Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
E G I P T - 12.08 - 26.08.2003
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://tomekdrewa.w.interia.pl/


12 sierpnia - wtorek

O 16 z minutami pod mój blok podjechała Mirka siostra, a to znak, że zabieramy się na lotnisko do Gdańska. Na obwodnicy nie było za dużo korków, dojechaliśmy bez większych problemów. Byłem na największych lotniskach Europy, ale wstyd się przyznać w Gdańsku jestem pierwszy raz. Od razu kolejka, w której muszę stanąć po bilety. Są na moje nazwisko, więc OK. Odprawa paszportowa prawie z biegu i czekamy na samolot. Oczywiście na strefie Mirek doszedł do wniosku, że przyda się jakieś lekarstwo na słynną klątwę faraona, gdyby nas dopadła. Zrobiliśmy drobne zakupy. Czekanie na lot trochę się ciągnie. W końcu jest. Znowu Boeing 737! Myślałem, że tym razem będzie jakiś inny samolocik, ale coż! 18:50 - pakujemy się na pokład i zaczyna się kołowanie. Po kilku minutach wznoszenia się jesteśmy w przestworzach. Pogoda na dole nie za bardzo dzisiaj dopisywała, za to tutaj piękne, rażące w oczy słońce nad bielutkimi chmurami. Ruszamy na wakacje !!! Po kilunastu minutach wytaczają jedzenie. Pilot poinformował, którędy bedziemy lecieć, a za oknem powoli zapada zmierzch. Godziny lotu lecą, w dole Istambuł, następnie Cypr i lecimy nad Morzem Śródziemnym. W dole pojawiają się jakieś światła, czyli jesteśmy nad Afryką. O 23 z minutami naszego czasu zaczynamy lądowanie. Gdy stanąłem na schodach, uderza gorące powietrze jak z piekarnika pomimo tego, że tutaj pół godziny temu minęła północ. Na lotnisku w Hurghadzie wielki bajzel, wszyscy chcą kupić wizę i pchają się w kolejce. Przy okazji pierwszy kantor. Co bardziej stachliwe babcie od razu wymieniają dolce na funty egipskie. Kasjer kantuje ile tylko wlezie! To podobno tutaj normalne - witamy w Afryce !!! Przedostajemy się przez odprawę i ruszamy na poszukiwanie autobusu. Ciemno i gorąco. Jak się okazuje jedziemy do Hotelu Regina Style. Szybko i bez problemów jesteśmy na miejscu. Zakwaterowanie też migiem i idę w kimono.

13 sierpnia środa - 16 sierpnia sobota

Tych kilka dni spędziliśmy w hotelu Regina Style. Cztero gwiazdkowy hotel, muszę przyznać, robił wrażenie porządnego. Były oczywiście drobne(!) problemy. Wyleciały nam drzwi od lodówki! Jakoś nikt nie kwapił się, aby je naprawić. Po niedługiej "rozmowie" Mirka z managerem brudasy nadskakiwały cały dzień wokół naszego pokoju. W pewnych momentach nawet przeszkadzali mi w spaniu. Większość czasu spędziliśmy na opalaniu i pływaniu w morzu. Mieliśmy swój własny cypel na plaży i nie wiele ludzi się tam szwędało. Leżaki i palmy nad głową. Jak na początek w sam raz. Rafy przy brzegu nie były może za okazałe, ale była to tylko niewielka część tego co kryło w sobie Morze Czerwone. Przez wiekszość dnia upał panował niesamowity i tylko zastanawiałem się jaka będzie temperatura na południu Egiptu koło Zwrotnika Raka! Oczywiście hotel miał swój basen i w przypadku, gdy słona woda za bardzo dogryzła mi w oczy przenosiłem się na ten akwen. Posiłki w hotelu o tych samych godzinach, kelnerzy biegali wokół, jedzenia dużo, zarówno w europejskim wydaniu jak i potrawy egzotyczne. Ze względów bezpieczeństawa raczej stroniłem od dziwnie wyglądających. Hurghada - jednym słowem ciekawe miasto. Piękne hotele z własnymi plażami, z drugiej typowy brud i syf arabskiego miasta, jaki bardzo czesto możemy podziwiać oglądając relacje z Afryki lub Iraku. Egipt to podobno państwo kontrastów i w tym przypadku było to najbardziej widoczne. Wszędzie Arabowie szukający frajerów, aby w ich sklepie kupili towar. Oczywiście targowanie na porządku dziennym, aczkolwiek czasami odnosiłem nieodparte wrażnie, że ludzi z Europy mają za idiotów. Do tego wszystkiego jeszcze dzieci biegające po ulicach i proszące o pieniądze każdego białego człowieka. No cóż Czarny Ląd! Popołudniu z reguły spaliśmy po to, aby wieczorem pokręcić się nieco po mieście. Wybraliśmy się nawet na Dahar. Stara targowa dzielinica. Taksówa kosztowała 1 funta od osoby, więc dlaczego nie! W momencie, gdy wysiadłem z wozu zobaczyłem jak naprawdę wygląda, stara, muzułmańska dzielnica. Obeszliśmy kilka ulic i po pół godzinie doszedłem do wniosku, że najbezpieczniej będzie spływać do hotelu - co też uczyniliśmy. Po kilku dniach pływania i kąpania zacząłem okazywać pierwsze oznaki lekkiego znudzenia sytuacją co oznaczało, że czas na jakieś zdecydowane działania. Pierwsza okazję jaką wybraliśmy, to całodniowy rejsik statkiem na rafy. Nurkowanie - ależ oczywiście! Początkowo, mieliśmy płynąć w sobotę, ale z dziwnych i nie za bardzo zrozumiałych dla nas przyczyn przesunięto rejs na niedzielę.

17 sierpnia - niedziela

Zrywamy się przed ósmą rano, szybko na śniadanie i na przystań. Słońce jeszcze tak nie pali, więc można wytrzymać. Przychodzimy na miejsce - a tu prawie pusto. Po chwili wyskoczył jakis koleś i stwierdził, abyśmy sobie spokojnie usiedli i zaczekali. W tym kraju ludziom się nigdy nie śpieszy! W końcu podjechał jakiś bus, z którego wysypała się cała gromadka ludzi, zaczęto załadowywać prwoiant na statek. Jest szansa, że dzisiaj wypłyniemy! Około 9-ej wpuszczono ludzi na pokład i nasza karawela o nazwie "Aloha" ruszyła na podbój raf Morza Czerwonego. Zamontowaliśmy sie na górnym pokładzie i w drogę. Wypłyneliśmy z zatoki i jak się okazało pierwsze atrakcje. Jeden chętny wyskoczył z liną w ręku za burtę i unosząc się na falach płynął za statkiem. Oczywiście od razu znaleźli sie następni chętni czyli Mirek i ja. Wrażenie niesamowite gdy człowiek płynie za statkiem, przyczepiony na linie! Nieco tylko przeszkazały fale i stasznie słona woda. Pierwszy postój: nieduża rafa koło typowo pustynnej wyspy. Niewielka, ale ciekawa. Po godzince nurkowania ruszamy dalej - do głownej atrakcji dnia. O mało nie zostałem tam, bo odpłynąłem za daleko i nie zauważyłem, że już ruszają. Ale to detal. Gdzieś po środku morza stało kilka stateczków, nasz documował jako kolejny i facet stweirdził, że mamy popłynąć sobie w tamtą stronę. Obok cała masa nurków z kompletnym sprzętem. Było coś widać z daleka, ale fale były bardzo wysokie i dopiero, gdy przypłynąłem nad rafę zobaczyłem całą jej urodę. Piękna, potężna i ryby we wszystkich kolorach. Opłynięcie jej zajęło mi chyba godzinę i przy okazji kilka razy przygrzmociłem o skały, bo myślałem, że się zmieszczę, a tutaj nic z tego. Po godzinie zdrowo zmęczony i głodny wróciłem na pokład. Mały obiad i ruszyliśmy do kolejnej wysepki. Prawdę mówiąc rafa w tym miejscu w niczym nie umywała się do porzedniej. Ale dla samej zasady wyskoczyliśmy, aby ją zobaczyć. Później już w lini prostej popłynęliśmy w stronę brzegu i późnym popołudniem zawitaliśmy na stały ląd. Ponieważ był to nasz ostatni dzień tutaj, w nocy na pożegnanie zrobiliśmy sobie mała nasiadówę na plaży z buteleczką Whisky i o 3 zdrowo osłabieni poszliśmy w kimono, mając w perspektywie myśl, że o 5 rano jedziemy do Luksoru!

18 sierpnia - poniedziałek

4:40 wsatejmy! Zabieramy swoje graty i do autobusu. Mirek nie mógł wydostać sie o czasie z pokoju i nieco musieliśmy na niego zaczekać. Gdy tylko ruszyliśmy, każdy zapadł w słodki sen. Po drodze był jescze jakiś przystanek i na horyzoncie pokazał się Luksor! Na pierwszy rzut oka doszedłem do wniosku, że to jakaś zapomniana dziura. Ale szybko okazało się, że funkcjonuje tutaj cywilizacja. Pierwszym miejscem była oczywiście Dolina Królów. Potworny upał i ponieważ to dolina, wiec żadnego wiatru. Przy wejściu zabierano kamery, ale mojej nikt nie zauważył. Mój od lat stosowany patent okazał się niezawodny. Każdy mógł wybrać sobie 3 grobowce, więc w drogę. Oczywiście były lepsze i gorsze, ale do każdego wchodziło się korytarzem pod ziemię, gdzie automatycznie robiło się duszno i o wiele cieplej. Nieco malowideł na ścianach i gdzie niegdzie sarkofagi. Fajne miejsce, ale stanowczo za gorąco, grubo ponad 50 stopni! Nie tracąc czasu z buta do autobusu i do Świątyni Hatszepsut. Po drodze jakaś dziwna manufakturka, gdzie panowie iście starożytnymi metodami, dłubiąc w kamieniu wytwarzali pamiątki. Przed Świątynią Hatszepsut temperaturka podskoczyła do 60 stopni. Nie ma jak to lato w Afryce!? Ruszyliśmy do światyni. Kawałek drogi do przejścia piechotą. Tutaj dopiero upał dał mi popalić. Budowala o ogromnym rozmachu, ale inskrypcji raczej nie za wiele. Kolejno obiad w restauracji nad Nilem i na koniec dnia największa świątynia Egiptu czyli Karnak. Przy okazji kierowca nieco stuknął autobusem w drugi i połamał sobie lusterka. Świątynia w Karnaku robi wrażenie szczególnie kolumny z pylonami. Dawniej jej potęga była niepodważalna, dzisiaj pozostały zaledwie resztki świetności. Po przejsciu tej budowli byłem zdrowo wymęczony i interesował mnie tylko powrót na statek. Wszystkie stały w Luksorze, więc po kilku minutach byliśmy na miejscu. Od razu widać, że statek w rzeczywistości ma 5 gwiazdek! Szkło i marmury. Restauracje w dobrym kolonialnym stylu, ogromne przyciemniane szyby i działająca klimatyzacja sparwiały, że człowiek czuł się normalnie. Dostałem całkiem ładny pokoik z widokiem na Nil. Od jutra ruszamy na pięciodniowy rejs po Nilu przez Esnę, Edfu, Kom Ombo do Asuanu. Razem z przystankami 5 dni. Po kilku godzinach zmęczenie minęło i po kolacji doszliśmy do wniosku, że ruszymy na małą przechadzkę zobaczyć jak wygląda świątynia luksorska nocą. Widoczek niesamowity i doszedłem do wniosku, że przyjdę tutaj jutro rano. Pokręciłem się jeszcze nieco po ulicach, pstryknęliśmy kilka fotek i totalnie już osłabiony wróciłem na statek spać!

19 sierpnia - wtorek

O północy pierwszy sms z życzeniami - a to znaczy, że już dzisiaj są moje urodziny !!! Co za jazda w Egipcie i na rejsie po Nilu. Wstałem rano i ledewo zdążyłem na śniadanie. Po śniadaniu część uderzyła wielbłądami na wieś, ja natomiast poszedłem do Świątyni Luksorskiej. W dzień wyglądała nieco inaczej niż wieczorem i chyba nieco starciła na swojej tajemniczości. Za to jakie posągi faraonów, szczęka opada. Dużo mniejsza od Karnaku, ale bardziej mi się podobała. Wygląd, styl, reliefy nie do porównania no i aleja sfinksów lepiej zachowana. Około południa upał zaczyna przypiekać nieznośnie, a to znak, że trzeba zwijać się na statek. Po drodze wszedłem jeszcze do banku wymienić forsę i o 13:00 wypływamy do Edfu. Statek ruszył i dopiero teraz widać prawdziwe kolory Egiptu. Woda, zielone palmy i piasek pustyni, zmieniający się w zależności od pory dnia i kąta padania promieni słonecznych. Prawdziwy spektakl przyrody na zamówienie. No i zachody słońca nad Nilem nie do porównania z żadnymi innymi. W tym momencie odczuwałem, że jestem na innym kontynencie. O 17:00 starym, angielskim zwyczajem "tee time" czyli coś w stylu podwieczorku. Każdy dostaje kawę lub herbatę i do tego kawałek ciasta - co za wielkopańskie obyczaje! Wieczorem dopływamy do śluzy na Eśnie. Ponieważ statków jest ponad 20 trochę poczekamy sobie zanim nas wpuszczą i to dobre kilkanaście godzin. Gdy statki cumują zaraz na starych krypach podpływają handlarze z zamiarem sprzedania turystom swojego towaru. Jeden wielki wrzask i bałagan. Dzień powoli chyli się ku koncowi i kula słońca chowa się za horyzont. Muszę przyznać, że miło i spokojnie minęly mi urodziny, ale jak się okazało to jeszcze nie był koniec. Idziemy na kolację. Cała restauracja pełna ludzi: Polacy, Włosi, Hiszpanie, i Amerykanie. Słowem międzynarodowe towarzystwo. Pod koniec nagle na środek wyskakuje kiku gości. Ubrani w czarne fraki z bębnami i zaczyna się koncert. Nikt nie wie co jest grane, ale wygląda super. Za chwilę pojawia się kelner z wielkim tortem i podchodzi do wszystkich stolików, pokazując ludziom. Obchodząc do okoła zbliża się do naszego. W tym momencie czuję na ramieniu rękę Imada, naszego arabskiego przewodnika, który mówi: "dzisiaj są Twoje urodziny" !!?? Nie wiem co powiedzieć, ale na torcie oprócz świeczki widnieje moje imię. Po zdmuchnieciu świeczki musiałem wyjść na środek, nasi rodacy odśpiewali mi "sto lat", przy akompaniamencie afrykanskich bębnów! Jazda na maxa i byłem totalnie zaskoczony. Życzenia od wszystkich, kilka pamiątkowych fotek i brawa dla całego zespołu. Była to jedna z tych niezapomnianych chwil, które człowiek pamięta do końca życia! Oczywiście całą imprezę już rano nagrał Mirek, za co chylę czoła i serdecznie dziękuję. Wieczorkiem dla godnego zakończenia dnia zrobiliśmy sobie jeszcze małą bibkę z buteleczką Whisky i późno w nocy wylądowaliśmy w swoich kajutach. Bez cienia wątpliwości moje najbardziej egzotyczne, niesamowite i niezapomniane urodziny!

20 sierpnia - środa

Od rana jak zwykle piękna słoneczna pogoda. Około piatej rano przepłyneliśmy przez śluzę i płyniemy do Edfu. Po drodze z górnego pokładu zwinięto dach nad restauracją, bo nie mieścił się pod mostem. Już z daleka widać potężne mury świątyni. Statek dobija do brzegu. Za Imadem wysiadmy na ląd i czekamy na naszą dorożkę. Arabowie wrzeszczą jak opętani. W końcu jest, jeszcze nigdy nie widziałem takiej szkapy, w dodatku woźnica macha mi batem nad głową lejąc, ledwo zipiącego z upału konia! Utykamy w korku gdzieś w środku miasta. Wszyscy trąbią klasksonami i krzyczą, jeden wielki bajzel. W końcu piechotką dochodzimy do świątyni. Upał niesamowity! Już na przedniej fasadzie widnieją wyryte, ogromne, kilunastometrowe posągi ludzi, wysokie mury prowadzące na dziedziniec świątyni. Wchodzimy na dziedziniec, na wszystkich ścianach do okoła duże, dobrze zachowane reliefy. W środku nieco chłodniej i czuje się klimat starożytnego Egiptu. Po zwiedzaniu poszliśmy jeszcze chwilę na bazar, gdzie natręctwo Arabów przechodziło wszelkie normy. Tą samą dorożką, zdrowo wymęczeni upałem wrociliśmy na statek i to w dodatku na styk. Problemem był nasz rumak, który zastrajkował na środku ronda i nie ruszył się ani o krok. Nawet w pewnym momencie miałem cykora, że nie zdążymy wrócić o czasie na pokład! Ale po 13-ej jesteśmy na miejscu i odpływamy dalej do Kom Ombo. Na miejsce docieramy około 19:15 w momencie zachodu słońca, chyba najpiękniejszego w całym Egipcie. Szybko zeskakujemy na ląd i do świątyni. Nie taka potężna jak porzednie, za to po raz pierwszy jesteśmy po zapadnięciu zmroku i cała budowla jest podświetlona. Iluminacja robi szokujące wrażenie. No i jeszcze jeden dodatkowy atut, temperatura po zmierzchu spadła do znośnego poziomu. Jest to jedyne miejsce, gdzie mam czas, aby spokojnie usiąść i popatrzeć na potęgę budowli. Obok świątyni obowiązkowo bazar, gdzie reszta zaopatrzyła się galabije. Dzisiaj wieczorem na górnym pokałdzie - galabija party! Cyrk przebierańców rozpoczął się już podczas kolacji. Każdy z gości miał suknię innego koloru i o innych wzorach. Wyglądało naprawdę sympatycznie. Cała bibka rozpoczęła się około 21:00 i trwała prawie do pierwszej w nocy, kiedy to zawitaliśmy do Asuanu czyli ostatniego miasta naszego rejsu. Oczywiście dla mnie była to dobra pora, aby z góry popatrzeć na miasto nocą!

21, 22 sierpnia - czwartek, piątek

Dwa dni spędzamy w Asuanie. Pierwszego dnia chcemy załatwić samolot do Abu Simbel, ale nic z tego, żadna linia lotnicza nie leci w tamtą stronę, albo jest już za późno, aby sprawę załatwić. Wieczorem załatwiamy rejs feluką po Nilu. Znalazło się trochę chętnych, więc Mirek wytargował cenę zadowalajacą wszystkich. Tradycyjnie płyniemy o zmierzchu. Pustynia dotyka praktycznie brzegów Nilu, zachód słońca wygląda więc nieco inaczej, ale też pięknie i nietypowo. Opływamy Wyspę Słoni i angielski ogród botaniczny i wieczorem wracamy na pokład. Nocą jeszcze wyprawa na targ, aby kupić prezenty dla wszystkich. Można nieco zbić ceny, ale trzeba się ostro targować, wracamy grubo po północy! Następnego dnia wyruszamy już o 8 rano. Celem dzisiejszej wyparwy jest Wysoka Tama Asuańska. Na początku zakręcamy do kamieniołomu, aby zobaczyć niedokończony, granitowy obelisk. Natępnie jedziemy przez Niską Tamę, obok pierwszej katarkty na Nilu i docieramy do Wysokiej Tamy, którą budowali nasi barcia ze wschodu, czyli ruscy! Z jednej strony widać potęgę liczącej sobie 3830 metrów długości i 980 metrów szerokości u podstawy, tamy, a zdrugiej wielkie, błękitne, sztuczne Jezioro Nasera. Ciągnie się ono do Zwrotnika Raka i dalej do granicy z Sudanem - razem około 500 km długości. W drodze powrotnej na statek zawitaliśmy jeszcze do małej manufakturki, gdzie tworzy się papirusy. Przyznam, że ładna ręczna robota. Po powrocie uderzam do kasięgarni. Ubzdurałem sobie, że na pamiątkę zafunduję sobie oryginalne, arabskie wydanie koranu! Po drodze widziałem czynną księgarnię, więc póki temperatura jeszcze pozwala biegnę, aby go kupić. Dostaję ładne, zdobione wydanie średniej wielkości i cały happy, w palącym słońcu wracam na statek. Po południu zbieramy swoje graty, opuszczamy statek i jedziemy na dworzec kolejowy. W nocy jedziemy pociągiem do Kairu. Na dworcu standardowy bajzel, nikt nie wie co jest tutaj grane. Wszędzie do okoła wojsko z karabinami, nawet wieżyczki strzelnicze obstawione uzbrojonymi ludźmi. Widok dworca robi raczej szokująco-przygnębiające wrażenie, a pociągi nie wygladają nic lepiej. Na szczęście, gdy podstawia się pociąg do Kairu wyglada w miarę ludzko. Jedziemy pierwszą klasą, zaskakuje mnie klimatyzacja i stosunkowo szerokie, wygodne fotele oraz telewizory, które nie działają! Ledwo ruszamy Mirek rozkręca bibkę i po chwili na tylach wagonu mamy całą ekipę! Pociąg spokojnie toczy się do przodu, za oknami ciemno, tylko od czasu do czasu pojawiają się jakieś osady. To dobrze jest mało przystanków i podróż mija bardzo przyjemnie.

23 sierpnia - sobota

Budzę się rano, gdy za oknami wstało już słońce i widać przedmieścia Kairu. Muszę przyznać, że jestem wyspany i dobrze odpocząłem tej nocy. Bardziej jestem zmęczony jadąc polskim pociągiem do Zakopanego! Około 8 rano pociąg wtoczył się na stację Kair-Giza. Jesteśmy na miejscu. Arabowie zabierają nasze bagaże do autobusu i jedziemy do hotelu Oasis. W linii prostej 5 km od piramid. Już po drodze, po raz pierwszy widzę piramidki. Jeszcze nieco za mgłą, ale widać, że są potężne. Lokujemy się w pokojach, jemy śniadanie i o 11:00 wyjazd pod piramidy. Tutaj na północy upał jakby mniejszy i aura całkowicie do starwienia. Obeszliśmy piramidy z każdej możliwej strony. Dochodzę do wniosku, że całkiem niezłym pomysłem jest wejście do środka piramidy Hefrena. Muszę odczekać w kolejce po bilet, a następnie w kolejce do środka grobowca. W dodatku nie chcą mnie wpuścić, bo mam kamerę i aparat. Tłumaczenie, że wyjąłem baterie ze środka nic nie pomaga. Jestem tutaj sam i nie mam komu zostawić sprzętu, więc muszę zdać się na ich łaskę, że je przechowają. Za bardzo nie dowierzam brudasom, ale wokół jest pełno policji, więc mam nadzieję, że mi nikt tego nie podprowadzi! Wchodzę do środka niski, wąski korytarz, gorąco i brakuje powietrza. W dodatku cała masa ludzi przeciskających się przez korytarz. Po kilkudziesięciu minutach wydostaję się na zewnątrz i pierwsze moje kroki to odzyskanie aparatu i kamery. Wszystko jest w porządeczku, więc cały happy wracam do autobusu. Po drodze jeszcze kilka fotek z widoczkiem na piramidy. Kolejny punkt to Sfinks. Wygląda pięknie, chociaż zawsze w telewizji wydawał mi się nieco większy. Cała masa ludzi i każdy chce uwiecznić tą chwilę swoim aparatem. Po odwiedzeniu płaskowyżu w Gizie jedziemy do fabryki perfum. W końcu kilkmatyzacja i można nieco odpocząć. Korzystam z okazji i wyskakuję do sklepu obok, kupić wodę minerlaną. Odwiedzamy światynię żydowską i kościół koptyjski oraz miejsce gdzie schroniła się Święta Rodzina z małym Chrystusem. Na koniec dzisiejszego zwiedzania jedziemy jeszcze na największy kairski bazar i punktualnie o 18:00 odjazd do hotelu. Tutaj czas na kolację i kąpiel po całym dniu biegania. Zapada zmierzch, ponieważ pod piramidy mamy całkiem niedaleko, dochodzimy do wniosku, że albo dzisiaj zobaczymy je nocą, albo nigdy! Około 21:00 zrywamy się z Mirkiem z hotelu i bierzemy taksówę pod piramidy! Kierowca początkowo targuje się o cenę, ale w końcu jedziemy. Twierdzi, że musi jechać do okoła, bo inaczej się nie da. Niech jedzie którędy mu sie podoba, mamy wylądować pod piramidami i nie dostanie ani funta wiecej! Jesteśmy na miejscu i jestem nieco zdziwiony - nic nie widać. Jakieś dzieciaki wrzeszczą, że tam kupuje się bilety. Podchodzimy i czytamy na ogłoszeniu - światło i dźwięk, pokaz w języku hiszpańskim. Są jeszcze miejsca, kupujemy bilety i do środka. Na początku rewizja, mojej kamery jak zwykle nie znaleźli. Widowisko pierwszej klasy. Światała, muzyka i lasery nie do opisania słowami! Trzeba tam być, usiąść i popatrzeć!!! Trwa około godziny. Ponieważ podobało mi się bardzo, a nikt nas nie wyrzucił zostajemy jeszcze raz. Tym razem po włosku, ale też ładnie. W końcu grubo po północy wychodzimy z pokazu, łapiemy jakiegoś lewego taksowkarza, który zawozi nas do hotelu.

24 sierpnia - niedziela

Wczoraj wieczorem odpadłem za to dzisiaj czuję się całkiem dobrze. Klimatyzacja w tym hotelu ma chyba agregat od Tir-a, bo dosłownie wieje mrozem, ale po wyjsciu na zewnątrz nie mam już wątpliwości, gdzie jestem. Na początek dnia Muzeum Kairskie ze złotą maską Tutenchamona. Przyznam piękna i niesamowita. Poza tym miałem wrażnie, że wcale nie gorszą kolekcję widziałem w British Muzeum w Londynie!? Kolejny i ostatni punkt zwiedzania Kairu to Cytadela Salah od-Dina i Meczet Muhammoda Allego Paszy czyli innymi słowy Alabastrowy. Przyznam, że potężna budowla z ogromnym dziedzińcem wykonanym z alabastru. Wnętrze w bardzo ciepłym i orienatlnym stylu. Dużo świateł w śroku. Z zewnątrz widoczny Meczet Sułtana Hasana, budowla też niczego sobie. Patrząc na całe miasto z góry widać brud i nedzę niektórych dzielnic i odnoszę wrażenie, że cywilizacja tutaj zatrzymała się bardzo, bardzo dawno temu. Jemy obiad i o 14:15 ruszmy w drogę powrotną do Hurghady. Jedziemy wzdłuż Suezu. Widać zasieki otaczające kanał i patrole wojska stacjonujące w tym terenie. Do okoła pustynia i wzgórza. Około 21-ej docieramy do Hurghady i meldujemy się w naszym hotelu. Cały nstepny dzień sprzędziłem na pływaniu w Morzu Czerwonym. Wieczorkiem jeszcze małe party na plaży do świtu i jutro do domu.

26 sierpnia - wtorek

Czas pobytu w Egipcie minął i musimy zwijać się do domu. Rano jeszcze ostatni spacer nad morze. Pakujemy swoje graty i nie pozostaje nam nic innego jak czekanie na odjazd. W południe zjawia się autobus, który zabiera nas na lotnisko. Po drodze zgarnia z innych hoteli ludzi, którzy podobnie tak jak my mają odlecieć samolotem o 14:00 do Gdańska. Na lotnisku jak zwykle jeden wielki młyn i korba, wszyscy za czymś gonią i czegoś szukają. Przechodzimy odprawę, prześwietlenie bagaży, ostani raz przechodzę się po strefie wolnocłowej i wchodzę na terminal, aby przed barmką zaczekać na swój lot. W międzyczasie okazało się, że zmieniono bramkę, więc musieliśmy się nieco przemieścić w inny kąt i czekamy! W końcu zjawia się autobus, który podwozi nas pod same schody. Upał na zewnątrz niesamowity, ale wsiadam do samolotu, a tutaj już klimatyzacja i normalna, ludzka temperatura. Punktualnie o 14:00 rozpoczynamy kołowanie, po raz ostatni widzimy Egipt, wyspy i Morze Czerwone, które lśni swoim codziennym lazurem. Po starcie mały obiad. Przelatując nad Kairem ładnie widać piramidy i całą deltę Nilu. Lot przebiega spokojnie i bez problemów, od czasu do czasu tylko jakieś turbulencje. Około 17-ej wlatujemy nad polską przestrzeń powetrzną i jesteśmy nad Bieszczadami. Pięknie widać z góry Malbork i Stare Miasto w Gdańsku. O 17:40 nasz Boeing 737 wylądował na płycie lotniska Trójmiasto - jesteśmy w chacie.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://tomekdrewa.w.interia.pl/

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2008 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;