Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Karkonosze - Karpacz 11.11 - 14.11.2004
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://tomekdrewa.w.interia.pl/


11 listopada - czwartek

Z ponad godzinnym opóźnieniem lądujemy na dworcu w Jeleniej Górze. Chłodno, ale słonce jakoś niemrawo wygląda zza chmur, co daje jednak nadzieje, na względną pogodę! Poranne autobusy odjechały, a następny będzie dopiero po 11. Nie ma sensu czekać wsiadamy do busa i po kilku minutach suniemy przez Kotlinę Jeleniogórską. Cały busik zapchany turystami, wszyscy w „-teksowych” kurtkach i od razu widać, po co przyjechaliśmy w góry. Słonce nieśmiało przebija się przez chmury i naszym oczom ukazuje się rozległa panorama Karkonoszy od Grzbietu Lasockiego, aż po Śnieżne Kotły. Wkrótce oczom ukazują się znajome przedmieścia Karpacza. Szybko i bez problemu docieramy pod Świątynię Wang. Sporo śniegu, w ubiegłym roku o tej porze było go jak na lekarstwo! Mieszkamy w najwyżej położonym ośrodku wypoczynkowym w Karpaczu! Nie ma czasu na marudzenie, doprowadzamy się do stanu ogólnej użyteczności, małe śniadanie, prowiant do plecaka, gorąca woda do termosów i w drogę. Już na początek miła niespodzianka – w listopadzie nie płaci się za wstęp do Karkonoskiego Parku Narodowego! Niby nie dużo, ale zawsze coś do przodu. Koło Wangu jak zwykle tłumy i to w sporej większości Niemców. Na dzisiaj zaplanowałem standardowy szlak „cepostradą” – Domek Myśliwski, Samotnia, Strzecha Akademicka, Spalona Strażnica, Słonecznik, Pielgrzymy i do chaty. Na pozór niewiele, ale to spora odległość. Do polany docieramy szybko tutaj pierwszy postój i czas na łyk gorącej herbaty. Dalej prawie pusty Domek Myśliwski, ale za to pali się w kominku, wiec można się chwilę ogrzać przy błogim ogniu. Wybieram przejście do samotni szlakiem pod ścianą kotła. Nieco zasypany śniegiem dzisiaj, ale widoki nie ustępujące tatrzańskim. Zza zakrętu wyłania się staw, a w jego tle najpiękniejsze polskie schronisko i zarazem moje ulubione „Samotnia” W środku full ludzi, prawie wszystkie stoły pozajmowane, ale mój stolik w rogu koło okna pozostał wolny. Siadamy jemy posiłek będący dzisiejszym obiadem. Czas ucieka i nie mamy go dzisiaj za dużo, aby tutaj przesiadywać. Parę minut w górę ośnieżonym stokiem i stajemy na platformie przed Strzecha Akademicką! Widoczek jak zawsze nieprzejednany na kocioł w dole oraz całą Kotlinę Jeleniogórską. Teraz monotonne podejście na główny grzbiet. Niby niewysoko, ale w śniegu zdrowo męczy. W końcu docieramy do rozdroża. Ostro zaczyna wiać, widoczność spada do kilku metrów. Słońce jakby chciało przebić się przez chmury, ale nie da rady. Znaki przy szlaku doszczętnie zalodzone – pozostaje iść na pamięć! Ruszamy szlakiem na Słonecznik. Tym razem nie prowadzi on krawędzią grzbietu, tylko wytyczono tzw. Przejście zimowe. Nie mam pojęcia jaki kretyn wyznaczył tą drogę, bo nie da się tędy normalnie iść !! Po ponad godzinie przedzierania się przez krzaki i kosodrzewinę stoimy na platformie nad Wielkim Stawem. Wieje niemiłosiernie i powoli zaczyna się ściemniać. Jem ekspresową zupę, kilka fotek przy Słoneczniku i niemal biegiem w dół. W dolinie nieco cieplej, więc śnieg zamienił się w breje i zwykle leśne błoto. Ochłodziło się, ale cisza dookoła błoga. W pewnym momencie poślizgnąłem się i poleciałem na drzewo. Aż mnie zamroczyło, niby nie wysoko, ale solidnie uderzyłem głową w wystająca gałąź. Była na tyle twarda, że odłamki wbiły mi się w ucho. Nieco szumi w głowie, ale po kilku godzinach przestanie i pozostanie niewielka rana! Pielgrzymy – jak zwykle groźne i majestatyczne! Wędrują już tyle tysięcy lat, a zawsze prawie w tym samym miejscu! Wchodzę na skałę, skąd rozpościera się widok na tonący w zachodzącym słońcu grzbiet Karkonoszy. Stąd już tylko kilka minut do Polany. Po drodze na torfowiskach zbudowano mostki, z tego, co pamiętam ostatnio nieco się tutaj skapałem! Z Polany już tylko kilkanaście minut, mijamy Wang i jesteśmy w ośrodku.

12 listopada - piątek

Budzę się po siódmej rano i za oknem jeszcze nieco szaro, ale żadnej chmury, a to znaczy, że za chwile będzie piękny wschód słońca. I rzeczywiście mija kilka minut i znad głównego grzbietu Karkonoszy wyłania się złocista kula słońca. Czasami wydaje, że wschody i zachody słońca w jakichkolwiek górach mają jakąś swoją niepowtarzalną magię, a szczególnie w klimacie niemal zimowym, gdy powietrze ma zupełnie inną przejrzystość. Jak za każdym razem tak i tym do Pragi ruszam z Karpacza. Zawsze był to wyjazd bardzo wcześnie rano, tym razem chcę zobaczyć Pragę nocą, Kriżikową Fontannę oraz słynną na całą Europę iluminację. Jest jeszcze jedno minęło 9 lat, od mojego pierwszego, pamiętnego pobytu w Złotym Mieście, gdy zgubiłem paszport, ale to zupełnie inna para kaloszy. Jak za każdym razem zastanawiam się, czy miasto się zmieniło, czy nadal pozostaje niezmienionym klejnotem w koronie stolic europejskich? Tuż po 9 rano zjawiamy się na przystanku PKS-u „Świątynia Wang” w oczekiwaniu na nasz autobus. Mija kilka chwil i za znajomego zakrętu wyłania się biały Neoplan. Zamieniamy kilka słów z przewodnikiem i wsiadamy do środka. Jest praktycznie pusty, więc zajmuję miejsce w taktycznym punkcie i ruszamy. Jak zwykle przez Szklarską do Jakuszyc. Pogoda wyraźnie się psuję moje zadowolenie z powodu pięknego słońca gdzieś się ulatnia. Po prawej pokazują się zasypane śniegiem Izery. Jak dla mnie to bardzo dziwne i tajemnicze góry dlatego myślę, że jedną z wypraw poświęcę na wędrówkę po ich grzbietach – ale to przyszłość. Mijamy granicę i jedziemy w stronę Harrachova. We mgle rysuje się mamucia skocznia do lotów narciarskich, która w grudniu 2001 zmusiła mnie do odwrotu i nie dała się zdobyć w śnieżycy! Przewodnik jak zwykle w drodze bardzo dużo mówi. Dla nie znających wykłada całą historię Czech, od Państwa Samona po dzień dzisiejszy. Zatrzymujemy się na mały przystanek w miasteczku, które jest bramą czeskiego raju. Górskiej krainy z zamkami skałami i wodospadami, czyli tego wszystkiego, czego szukamy w górach! Ruszamy dalej, mozolnie przez wsie i miasteczka około 14 docieramy do Pragi. Wędrówkę rozpoczynamy do Hradczan. Tym razem nastawiam się, aby popstrykać nieco fotek cyfrówką, bo takich z Pragi nie posiadam. Pogoda nic się nie poprawia i raczej mi przyjdzie uwiecznić pochmurną Pragę. Od samego początku czuć klimat kosmpolitycznego miasta. Masa ludzi przeróżnych narodowości mówiąca chyba wszystkimi możliwymi językami świata! Czy w tutaj nigdy nie kończy się sezon turystyczny? Nawet w listopadzie jest komplet, wiec nie chcę wiedzieć jak wygląda to miasto w środku lata! Po dwóch dziedzińcach największego pałacu Europy docieramy do ogromnej gotyckiej katedry św. Wita. Ile razy tu staje zastanawiam się, jaką technikę budowlaną musieli opanować ówcześni ludzie, że byli w stanie wznosić takie budowle – dzisiaj możemy ich tylko podziwiać. W środku oczywiście nie wolno robić zdjęć, ale udaje mi się pstryknąć kilka fotek z ukrycia w tym rozetę. Dalej Złota Uliczka, mijamy główną arterię zamku i wychodzimy z jego drugiej strony, skąd rozciąga się panorama Złotej Pragi, położonej podobnie jak Rzym na 7 wzgórzach. Nie ma w tym żadnej analogii to czysty przypadek. Jak każda wycieczka zmierzamy do najbardziej znanego punktu miasta i przyznam mojego ulubionego czyli Mostu Karola. Potężna kamienna budowla, która miała przynieść nieśmiertelną sławę swojemu projektantowi. Sztuka udała się z nawiązką, niezliczone tłumy ludzi przechadzają się mostem, podziwiając Wełtawę i panoramę obu stron Pargi. Zawsze gdy idę tędy dziwne wrażenie wywołują na mnie ogromne, czarne od powietrza i zanieczyszczeń posągi świętych. Powoli słońce chowa się za horyzontem i nad mostem zapada półmrok. Oświetlony zamek wygląda bajkowo, ale myślę, że odpowiednie wrażenie zrobi dopiero, gdy całkowicie zapadnie zmrok. Udajemy się na rynek, aby na praskim zegarze zobaczyć przesuwających się w oknach o pełnej godzinie apostołów. Obok nich szkielet symbolizujący śmierć, który w ręku obraca klepsydrę znak czasu mówiący, że kolejna godzina naszego życia skończyła się i coraz bliżej do naszego końca na tym najpiękniejszym ze światów. Na koniec centrum nowoczesnej Pragi, czyli Plac Wacława. Krzycząca ulica bijąca po oczach setkami neonów i reklam, na której usadowiły się największe marki światowe ze swoimi sklepami. Korzystając z kilku minut wolnego biegniemy nad Wełtawę, aby zobaczyć Hradczany w blasku świateł i reflektorów. Wrażenie nie do opisania, w pełni zasługujące na swoją popularność! Wskakujemy do metra - 5 przystanków i wysiadamy w ogromnym kompleksie, gdzie znajduje się Kriźikova Fontanna. Spodziewam się czegoś podobnego do pokazu fontann w Barcelonie. I przeczucie mnie nie myli. Całość skomponowana do muzyki Bocellego, z pięknymi światłami robi niesamowite wrażenie. Pstrykam nieco fotek i 45 minut później przedstawienie dobiega końca, a tym samym moja kolejna wizyta w tym niepospolitym i niesamowitym mieście. Nie pozostaje nam nic innego jak wsiąść do autobusu i rozpocząć drogę powrotną do Karpacza. Za oknami ciemno, im bliżej gór, tym mgła robi sie coraz gęstsza. Izery toną w puchowej poświacie nocy i mgły, okalającej okoliczne góry. Bezproblemowo przekraczamy wyludnioną o tej porze granicę i do Kapacza już tylko rzut beretem. Gdy wysiadamy na przystanku, ostre powietrze i spory mróz uderza w twarz, co zapowiada morźną noc.

13 listopada - sobota

Na dzisiaj zaplanowaliśmy Skalny Stół. Nigdy tam nie doszedłem, ale zawsze korcił mnie swoją nazwą i położeniem. Podejście zaczynamy od Wilczej Poręby szlakiem na Sowią Przełęcz. Kto choć raz tędy podchodził zna specyfikę tego miejsca. Niby banalne, ale potrafi zdrowo dowalić. Początkowo szlak niemalże płaski, z biegiem czasu robi się coraz bardziej stromy. Na rozwidleniu szlaków zatrzymujemy się przy wiatrochronie, aby nieco łyknąć wody a przy okazji minuta na odpoczynek i poczucie świeżego, górskiego powietrza. Zaczyna wiać i śniegu też przybywa. Przechodzimy kolejne serpentyny i wychodzimy z lasu. Ponury widok suchych drzew otacza nas do koła. Idzie się ciężko i coraz silniejszy wiatr i mgła dają się we znaki. Kije trekkingowe stają się nieodzowne. W końcu po drewnianych schodach docieramy na główny grzbiet. Jesteśmy na granicy. Zimno i totalne wiatrzysko do okoła. Chowamy się w małym deszczochronie, który dzisiaj jest zbawieniem dla strudzonego wędrowca. W środku ku mojemu zdziwieniu Straż Graniczna – tyle razy tutaj byłem i nigdy ich nie spotkałem, a tutaj niespodzianka... Zamieniamy kilka słów, oni ruszają w swoją stronę my na szczyt. Już po kilku krokach zaczynamy czuć siłę wiatru, zakładam gogle i idziemy do góry. Śnieg zacina po oczach, co kilka minut trzeba stawać, aby przetrzeć gogle. W końcu docieramy, niepozorna piramidka wybudowana z kamieni, jesteśmy na szczycie – ale z pięknego widoku dzisiaj nici huragan i mgła na wyciągnięcie dłoni. Robimy kilka zdjęć i biegniemy z powrotem na przełęcz. Dobrym pomysłem w tej sytuacji będzie obiad w czeskim schronisku Chata Jelenka. Mała niepozorna chtka, która stoi nieco ukryta wśród drzew. Tym razem otwarta, ale zdarzało mi się, że odchodziłem z niczym, a dopiero wtedy człowieka dopada wścieklizna. W środku błogie ciepełko. Jemy tradycyjne czeskie knedliki, wypijamy gorącą herbatę. Zawsze wydaje mi sie, że w górach herbata smakuje lepiej niż gdziekolwiek na świecie. Nieco posiedzieliśmy i ruszamy na dół. Jak zwykle pierwsze kroki po wyjsciu z chaty sa nieco szokujące, lodowe igły wściekle i bezlitośnie piorą po twarzy. Droga powrotna w porównaniu z podejściem to już pikuś. Spokojnie i bez pośpiechu schodzimy zaśnieżonym szlakiem. Trzeba nieco uważac, bo strumyki zostały przykryte i można się nieco skąpać. Już raz miałem taką wątpliwą przyjemność w śniegu. Na dole jesteśmy prawie o zmroku, krętymi uliczkami wracamy do cywilizowanych ulic Karpacza.

14 listopada - niedziela

Wychodzimy nieco wcześniej gdyż dzisiaj atakujemy najwyższy szczyt, czyli Śnieżkę. Jest to jeden z tych nielicznych szczytów, gdzie zawsze wieje, bez względu na porę roku. W nocy nieco napadało, śniegu przybyło i to dosyć sporo, co powoduje, że nawet na pozornie płaskim terenie idzie się stosunkowo ciężko. Nawet tutaj kije przydają się przy każdym kroku. Do Strzechy Akademickiej docieramy tą samą drogą, idziemy szybciej nie zatrzymując się po drodze za często. Czas na początku mamy w miarę dobry. Dajemy sobie najwyżej kilka minut na łyk herbaty. Pierwszy postój w schronisku. Moment, aby odpocząć i wysuszyć ubrania. Bez zbędnego marudzenia ruszamy dalej. Kolejny skok na przełęcz, tutaj tak samo jak przed wczoraj, zimno, mgła i wieje. Lodowa skorupa przykryła już cały teren dookoła. Tym razem skręcamy w druga stronę – nasz cel: Dom Śląski. Tak blisko, ale za razem tak daleko. Idzie się w miarę dobrze, chociaż miejscami można się zdrowo zakopać. Po drodze mijamy pierwszych narciarzy, ktorzy na biegówkach podążają szlakiem. Po około 45 minutach dochodzimy do charakterystycznej żółtej, blaszanej bryły schroniska. Nawet dzisiaj przy takiej pogodzie i wietrze jest tutaj sporo ludzi. Wewnątrz błogi spokój i cisza. Zasiadamy na pół godzinną przerwę i czas ruszać na szczyt. Od samego początku idzie się bardzo ciężko, wiatr zacina bardzo mocno, rozhuśtane łańcuchy okazują się niezwykle przydatne. W drodze nawet nie jestem w stanie wyciągnąć telefonu z kieszeni, ale z drugiej strony, po co przecież i tak bym nic nie usłyszał przy takim wietrze, a tym bardziej nie wystukał numeru. Po ponad pół godzinnym marszu w górę naszym oczom ukazuje się UFO, czyli charakterystyczna bryła schroniska na Śnieżce. Po wejściu do środka wyglądamy jak egzotyczne Yeti, co budzi uśmiech na twarzach niektórych ludzi, wesoło zalegających za stołami. Tutaj znowu pół godzinny postój i czas zmusza nas do odwrotu. Na dół jakoś szybciej i lżej, pomimo gęstej mgły i bardzo silnego wiatru. Dopiero, gdy schodzimy poniżej Strzechy, mgła zaczyna gdzieś znikać i pokazują się coraz większe fragmenty gór. Na Polanie nagle odsłania się główny grzbiet Karkonoszy i naszym oczom ukazuje się piękny, ośnieżony w blasku zachodzącego słońca szczyt Śnieżki. Jednak na sam koniec wyprawy góry okazały się na tyle łaskawe, aby użyczyć nam nieco swojego magicznego piękna! Po powrocie do środka pakujemy plecaki i na przystanek. Autobus wijąc się krętymi ulicami sennego już Karpacza odwozi nas na dworzec w Jeleniej Górze, gdzie chwytamy pociąg do Gdyni.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://tomekdrewa.w.interia.pl/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;