Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
TATRY Słowackie 2004

Opisany sposób chodzenia po Tatrach aż prosił się o kontynuację. Postanawiam w tym roku przejść kolejne odcinki. Z jednej strony rejon styku z Tatrami Bielskimi, z drugiej - doliny: Furkotną i Młynicę. Oraz przejście przez Rysy.

Pociąg przez Warszawę 18.06.2004 jedzie wyjątkowo pustawy; można więc pospać na leżąco, na dodatek czas jazdy jest krótszy o 2 godziny od jadącego 10 min później „hotelowca”, nie wspominając o kosztach (wniosek: PKP z właściwą sobie konsekwencją w przyszłym roku zapewne zlikwiduje to tańsze i lepsze połączenie). Przyjazd do Zakopanego także korzystniejszy: o 8 rano; można więc jeszcze wiele zdziałać tego dnia. Wędrówka na Krupówki: dokupienie Koron, drobne zakupy, busem za 5 zł. do Łysej, gdzie ok. 11 przechodzę granicę. W narastającym upale podchodzę do Javoriny: dalej na razie szlakiem jak do Jaworowej, a po pół godzinie skręcam w lewą odnogę, w Dolinę Koperszadów. Na razie droga przez las, od czasu do czasu daszki mogące być ew. awaryjnym biwakiem w deszczu. Po godzinie szlak wychodzi z lasu na hale; teraz dopiero trasa robi się atrakcyjna: po lewej wysoko sterczą charakterystyczne podcięte wapienne szczyty Tatr Bielskich: Murań i Havrań. No i nieprawdopodobnie bujna roślinność górskiej szerokiej łąki. Medidoly czyli Koperszady. Szlak podnosi się stopniowo skalistym zboczem; mnóstwo kwitnących i silnie pachnących goździków alpejskich. Przełęcz pod Kopą: szerokie trawiaste stoki, łąki tym razem porośnięte rdestem; w prawo niewyraźna ścieżka na Jagnięcy. Bardzo rozległy widok. Szlak schodzi w dół na oryginalny płaski taras porośnięty kosodrzewiną; między jej płatami płytkie stawki w torfowiskowym otoczeniu; zejście przez kosodrzewinę do schroniska przy Zielonej Kieżmarskiej. Jestem już podmęczony upałem, więc piwo (40 KS), i zaraz potem strome podejście żółtym szlakiem na próg doliny pod Jagnięcym. Jest to dolinka zawieszona jakieś 250 m nad Doliną Kieżmarską, od dołu niewidoczna, tuż pod imponująco wyglądającą z dołu, charakterystyczną majestatyczną Jastrzębią Wieżą. Nieco dalej, wysoko - spowity w chmurach, odsłaniający się chwilami szczyt Łomnicy, obok Durny (Pyszny). W dolince ładny stawek o średnicy ok. 50 m, płytki i usiany głazami. W górnej części stawku, nieco w prawo znajduję dokładnie to, czego mi dziś potrzeba: doskonałą, wyraźnie zagospodarowaną kolebę - jakieś 15 metrów od wody. Dno w miarę płaskie, jeden wylot osłonięty od wiatru ustawionymi ręcznie kamieniami, dość wygodne miejsce dla 2 osób. Powoli podchodzi kozica najwyraźniej zaciekawiona wieczornymi odwiedzinami; pozwala podejść na odległość ok. 15 m, potem spokojnie odchodzi. Kolacja; robi się zmierzch pogodnego wieczoru i nadciąga chłód. Wspaniała atmosfera spokoju, bardzo malownicze otoczenie. Kiedy w rozgrzanej kolebie jest cieplej niż na dworze, przenoszę się do środka. Noc spokojna i ciepła.

Wstaję po 6: zbocza dolinki w pomarańczowym świetle wschodzącego słońca, Łomnica w całej krasie. Brak porannej rosy. Przed 7 zostawiam spakowany plecak w kolebie, a sam „na lekko” ruszam na Jagnięcy. Na razie w głąb dolinki (niedaleko, wyżej drugi stawek, tyle że mniejszy i mniej malowniczo; być może także jest koleba pod którymś z głazów, ale nie tracę czasu na zejście). Szlak podchodzi bardziej stromo w ścianę; kilka łańcuchów na łatwej drodze: to raczej zabezpieczenie na śliską skałę po deszczu  lub przy oblodzeniu. Jestem na grani; teraz szlak przewija się i prowadzi jej drugą stroną: otwiera się rozległa panorama Tatr Wysokich, a również grzbietu Tatr Bielskich. Droga łatwa, a tuż przed lokalnym obniżeniem się w żleb, jakieś 5 minut przed szczytem Jagnięcego, po prawej w odległości kilku metrów duży płaski podparty głaz, który może być osłoną od deszczu. Innych podobnych miejsc po drodze raczej nie ma. Z Jagnięcego rozległy i urozmaicony widok; prawdopodobnie jest zejście bez szlaku na Kopske Sedlo. Powrót do koleby i z plecakiem schodzę do schroniska w Kieżmarskiej. Dalej żmudnym szlakiem w stronę Rakuskiej Przełęczy. Po kilkunastu minutach szlak mija po prawej stawek; po jego drugiej stronie najwyraźniej koleba, kilka metrów powyżej poziomu wody. Szlak wije się wśród zarośli kosodrzewiny, płasko i wilgotno. Dalej trasa wchodzi stromo w górę żlebem; nieliczne łańcuchy (potrzebne raczej tylko na wypadek deszczu lub oblodzenia). W górnej części żlebu tuż przy szlaku po lewej wlot jamy: osłona raczej na deszcz niż możliwość biwaku. Dalej zaczyna się seria zakosów; tak wychodzimy na Rakuską Przełęcz (w lewo 5 minut na Rakuską Czubę). Zejście w stronę pośredniej stacji wyciągu na Łomnicę ponurym pustkowiem usianym kamieniami. Okolice stacji wyciągu także nieprzyjemne: wałęsający się ludzie, którzy nie bardzo wiedzą po co tu się znaleźli. Buda Skalnata Chata. Dalej szlak po głazach stopniowo w dół, schodzi w las, potem coraz bardziej w dół w rejon wodospadów Wielkiej Doliny Zimnej Wody. Ja jednak nad same wodospady nie schodzę, podejście na Hrebienok. Jestem już zmęczony: poranne podejścia, spory kilometraż, upał, a w perspektywie jeszcze kawał drogi. Cały czas brak miejsc biwakowych. Na Hrebienoku obiad: hnedliki z gulaszem, piwo. I jak to po piwie: walę się w trawę na 45 minut sjesty. O 15 ruszam dalej: już słońca nie ma, ale ciepło i sennie. W połowie drogi do Śląskiego Domu w Wielickiej robi się pochmurnie i zaczyna pokropywać, a potem padać, ale jest ciepło. Do Śląskiego Domu dochodzę już w deszczu. Jeszcze raz tradycyjny górski napój: tym razem raczej aby rytualnie przeczekać deszcz. O 19 ruszam w kolejny odcinek: do Batyżowieckiego Stawu i tamtejszej pamiętnej atmosfery sprzed 2 lat. Dochodzę do koleby punktualnie o 20-tej: jest pochmurno, ponuro i zapada zmierzch. Wrzucam część rzeczy do koleby; wnętrze wydaje mi się teraz jakieś wyjątkowo nieprzytulne: od środka wieje wilgotnym chłodem. Szybko kolacja przy stawie; zmierzcha się, a prócz tego od dołu przywiewa chmury, wstaje dość silny wiatr. Podtatrze zaciąga się gęstymi zwałami chmur które nadspodziewanie szybko podbiegają do nas. Rozkładam się we wnętrzu już po ciemku. Nastrój nie ma w sobie nic z tamtego sprzed 2 lat: jest ponuro, stopniowo wszystko zasnuwają chmury; chłodno i wietrznie. A w nocy jest po prostu zimno, wilgotno i niewygodnie; co u licha, czy to samo miejsce?

Rano niewyspany budzę się z drzemki przed 7-mą: na zewnątrz mleko kompletne. Przed 8 usiłuję wyjść, ale na zewnątrz niespodzianka: pada deszcz. Deszcz stopniowo przestaje padać, a zaczyna lać... Co gorsza, po godzinie zaczyna w kolebie kapać. Po kolejnej godzinie ściekają już całe strugi wody. Ta koleba nie zdała egzaminu: bez płaszcza nie radzę tu spać. W dodatku wnętrze jest na tyle zwarte, że gromadzi się miejscami woda. Po 11-tej korzystam z przerwy w deszczowaniu, i zbieram się w dalszą drogę. Do Popradzkiego (i Szczyrbskiego) nie ma co iść: po pierwsze jest to parę godzin drogi, w tym czasie przemięknę doszczętnie, a dalsze plany i tak wyglądają mętnie. Niedaleko za Batyżowieckim od Magistrali odchodzi w lewo w dół, żółty szlak na Vysne Hagy. Po godzinie szlak prowadzi już lasem. Jakieś pół godziny przed torem elektricky, na skraju pasa łąk i lasu, w bardzo ładnym miejscu stoi zadaszona altanka. Warto to podkreślić, bo na Słowacji (i w Czechach) jest to ewenement. W odróżnieniu od Polskich gór, tu nie ma zwyczaju budowania jakichkolwiek podobnych zadaszeń. Ponieważ do Vysnich Hagów nie ma co schodzić podobnie jak do Szczyrbskiego, a robi się znowu pochmurno i zaczyna padać - decyduję się tu czekać na zmiany na lepsze. Całe popołudnie i wieczór popaduje albo pada, pogrzmiewa. Przez radio słucham trochę muzyki ze słowackiego odpowiednika naszego II PR: Brahms (a mogło być gorzej: Beethoven albo nawet Bacewiczówna...). Mijają mnie nieliczni turyści. Na bocznej balustradzie zawieszam płachtę od ew. deszczu, a sam układam się na ławce. Tym razem w nocy jest mi ciepło i dość wygodnie.

Nad ranem budzi mnie zacinający deszcz i potężne dmuchnięcia wiatru. Niebo kłębi się przelatującymi chmurami we wszystkich możliwych kierunkach: czegoś takiego nigdy nie widziałem: prawdopodobnie gnane z północy chmury opływają Tatry i tu, od południe zawirowanie wsysa je tu właśnie w głąb gór. Nie da się spać, bo co trochę muszę łapać zdmuchiwaną płachtę, a górą i tak przewiewają rozbryzgi deszczu. Zły robię śniadanie. Niebo nie zapowiada nic dobrego. O 10-tej korzystam z chwili przerwy i schodzę szybko do Hagów do elektricky. Nie chcę rezygnować i daję Opatrzności (a może Opaczności?) szansę: jadę do Szczyrbskiego. W Szczyrbskim tylko trochę lepiej: chwilowo nie pada, ale jest ponuro i pochmurno, silny wiatr. Idę do wyciągu na Solisko: nieczynny właśnie z powodu silnego wiatru. A gdyby nawet, to Solisko jest w chmurach, a wyższe partie Furkotnej zupełnie niewidoczne. Nie zaryzykowałbym pójścia tam na niepewny nocleg na 2000 m. Podchodzić w stronę Rysów także nie ma po co: czeka mnie ewentualne zejście ponad 1000 m. w zimnym wietrze dość stromym, śliskim od deszczu szlakiem, do Morskiego. Zejście powolutku, ze 3 godziny. Rezygnuję też z próby podejścia w dolinę Młynicy, bo znowu pada. Co prawda co jakiś czas się na chwilę przejaśnia, ale tylko na moment. Prognozy na następny dzień są zachęcające, ale mój czas się kończy, a i psychicznie mnie podłamały te prawie 2 doby niepogody. Ze złości idę tradycyjnie do baru w Obchodnim Domu na równie tradycyjne: krkovicka z kapustou a hnedlikami, porcja słowackiej i czeskiej specjalności: jednej z niezliczonych sałatek warzywnych na wagę, piwa oraz wielkiego ciastka z kremem i brązowym kruchym i słodkim „glancem”. Tuż po 13-tej elektricka z przesiadką w Szmeksie do Tatranskej Lomnicy, pół godziny potem autobus do Łysej. Ten powrót przez Łomnicę autobusem ma tradycyjnie cechy porażki lub dezercji: w dobrym stylu jest wracać przez góry: albo przez Rysy, albo Polski Grzebień i Białą Wodą, albo Jaworową (byle nie tak jak Kasznicowie!) lub przez Koperszady... Na szczęście (?) robi się granatowo i leje tak, że przez szyby nie widać nic - mniejszy żal i mniejsza złość na złośliwość sprawców niepogody.

W Zakopanem przejaśnienia. Na stacji kompletny bałagan informacyjny: pociąg do Gdyni i Olsztyna nie ma tabliczek odróżniających obie części składu, a niema nikogo kogo można spytać. Tym razem robię awanturę u Dyżurnej Ruchu. Dlaczego u Czechów i Słowaków tak prostą rzecz można rozwiązać nawet za pomocą napisu kawałkiem kredy na peronie? Na dodatek plansza w gablocie z zestawieniem wagonów podaje odwróconą informację. Jako usprawiedliwienie Dyżurna z całym spokojem mówi: „bo nikt nie zgłaszał zastrzeżeń”. To właśnie mnie wkurzyło. Tym razem pociąg jest dość pełen, ale jakoś udaje mi się na leżąco dojechać do Gdańska.

Wyprawa była nieudana (nie przeszedłem planowanych odcinków, paskudny deszcz), ale kondycja doskonała, dolegliwości barku i stopy się nie odzywały, przygotowanie wyposażenia dobre. Szczególnie zdał egzamin najnowszy wynalazek: mini-zestaw do grzania na gazie. Zabrałem dwie buteleczki propanu, po 100 ml. Zużyłem jedną z nich: wystarczyła na oszczędne grzanie przez 3 dni (2 razy dziennie herbata i błyskawiczna zupka).

Tomasz Pluciński
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;