Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://tomekdrewa.w.interia.pl/ 15 lipca - wtorek Poniedziałek - dochodzi 21:00, pakujemy wszystkich do autobusu, ostatnie pożegnania i w drogę. Tym razem przyjechała Bova, która od samego początku nie wywarła na mnie najlepszego wrażenia. Jak się miało później okazać, wcale nie bezpodstawnie. Już za Gdańskiem na moście pontonowym był potężny korek i w Elblągu byliśmy spóźnieni. Następnie Malbork, Bydgoszcz o wiele później niż powinniśmy. Od samego początku wydawało mi się, że jedziemy nie za szybko, co bezpośrednio przełożyło się na przyjazd do Czech na nocleg. W Hodoninie byliśmy po południu, co było nam nawet na rękę. Idziemy w kimono. 16 lipca - środa Rano ruszamy dalej, tym razem bezpośrednio do Rimini. Po drugiej stronie Alp zaczęło zdrowo przypiekać i wtedy okazłao się, że w autobusie nie ma kilmatyzacji !!! Po prostu super - uwielbiam to! Oznaczało to również, że taka sama lampa będzie podczas wszystkich wycieczek. Na miejsce dojechaliśmy około północy, zdrowo wymęczeni podróżą i upałem. W dodatku jeszcze dymy niezadowolonych ze swoich pokojów. W końcu po kolacji i pierwszych bataliach kladziemy się spać do naszego pokoju w piwnicy !!!??? 18 lipca - piątek Cały poprzedni dzień strawiliśmy na odpoczynku po podróży, czyli po naszemu mówiąc obijaniu się na plaży. Upały niesamowite, nawet w nocy temperatura nie spada poniżej 30 stopni. Dzisiaj natomiast "Italia w miniaturze". Niewielki park, zbudowany wzorem innych państw, gdzie umieszczono wszystkie włoskie zabytki - oczywiście w odpowiedniej skali. Moim ulubionym elementem jest przejażdżka łodzią po kanałach Wenecji - do złudzenia przypominającą prawdziwą Wenecję. Po obejrzeniu wszystkich miejsc rundka kolejką oraz ślizg łodzią po sztucznym wodospadzie. Niby niewielki, ale jednak adrenalina człowiekowi skacze! 19 lipca - sobota Od samego rana nie ma czym oddychać, a za oknem piękna słoneczna pogoda. Dzisiaj wodny park rozrywki, czyli wypadzik do Aquafun`u. Prawdę mówiąc niewiele się zmienił od mojej ostaniej wizyty dwa lata temu. Tym razem nie ma takich tłumów, co pozwoliło nam polatać do woli, na czym tylko mieliśmy ochotę. Wszystkie ślimaki, tory wodne, pontony i baseny z falami zliczono. Nawet nie wiedziałem kiedy minął czas i trzeba było się zrywać. W drodze powrotnej jeszcze mały przystanek. Delfinarium w Riccione. Akurat rozpoczyna się pokaz i wpadamy prawie na styk. Na osobach ogladających coś takiego pierwszy raz robi wrażenie. W dodatku, tradycyjnie kilka osób, które zasiadły przy poręczach jest przykładowo mokrych. Ale na tym polega cała zabawa! 21 lipca - poniedziałek Od rana tradycyjne wylegiwanie się na plaży, słońce pali niemiłosiernie i po 2 godzianch mam serdecznie dosyć. Po południu ruszamy do mitycznej ziemi wolności czyli Republika San Marino. Dzisiaj ta wolność objawia się to sklepami wolnocłowymi z alkoholem, perfumami i bronią. Oczywiście od mojej ostaniej wizyty nie zauważyłem rewolucyjnych zmian. Wprost przeciwnie, czas biegnie tutaj jakoś wolniej. Oprócz tarasów widokowych, z których rozciąga się przepiękna panorama na Apeniny, do moich ulubionych miejsc należą 3 baszty i nigdy nie potrafię odmówić sobie przyjemności wejścia na nie. Oczywiście od momentu wparowadzenia euro taka przyjemność nieznacznie podrożała. Ale cóż - nie jestem tutaj codziennie. Widoczek z góry oczywiście bajkowy, pogoda dopisuje, więc żadnej mgły na horyzoncie. Góry widać jak na dłoni. Pomimo tego, że czasu wcale nie było za dużo biegiem do góry na wszystkie 3 baszty. Uapał potworny, ale jakoś damy radę. Później jeszcze drobne prezenty z wycieczki i cali happy wracamy do Rimini. 22 lipca - wtorek Dzisiaj chyba najbardziej rozrywkowy dzień czyli szaleństawa na zakończenie. Jednym słowem Mirabilandia! Duży park rozrywki koło Ravenny. Rzut beretem od nas. Wyjeżdżamy po południu, w drodze tradycyjnie 2 godzinna wizyta w hipermarketach. Ogromny kompleks, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Dagmara kupiła sobie kurtkę, trochę zapasów na podróż do domu i dalej już prosto do Mirabilandii. Lekkim przerażeniem napawa mnie widok "Katuna", czyli największej kolejki górskiej, aż sam się sobie dziwię, że już na niej jechałem. Ale tym razem zaczynamy od trójwymiarowego kina. Standardowo okularki i wszyscy czekają na show. Muszę przyznać, że byłem nieco rozczarowany filmem 3D. W porównaniu do IMAX`a w Londynie totalna bieda! Ale tym, którzy byli pierwszy raz podobało się. Później już ruszyliśmy. Na dobry początek wodospad dwa razy, następnie pontony i kiedy byłem już doszczętnie mokry doszedłem do wniosku, że przyszedł czas na kolejkę górską. Czekaliśmy oczywiście do miejsc w pierwszym rzędzie, bo dopiero wtedy człowiek ma wrażenie, że naprawdę leci. Wszystko dzieje się dosłownie w mgnieniu oka i człowiek nie rejestruje gdzie w danym momencie się znajduje. Wysiadając miałem pewne kłopoty z utrzymaniem pionu! Dalej kolejka drewniana i na koniec przedstawienie, czyli szkoła policyjna. W wielkim skrócie goście szaleją samochodami i palą opony. Robi wrażenie. O 23 z minutami zabieramy się do Rimini. 23 lipca - środa Ostatni dzień naszego pobytu, pakujemy się i zbieramy do domu. Opuszczam to miejsce bez jakiegoś konkretnego żalu, mając świadomość, że przed nami dzisiaj jeszcze Wenecja. Z hotelu wymeldowujemy się po obiedzie i już za Ravenną stajemy w korku, co oznacza, że będziemy mieli opóźnienie. I jest tak w rzeczywistości, do Wenecji na Troncetto przybywamy okolo 19. Chwilę trwało zanim kupiliśmy bilety na statek i w końcu płyniemy. Słońce zachodzi i jest wparost bajkowo. Docieramy do centrum Wenecji czyli na plac św Marka. Na ulicach nieprzebrane tłumy. Naszym celem był wjazd na wieżę. Jak zwykle bilety podskoczyły w górę, ale jedziemy. Z góry widoczek na całą lagunę. Masy domów, które sprawiają wrażenie jakby stały dokładnie jeden obok drugiego i nie widać kanałów. Robi się ciemno i zapalają się światla. Teraz dopiero widać urok miasta nocą. Nie do opisania słowami. Trzeba tam pojechać i zobaczyć! Widoczek totalnie romantyczny! Na parking wracamy już piechotką. Zatrzymujemy się jeszcze na moście Rialto, który nocą wygląda zupełnie inaczej. Kilka fotek na pamiątkę i do autobusu. Z Wenecji przez Alpy i Czechy, gdzie nocujemy wracamy do Polski. W kraju oczywiście przywitał nas deszcz i 26 lipca około pierwszej w nocy lądujemy w Gdańsku.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://tomekdrewa.w.interia.pl/
|