Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
ALPY 2005

Wyjazd w czwartek 28.07 ok. południa, w deszczu; w Warszawie nawałnica. Na Ursynowie po południu zabieramy Jacka (bratanka Krzysztofa); trasa na Częstochowę; noc w Jurze - na skraju znajomej łąki 2 km za ruinami Olsztyna.

piątek 29.07 Rano na Kędzierzyn-Koźle, Głubczyce: w upale granicę przechodzimy w Krnovie. Po prawej pozostaje wyniosły wał Jesioników. Po drodze mijamy oryginalny zamek Sovinec/Eulenburg: trzeba by go nazwać zamkiem krzyżackim, bo to dawna siedziba zakonu krzyżowego.

O Czechach mogę myśleć tylko z sympatią: interesujące krajobrazy, życzliwi ludzie, lepsze niż w Polsce drogi, brak porozbijanych na środku drogi butelek po piwie i brak wyrostków zaczepiających wszystkich dokoła, brak spray’ów na murach i brak kretyńskiej dewastacji wszystkiego, co tylko da się rozbić i zniszczyć. To nie Polska; kiedy to myśmy stali się enklawą chamstwa w Europie? Pierwsze scysje z Romkiem, który patriotycznie usiłuje zaprzeczać faktom. Po południu kierujemy się na Tabor; tu zaczynają się znajome nazwy: Milevsko, Putim, Pisek, Czeskie Budziejowice: toż to właśnie tu było Budziejowickie anabasis Szwejka! W Szumawie szczególnie ładne widoki; na noc rozkładamy się u podnóża zalesionego wzgórza, na skraju pola kukurydzy, która skutecznie zasłania samochód.

Kartofelki z przysmażaną cebulą i konserwą. Na południowym zachodzie daleko gdzieś w stronie Monachium zaczyna się błyskać: zbliża się do nas potężna burza. Po zmroku raptownie uderza nawałnica deszczu z wichrem; jest tak gwałtowna, że wyciągniętą stopą chwytam i blokuję górę masztu namiotu, aby go nie pogięło. Wiatr i tak rozerwał nam tropik; woda wlewa się do środka błyskawicznie: w ciągu 3 minut zbiera się sporo wody. Nawałnica ustaje raptownie, co wykorzystujemy na odbudowę namiotu, bogatsi o świadomość, że wszystkie linki należy mocować do śledzi.

sobota 30.07 Na przejściu granicznym Niemiec patrzy nieufnie na pordzewiały samochód z zestawem skrzynek i bagażnikiem na dachu; każe zjechać w bok. Interesuje się bieżnikami opon i upewnia się o stanie hamulców: jest to więc objaw czystej życzliwej troski o bezpieczeństwo dziwacznych turystów. Zwiedzamy Passau: spore miasto wyrosłe na skrzyżowaniu odwiecznych szlaków handlowych nad Dunajem. Szacowne zabytki, ładne krajobrazy.

Szczególnie interesujący jest zespół Katedry z grobowcami. Muzeum biskupie, liczne stare zaułki. Na murach nadrzecznych budynków zaznaczone poziomy dawnych wód powodziowych

Wjeżdżamy w Alpy i do Austrii doliną rzeki Saalach. Przed nami kilka usytuowanych równoleżnikowo pasm. Pierwsze, Alpy Salzburskie przejeżdżamy jedną z dwóch, rozcinających je głębokich dolin polodowcowych. Przed nami  Wysokie Taury, tworzące z Alpami Zillertalskimi 85 kilometrowy mur grani głównej.

Na południe można przejechać tunelem, albo (również płatną) przełęczą Hochtor (2572 m.). Zaplanowaliśmy przełęcz licząc na rozległe widoki i ewentualną wycieczkę w jej rejonie. Niski pułap chmur nie daje szans na żadne widoki, a do tego zimno - rezygnujemy. Zatrzymujemy się przy przydrożnych stolikach, przy których siedzi kilkoro sympatycznych Kuwejtczyków, których zagaduje Romek. Robimy przysmażony gulaszyk z puszki sprzed roku, na którą wydaje się nadepnął koń, a którą Krzysztof ocenia jako bez zarzutu, a Kuwejtki częstują nas swoimi placuszkami. Wycofujemy się i przejeżdżamy na drogę do tunelu. Noc na bardzo sympatycznym rest area (parkingu) kilka kilometrów przed tunelem. Siąpi deszcz, jest chłodno (to ciąg dalszy tamtej nawałnicy z Szumawy), ale my mamy zadaszone pomieszczenie ze stolikami i ławkami; bieżąca woda, WC...

Tunel kosztuje 10 euro (mniej niż przełęcz).

Jesteśmy we wschodnim Tyrolu, kameralnej, śródgórskiej krainie. Pogoda wyraźnie lepsza niż z tamtej strony. Msza w Matrel i zjazd do Pustertal, rozległej kotliny na granicy austriacko - włoskiej. Przed nami następna bariera, choć nie tak wysoka jak grań główna, i z kilkoma przełęczami komunikacyjnymi; jest to 1500 kilometrowy pas gór wapiennych nie przepuszczający żadnej rzeki na południe od Bosforu na wschodzie, po przełom Adygi po zachodniej stronie Dolomitów. Przełęczą Montecroce Comelino (1696 m.) pomiędzy Dolomitami i Karniszami (nazwa wywodząca się od ludu Carni zamieszkującego te tereny zanim Rzymianie ich nie “zasymilowali”).

Po nieznacznym obniżeniu wracamy wąską drogą do góry na stoki Karniszy nad przełęczą. Zatrzymujemy się na kameralnym parkingu przy Cas. Coltrondo (1880 m.), bacówce prowadzącej wypas i schronisko. 

niedziela 31.07 Rano zjazd do miasteczka na mszę - wcale nie takie to łatwe w tej katolickiej Austrii, bo tu etniczna i religijna mieszanka. Jedziemy w Karnisze karkołomną (gruntową) drogą: z moich znajomych tylko Krzysztofa stać na taki wyczyn. Robię się osowiały; błąkają się paskudne wspomnienia o jakichś wyjątkowo wstrętnych konserwach na które nadepnął koń... Parkujemy wysoko przy schronisku, skąd rozbiegają się szlaki. W okolicy podczas I wojny światowej utrzymywał się długo front włosko-austriacki. Jest popołudnie, towarzystwo wybiera się na dalszy rekonesans, ale ja decyduję się poleżeć w leżaczku niedaleko, w bujnych borówczyskach na skraju malowniczego torfowiska. Pamięć o konserwie robi się wręcz nienawistna; zwalczam ją sulfaguanidyną. Niedobrze: zaczynam dygotać i wkładam puchową kurtkę - niewątpliwe zatrucie z gorączką. Wraca towarzystwo z rekonesansu; rozbijamy w rozpoczynającym się deszczu dwa namioty jakieś 100 m od schroniska.

poniedz. 1.08  Rano pogoda się poprawia, moje dolegliwości ustępują; idziemy do pobliskiego fortu włoskiego; ładne widoki na pobliskie Dolomity; robimy dłuższą pętlę po okolicznych wzgórzach.

Po powrocie podczas pokrzepiania się przy stolikach podchodzą z pobliskiego schroniska dwie białe kozy, które bezceremonialnie włażą na ławki i sięgają pyskiem do talerzy. Po południu zjeżdżamy  w stronę Dolomitów Sesto.

Uwagi Krzysztofa:

   DOLOMITI DI SESTO       1– 4. 08. 2005 r.  

Dolomiti di Sesto to, nie tylko według mnie, jest najpiękniejszy masyw Dolomitów. Poza tym to kolebka nowożytnej turystyki tego regionu. Północne stoki masywu odprowadzają wody opadowe Drawą do Dunaju i dalej do morza Czarnego, południowe rzeką Piave do Adriatyku  koło Wenecji. Deszcz  padający  na zachodnie stoki też trafi do Adriatyku, ale dopiero po okrążeniu pozostałych  Dolomitów, dol. Landro na północ, dol. Puster na zachód, Adygą na południe poza Alpy i na wschód doliną Padu. Grań oprócz wododziału jest granicą pomiędzy Górną Adygą  (Tyrol) na północy i Wenecją Euganejską na południu. Ta granica była w latach 1914 – 1918 frontem zaciekłych walk pomiędzy Austrią i Włochami. Walki nie dały zwycięstwa  żadnej stronie, dopiero traktat wersalski przyznał Górną Adygę Włochom. Pomimo upływu 90-ciu lat pamiątki tamtych wydarzeń są wszechobecne.

Pod południowo wschodnim krańcem masywu leży miasteczko Auronzo, pełne uroku i z wspaniałym widokiem na góry. Po kilku kilometrach szosą 48 na zachód skręcamy w dol. Marzon, nie zamieszkaną, na dole porośniętą dostojnym lasem świerkowym, po bokach ograniczona 1000 m. wapiennymi turniami, na wprost widać odległy symbol Dolomitów baszty Tre Cime di Lawaredo. W miejscu rozgałęzienia dolin jest rozległa, nasłoneczniona polana Cason de la Crosera. Tu zostajemy. Przy jedynym, niedużym, zamkniętym budynku (baza imprez plenerowych ?)

pożyczamy przenośny stół i dwie ławki, grzejemy kolacje i wodę na kąpiel Krzysztofa; Tomek, Romek i Jacek zadawalają się zimnym potokiem. Polana była bazą dla kilku tysięcy (?) włoskich żołnierzy obsługujących front na sąsiednich graniach. Pozostały tylko wyrównane platformy pod baraki, na polanie i w przyległym lesie, dwie betonowe studnie (umywalnie) oraz rozchodzące się w trzy doliny szutrowe drogi, obecnie nie przejezdne ale z czytelnym niegdysiejszym rozmachem. Kilka lat temu w schronisku w dol. Campo di Dentro po przeciwnej stronie masywu widziałem zdjęcie analogicznego austriackiego obozu – monstrum. Wieczorem przy studni staje nasz namiot, a ok. 150 m. przy swoim aucie rozbija igloo inny turysta. Nie spodziewałem się aż takiej kameralności!

Rano zwijamy obóz. Bierzemy śpiwory, karimaty i trochę prowiantu, reszta zostaje w “Passacie” i po śniadaniu ruszamy w góry. Po nieznacznym cofnięciu się doliną podchodzimy szlakiem 106. Najpierw stromo przez zwarty las bezpośrednio stokiem doliny Marzon, dalej stromo ograniczoną skałami, luźno zadrzewioną gardzielą na próg wiszącej dolinki (700 m. podejścia). Val del Marden wyjątkowo wąska, piarżysta, ograniczona prawie pionowymi urwiskami i stromo prowadząca nas w górę następne 700 m. na piarżystą galerię pod zachodnimi ścianami Croda dei Toni (3094 m.), najwyższego w głównej grani masywu. Niesamowity mur skalny

wyrastający z mini-płaskowyżu 500 m. pionowymi ścianami zbudowanymi z wyraźnych, poziomych warstw wapiennych; dla nas nie do zdobycia, ale chcemy go okrążyć po okalających go piargach i trawkach. Jeszcze 100 m. do góry piargami w prawo pod kolosem i osiągamy siodło del Angel (2578 m.) oddzielające od Croda dei Toni szczyt Punta del Angel (2736 m.) dominanta grani pod którą podchodziliśmy doliną del Marden. To 1500 m. podejście południowym stokiem dało się nam we znaki, zwłaszcza ja ledwo się dowlokłem, a tu niebo się zaciągnęło i mży. Szczęśliwie to kres dzisiejszego etapu. Na przełęczy stoi biwak, obita blachą drewniana buda wielkości przedziału kuszetki z podobnie rozmieszczonymi pryczami (przejście można sprytnie zabudować dodatkowymi siatkami tak, że powstają trzy trzylegowiskowe poziomy) wyposażona w materace, koce, poduszki (!). Po regeneracyjnej drzemce wyruszam po wodę. Narysowany na mapie strumyk wzdłuż podejścia okazał się żartem kartografów. W okolicy nie ma żadnego źródełka, ale 50 m. niżej, pod urwiskiem, pomimo, że to południowe zbocze, leży płat śniegu. Wymieszany z sokiem malinowym cudownie gasi pragnienie i orzeźwia. Jeszcze godzina i przejaśnia się, wychodzimy. Z drugiej strony dociera na przełęcz dwoje Francuzów, też z zamiarem nocowania w biwaku. W okolicy widać wykute w skałach stanowiska dla żołnierzy, pomimo, że od Austriaków osłania mur Croda dei Toni liczono się zapewne z możliwością przejścia przez nią oddziału alpinistów. Ścieżka którą przyszliśmy była na pewno drogą zaopatrzeniową stanowisk bojowych na łatwych przełęczach po wschodniej i zachodniej stronie kolosa. Razem z Jackiem dla widoków i satysfakcji wspinamy się na Puna del Angel, Tomek z Romkiem zwiedzają niższe okolice biwaku. Po kolacji idziemy spać, my na dwóch dolnych piętrach, Francuzi na górze. Kłaść się i wstawać trzeba na raty. Ze względu na skąpość miejsca dopiero jak pierwsza dwójka się ułoży wejść może druga para, a potem następni.

Pomimo ochłodzenia po deszczu noc w biwaku była ciepła i wygodna. Rano w dwóch ratach wstajemy i wychodzimy zostawiając Francuzów. Śniadania nie ma gdzie zjeść, w biwaku za ciasno, a na zewnątrz za zimno. Kilka ptiberów i w drogę (szlak 107). Przed nami jedyna grań opadająca z Croda dei Toni. Żeby przejść na drugą stronę trzeba zejść prawie 600 m. szerokim piarżystym żlebem. Przy schodzeniu taki średnio gabarytowy piarg jest sprzymierzeńcem, kiedy po kroku jeszcze kawałek zjeżdża się z kamieniami, trzeba  tylko się tego nauczyć. Ale nie chciał bym tędy podchodzić tak jak wczoraj robili to Francuzi. Szlak wyprowadza nas ze żlebu w lewo na trawiaste półki trawersujące, a następnie prowadzące w górę do żlebu którym osiągamy prz. Maria (2351 m.) w opadającej jeszcze daleko w dół grani. Jesteśmy na najwyższym piętrze dol. Giralba na dnie rozległego cyrku lodowcowego, są tu nawet dwa stawki. Po lewej piętrzą się wschodnie ściany Croda dei Toni, przed nami schr. G. Carducci, a za nim szeroka prz. Giralba w głównej grani (2431 m.). W schronisku jemy zaległe śniadanie, spagetti z sosem, i w drogę (szlak 103). Podejście na przełęcz symboliczne – 150 m. Na przełęczy liczne, ale źle zachowane pozostałości włoskich umocnień. Skręcamy na zachód i po niewielkim obniżeniu się trawersujemy po piargach, pod północnymi ścianami dei Toni, a ponad dol. Fiscalina. Jeszcze piarżyste, 250 m. podejście i wracamy na główną grań z drugiej, zachodniej strony dei Toni, na prz. Croda dei Toni (2524 m.). Stąd widać biwak w którym nocowaliśmy, ale pętli nie będziemy zamykać. Kierujemy się na zachód (znowu szlak 107 ale teraz w przeciwną stronę), teraz wyjątkowo płasko zakończoną, łatwą granią. Ścieżka to dawna droga wzdłużfrontowa poprowadzona trawersem tuż poniżej grani tak by była osłonięta przed austriackim ostrzałem. Koło 18 tej w schronisku Ploan di Cengia pytamy o dobry na biwak schron wojenny. Życzliwy młodzieniec informuje Jacka o kilku obiektach, ale albo ostrzega przed niskim komfortem, albo sugeruje spore obniżenie się, ostrzega, również przed możliwą burzą w nocy. Pomimo niepewnej pogody Krzysztof nakłania do dalszego marszu, obiecując nocleg w galerii pod Monte Paterno. Przełęcz di Toblin (2400 m.) i dwie opadające z niej doliny; Val Fiscalina na wschód i Val Rinbon na zachód rozdzielają masyw Sekster na dwie części. Grań południowa którą idziemy to stanowiska Włochów, północna obsadzona była wojskami cesarstwa Austro – Węgierskiego. Walczyli tam również Polacy z Galicji. Nad przełęczą od południa wznoszą się poszarpane granie Monte Paterno (2744 m.). Aby skutecznie i bezpiecznie ostrzeliwać przeciwników Włosi wykuli pod górą tunel ze stanowiskami ostrzału bezpośrednio nad przełęczą.

Spory fragment tego tunelu jest udostępniony i poprowadzony jest nim szlak z przełęczy na szczyt. Tam chcemy dziś nocować. Aby tam dotrzeć ruszamy ze schroniska, dalej granią na zachód. Początkowo starą drogą trawersującą tu jeszcze obłą grań, następnie, również ex-wojenną ścieżką pod skalistymi już turniami. Zaczyna się ekspozycja i zabezpieczenia: stalowe liny wzdłuż ścieżki, drabiny na stromych zejściach i podejściach. To Via Ferrata della Forcella (Ferrata – od żelaznych ułatwień, zabezpieczeń; Forcella – od licznych szczerbin między turniami). Podczas wojny oprócz tego stopniowo wznoszącego się trawersu były liczne odgałęzienia pionowo w górę na stanowiska na turniach. Wiszą jeszcze gdzieniegdzie pordzewiałe liny. Na mnie duże wrażenie wywarł sąg drewna opałowego (?) pozostawionego w 1918 r. przy ścieżce, na jednym ze stanowisk w szczerbie grani. Ostatnie wcięcie grani przed szczytem to przełęcz d. Camoscio (Gamsscharte) 2650 m. Schodzimy z niej na północ stromą, ubezpieczoną, piarżystą rynną 70 m. gdzie szlak powiększonym otworem strzelniczym wchodzi do obszernego stanowiska ogniowego wspomnianego tunelu pod Monte Paterno. Podłoże wyścielone drobnym grysikiem, sucho, czysto. Karimaty i śpiwory bo zmierzch już tuż-tuż.

Noc był wyjątkowo zimna, Jacek nam mocno przemarzł (ciepły śpiwór na takich eskapadach to podstawa). Tunel łagodnie obniża się (równolegle z granią). Mijamy jeszcze kilka stanowisk skierowanych, to na lewo, to na prawo. Otwory strzelnicze wpuszczają trochę światła, ale latarka jest pożądana. Wyjście z tunelu blisko przełęczy di Toblin, a tuż obok duże schronisko A. Locatlli (Drei Zinne Hutte). Jadalnię otworzą za 20 minut, o 8-ej, ale już rozgrzaliśmy się ruchem i słońcem. Docierają tu również znajomi Francuzi (spali w namiocie nad pobliskim jeziorem). Śniadanie częściowo schroniskowe, częściowo własne i bez plecaków ruszamy na niedaleką, niewysoką i obłą tutaj grań północną Alpe Mattina zwiedzić stanowiska austriackie.

W 1996 dotarłem tu z synami od północy  doliną Campro di Dentro, szlakiem 105. Jest to wariant godny polecenia. Stąd chyba najwspanialszy widok na Tre Cime di Lavaredo (3000 m.) Pomimo, że to geologiczny krewniak Croda dei Toni i tak samo stoi, obsypany u podstawy piargami, na starszych i rozleglejszych wapieniach, na 500 m. ścianach jego baszt, ledwo czytelne są poziome warstwy. Krzesane te ściany upodabniają je do gigantycznych kryształów.

Między nami rozpościera się  2,5 kilometrowa trawiasto-piarżysto niecka obniżona zaledwie 100 m. Pośrodku rozrywa ją kanion o 300 m. ścianach (dna stąd nie widać) i ok. 1000 m. szerokości, opadający na zachód. To Valle di Rinbon. Tre Cime di Lavaredo to ostatni szczyt grani, od Monte Paterno oddziela je szeroka i łatwa przeł. Lavaredo (2454 m.). Po zabraniu plecaków przez nią przechodzimy  na południową stronę. Szerokim tarasem docieramy do hotelu - restauracji Rif. Auronzo (2320 m.) przy potężnych parkingach kończących płatną, turystyczną drogę, dochodzącą tu od południowego – zachodu. Już na dojściu tłumy, pomimo silnego, zimnego wiatru. Po ogrzaniu się i przekąszeniu własnych prowiantów (ceny astronomiczne) Romek z Tomkiem schodzą do auta, bezpośrednio doliną (szlak 104), ja z Jackiem chcemy maksymalnie wykorzystać wysokość. Z  przełęczy na której jesteśmy na południe biegnie grań do odległych 4 km. wierzchołków (2839 m.), Gruppo dei Cadini. Grań początkowo trawiastymi upłazami opadająca na zachód, od wschodu stromo podcięta. Szlak 117 zamiast łagodną granią przebiega wykutym poniżej na wschodniej ścianie, ubezpieczonym trawersem (Sentiero Bonacossa). Pomimo pewnego oddalenia od linii frontu z pewnością to militarne przedsięwzięcie. Pomimo, że dzisiaj nikt do nas nie strzela, wdzięczni jesteśmy budowniczym za skuteczną osłonę od wiatru. Ferrata obniża nas pod skały i już po trawkach osiągamy przeł. de Rinbianco (2176 m.). Z pomiędzy turni szczytowych opada trzema piętrami dolina rozcinająca masyw na dwie części. Dwa, górne piętra skierowane na północ, trzecie (Val de Cianpedele), którego górę właśnie trawersowaliśmy skręca łukiem na wschód i łączy się z Val Marzon. Na poziomie obydwu progów są szerokie okna na zachód (ujścia dawnych odgałęzień lodowca). Z dolnej, progowo – okiennej łąki podchodzimy już kamiennym środkowym piętrem doliny na górny próg (2367 m.). wstępujemy do schr. Fronda Savio ogrzać się przy kawce. Z powodu niesympatycznego przyjęcia, a zwłaszcza obrzydliwej wywieszki przy plenerowych stołach “NO PICNIK” nie zarobią 2 euro od nas (może i 3 bo Jacek z pewnością zamówiłby capucino). Szlak 116 wprowadza nas do najwyższego piętra doliny głęboko (300-400 m.) wciętego pomiędzy turnie, surowego i dostojnego. Podziwiamy 400 m. ferratę na C. Cadin N. poprowadzoną prawie pionową ścianą i grupę turystów wysoko na jej drabinach. Po śniegu i piargach osiągamy wąską przełęcz (ok. 2700 m.). Pięknie, ale zimno i silny wiatr. Pomiędzy turniczkami ubezpieczona ścieżka sprowadza nas na południową stronę na piargi, a dalej na trawki i łąki; pojawiają się drzewa, a nawet krowy. Na przeł. Maraia (2100 m.) w cichym z rodzinną atmosferą schronisku Citta di Carpi pijemy zaległą kawę i zasłużenie odpoczywamy. Z przełęczy wprost na polanę Cason de la Crosera sprowadza Val d’Onge (szlak 121), ale to jeszcze ponad godzina zejścia. Koło 20-tej jemy czekającą na nas kolację i na starym miejscu przy studni rozbijamy namiot.

Pięknie położone Auronzo: na skraju jeziora zaporowego z zaporą, ładna sylwetka typowo włoskiego miasteczka na tle smukłych szczytów Dolomitów daleko i wysoko; jutro tam pójdziemy.

Jedziemy dłuższą drogą w stronę znanego schroniska Rif. Auronzo; tylko, że nasza droga kończy się ślepo. Znajdujemy niezłe miejsce na polance niedaleko strumienia na terenie danego obozu wojskowego z I wojny światowej. Pokrzepiamy się długo, myjemy i biwakujemy.

2.08 wtorek  Rano zwijamy obóz i - z wyposażeniem na 2-3 dni w plecakach, rozpoczynamy w pięknym słońcu uciążliwe podejście żlebem wysoko w góry. Po 2 godzinach wychodzimy ze żlebu do szerszej doliny zasłanej skalnym rumoszem; chmurzy się, a nasza droga idzie coraz bardziej w górę. Wczesnym popołudniem osiągamy rozejście dolinek, a nasza trasa podchodzi na przełęcz, nad którą piętrzy się potężny wapienny filar podobny nieco do Raptawickich Turni z Kościeliskiej - tyle, że z 5 razy większy. A w szczerbie przełęczy umocowane linami Bivacco w postaci czerwonego blaszanego beczkowatego schronu. Przy dojściu do bivacco del Toni, wśród rumoszu i biało-szarych skał liczne kępy kwiatów niebieskich, białych, żółtych, fioletowych, czerwonych ... Delikatne i wytrzymałe przyciągają nieliczne owady. Tych kwiatów będzie mi najbardziej po powrocie brakować.

Maleńki, ale jest tu 6 łóżek, duży zapas koców, poduszek (!), trochę jedzenia, świeca, pudełko po prezerwatywach (puste). Jednym słowem: wszystko to, "co na gwałt potrzebne".

Tyle, że można było jeszcze zadbać o chwytanie wody deszczowej, bo w wapiennym otoczeniu wody nie ma nigdzie, a pić się nam chce okrutnie. Znajdujemy łachę śniegu 20 minut niżej, pod owym potężnym przewieszonym filarem. Po drzemce wychodzimy na dwór: przewiewa chmury; w jednym kierunku niesamowite kształty szczytów Tre Cime,

w drugim - w dole daleko nasze miasteczko Auronzo nad jeziorem. Dochodzi jeszcze dwójka Francuzka i Niemiec: będzie więc komplet. Krzysztof z Jackiem idą na pobliski szczyt w celach widokowych; ja wycofuję się, bo mam wyjątkową awersję do chodzenia (a szczególnie schodzenia!) bez szlaku po nachylonych półkach pokrytych wapiennym rumoszem. Noc pomimo wysokości ciepła, ale duszno jest piekielnie w tym pudełku sardynek.

3.08 środa Rano zostawiamy tamtą dwójkę, która nie spieszy się ze wstawaniem i pewnie znajdzie sposób na przedłużenie i urozmaicenie sobie poranku (mają to w oczach). Zaczynamy schodzenie ni to żlebem, ni to doliną. Zejście wyjątkowo uciążliwe z powodu stromości i luźnego wypełnienia szerokiego żlebu: krok w dół - i zjeżdża się wraz z rumoszem 3-4 kroki, jak na nartach. Coś takiego, jak schodzenie z Lodowej Przełączy do Teriego, tyle, że jeszcze stromiej - no i z 10 razy dłużej. Po godzinie tego paskudztwa szlak trawersuje na lewe skalne zbocze doliny i wspina się niezbyt trudną ferratą w lewo na krawędź. Otwiera się widok na sąsiednią dolinę ze schroniskiem i stawkiem. Pogoda niezbyt klarowna, chociaż nie pada. Dochodzimy do schroniska, gdzie Jacek zostaje opryskliwie potraktowany w sprawie ładowania komórki. Jemy spaghetti i idziemy dalej. W okolicy liczne ślady wojenne: zwoje przerdzewiałego drutu kolczastego, okopy, pordzewiałe puszki, blachy, a na progu schroniska mini-zbiór wojennego złomu w postaci odłamków szrapneli. Podchodzimy na przełęcz, a za nią znajdujemy szczególnie rozbudowany system okopów, rowów łącznikowych itd. Dochodzimy do kolejnego schroniska, gdzie zaczynamy zastanawiać się nad nocą. Pogoda coraz bardziej niepewna; Jacek nie jest zachwycony możliwością burzy w górach. Krzysztof przypomina sobie, że tuż obok zaczyna się kilkusetmetrowa sztolnia wydrążona stromo we wnętrzu jednej z gór: tam będzie idealne miejsce na noc. Idziemy już dość długo, a zamiast sztolni napotykamy głęboką rozpadlinę, w którą schodzi się stromo ubezpieczoną ferratą, i równie stromo podchodzi. A sztolni ciągle nie ma... Dalszy szlak daje dęba: prowadzi krawędzią grzbietu wapiennych filarów i półkami o dużej ekspozycji. Widoki robią się niezwykle piękne, trasa poprowadzona jest znacznie atrakcyjniej niż nasza Orla Perć: znaczna ekspozycja, wokół potężne wapienne ściany. Cierpię, bo nie mogę robić zdjęć z powodu braku szerokokątnego obiektywu, a standard jest w tej scenerii bezradny. Idziemy tak już ponad 2 godziny, trasa coraz piękniejsza a sztolni ciągle nie ma. Wreszcie eksponowana przełęcz, z niej strome ubezpieczone zejście kilkaset metrów; i wreszcie już w niższej partii dochodzimy do szerokiego okna wejściowego, a sami lokujemy się w tunelu. Został on wydrążony przez Włochów podczas I wojny wewnątrz ściany, na długości kilkuset metrów; ma wysokość ok. 2 m i co kilkadziesiąt metrów wykute okna służące zarówno do wentylacji, jak i ostrzału. Szaleństwo! My układamy się na płaskim dnie pokrytym drobnym żwirem.

Jest nieco wilgotno i nieco chłodno od dość silnego przewiewu. To była jedna z najpiękniejszych tras podczas naszej całej wyprawy; darowuję więc Krzysztofowi te dwugodzinne mataczenia, że do sztolni jest tuż-tuż.   

4.08 czwartek  Rano schodzimy owe kilkadziesiąt metrów sztolnią w dół i wychodzimy na zewnątrz już w pobliżu przełęczy i niedaleko schroniska; jeszcze jest zamknięte. W schronisku Locatelli literatura i liczne zdjęcia z I wojny światowej.

Otoczenie niezwykle piękne, dalsze widoki również.

Robimy dłuższy spacer po okolicy: wszystko zryte wykutymi okopami i rowami, wszędzie resztki drutu kolczastego. W Alpach walki toczono cały okres1915 - 1918r. Szaleństwo! Zaczynam rozumieć dlaczego w wielu miejscach naznaczonych wojną nie rosną w Dolomitach trawy i kwiaty, a populacja dzikich kozic do dziś nie odbudowała się; coś musieli jeść żołnierze. Mniej jakby szkoda wysadzonych skał i gór. Schodzimy coraz bardziej zatłoczoną magistralą turystyczną obok Tre Cime do schroniska-molochu Rif. Auronzo gdzie ogromny parking samochodowy. Krzysztof z Jackiem mają niedosyt chodzenia i chcą nadłożyć drogi schodząc/wchodząc po drodze ferratą. Ja nie byłbym od tego, ale zniechęca mnie coraz silniejszy wiatr, który wysoko w górze może pewnie urwać głowę. Ostatecznie schodzimy z Romkiem w dolinę do samochodu, gdzie gotujemy kartofelki dla pozostałej dwójki.

5.08 piątek Rano podjazd najpierw w rejon katastrofy wodnej z lat 60-tych. Źle wybrane miejsce na zaporę i zbiornik; po deszczach do zbiornika zsunęło się całe zbocze góry.

Zapora wytrzymała, ale woda przelała się górą i runęła na położone 2 kilometry niżej miasteczko Longarone (zdjęcie niżej). Romek fachowo uzupełnia: nie potraktowano inwestycji całościowo; po mistrzowsku wykonana zapora (264m wysoka i 23-27m grubości u podstawy). A czaszę zbiornika pominięto bądź jeszcze zepsuto. Łukowa zapora Vajont była najwyższa na świecie.

Wyobraźcie sobie, że ponad widoczną na zdjęciu wyżej koroną tamy, późnym jesiennym wieczorem przelewa się ok. 100 metrowa [inne źródła podają: 250 m wysoka] ściana wody i wali się z hukiem w dół, w waszym kierunku...  (9.10.1963, o godz. 22.48, ponad 2000 ofiar.  http://www.zrc-sazu.si/giam/vajont.htm   http://www.land-man.net/vajont/vajont.html  oraz  http://film.onet.pl/11431,,Tama_tragedia_w_Vajont,film.html  ).

Dalej w stronę Dolomitów: identyczna niemal zapora i zbiornik, i identyczna wcześniejsza katastrofa, tym razem mniej tragiczna w ofiary. Nauka idzie w las... (niedaleko za Jakuszycami , w Czechach jest miejsce największej katastrofy tamy ziemnej, w F Desnej ). Podjeżdżamy pod Chivettę, którą kilka lat temu “podgryzaliśmy”, i nieco dalej: tym razem celem jest Pelmo.

Pelmo to potężny wapienny samotny masyw o stromych ścianach, z cyrkiem-niecką w środku, z lodowczykiem. Przewodnik Darka Tkaczyka zapowiada piękną wysokogórską wyprawę; niestety dość długą. Zatem jeszcze pod wieczór zbieramy się ze sprzętem (namioty, śpiwory, czekany)aby okrążyć ten masyw, bo szlak jest od drugiej strony. Ładna droga przez las, wspaniałe widoki na Dolomity, po drodze odejście szlaku do pozostałości po dinozaurach. Noc u stóp ściany Pelmo, niedaleko schroniska.

6.08 sobota  Rano krótka wizyta w sympatycznym schronisku Venezia, podejście piarżyskiem do stóp Pelmo, tu pozostawiamy zbędny sprzęt (namioty, śpiwory, jedzenie) pod ścianą, przyciśnięte kamieniami i idziemy we trójkę. A szlak poprowadzony jest z fantazją: największe trudności już na początku. Zaczyna się od kilkusetmetrowego trawersu wąską rysą na pionowej ścianie, ciągnącą się nieznacznie w górę. Rysa ma szerokość z reguły mniej niż metr, a czasem 30-40 cm; wysokość z reguły jest wystarczająca.

Ma jednak w trzech miejscach niewielkie przerwy, z których dwie mogą zrobić wrażenie; bo trzeba dać duży krok w objęcia skały odchylając się nieco w powietrze; a i wysokość półeczki jest tu tak mała, że na czworakach trzeba się jeszcze pochylać. Na całym szlaku tylko tu jest krótki, 1,5m kawałek liny. I cały czas wspaniałe widoki na poszarpane aż po horyzont grzebienie i iglice Dolomitów

Potem szlak wchodzi w potężny cyrk pomiędzy flankującymi basztami, i dalej już bez trudności, we wspaniałym otoczeniu poprzez urzeźbione progi do kolejnego cyrku - w którym spodziewaliśmy się zastać lodowiec, i dlatego niesiemy czekany. Lodowca ani śladu; poprzez głazowiska wychodzimy na płaską krawędź z której otwierają się raptownie wspaniałe widoki pionowo w dół.

Do szczytu stąd już tylko kawałek; ku zgorszeniu obu towarzyszy rezygnuję z jego zdobycia. Główną atrakcję podejścia mam za sobą, widoki już tylko niewiele rozleglejsze - a ja chcę sobie powoli i spokojnie porozkoszować się zejściem.

I tak schodzimy najpierw do pozostawionych bagaży, a potem (jako człowiek pozbawiony jakiejkolwiek ambicji sportowej i nie tylko) zniechęcam moich towarzyszy do powrotu do samochodu dłuższą okrężną drogą ze sporym przewyższeniem. Jesteśmy zmęczeni, mamy plecaki, droga dość męcząca: a więc zapłacimy za takie ambicje długą drogą po ciemku. O dziwo: przyjmują te argumenty i wracamy wczorajszą drogą do samochodu, gdzie o zmroku podejmuje nas Romek. Jest sobota, więc znowu problem obrządku religijnego. Jeździmy dłuższy czas po okolicznych miasteczkach już po ciemku, aż wreszcie biwakujemy na poboczu lokalnej drogi ponad małym miasteczkiem.

7.08 niedziela Zjazd rano w poszukiwaniu mszy; znajdujemy odpowiednie miejsce w małej ale bardzo sympatycznej mieścinie. Dwaj z nas idą się uświęcić, a dwaj pozostali siedzą w kawiarence ładując komórki i akumulator kamery. Dalej jazda w rejon najwyższego szczytu Dolomitów: Marmelady. Spóźnione śniadanie na parkingu z widokiem na lodowiec Marmelady, potem podjazd na przełęcz Pordoi, gdzie wsiadamy w kolejkę na Sellę. U góry księżycowy skalisty krajobraz najbliższego otoczenia i rozległa panorama Dolomitów.

Dwaj moi towarzysze wreszcie wchodzą w ostry spór, który jest ilustracją jak zawodowe specjalizacje rzutują na światopogląd. Krzysztof (inż. bud. wodnego, ale pracujący z konstrukcjami lądowymi, a więc wierzący w “twarde i stałe”) uważa po pierwsze, że ruchy górotwórcze wcale nie powodują powstawania gór. Takie ruchy wytwarzają płaskowyże, a nie góry. Góry powstają na skutek rzeźbienia przez płynące lodowce. I widzi ślady tego rzeźbienia wszędzie; najprostszy sposób sprawienia mu przykrości - to powątpiewanie w ten mechanizm. Romek natomiast (klasyczny inż. bud. wodnego, a więc wierzący w “mokre i płynne”) wyśmiewa teorie o rzeźbieniu przez ruch lodowca, natomiast uznaje jedynie drążenie przez spływające potężne wody rzek lodowcowych. No i na tym szczycie pokłócili się dłużej. Usiłowałem ich pogodzić zastanawiając się który czynnik NIE spowodował erozji widocznego stąd płaskowyżu: lodowiec czy woda - ale obaj zgodnie zwrócili się przeciw profanowi i wesołkowi... Poniżej przełęczy wyniosły pomnik fundacji niemieckiej: mauzoleum niemieckich żołnierzy poległych w I i II wojnie światowej. Objeżdżamy masyw od  północy; pogoda gwałtownie się psuje: robi się bardzo zimno i wietrznie; mamy spore kłopoty ze znalezieniem miejsca na biwak. Zjeżdżamy dość daleko do Val Gardena, a potem w boczną dolinę.

Znak zakazu dalszej jazdy zmusza do szukania jakiegokolwiek miejsca już po ciemku; rozstawiamy się po omacku w jakichś wykrotach niedaleko potoku. Biwak podobał się bardzo pozostałym uczestnikom; mi brakowało rozległych widoków.

8.08 poniedz. Rano idziemy na dłuższy ulgowy spacer w stronę rozległych zielonych hal (Alpe di Siusi) z sielskimi widokami i wracamy pod niezwykle widokowym masywem Sasso Lungo.

Tuż obok naszego biwaku odkrywamy wyjątkowo malowniczy głęboki i wąski kanion oraz stary kamienny mostek. Długa jazda na zachód do masywu Ortler dolinami porośniętymi winnicami oraz sadami jabłoniowymi. Przez Bolzano, Merano kierujemy się na Stelvio; to najwyższa drogowa przełęcz w Alpach: 2757 m; dłużący się podjazd bodaj 52 serpentynami,

stopniowo coraz bliżej lodowców. Na przełęczy wychodzimy już o zachodzie słońca; zimno piekielnie, a krajobraz księżycowy: tereny dawnych kopalni odkrywkowych; a lodowiec cofnął się w ciągu kilku lat sporo w górę. Wychodzimy krótko powyżej przełęczy: tu już Szwajcaria. Na resztkach paliwa i resztkach światła karkołomny zjazd kilkudziesięcioma serpentynami do Bormio: tu kupujemy niewielki zapas paliwka. Po ciemku Krzysztof prowadzi w stronę strefy wolnocłowej Livigno, ale w bok od głównej trasy. Rzeczywiście odnajduje ładne miejsce biwakowe ze stolikami, ławeczkami i bieżącą wodą. Noc zimna.

9.08 wtorek Rano szron. Jazda szutrową lokalną zamkniętą dróżką; Livigno z mnóstwem sklepów. Ja rozczarowuję się, bo mój obiektyw na który liczyłem, że będzie mi wreszcie umożliwiał fotografowanie w górach okazuje się tutaj droższy niż w Polsce. Kupiłem w USA cyfrowego NIKONA D70, ale tylko samo body (bo chciałem przenieść do niego obiektywy od dotychczasowego analogowego NIKONA). No i okazało się, że współpracuje tylko standard, który jednak teraz stał się obiektywem lekko wąskokątnym. Nie mogę odżałować tamtych niezrobionych zdjęć w Dolomitach! Za to paliwo jest tu niewiele droższe niż 50% zwykłej ceny. Powrót na Bormio, i dłuższą drogą w głąb Ortleru. Kiedyś oglądaliśmy z dołu ten rejon i zrobił na mnie wspaniałe wrażenie piękny kształtów skalnych i ośnieżonych lodowców. Stromą wąską drogą wjeżdżamy w Val del Forno, w głąb masywu. Opodal końcowego parkingu rozkładamy się z kolacją, a wieczorem rozbijamy namioty już po ciemku aby nie prowokować miejscowych. Noc chłodna, szron.

10.08 środa Rano szybko zwijamy biwak i idziemy najpierw długo drogą wzdłuż doliny Val di Cedei, potem uczęszczanym szlakiem skalistym zboczem na przeł. Cevedale. Pogoda bardzo niepewna, krajobraz wyjątkowo ponury: wszędzie brudne złomy rumoszu skalnego, a podejście mamy bardzo duże - ze 2000 m do schroniska na skraju lodowca. U góry zimno, chmury. Siedzimy dłuższy czas w schronisku grzejąc się przy ścianie/płycie komina i czekając na lepsze czasy. Nie ma rady: po 2 godzinach wychodzimy przed schronisko na skraj lodowca i zaczynamy zakładać raki, uprzęże i inne kajdany. Lodowiec jest zupełnie nieciekawy: rozmiękły brudny śnieg; to coś zupełnie innego jak błękitne, trzaskające w słońcu lodowce wokół Grindelwaldu F sprzed roku: jestem rozczarowany i skłonny zrezygnować. Ale idziemy... Niepogoda zgania do schroniska ostatnich turystów, my wiążemy się liną. Idzie mi się bardzo kiepsko: założyłem rak zbyt ciasno i będę miał otartą nogę; ruskie raki sprawują się źle, bo pod nimi tworzy się okrągła gula zbitego śniegu, na której jeszcze zwichnę nogę w kostce... Wiatr wzmaga się bardzo i nawiewa chmury: widoczność chwilami kilkanaście metrów.

W pewnej chwili wieje tak silnie, że zdmuchuje mi rękawicę Krzysztofa daleko w dolinę... Kierujemy się w stronę jednego z trzech dominantów masywu Ortler - Monte Cevedale (500 m powyżej przełęczy) Wleczemy się tak z godzinę; o wejściu na szczyt nie ma mowy, a Jacek ma na to niekłamaną ochotę (ot, znowu ambicja sportowa, aby się broń Boże nie poddać i nie wrócić...). Wracamy, ale Krzysztof nalega aby iść inną drogą. Oponuję, bo co chwila jesteśmy w chmurach, orientacja może być zerowa, a w zasięgu wzroku już nie ma nikogo. Po kilkunastu krokach lina napręża się - Romek się potknął. Ale coś długo nie wstaje... Nie potknął się, ale wpadł jedną nogą aż do biodra do szczeliny - na szczęście wąskiej. No - jak niewiele brakuje... Na wydeptanym przez setki ludzi lodowcu... Schodzimy owe 2000 m do parkingu powolutku i z rozczarowaniem. Ta dzisiejsza wycieczka nie była warta wysiłku podejścia. Tyle, że podchodziliśmy dłuższy czas obok dziewczyny, która wyjątkowo mi się podobała...

11.08 czwartek Przejazd przez przełęcz Gavia (2621 m), miasteczko Ponte di Legno, długi karkołomny zjazd kanionem na Edolę, podjazd w głąb masywu Adamello. Parkujemy obok schroniska w dol. di Brate, gdzie mamy zgodę na biwak - ale tylko 1 noc.

12.08 piątek Rano zbieramy się w górę. W górnej części doliny system energetyczny w postaci zbiorników szczytowo - pompowych.

A lodowce tu także cofnęły się w górę. Podchodzimy trochę wyżej do schroniska, a stąd szlakiem na grzbiet i pod przełęcz, skąd Krzysztof obiecuje sprowadzić nas zaznaczoną na mapie nieznakowaną ścieżką w dół w rejon zbiornika. Ścieżka prowadzi trawiastymi upłazami początkowo wprost w dół. Przed stromymi skałami nad dnem doliny należy wykonać trawers w stronę dna doliny, i w rejonie zapory zejść na dno. Trawiaste półki są, ale ścieżka rozpływa się. Krzysztof z Romkiem za wcześnie kierują się w dół. J z Jackiem trawersujemy dalej licząc, że dalej podcinające stok skały zanikną. Pogoda wyraźnie się psuje; nawiewa coraz gęstsze chmury, widoczność bardzo kiepska. A mimo to Krzysztof upiera się aby iść na przełęcz (skąd i tak musimy się cofnąć). I chce iść samemu, na co reaguję mało uprzejmie. Zaczynamy zejście ową ścieżką, którą Krzysztof rzekomo widzi wyraźnie w terenie (nie pozostaje mu zresztą nic innego jak wmawianie nam tego). Teren schodzi trawiastymi upłazami w dolinę, ale ja mam ciągle obawy, że niżej upłazy mogą być podcięte. Ostatecznie my z Jackiem trawersujemy zbocze do przodu licząc, że stopniowo stok będzie łagodniał, a Krzysztof z Romkiem idą już teraz w dół. Widzimy drogę na dnie doliny, którą idzie jakichś dwóch Włochów i wydziera się niemiłosiernie wymachując rękami. Po dłuższym trawersowaniu zbocze rzeczywiście łagodnieje i najpierw Jacek, a kilka minut potem również ja - stajemy na drodze. Jacek jest w towarzystwie owych dwóch hałaśliwych Włochów. Teraz okazuje się, że widzieli oni z dołu dwie osoby schodzące ku przewieszonym skałom i ostrzegali o tym. A są to dwaj dyżurujący w elektrowni na zaporze pracownicy - i zapraszają nas na kawę. Goszczą nas z wielką serdecznością. Po pół godzinie wychodzę na drogę: akurat schodzą również pozostali dwaj, którzy musieli się cofnąć. A w dyżurce elektrowni spotkanie zamienia się w przyjęcie.

Rozmawiamy o wodnych systemach energetycznych, zaszłościach historycznych; Włosi otwierają szampana. Przypadkowe, ale ogromnie przyjazne spotkanie; takie epizody zostają potem długo w pamięci. Wychodzimy już zupełnie po ciemku i powoli schodzimy do samochodu.

13.08 sobota Bergamo: spore miasto na wzgórzach, ze starym centrum, imponujące wnętrze Katedry Wieczorem szukamy miejsca na biwak: niezbyt daleko od miasta. Wynajdujemy stromą drogę w stronę kopalni z której ciągle kursują w dół załadowane wagoniki kolejki linowej. Droga kończy się ślepo, ale na końcu mamy wysoko zupełnie dobre miejsce na namioty.

Rozstawiamy się z kolacją, mamy rozległą panoramę na położone w dole gęsto zamieszkałe wioski w rejonie Bergamo. Zbliża się burza: i rzeczywiście - w nocy mamy ulewę.

14.08 niedziela  Rano zjeżdżamy na lotnisko; Jacek bez problemu zbiera się do planowanego od początku wcześniejszego odlotu; jest nas więc od tej pory o jednego mniej. Na razie jazda do Mediolanu. Parkujemy na ulicy niedaleko centrum. Idziemy najpierw przez Galerię Wiktora Emanuela (jak zwykle są tu tłumy), i pod Katedrę. Niezwykle filigranowa architektura elewacji zewnątrz,  a wnętrze to ciemna przestrzeń pomiędzy lasem kolumn; z kolorowymi witrażami. Obchodzimy w ciągu 2 godzin zabytkowe centrum; zadziwiająco wiele starych romańskich kościołów. Zwiedzamy kościół i klasztor św. Ambrożego ze złotym średniowiecznym ołtarzem i trochę niesamowitymi relikwiami: zmumifikowanymi świętymi Gerwazym i Protazym.

W innym kościele (Santa Maria delle Grazie): Ostatnia Wieczerza Leonarda Da Vinci. Trochę się zastanawiamy nad wysupłaniem sporego wstępu, ale i tak okazuje się, że wejście trzeba rezerwować wiele dni naprzód. Kiedy wracamy pod wieczór, w samochodzie mamy wybitą szybkę. Romek ponosi stratę plecaka z aparatem FED z wylatującym obiektywem, kilkoma mapami, swetrem, puszką gazu i palnikiem oraz resztką wódki. Z Mediolanu wyjazd po południu zawiłą i jak zwykle we Włoszech niezbyt dobrze oznakowaną drogą (z reguły na tablicach brak jest numeracji) w kierunku Sampione (dopiero po długim czasie dotarło do mnie, że to po prostu rejon tunelu Simplońskiego). Nie jedziemy autostradą, więc trochę błądzenia; po drodze na Maggiore mijamy nowe ogromne lotnisko Malpensa. Już po ciemku szczęśliwie docieramy nad gęsto zabudowane pensjonatami brzegi Maggiore. Biwakujemy kiepsko na wąskim tarasiku-poboczu pomiędzy przelotową i hałaśliwą nieco oświetloną trasą, a jeziorem. Ja na ławeczce osłonięty samochodem, Krzysztof z Romkiem preferują jak zwykle gnieżdżenie się pomiędzy skrzynkami w samochodzie.

Wieczorem daleko na przeciwległym brzegu okazałe fajerwerki: to pewnie z okazji Święta Wniebowstąpienia NMP. Noc ciepła i pogodna.

15.08 , tragiczny poniedziałek  Rano słoneczny dzień: na razie wzdłuż Maggiore, potem w stronę Simplonu dol. Ossola, potem w lewo w dolinę Anzasca ślepo prowadzącą pod Monte Rosa. Po drodze malownicze jak zwykle, górskie włoskie miasteczka. Koniec trasy w zatłoczonym ośrodku turystycznym Macugnaga: wspaniałe słońce, wysoko nad nami pokryty błyszczącym lodem masyw Mte Rosa; porządnie ponad 4000 m - więc poza naszym zasięgiem; Krzysztof był tam w zeszłym roku.

Wracamy kilka kilometrów poniżej Staffa na sympatyczny picnic area, gdzie w południe przysiadamy się z biesiadą do Włochów, którzy częstują nas winem. Co robić z resztą dnia? Albo poleżeć, albo wyjechać gdzieś kolejką i pójść dalej, albo rozpocząć jeszcze dziś dalszą trasę? Decydujemy się na pójście aż do Bivacco Lanti, dość wysoko i daleko (dojdziemy pewnie po 20), a ponieważ jest już późno, więc idziemy na ciężko (tropik namiotu, śpiwory, puchowa kurtka) - aby móc zabiwakować niezależnie. Wychodzimy o 15; a po kilkunastu krokach Krzysztof skręca z drogi stromo ścieżką w górę w las. Oświadcza, że ta droga jest ciekawsza i nie przyjmuje protestów - a na mapie szlak idzie w rejonie góry ok. 2200 m - i w tym rejonie znakowanie ścieżki urywa się na przestrzeni około kilometra. I co z tego? Przejdziemy bokiem albo górą! Mamy więc do wyboru: albo zostawić go, a sami zawrócić do samochodu - albo przyjąć tę arbitralną decyzję i pójść za naszym kierownikiem. Zaczyna silnie wiać. Droga przez las jest stroma, pełna wykrotów, kamieni i zawalona ściętymi drzewami. Po ponad godzinie wychodzimy na malowniczą halę 1699 m., z ładnymi widokami, miejscami na ognisko i resztkami szałasów - oraz bieżącą wodą. Przywiewa wirujący kłąb chmur znad Mte Rosy: co kilkanaście minut pokropuje drobny deszczyk. Nie mam najmniejszej ochoty iść dalej: tu mamy możliwość zrobienia sobie pięknego spokojnego biwaku przy ogniu, we wspaniałym górskim otoczeniu. Ale Krzysztof nalega aby iść wyżej - na górną halę - a pewnie i dalej - jak go znam. Zbieram się, ale zaznaczam, że w razie zagubienia się szlaku lub wzrostu trudności - bez dyskusji wracam w to miejsce na wieczór. Od dolnej hali mamy ok. 30 minut stromego podejścia górną granicą lasu, wśród głazów porośniętych borówczyskami. Górna hala jest o wiele mniej sympatyczna: silniej zarośnięta chaszczami, bez wody, ale z resztkami szałasu pod dachem. Dalej nieznakowana droga wchodzi w górę: najpierw na trawiasty garb, potem nieco zejścia w kocioł wypełniony wielkimi głazami, a potem stromo w ścianę. Jest ona na tyle eksponowana, że odmawiam pójścia tamtędy z plecakiem. Leżymy na razie na kamieniu i podrzemujemy osłonięci od wiatru i siąpiącego co kilkanaście minut deszczyku z wirującego kłębu chmur.

Stopniowo zaczynam się irytować: po co tu leżeć? Bo dalsza droga jest zbyt trudna, pora zbyt późna (po 18), a pogoda w najwyższym stopniu kiepska; popełniliśmy wszyscy błąd w wyborze trasy; zapłacimy za to odwrotem; więc chociaż zróbmy sobie ładny wieczorny biwak w górach. Mówię Romkowi, że ja chcę już teraz schodzić na niższą halę; niestety dosłyszał to podrzemujący Krzysztof i przestraszył się: toż to hańbiący odwrót, poddanie się i klęska! Oto do czego prowadzi żyłka sportowej ambicji! Kładzie plecak, zostawia ciepłe rzeczy i oświadcza, że idzie w skałę, wyjrzy na drugą stronę i wróci za 1,5 godziny. Na dobrą sprawę nie ustalamy nic konkretnego; w tej sytuacji jednak na razie nie schodzimy, opatulam się folią i podrzemuję obserwując drogę Krzysztofa. Pomimo czerwonej kurtki jest tak maleńki wśród skał w żlebie i stromej ścianie, że ledwie go widać; posuwa się powoli w lewo ku krawędzi, wreszcie po prawie godzinnej wspinaczce znika za krawędzią. Czasu pozostało mu niewiele, pogoda ciągle kiepska: oczekuję, że lada chwila będzie wracał. Tak czekamy nieco ponad 2 godziny. Schodzimy jednak w końcu, bo jest już po pół do dziewiątej, za pół godziny będzie się ściemniać; a Krzysztof przyzwyczaił mnie, że jak zwykle wróci po północy lub rano, zadowolony jak szczygiełek.

15 minut później odzywa się moja komórka: dzwoni Krzysztof z wiadomością od której robi mi się gorąco: “miałem wypadek; obie nogi połamane; potrzebna pomoc!”. I opis charakterystycznego miejsca gdzie leży. Na zakończenie chrypnięcie: siadł mu akumulator! Nie wiadomo, czy najpierw pędzić do niego korzystając z resztek dnia, czy wołać pomoc. Wracamy kłusem do naszego poprzedniego stanowiska; błyskawicznie przepakowujemy śpiwory do plecaków, a ja usiłuję się dodzwonić na 112. Karabinierzy bardzo sympatyczni, ale prawie nie rozumieją angielskiego, sygnalizują tylko inny numer: 113. Pod 113 mam ratowników, ale też trudno mi się dogadać: proszą aby zadzwonić za 5 minut. A moja komórka zaczyna także sygnalizować koniec akumulatora: tylko tego było trzeba! Pędzimy najpierw na garbek: robi się ciemnawo, a my mamy tylko jedną latarkę. Ponownie zdzwaniam się z ratownikami i lokalizuję miejsce według mapy (pozioma strzałka <); przyjmują wezwanie, i jak zawsze w takiej sytuacji każą czekać na miejscu; my jednak oczywiście idziemy dalej: jakieś 200 m wyżej widzimy światełko latarki czołowej. Po zejściu na głazowiska kotła, światełko znika za skałą; jest już zupełnie ciemno, teraz już podchodzimy bardzo powoli. Romek bardzo dobrze zapamiętał kierunek: przed 22 wychodzimy tuż obok Krzysztofa. Leży na dużym głazie u podnóża stromej ścianki, obie nogi zwisają dziwacznie wykręcone, z buta kapie krew, jest wyziębiony, dygoce z zimna i stresu, mówi z trudnością. Niewiele się dowiemy, a tymczasem próbujemy podłożyć mu śpiwór i nakryć go drugim, włożyć rękawice, okryć twarz. Ja nie mam wcale pewności czy ratownicy dobrze mnie zrozumieli i zlokalizowali; a nie można ryzykować pomyłki i bezskutecznego czekania. Pozostawiam więc Romka z Krzysztofem, a sam już bardzo powoli w kiepskim światełku czołówki diodowej zaczynam schodzić: być może trzeba będzie zejść przez paskudny las 3 godziny aż do szosy i ludzi, aby tam ponownie wszcząć akcję. Po ciemku schodzenie głazowiskiem jest o wiele powolniejsze niż podchodzenie; kiedy jestem ze 300 metrów przed naszym miejscem przepakowania, na górną polanę wbiegają z dołu dwa światła. Co za ulga - są to dwaj ratownicy. Wołam, macham światłem; po kilku minutach są przy mnie. Młodzi chłopacy z plecakami “na lekko”, ociekają potem.

Szybko kilka informacji, i pędzą wyżej - a ja powolutku już schodzę tych kilkaset metrów do pozostawionych rzeczy. Teraz mogę już tylko być widzem i czekać; widzę ich światełka, pędzą ze 2 razy szybciej od nas. Fotografuję w zupełnej ciemności ścianę z nikłymi błyskami; dopiero obróbka cyfrowa ujawnia ślady obrazu (skupisko światełek - to miejsce wypadku prawie kilometr w linii prostej; to małe okrągłe białe po prawej, to czołówka Krzysztofa; po lewej nieco wyżej niewyraźne prostokątne, to odbicie od ekranu odblaskowego (łącznościowego?) tkwiącego w skale; rozmazane pomarańczowe ślady niżej, to poruszające się latarki dochodzących od dołu ratowników).

Po pół godzinie (już przed północą) na halę wchodzi grupa kolejnych sześciu ratowników: tym razem ze sprzętem: liny, ciężkie plecaki, nosiłki. Robi się tu gwarna baza: rozpalają ogienek z gałęzi modrzewiowego suszu, grzeją mokre przepocone koszule, skrzeczenie telefonów; trochę rozmawiamy. Niedobrze - ze skrzeczenia głośnika orientuję się, że rozważają podanie Krzysztofowi kamfory: zaburzenia oddychania... Na razie czekamy na ściągnięcie helikoptera, bo stan jest zbyt poważny, a teren trudny do znoszenia. Ale nie tak łatwo znaleźć helikopter i pilota z odpowiednimi uprawnieniami do nocnej akcji w skale. Porządnie po północy ratownicy zabierają sprzęt i idą w ścianę; ze mną pozostaje tylko starszy Włoch, który najwyraźniej ma mnie mieć na oku; trudno mi z nim dogadać się po angielsku, siedzimy sobie przy ogienku, dokładamy gałęzie na zmianę do ognia i podrzemujemy. Wypogadza się, i mamy wspaniale wygwieżdżone niebo; a z dołu dobiega beztroskie jodłowanie...

Z tej odległości widać tylko słabe błyski latarek w ścianie. Wreszcie gdzieś prawie o 2 w nocy zachrypiało radio mojego towarzysza, który zaczął zbierać rzeczy, powiedział, że za 3 minuty będzie helikopter - a my mamy schodzić. Helikopter ściągnięto aż ze Szwajcarii, z Zermattu. Mina mi zrzedła, bo byłem już nieźle zmęczony, rozespany, a droga przez las paskudna i długa. Na nic zdało się przekonywanie, że o wiele rozsądniej będzie przedrzemać przy ogienku na polanie w puchowej kurtce, a zejść już za dnia. Ratownicy boją się jak ognia dodatkowych komplikacji i chcą jak najszybciej mieć wszystkich podopiecznych u dołu, powiązanych w pęczki. Rzeczywiście najpierw słychać z głębi doliny łomot, a potem światło reflektora helikoptera; ten warkot słyszałem z daleka jeszcze chyba przez godzinę. Schodzimy na szczęście inną drogą, ale równie paskudną - a latarka diodowa jest kiepściutka. Już u dołu wsiadamy w samochód mojego towarzysza i dojeżdżamy 2-3 km do bazy ratowników w Staffie; zlani potem jesteśmy w środku o 3.30 nad ranem. Myję się, rozmawiam trochę z kierownikiem akcji, czekamy na koniec. Półtorej godziny później dociera Romek z ratownikami, a kilkanaście minut potem reszta ludzi. Jesteśmy odprężeni, oni także - chociaż porządnie zmęczeni. Dziękujemy za pomoc, robię zdjęcie;

zwożą nas samochodem do naszego pikniku. Już za widna kładziemy się na siedzenia samochodu i usiłujemy podrzemać. Bezskutecznie, bo reakcja psychiczna jest zbyt silna.

16.08 wtorek Przed 8 wychodzimy, robimy jakieś śniadanie i przenosimy się na trawę aby zrobić sobie kąpiel w krzakach i jednak przespać w słońcu na leżąco ze 3 godziny. Odszukuje nas jeden z ratowników i zawozi na chwilę do Staffy dla uzupełnienia dokumentów. Ratownicy są bardzo serdeczni, przekazują wiadomości o Krzysztofie (jest w szpitalu w Domodossola), dopytują o stan ubezpieczenia na wypadek gdyby Szwajcarzy pytali o zapłacenie (przypominam, że Szwajcaria nie należy do Unii i nie obowiązują jej unijne porozumienia; oj: może być bardzo kiepsko! Po miesiącu przesłali jednak rachunek - za 10 minut lotu do miejsca akcji. Kilka dni później przyszedł rachunek za samą akcję: 8800 SFr. Przed 14 umyci i trochę odespani wsiadamy do samochodu: Romek przejmuje rolę kierowcy i krętą wąską drogą godzinny zjazd do Domodossola: niewielkie miasto ze starą dzielnicą oraz nowoczesnym szpitalem. Krzysztof jest na sali operacyjnej; czekamy więc podrzemując do 18. Lekarz prowadzi nas do pokoju: nasz towarzysz śpi, jedna noga w gipsie, druga podparta na metalowym rusztowaniu z obciążeniem. Trochę później budzi się i rozmawiamy.

Sympatyczny personel nie ma nic przeciw temu, abyśmy przenocowali w jego pokoju. Kilka słów o naszych szpitalnych wrażeniach. Personel lekarski bardzo profesjonalny, dysponuje mnóstwem różnych udogodnień, które pozwalają skupić się na leczeniu. Są życzliwi i dostępni. A realia szpitalne do pozazdroszczenia: żadnych lekarskich wyziewów, żadnych plastikowych kapci, opryskliwych portierów, godzin przyjęć. Pokoiki dwuosobowe oczywiście z łazienką. A menu na następny dzień przyjmuje panienka z komputerkiem: co na zupkę? a na drugie: puree czy makaronik czy ryż? a do picia jaki sok? jogurcik czy kefir? a jakie sery? jakie owoce? Wszystkie nasze odczucia związane z włoską służbą zdrowia i z ludźmi, którzy udzielili nam pomocy zarówno w górach, jak i szpitalu - są znakomite!

Trochę pomagamy w kontaktach z lekarzami i obsługą, trochę kupujemy jakieś drobiazgi jedzeniowe. A pod wieczór zbieramy się samochodem kilometr dalej: już w sąsiedniej osadzie znajdujemy niezłe miejsce nad brzegiem rzeki.

Nasze krzątanie niepokoi widocznie sąsiadów, bo po zmroku zajeżdża policja i spisuje dokumenty. Mówimy, że jesteśmy w trudnej i przymusowej sytuacji, żegnają nas z uśmiechami; więcej ich nie widzimy: tak życzliwych policjantów jeszcze nigdy nie spotkałem.

17.08 środa - niedziela Koczujemy tak do niedzieli trochę wspomagając kolegę, trochę konferując z lekarzami; napotykamy tu na dwie sympatyczne Polki, które włączają się aktywnie w pomoc: zaczynamy robić przymiarki do ewakuacji po drugiej operacji, której terminu na razie lekarze nie potrafią ustalić. Sanitarka i samolot - czy ściągnąć samochód z Polski? Za pośrednictwem owych Polek konferujemy z ratownikami którzy uspokajają, że Szwajcarzy jednak nie będą prawdopodobnie rościć zwrotu kosztów helikoptera (okazało się to złudą!). Jednak staje na transporcie samochodowym - chociaż lekarz zaprotestował - bo nigdy dotąd czegoś takiego tu nie praktykowano. Samochód Krzysztofa jest ciasny, brudny i wyładowany skrzyniami i nie daje minimum niezbędnego komfortu. A my już niewiele możemy tu pomóc.

Po pięciu dniach snucia się w pobliżu (ostatnio pogoda się dodatkowo załamała) - czas na nas. Nasz towarzysz leży z lewą nogą złamaną w kostce, w gipsie (podczas operacji stan tego złamania w kostce i uszkodzenia mięśni i ścięgien przez odłamki kości lekarze określili: “masakra!”), z nanizanymi na stalowe druty odłamkami - podobnie jak szaszłyk. Krzysztof czeka na drugą operację (łydka leży na podpórce unieruchomiona dwoma szpilami przewierconymi na wylot w kostce i kolanie, oraz ze stopą podciąganą w górę za pomocą ciężarka i bloczka). Po tygodniu w drugiej operacji przewiercono piszczel i wprowadzono do środka pręt od biodra do kolana (bez gipsu).

W niedzielę 21.08 w południe wracamy najpierw na Maggiore, potem szczęśliwie tylko trzykrotnie i krótko błądzimy w plątaninie autostrad na Como (ależ ci Włosi mają pokręcone drogowskazy!). Nad Como popaduje co kilka minut, chmury. Najkrótszą drogą na Szwajcarię. Piękna droga serpentynami na Maloja Pass, to sprawdzian dla Romka jako kierowcy; potem w kierunku St. Moritz - z malowniczymi krajobrazami jezior wzdłuż drogi. Coraz więcej chmur, coraz więcej deszczu. Nocujemy przy drodze: ja w jakimś opuszczonym szałasiku-obozowisku pod dachem, a Romek w samochodzie.

Rano, w ciągle kiepską pogodę podjazd do strefy wolnocłowej Samnaumn po paliwo. Po drodze silnik staje: wyssał resztkę z baka. Metodą Krzysztofa dolewamy 4,5 l, ale odtąd silnik ciągle się krztusi, przerywa i ciągnie po równym max. 80 km/h. Na dodatek samochód utknął w ciasnym i wąskim tunelu. Strefa Samnaumn w porównaniu z Livigno jest bardzo uboga: paliwo, mało ambitne alkohole, perfumy i pamiątki w bardzo złym stylu: w rodzaju różowych piesków obficie perfumowanych i jodlujących po naciśnięciu. Jedziemy bardzo długą doliną Innu; pogoda psuje się: przez następne 2 dni mocno pada, a w przerwach zamiast deszczu mamy co 15 minut ulewę! Romek nie może prowadzić cały czas tak długo; muszę więc  przejąć tę funkcję, a ostatni raz miałem w ręku kierownicą 15 lat temu. Na dodatek trzeba krztuszącym się samochodem wjechać z szybkością 60-70 km/godz. w strumień pojazdów zatłoczonej autostrady. Takie wymuszanie można zaryzykować w dobrą pogodę, a tu wszystko jest w białym tumanie rozprysku deszczowego. Udało się jednak ujść z życiem...

Wobec szwankowania silnika decydujemy się na skręcenie na Drezno i Zgorzelec; Romek w Złotoryji ma rodzinę. A Złotoryja tak jak cały Dolny Śląsk jest zawsze miła memu sercu. Silnik zadławił się ostatecznie i nieodwołalnie tuż przed dojechaniem do naszych gospodarzy. Pan domu bierze naszego Passata na sznurek i zostawiamy go w zakładzie do jutra. Gościna bardzo sympatyczna, a Złotoryja jak zwykle powoduje żywsze bicie mojego serca (odsyłam do F opisu innej wycieczki). Rano przewody paliwa i filtr już oczyszczone, jedziemy przez Lubin, Gniezno do domu.

W opowiadaniach Krzysztofa, okoliczności wypadku są proste: trochę za bardzo się spieszył, strome trawki zrobiły się śliskie (o zachodzie słońca osiada niezauważona wzrokiem rosa) i główną przyczyną było postawienie buta kilka centymetrów w bok... Aby opis miał pewien pożytek dydaktyczny, jest pora na zasygnalizowanie kilku elementów, które zadecydowały o przebiegu wypadku; niech będą one okazją do przemyślenia dla innych. Bo przyczyną wypadku wcale nie było postawienie stopy kilka centymetrów w bok...

ale ambicja iście sportowa (to traktuję jako niemal epitet, nie znoszę sportu i adrenaliny!): nigdy nie rezygnować, nie poddać się i nie wycofać

chodzenie w trudnym terenie samotnie

doszło również potem do dodatkowego rozdzielenia grupy, co nie powinno mieć miejsca. Mogło się zdarzyć, że nawet przy braku łączności telefonicznej mogliśmy przecież przypadkiem dostrzec wypadek. Nie należało więc schodzić w dół.

wyruszanie w trudny teren nie tylko samotnie, ale i późno wieczorem i w złą pogodę

lekceważenie wyraźnej informacji mapy (przerwa w przebiegu szlaku w trudnym terenie); a także zlekceważenie pozostałych uczestników

Zaistniało prócz tego mnóstwo dodatkowych czynników, z których każdy mógł spowodować tragiczne konsekwencje; co przedziwnym zbiegiem okoliczności na szczęście się jednak nie stało. Za wiele było tych ”gdyby”;  pomyślmy, jaki byłby finał wypadku, gdyby:

zabrakło kontaktu telefonicznego. Wypadek miał miejsce poza możliwością naszej obserwacji. A przecież przy upadku telefon mógł zostać rozbity lub zgubiony, ręka złamana, utracona przytomność; akumulator ładowany w bazie o 5 minut krócej; wreszcie mogło po prostu nie być zasięgu. My byśmy zeszli niżej i spokojnie przenocowali w nieświadomości wypadku. Akcja zaczęłaby się 15 godzin później!

a gdyby nie udało się od razu zlokalizować miejsca wypadku (lub nie dogadano się z ratownikami)?

a gdyby pogoda się nie poprawiła, ale pogorszyła?

a gdyby doszło do uszkodzenia tętnicy lub głowy?

a gdybyśmy też ulegli wypadkowi, lub po prostu utknęli w skale po ciemku (teren oceniliśmy już za dnia jako zbyt trudny)?

Krzysztof ostatnio rozważa problem: czy wytrzymałby bez pomocy do następnego dnia?

Michał Jagiełło w “Wołaniu w górach” pisze, że zdumiewa łatwość, z jaką ludzie umierają w górach...

Mijają cztery miesiące od wypadku, a ciągle doprowadza mnie do pasji pytanie: PO CO było prowokować los taką serią zaniedbań (o braku jakichkolwiek ubezpieczeń nie wspominam)? Krzysztof w dalszym ciągu (grudzień 2005) nie chodzi... A na razie dostaje wezwania do spłaty kosztów pomocy - w wysokości, o której lepiej nie wspominać.

Poddajemy pod rozwagę sprawę ubezpieczenia. Te zwykłe nie obejmują specjalnej akcji ratowniczej, natomiast specjalne mogą być kosztowne... Ciekawe, czy autorzy opisów swoich wędrówek (link niżej), takie oferty wykupywali?

Tomasz Pluciński
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć

 

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;