu: żal mi było pozostawiać w domu F psa... Ponieważ znam dobrze „imperatyw kategoryczny” ładowania plecaka „do końca” (niezależnie od jego wielkości), zatem przed wyjazdem kupuję specjalny maleńki plecaczek do którego wchodzi mini-śpiworek, metalizowana folia, peleryna, sweter, latarka, kubek do grzania wody, chleb - i właściwie nic więcej (no, jeszcze pojemnik z NATOwskim gazem paraliżującym - w Tatrach jest coraz więcej niedźwiedzi, a Mickiewiczowski sposób jest jednak zbyt naiwny).

W polskich Tatrach w ostatnich latach sytuacja staje się dramatyczna: drażnią tłumy głupawych turystów, ograniczenia poruszania się, natręctwo strażników, niewielki teren. Co prawda spore fragmenty są niemal puste, a jednocześnie wyjątkowo malownicze (np. okolice Rusinowej Polany) - ale to zbyt mało. A więc w Tatry Słowackie. 19 sierpnia jadę nieco okrężną trasą przez Bielsko, aby ominąć tłumy uczestniczące w Papieskiej pielgrzymce (w Bielsku ponad godzina spóźnienia pociągu). W Zakopanem ostatnie zakupy (w tym nowa słowacka mapa), przerażająco zblazowane tłumy na Krupówkach, objadam się po dziurki w nosie gigantycznymi kremówkami - na zapas. Co szybciej mikrobusem na Łysą Polanę, za 5 złotych, w 40 minut. Trudno zapomnieć realia sprzed 20 lat: jedyna komunikacja to autobusy PKS, stanie od świtu w koszmarnej kolejce po bilety, jazda w ścisku i upale. Na Łysej mamy dosyć drobiazgową odprawę graniczną - to pewnie w związku ze zwiększonym ruchem pielgrzymkowym. Po drugiej stronie opijam się piwem również na zapas, i przed 15-tą ruszam w głąb Białej Wody. Jakoś tak wstydliwie się złożyło, że zawsze omijałem tę bodaj najdłuższą dolinę. Tuż przed wybuchem wojny należała ona krótko do Polski (granica na Polskim Grzebieniu), ale ponieważ stało się to w zupełnie „nieelegancki” sposób - lepiej do tamtych marzeń nie wracać.

 Z Polany odsłania się imponująca panorama górnych pięter doliny: pionowa zerwa Małego Młynarza, zwisające wysoko w oddali otoczenie Doliny Kaczej. Trudno uwierzyć, ale jeszcze dziś będę tam spał! Dla mnie chodzenie po Tatrach jest silnie związane z literaturą tatrzańską; nadaje to bardzo intymny związek emocjonalny z tymi górami i sprawia, że piękne skądinąd Alpy, są dla mnie po prostu obce - bo nie mają tego historycznego podtekstu. Zachęcam do mojej ulubionej lektury tatrzańskiej: spis na końcu. Ot, teraz: idę śladem kapitalnego opisu Wawrzyńca Żuławskiego F „Rzecz o duchach" i "pochwała samotności” ze  „Skalnego lata”. 

 "Cóż można uczynić lepszego , jak pójść do jakiejś słonecznej, dzikiej doliny tatrzańskiej, posiedzieć w niej samotnie, odpocząć, rozluźnić się, wyrzucić z siebie, wyparować wszystkie pozostałości miejskiego życia, wszystko, co w nas tkwi z drobnych, nieważnych spraw nizin? Wybieram Litworową, jedną z mych ulubionych dolin. Wymarsz? - jeszcze dzisiaj." 

Właściwie dopiero od Polany trasa staje się interesująca; po drodze kilka zadaszonych miejsc, które od biedy nadają się do zabiwakowania w razie deszczu. Stopniowo szlak podchodzi pod zerwy Małego Młynarza; od polskiej strony słyszę odgłos powoli lecących helikopterów: potem okazało się, że to Papież również pielgrzymuje w Tatrach. Polana pod Wysoką raptownie otwiera rozległe widoki w kilku kierunkach. Wkrótce potem po prawej biwakowisko; miejsce niezbyt malownicze, nie podoba mi się również atmosfera. Szlak zaczyna wspinać się stromo na próg z wodospadem, powoli nadchodzi wieczór. Na progu wychodzę z lasu: szeroki widok na amfiteatr Doliny Kaczej, Żelazne Wrota, Wysoką. Do koleby nad Stawem Litworowym (1860 m) jeszcze kawał podejścia; lokalnie słońce zachodzi za grzbiet, robi się chłodno. Nad Stawem Litworowym siedzi dwójka młodych ludzi: niezbyt jestem zadowolony, bo najwyraźniej oni też chcą spać w kolebie (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że niedaleko jest jeszcze jedna koleba...). Co prawda w Litworowej Kolebie zmieściłoby się nas drugie tyle, ale liczyłem na samotną noc... Młodzi ludzie okazują się sympatyczni: jeden jest studentem z Gdańska, a drugi z Koszalina. Do zmroku posypiam owinięty folią nad stawem, potem przenoszę się do koleby: jest to ogromny poziomy blok skalny, w odległości nie więcej niż 20 m od stawu, pod blokiem wyłożone kamykami płaskie miejsce dla 6-8 ludzi, wnęka ma wysokość ok. 1 metra; nieco wilgotno. Z powodu nieoczekiwanego towarzystwa, zupełnie nie ma atmosfery nocnych lęków, które tak wspaniale opisał Żuławski. Odruchowo przez sen sprawdzam ręką, czy pies leży obok; przyzwyczajenie... W nocy na drugim końcu koleby jakieś gwałtowne szelesty plastikowej folii; myślę, że to któryś z moich towarzyszy kręci się przez sen. Rano oglądam moją plastikową torbę z jedzeniem: torba jest poszarpana, a małego kawałka kiełbasy brakuje. Mieliśmy w nocy wizytę łakomej łasicy; taką samą wizytę w tejże kolebie opisuje Żuławski - tyle, że było to ponad 60 lat temu.  

 

Rano dzień bez słońca, krótkie śniadanie; moi towarzysze schodzą już na Łysą, a ja idę w górę. Nad Zmarzłym Stawem dłuższy postój. Staw na początku lipca bywa skuty lodem więcej niż w połowie (jest to przecież 2013 m) teraz jednak - pod koniec sierpnia - po upalnym lecie nie ma ani śladu lodu. Dochodzi sympatyczny turysta z synem: natychmiast po odlocie Papieża przyjechali obaj w Tatry, wieczorem doszli na próg, nocowali niżej - a teraz idą dalej. Na podejściu na Polski Grzebień niewielkie łachy szarego śniegu. Pochmurno i chłodno, na przełęczy sporo turystów, również tłoczno jest na łańcuchach. Posypiam nad Długim Stawem pod wylotem Żlebu Karczmarza schodzącego z Gerlachu, i znowu nad Wielickim Stawem. Pochmurno i chłodno, moment braku decyzji. W schronisku tłumy, zjadam coś w barku obok, decyzja pójścia Magistralą w stronę Popradzkiego. Nawiewa chmury, zaczyna popadywać. Po godzinie wiatr zwiewa chmury, wychodzi słońce, wraca energia i zdecydowanie. Kiedy ok. 15-tej dochodzę nad Batyżowiecki Staw (1884 m) jest tak pięknie, że żal mi odchodzić: do czego mam się zresztą spieszyć? Najważniejsze jest nasycić się chwilą: leżę w słońcu nad wodą. 2 godziny później dochodzą moi znajomi znad Zmarzłego Stawu. Próbuję ich namówić na biwak, ale spieszą się do Mięguszowieckiej. Czekam, aż z tego najruchliwszego szlaku zejdą turyści; robię kolację i przenoszę się o zmroku do niewielkiej koleby w odległości 10 m od miejsca w którym szlak przecina potok wypływający ze stawu. Niezwykle piękna noc: rozległa Dolina Batyżowiecka obramowana rzeźbionymi ścianami Kończystej, Gerlachu, Kościółka: to tam niedaleko zginęli taternicy, przyjaciele Żuławskiego - znowu literatura tatrzańska... Wschodzi oślepiający księżyc w pełni: wszystko błyszczy w jego niepokojącym szarawym świetle; niezwykły nastrój - jak w świątyni; nie zniósłbym teraz niczyjego towarzystwa. Rozumiem doskonale powiedzenie: Tatry wywołują we mnie poczucie stania wobec wieczności. Chłodna wspaniała noc.  

Raniutko przenoszę się ze śniadaniem poniżej stawu i szlaku, na płaskie skalne półki porośnięte grubym zielonym miękkim mchem rozgrzanym w porannym słońcu. Marsz w słońcu Magistralą na zachód; głęboko w dole otwiera się piękny widok na Popradzki Staw, strome zejście zakosami w dół. Z zakrętu ścieżki widok w prawo na jedną z najpiękniejszych: Dolinę Złomisk. Pierwotnie miałem ambitny zamiar pójść od Białej Wody ścieżką w Dolinie Czeskiej przez Żelazne Wrota i zejść właśnie Doliną Złomisk do Popradzkiego. Ale po pierwsze: oględziny zapowiadały trudności orientacyjne przy podejściu na Żelazne Wrota, gorszy był jednak ból stopy - prawdopodobnie skutek kolizji z samochodem, podczas której „skasowałem” rower przed miesiącem. A wreszcie: stały i dosyć dokuczliwy ból kręgosłupa. Czy ja czasem nie za późno odkryłem uroki takiego właśnie turystowania... Nad Popradzkim Stawem tłumy; popijam piwo, schodzę do Szczyrbskiego Plesa. W Szczyrbskim idę do tradycyjnego baru na obfity obiad i funduję sobie najbardziej typowe danie: pieczeń wieprzowa z hnedlikami, zasmażana kapucha, piwo i ciastka z maksymalną ilością kremu. Dalej mam do wyboru: albo wypad przez Solisko do Doliny Młynicy i powrót przez Mięguszowiecką i Rysy (przejście na Kasprowym nie jest jeszcze uruchomione), albo wracać przez Jaworową lub Przełęcz Pod Kopą (granica Tatr Bielskich). Na dworcu czekam na przyjazd wagonu ze Sztyrby: jest to kolej zębata (!), a mnie od dawna interesuje techniczne rozwiązanie problemu trzeciej szyny (tej zębatej), na rozjazdach. Kiedy przechodzę na peron „elektricky”, zawiść kąsa serce: pomimo ekonomicznego kryzysu, Słowacy zafundowali sobie nowy austriacki tabor. Wagony są bardzo przeszklone, pudła z błyszczącego metalu, porządne wnętrza. No i sama jazda: moment ruszania i zatrzymywania jest tak płynny, że nie odczuwa się go zupełnie; bezszelestna jazda bez wstrząsów. Gdyby nie drążąca mnie zawiść, po 10 miutach już bym zasnął. Jak zwykle powtarzam swoją sentencję: trzeba pojechać na Słowację, aby zobaczyć do czego doprowadziły PKP nasze Władze kolejowe. Kiedy wreszcie ci ludzie staną przed sądem? Wysiadam w Starym Smokowcu (w starej literaturze tatrzańskiej funkcjonowała węgierska nazwa „Szmeks”). Jest późnawo, a ja jestem rozleniwiony długą jazdą elektricką, więc bezwstydnie pozwalam sobie na wjazd kolejką na Hrebienok.

Nie schodzę nad wodospady, ale kieruję się od razu w Dolinę Staroleśną (Velka Studena Dolina): mam sentyment do jej rozległości i otoczenia. Po drodze zwracam uwagę na ewentualne miejsca na dziki biwak w przyszłości. Tak wiele chodziłem po Tatrach, a nie przychodziło mi do głowy, że warto by systematycznie takie miejsca nanosić na mapę! Trzeba będzie poczytać pod tym kątem przewodniki taternickie. Mam pokusę zabiwakowania nad Vereskowym Plesom kilkanaście minut poniżej Zbójnickiej Chaty, ale ostatecznie rezygnuję z tego. Co prawda miejsce jest malownicze, ale jest to tuż obok uczęszczanego do późnego wieczora szlaku, doskonale widoczne ze ścieżki. Wyląduję więc dziś pewnie w schronisku, bo wieczór robi się chłodny, wysokość jest już znaczna, a ja na dodatek nie pamiętam jakie są dalej możliwości biwakowe. I tak się też stało: zwyciężyło lenistwo i brak wyobraźni, za co zresztą niezwłocznie zostałem ukarany. Zbójnicka jest już odbudowana po pożarze, w schronisku jest gorąco i parno, w jadalni wszystkie miejsca zajęte, nawet nie da się stanąć pod ścianą. Jest 19.30, podłoga będzie dostępna dopiero po 22... Po dwóch dniach kontaktu z rześkim górskim powietrzem, w schronisku niemal się duszę. Ponieważ w środku nie ma co sterczeć jak kołek, przenoszę się z kolacją nad stawek. Zapada powoli zmrok, robi się zimno (jest 2000 m npm), wychodzi pomarańczowy księżyc. Spaceruję w kółko przez ponad 2 godziny aby nie zanudzić się na śmierć. Ech, gdzież tamta wzniosła atmosfera wczorajszej księżycowej ciszy nad Batyżowieckim? Po kiego diabła pchałem się dziś do schroniska? Ponoszę słuszną karę za małostkowość i brak fantazji! Przypominam sobie te niezliczone koszmarne wieczorne godziny spędzone w zadymionej papierochami zatłoczonej jadalni Murowańca (to w mojej pamięci jedno z najohydniejszych schronisk!), w oczekiwaniu aż opryskliwe panie z recepcji łaskawie udzielą podłogi na korytarzu. W ogóle nie przychodziło mi w tamtych czasach do głowy, że o wiele sympatyczniej jest spać na dworze, i że w ogóle nie warto podczas dobrej pogody schodzić z gór na noc do schroniska. Że też młody człowiek był kiedyś aż tak głupi (najwyraźniej jednak nie zmądrzałem, skoro dziś wylądowałem znowu w schronisku). Jestem tak zmordowany tym czekaniem, że natychmiast zasypiam w korytarzyku - bo jest tak tłumnie, że w jadalni dla kilku osób  miejsca już nie starczyło.

Kilka minut przed 7 rano jestem już po śniadaniu (wliczone w cenę 180 Koron za nocleg na podłodze), szybkim marszem okrążam będące jeszcze w cieniu górne części Doliny Staroleśnej. Spieszy mi się, bo ruch po łańcuchu Czerwonej Ławki jest od wielu lat jednokierunkowy, a ja będę iść dziś „pod prąd”. Szlak wspina się niezbyt stromym trawersem w malownicze zbocza wśród coraz większych głazów. Coraz piękniejsze otoczenie wysokogórskie, panorama ogromnej Staroleśnej Doliny. Kilka znakomitych koleb (gdybym wiedział to wczoraj!). Najwyraźniej nie doceniłem dystansu: idę już półtorej godziny. Szlak gwałtownie skręca w lewo stromo na grzbiet, pierwsze krótkie łańcuchy ubezpieczają strome podejście piargiem, które może sprawiać kłopot przy oblodzeniu w zejściu. Po kilkudziesięciu metrach raptownie staję w maleńkiej szczerbie grani: Czerwona Ławka (Priecne Sedlo 2352 m). Raptowność zmiany widoku i wspaniałość otoczenia aż zapiera dech. Właśnie od dołu dochodzi po łańcuchu na przełęcz pierwsza para turystów z Chaty Teriego. Był to kiedyś najdłuższy łańcuch w Tatrach: 250 m na stromej ścianie. Szedłem tędy (w tym samym kierunku) ponad 20 lat temu i zrobił wtedy na mnie spore wrażenie. Dziś: po pierwsze, łańcuch składa się z kilku krótszych łańcuchów, dostrzegam także, że szlak poprowadzony jest trochę „na siłę” - w kilku miejscach mógłby iść po prostu żlebem, bez zabezpieczenia - szczególnie w górę. Niemniej, jest on piękny - prawie tak samo, jak nasza Orla Perć... Kiedy powoli, rozkoszując się widokiem i grzejącym już słońcem dochodzę w dolne partie łańcucha, od Teriego ruch gęstnieje; za godzinę może tu być już „tramwaj”, który zmusił kilka lat temu do wprowadzenia jednego kierunku ruchu. Ale moja trasa jest oczywiście atrakcyjniejsza i trudniejsza (jak zwykle w zejściu)...

Leżę na płycie w słońcu przez ponad godzinę. Niżej, ze 100 m przed dojściem do zielonego szlaku na Lodową Przełęcz, doskonała koleba na nocleg; trochę tylko blisko szlaku. Skręcam w lewo w górę doliny Pięciu Stawów Spiskich (Mala Studena Dolina). Nad Modrym Plesom znowu wylegiwanie w słońcu. Najwyraźniej lenistwo zawładnęło mną całkowicie: jest dosyć wcześnie, aby zmienić plany i pójść chociażby przez Zieloną Kieżmarską i Przełęcz Pod Kopą, ale magnes Jaworowej jest silniejszy... Podejście górnego odcinka na Lodową Przełęcz jest paskudne: idzie się uciążliwie stromym, osuwającym się co krok luźnym piarżyskiem. Wreszcie Lodowa Przełęcz i niezrównany widok na wspaniałą Dolinę Jaworową. W prawo bez szlaku: Mały Lodowy i Lodowy. Kilka lat temu cofnąłem się tam spod przewieszki i Lodowy ciągle na mnie czeka... Niech czeka, dla mnie są rzeczy ważniejsze niż adrenalina głupiej sportowej ambicji. Po kolejnej godzinie wylegiwania się w słońcu (na wysokości prawie 2400 m jest jednak chłodnawo), zaczynam nieco uciążliwe zejście. Po lewej wspaniale rzeźbiony mur Jaworowej Grani. To również historia taternictwa zakończona tragicznym wypadkiem Szulakiewicza i śmiercią legendarnego Klimka Bachledy. Schodzę ze szlaku w dół po głazach nad Żabi Staw Jaworowy, robię obiad. Wysoko nade mną piętrzą się ściany Jaworowego. Pierwotnie planowałem tu biwak, ale teraz wraca atmosfera najbardziej zagadkowej F tragedii tatrzańskiej, która właśnie tu się rozegrała. W sierpniowym (1925 r)  huraganowym deszczu i śniegu schodziła tu w dół trójka turystów pod opieką napotkanego taternika. Już po zejściu z Lodowej Przełęczy i pokonaniu najgorszego, w krótkim odstępie czasu bez żadnej widomej przyczyny zmarło tu trzech z nich. Przeżyła kobieta, a przyczyny tej ponurej tragedii do dziś są zagadkowe. Jakaś dziwna atmosfera tego miejsca... Nie jestem przewrażliwiony, ale pod pozorem zbyt wczesnej pory kontynuuję zejście w dół. Już po wejściu ścieżki w las, na jednej z Jaworowych Polan leżę w trawie patrząc w głąb Doliny Czarnej Jaworowej. Potem wracam i podchodzę ścieżką pod mały drewniany domek (TANAP-u?) 100 m od szlaku. Co prawda domek jest zamknięty, ale rozkładam się pod dachem małej werandy, robię kolację i szykuję biwak. Nadciągają chmury, zaczyna siąpić: miałem nosa, że nie zostałem nad Żabim Stawem. Noc spokojna, bez niedźwiedzi.

Od rana słońce, w czystym powietrzu wspaniałe widoki w tył, na Jaworowe. Schodzę do Javoriny, na cmentarzu obok ładnego drewnianego kościółka odnajduję chyba z 12 grobów Plucińskich! Nie ma kogo spytać, czy jest to jakieś pokrewieństwo. W sklepiku kupuję piwo na upominki, marsz do Łysej szosą, przejście granicy „z marszu”, mikrobus. Ale jest piątek i szosa zakorkowana: ci na Łysą czekają w kolejce blokując drogę tym na Palenicę. A ci ostatni jadą bezczelnie pod prąd lewą stroną wąskiej szosy. Do Zakopanego jedziemy moją ulubioną trasą: nie przez Bukowinę, ale Drogą Oswalda Balcera przez Zazadnię. Po drodze próbuję sformułować porównanie polskiej i słowackiej części Tatr. Polskie Tatry są rozpaczliwie maleńkie, zatłoczone i nadzorowane, tak że atmosfery swobody trzeba szukać u Słowaków. Ale pięknem nasze góry im nie ustępują: czegoś takiego jak Morskie Oko i Orla Perć tam nie ma. Granica naszych gór jest z reguły bardzo ostro zaznaczona w krajobrazie. Idąc ścieżką Pod Reglami po jednej stronie są zielone płaskie łąki Podhala, a po drugiej wyrasta las stromo podchodzący na stok. Na południu granica gór nie jest tak wyraźna. Niezwykła panorama roztacza się dopiero z Popradu: szerokie płaskie łąki z których wyrasta skaliste strome gniazdo gór. Podobną nieco panoramę tworzą z dystansu góry Grand Teton w USA.

W naszych Tatrach prócz wielkiego miasta jakim jest Zakopane z jego teatrem, kinami, knajpami, w zasadzie nie ma większych ośrodków. Po słowackiej stronie nieco podobną rolę pełni tylko Łomnica Tatrzańska (no, jest to 1/10 Zakopanego). Przysiółki wzdłuż elektricky to w zasadzie tylko sklepik, kilka pensjonatów w stylu c.k., oraz kilka domków... Po polskiej stronie jeszcze do niedawna komunikacja była wielce uciążliwą sprawą: zatłoczone do niemożliwości autobusy PKS, „rzygające” czarnym dymem spalanego oleju, pięły się powoli w stronę Kir, nie zatrzymując się na przystankach. Poważnie myślano o wprowadzeniu trolejbusów; teraz problem rozwiązały prywatne mikrobusy. Po słowackiej stronie komunikację załatwia elektricka.

W Zakopanem (i całym Podtatrzu) wszędzie spostrzec można istnienie folkloru góralskiego w postaci ubiorów, dorożek, handlu serkami i innymi wyrobami (często koszmarnymi!), a wreszcie wspaniałej starej drewnianej zabudowy.

No, jeszcze swego rodzaju folklorem może być chciwość górali, ich pijactwo i awanturnictwo, bezwzględny stosunek do zwierząt. Zupełnie mi podpadli swoim uporem w próbach zorganizowania Olimpiady w maleńkich naszych zadeptanych górach. Oraz genialnym pomysłem: olimpiadę zadedykować Ojcu Świętemu; każdy kto jest jej przeciwny - jest wrogiem Papieża...

 
Pewnie, że wiele z tego folkloru utrzymywane jest wyłącznie z powodów komercyjnych, ale po stronie słowackiej nic z tego nie uświadczysz, a miejscowości i sklepy w nich nie różnią się w zasadzie niczym od reszty Słowacji. Tak, że zmieniłem swoje zdanie i dostrzegam uroki polskich Tatr i Zakopanego. Górali również pomimo wszystko, bo na szczęście mają oni jeszcze inne cechy.

Ponieważ do odjazdu pociągu zostało trochę czasu, idę piechotą do Strążyskiej. Tłumy głupawych przypadkowych turystów są nie do zniesienia, na dodatek pogoda gwałtownie się psuje: robi się pochmurno i zimno.

Nie pójdę już do najukochańszej mojej doliny reglowej: Małej Łąki. Wracam jak niepyszny i naiwnie postanawiam przechytrzyć PKP. Zamiast zatłoczonym pociągiem do Gdańska, pojadę olsztyńskim, a nad ranem przesiądę się w Inowrocławiu. W Inowrocławiu mamy godzinę spóźnienia, ale pociąg na który liczyłem, jest spóźniony (na razie) 200 minut. Nie ma sposobu na PKP! Jakoś ląduję w Bydgoszczy, gdzie z nudów chodzę po uliczkach prawie 2 godziny. Wreszcie w południe wysiadam w Gdańsku.

Zastanawiam się, czy powinienem zachęcać do podobnego biwakowania w górach. Wrażenia są co prawda niezapomniane, ale szersze rozpowszechnienie tego byłoby dla Tatr zagrożeniem ekologicznym. Zważywszy, jak trudno mi namówić kogoś z moich znajomych do biwakowania na niżu, nie ma jednak obawy, aby więcej niż parę osób zdecydowało się na to w górach. Dla porządku: takie biwakowanie jest w zasadzie zakazane, i należy liczyć się z "pokutą" oraz wizytami filanców stałych lub dorywczych. Tym bardziej, im pogoda lepsza, a miejsce bardziej uczęszczane. Szczególnie w soboty i niedziele. Na wszelki wypadek warto do koleby dochodzić tuż przed zmrokiem, nie kręcić się na widoku w czerwonym sweterku - i ruszać wcześnie rano w drogę..

Tomasz Pluciński
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;