Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://tomekdrewa.w.interia.pl/ 27 czerwca - środa Przed południem dojechaliśmy do hotelu w Czechach. Rozlokowaliśmy ludzi w pokojach. Po południu mały spacerek do wioski i jedynego sklepu, w ktorym zastaliśmy głęboki system socjalistyczny i totalną kiszkę. Za to jest dosyć ciepło. Idziemy spać wieczorem z przekonaniem, że o 5 rano trzeba zerwać się na równe nogi i jechać dalej. Jedzenie , jak co roku, beznadziejne. 28 czerwca - czwartek Wyjechaliśmy rano w miarę o czasie, chociaż nasi podopieczni, tradycyjnie, zostawili bajzel w pokojach. O 16:00 dojechaliśmy do stolicy Szwajcarii. Generalnie Berno nic nie zmieniło się w porównaniu do poprzednich lat. Tym razem jednak obejrzeliśmy krótki film o historii miasta połączony z bardzo fajnym pokazem slajdów. Standardowo musieliśmy chodzić po mieście do północy, ale Damian i Marcin (kierowcy) nieco szybciej odpalili autobus i mogliśmy wsiąść i odjechać zgodnie z planem, prosto do Hiszpanii. 29 czerwca - sobota Od rana pogoda nie wyglądała na zachwycającą. Już na południu Francji pojawiły się brzydkie, stalowe chmury i tak zostało do Hiszpanii. Dojechaliśmy do Lestartit. Stare poczciwe miasteczko nic się nie zmieniło. Po drobnych, przejsciowych kłopotach z hotelem, który delikatnie mówiąc wygląda na ruderę i elementarnie hiszpanie się nim nie interesowali. Po południu po raz pierwszy pośliśmy pobaraszkować w basenie i zaczęło lać. Naprawdę zdrowo, bo na ulicach porobiły się kałuże. Słońca nie zobaczyłem do końca dnia. Za to zdrowo wymęczony połóżyłem się w końcu spać! 30 czerwca - niedziela Dzisiaj Barcelona!!! Jak na złość nie ma słońca. W tym roku wprowadzono Euro i ludzie zdrowo się na tej zmianie waluty przekręcili. Wszystko podrożało i to prawie o 100%. Efektem tego jest praktycznie zanik turystów nad morzem. W Barcelonie mam standardowy program, jak co roku: Sagrada Familia, Park Guella, Camp Nou, Stadion Olimpijski, wzgórze Mount Gic, Rambla. Akurat dzisiaj odbył się finał piłkarskich mistrzostw świata i fragment oglądałem na Camp Nou. Brazylia pokonała Niemcy 2:0. Od razu na Rambli była totalna fiesta z tego powodu i wszyscy byli totalnie happy. Tylko brakowało tego słońca, aby nadało kolorytu. Z drugiej strony byłem w Barcelonie po raz czwarty i pierwszy raz nie leciało ze mnie, a po mieście chodziło się całkiem przyjemnie. Wieczorem dzwoniłem do domu. W Polsce leje, tutaj też nie zanosi się na jakieś szczególne słońce! 1 lipca - poniedziałek W nocy nasz autobus odjechał do Polski po kolejna grupę. Wstałem zaraz po wschodzie słońca - różowe niebo, będzie śliczna pogoda! Nic z tego o 9 rano wisiały nad plażą szare chmury. Przedpołudnie przesiedzieliśmy na plaży i nieco popływałem w morzu. Woda okropnie słona, sól aż gryzie po grzbiecie. Po obiedzie poszedłem z chętnymi na szcycik. Na moment wyszło słońce i widoczek mieliśmy klasyczny pomimo, ze podejście sprawiło niektórym niemałe kłopoty. Wieczorem nieco pokręciliśmy się po mieście i dzwoniłem do Polski. Co jak co, ale przyznać muszę, że grupe tym razem dostaliśmy totalnych debili i jełopów. Pewnie znowu pół nocy minie zanim położą się spać. Pogoda nadal nie chce się wyklarować. 2 lipca - wtorek Dzisiejsza noc była najspokojniejsza ze wszystkich. Brygada spała posłusznie. Za to od samego rana piękne, letnie, hiszpańskie słońce. Zabieramy zabawki do opalania i jazda na plażę! W końcu leżę i opalam się! Od morza wieje lekki wiaterek, statki, jachty i tym podobne sprawy, po prostu bajeczka w prawdziwym wydaniu. To czego mi brakowało. Po południu złapałem leżak i położyłem się spać nad basenem, a obudziłem się dopiero, gdy zrobiło się nieco chłodno. Wieczorem dyskoteka w maximie i nie mam na nią najmniejszej ochoty - ale co zrobić. Zaczęła sięo północy i siedzieliśmy tam do trzeciej w nocy. Wrociliśmy do pokoju, gdy miałem już serdecznie dosyć i legnąłem się do spania. Zasnąłem dosłownie sam nie wiem kiedy. 3 lipca - środa Od rana świeci słońce i przypieka jak na patelni. Idziemy dzisiaj nad morze. Ku naszemu zdziwieniu pokazał się nawet ratownik z lornetką, co tutaj wbrew pozorom jest nielada wyczynem. Tak mówiąc w ogóle Hiszpanie to totalne obiboki. Nigdzie nie można się dodzwonić, a jeżeli już się uda, to o niczym nic nie wiedzą, są zajęci lub nie mają czasu. Totalna ignorancja i kpina z turystów. Nad morzem wylegiwaliśmy się tylko nieco ponad godzinę, a to z powodu silnego wiatru, który wznosi trąby powietrzne i po kilku minutach człowiek jest oblepiony piaskiem. Nie widziałem innego wyjścia z sytuacji jak tylko wycofanie się na basen, a tam już zupełnie spokojnie. Tak minęła nam większość dnia. W końcu mam to na co czeka się cały rok: piękną, słoneczną pogodę! Wieczorem zrobiło się bardzo ciepło i poszedłem pospacerować sobie do portu jachtowego wzdłuż brzegu. Nieco wiało, mam tylko nadzieję, że to nie zapowiedź zmiany pogody?! 4 lipca - czwartek Wstaję rano i znowu chmury! Może to dobrze, bo plecy mam opieczone na raka. O 9 miał po nas podjechać autobus "Sarfy" i podrzucić nas do "Weater Worldu" w Lloret de Mar. Oczywiście sterczeliśmy ponad godzinę i nie pokazał się. Przyjechał na moment i za chwilę zwinął się z powrotem. Biegniemy przez całe miasto do drugiego ronda i znowu nic! W koncu przyjechał ten sam, przeprosił, zapakowął ludzi do środka i odjechaliśmy. Przyjeżdżamy na miejsce, a tutaj pogoda pod psem! Wrzuciłem do plecaka kurtkę przeciwdeszczową i już za chwilę wciągałem ją na grzbiet, bo zaczął padać deszczyk. Później wypiliśmy po kawie i jakoś zaczęło się powoli przejaśniać. po poludniu było już całkiem ładnie i nawet posiedziałem sobie nieco dla relaksu w jaccuzi. o 18 odjechaliśmy do domu. Zmeczenie chyba zaczyna dawać mi się we znaki, bo w autobusie zasnąłem. Dzisiaj wieczorem "Flamenco", to ta lepsza część wieczoru, a na koniec jeszcze dyskoteka, na którą wcale nie mam ochoty dreptać. 5 lipca - piątek Dzisiaj w panach mam rejsik statkiem!Jak zawsze Nautiliusem", z tego samego portu. Pogoda od rana nie zachwyca, wiatr nie wieje a woda lustro, co jest bardzo pocieszające. Wypłynęliśmy zgodnie z rozkaładem i na początek wzdłuż "dzikiego wybrzeża" w stronę Blanes. Bardzo lubię te miejsca, pionowe ściany wyrastające z morza, na górze porośnięte zielenią i drzewami piniowymi. W dodatku erozja też zrobiła swoje i efekty tego są wprost bajeczne. Statek podpłynął jeszcze pod tunel skalny i z tamtąd zawróciliśmy na Illes Medes. Trasa standardowa połączona z zejściem do kapsuły i oglądaniem rafy. W hoteliku byliśmy przed obiadem. Reszta dnia upłynęła w wakacyjnej i typowo obijackiej atmosferze. Niestety jutro odjazd do domu. Kończy się mój czwarty pobyt w Hiszpanii. 6 lipca - sobota Dzień dogorywania. Rano musieliśmy opuścić hotel i cały dzień wszyscy szwędaliśmy się po mieście. Po poludniu przyjechała druga grupa. Nieco ich mniej i o wiele spokojniejsi. Zjedliśmy obiad, wieczorem kolację i w drogę. Pierwszym przystankiem była Girona. Średniowieczne miasteczko, nasza grupa nie wykazywała jakiegokolwiek zainteresowania, więc szybko wrociliśmy z powrotem do autobusu i jazda w stronę Lazurowego Wybrzeża. 7 lipca - niedziela O 7 rano dotarliśmy do Cannes, świeci piękne słońce i zaczyna się upał. Niestety przed pałacem festiwali tym razem nie ma czerwonego dywanu i nie zrobiłem sobie zdjęcia na schodach. Pół godziny później zatrzymujemy się w Nicei. Słońce daje zdrowo. Po strawieniu śniadania leżymy na kamienistej plaży, a słońce zaczyna palić niemiłosiernie. Następnie spacer "Promenadą Anglików" do sztucznych wodospadów. Widok z góry na miasto, morze i Alpy, przy bezchmurnej pogodzie doprawdy imponujący. Lazur morza, aż bije w oczy. Na zakończenie jeszcze spacerek po starówce. Przez przypadek odkryłem, że na długości całego strego miasta, znajdują się podziemne, cztero piętrowe garaże! Po 18 odjechaliśmy "Autostradą Słońca" w stronę Monte Carlo, San Remo i Riwiery Włoskiej do Polski.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://tomekdrewa.w.interia.pl/
|