Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
2004.10-11 - JESIENNE TATRY

Październik - Listopad 2004 r.
Jesienne Tatry

Kolejny wspaniały pomysł.
Jest piękna jesień, ruszamy więc w Tatry.
Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy.

Dzień pierwszy

Szalony pomysł. Jedziemy w góry. Ale termin wydawał się już niezbyt trafiony. Koniec października, brzydka jesień. Cóż - ale nie mogliśmy wysiedzieć. Tylko gdzie pojechać? Gdzie właściwie jeszcze nie byliśmy? Tatry !!! Od pomysłu do realizacji nie wiele czasu minęło. Właściwie zapakować plecaki i w drogę. Jak pomyśleliśmy tak też zrobiliśmy. Późnym popołudniem dzwoniłem po różnych kwaterach w Zakopanem, aż trafiłem na niezłą okazję. Cena była przyzwoita, okolica dość spokojna, chociaż dość daleko od centrum - wybór padł na Pardołówkę. Wczesnym wieczorem, gdy udało się w końcu pozałatwiać wszystkie normalne (czyli praca, praca i jeszcze raz praca) sprawy, zapakowaliśmy samochód, małego i siebie i ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy naszą ulubioną drogą przez Zawoję, przełęcz Krowiarki i późnym wieczorem dotarliśmy do Zakopanego. Już tylko zakwaterowanie, kąpiel, karmienie małego i zasłużony odpoczynek. A następny dzień zapowiadał się dla nas niezwykle interesująco.

Dzień drugi

Poranki bywają trudne. Zwłaszcza, gdy na dworze siąpi mżawka i wieje gwałtowny wiatr. Nie mniej, zdecydowaliśmy się na wyjście w góry. Po to właściwie przyjechaliśmy i rezygnować z tak błahego powodu jak deszczyk? Wiatr - nieco gorzej, ale zobaczymy co będzie dalej. Ruszyliśmy. Pierwszy odcinek naszej dzisiejszej wycieczki był niezwykle monotonny. Z kwatery ruszyliśmy ulicami Zakopanego, w kierunku Kuźnic, do stacji kolejki. Pogoda była niezwykle zniechęcająca. Ale mały - o dziwo - był całkiem spokojny.  Więc gdy dotarliśmy do stacji dolnej kolejki na Kasprowy Wierch (nota bene nieczynnej ze względu na silny wiatr) zdecydowaliśmy się iść dalej.
Wybór padł na wygodną, aczkolwiek niezbyt ciekawą drogę znakowaną jako niebieski szlak. Znawcy i miłośnicy tatrzańskich okolic domyślają się zapewne, że wybraliśmy się na Giewont. Taki mieliśmy przynajmniej zamiar. Ale droga była przed nami jeszcze bardzo daleka. Po jakimś czasie dotarliśmy na Polanę Kalatówki, gdzie stoi niezbyt ciekawy Hotel Górski. Zmęczeni monotonną drogą postanowiliśmy zatrzymać się w nim na krótki odpoczynek, zwłaszcza, że maluszek (który kilkanaście dni wcześniej obchodził swoje pierwsze urodziny) zaczął intensywnie dopominać się należnego posiłku. Nie mniej - nie polecamy tego miejsca - od betonowa budowla bez polotu, z niezbyt sympatyczną obsługą (a może tylko nie wyspaną - byliśmy w końcu dość wcześnie) i kosmicznymi jak na górskie warunki cenami.  Czym prędzej uciekliśmy stamtąd i ruszyliśmy dalej. Od tego miejsca Tatry zaczęły się pomalutku ujawniać. I nawet pogoda zaczęła się nieco poprawiać, chociaż w dalszym ciągu mocno wiało. Widać już było stację pośrednią kolejki usytuowaną w rejonie Myślenickich Turni.
Kolejnym punktem dzisiejszego dnia była Kondratowa Polana z niezwykle uroczym i przepięknie położonym drewnianym schroniskiem.
Pobyt w tym miejscu dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń. Warto było się nieco pomęczyć, by tutaj dotrzeć. Ale była i mniej interesująca część.
Tłumy.
Schronisko było niemalże oblegane przez turystów. Strach pomyśleć, co tu się dzieje w szczycie sezonu. Lepiej o tym nawet nie myśleć. Gdy dotarliśmy do schroniska było dość mgliście, ale wiatr w końcu sobie poradził z mgłą i nisko leżącymi chmurami. Zdecydowaliśmy się więc na dalszą wędrówkę.
  Kierunek - Giewont. Ale to co działo się na szlaku przerastało nasze najgorsze wyobrażenia o tatrzańskich szlakach. Czuliśmy się jak na Marszałkowskiej w Warszawie. Nasza wędrówka to niemalże pieszy korek. Cała ta otoczka zepsuła nam nieco wycieczkę. Na pocieszenie pozostały nam niezwykłe widoki.  No i ta wspinaczka. Taki spacer niejednego może wykończyć. My też mieliśmy serdecznie dość. Tylko Tomaszek nieźle się bawił. Wspinaliśmy się więc pomalutku, walcząc z własnymi słabościami. A wiatr - z każdym metrem pokonanej wysokości - dawał się nam coraz bardziej we znaki.
Kulminacja nastąpiła, gdy udało się nam dotrzeć do Przełęczy Kondrackiej.
Tutaj zażyliśmy chwili odpoczynku, złapaliśmy drugi oddech i wdaliśmy się w spór. Iwona chciała iść dalej na Giewont, a ja się poddałem. Byłem wyczerpany - to raz. A dwa - wystraszyłem się. W końcu było z nami roczne dziecko. Pomimo protestów drugiej połowy wyprawy - podjąłem decyzję - schodzimy. Jeszcze tylko nacieszyliśmy oko piękną panoramą tatrzańską z Małym Giewontem na pierwszym planie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Schodziło się zdecydowanie szybciej co wcale nie znaczy, że łatwiej.
Do Kuźnic wróciliśmy niemalże w ten sam sposób co wchodziliśmy, z małym wyjątkiem - minęliśmy Hotel na Kalatówkach. Z Kuźnic pojechaliśmy busikiem do centrum, skąd spacerem dotarliśmy na kwaterę. Padliśmy wyczerpani.

Dzień trzeci

Poranek. I znowu trzeba wstać. To jest najbardziej koszmarna część dnia. Ale nie unikniona. W końcu udało się wstać z łóżka i dotrzeć do łazienki. Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego (monotonna droga z Pardołówki do Kuźnic) zadzwoniliśmy po taksówkę. W ten sposób udało się nam zaoszczędzić dobrą godzinę z krótkiego już o tej porze roku dnia. Oczekując na taksówkę spożywaliśmy szybkie śniadanko i przygotowaliśmy się do drogi. A że nasz maluszek był już ciepło ubrany uchyliliśmy okno. Nie byliśmy przy tym świadomi, że doprowadzimy do sytuacji, która mogła skończyć się tragicznie. Otóż za oknem buszował kot gospodarzy.  Gdy uchyliliśmy okno i zajęliśmy się swoimi sprawami te głupie stworzenie wskoczyło na parapet a następnie skoczyło do szczeliny między oknem a framugą. Niestety - w szczelinie zmieściła się jedynie jego głowa, która zostając w pokoju (a reszta jego ciała - przypomnę - została za oknem) zaklinowała się. Biedaczysko mało ducha nie wyzionęło, ale nie pozwalało się za głowę złapać. W końcu nie małym trudem udało mi się go w jakiś sposób oswobodzić. Potem okno mijał z daleka.
W końcu jednak wyszliśmy, poranek był mglisty, ale nie wiało - wiatr się uspokoił. Miły taksówkarz zawiózł nas za symboliczną w sumie opłatą (ok. 10 zł) w rejon dolnej stacji kolejki na Kasprowy Wierch, która - o dziwo - była czynna. Skorzystaliśmy więc z okazji i razem w trójkę zapakowaliśmy się wraz z innymi turystami do wagonika. Wagonik już wiekowy, nie prezentował się tak wspaniale jak kolejki pod szwajcarskim Matterhornem, ale widoki z okna nie ustępowały pejzażom alpejskim.  Po kilku minutach dotarliśmy do stacji pośredniej, gdzie szybko przesiedliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po kilku następnych minutach dotarliśmy na Kasprowy Wierch.
Jako, że jechaliśmy pierwszym w tym dniu kursem na szczycie nie było prawie ludzi. Było to niezwykle przyjemne uczucie. Wspaniałe, groźne góry i my.
Niesamowite.
Ze szczytu mieliśmy okazję najpierw podziwiać niezwykłe pejzaże górskie - po słowackiej stronie, a następnie widzieć może chmur nad Zakopanem. W mieście była brzydka pogoda - a tu na szczycie pięknie świeciło słoneczko i żadnej prawie chmurki na niebie.
Niestety - nasz synek chyba źle znosił wysokość, a byliśmy przecież prawie na wysokości 2000 m. n. p. m. Ruszyliśmy jednak szlakiem granicznym - czerwonym w kierunku pierwszego szczytu. Był nim niepozorny Beskid, nie mniej był to nasz pierwszy polski dwutysięcznik.  A nasz syn w tym momencie pobił życiowy rekord wysokości. Niezwykłe - biorąc pod uwagę jego wiek. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy dalej. Chcieliśmy dotrzeć do Świnickiej Przełęczy, ale nasz malec skutecznie nam to uniemożliwił. W momencie, gdy dotarliśmy do Przełęczy Liliowe zdecydowaliśmy się na zejście w kierunku Hali Gąsienicowej. Po prawej mieliśmy piękny widok na kolorowe stawki tatrzańskie (kolorowe, ponieważ w nazwach pojawiały się: Zielony, Czerwony). I cały czas ostro w dół. Z daleka widzieliśmy już schronisko. Zanim jednak dotarliśmy musieliśmy się zatrzymać - Tomaszek domagał się posiłku. Znaleźliśmy ustronne miejsce, zakamuflowane wśród kosodrzewiny, gdzie podczas krótkiego spoczynku wszyscy troje się posililiśmy. Mały dostał cyca, a my - kanapki.  Przyjemnie spożywać posiłek na łonie przyrody. Zwłaszcza tak niezwykłej - jak tatrzańska.
Po kilkunastu minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. W końcu dotarliśmy do Schroniska "Murowaniec" na Hali Gąsienicowej. Tutaj zażyliśmy chwilkę błogiego lenistwa, a że w międzyczasie zepsuła się pogoda - czekaliśmy na jej poprawę.
Gdy deszcz nieco zelżał ruszyliśmy dalej w drogę. Tym razem skierowaliśmy się w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego. Po drodze na niebie zauważyliśmy piękną tęczę. Jednak było to tak krótkie zjawisko, że nie udało się nam zrobić ani jednego zdjęcia. Trudno. Ale co widzieliśmy - to nasze.
Dotarliśmy.
I przez chwilę patrzyliśmy na dolinę stawu w milczeniu. Dech nam w piersi zaparło. Niezwykłe uczucie. Niezwykłe miejsce.
  Oczywiście - rozłożyłem statyw i zacząłem pstrykać zdjęcia. Po paru minutach wzięliśmy mapę i zaczęliśmy się zastanawiać - co dalej. Dobrze, że wjechaliśmy na Kasprowy Wierch kolejką, bo dzięki temu było jeszcze stosunkowo wcześnie. Zdecydowaliśmy się. Kolejnym etapem był Zmarznięty Staw leżący mniej więcej w połowie drogi na słynny Zawrat.
Nie przewidzieliśmy tylko jednego.
Tego, że to będzie bardzo ostra połowa drogi.
Nie szliśmy. Wlekliśmy się. Powłóczyliśmy nogami.
Ale moja żona to niezwykła kobieta.
Ja byłem skłonny zawrócić. Ona - nie. Więc parliśmy powolutku razem z małym dalej.
Aż dotarliśmy.
Warto było.
  Pomimo ostrego podejścia, ogólnego zmęczenia. Widok zrekompensował wszystkie trudy i niedogodności. Zarówno Zmarzły Stawi jak i Przełęcz Zawrat prezentowały się niezwykle imponująco. Po kilkunastu minutach swoistego zauroczenia dotarło do nas, że teraz trzeba niezwykle szybko wracać. Bo dzień krótki, a do Zakopanego daleka droga.
W drodze powrotnej minęliśmy ponownie schronisko, od którego najpierw niebieskim, później żółtym szlakiem, Doliną Jaworzynki zeszliśmy do Kuźnic. Gdy dotarliśmy do stacji kolejki było już ciemno. Busikiem dojechaliśmy do Pardołówki. To był kolejny piękny, ale niezwykle wyczerpujący dzień.
Ale warto było.
Warto.

Dzień czwarty

Na ostatni dzień naszej tatrzańskiej wycieczki zostawiliśmy sobie chyba najbardziej popularne miejsce w polskiej części tego pasma górskiego.
Mowa tutaj oczywiście o Morskim Oku.
Najwygodniej dostać się można spacerując drogą od Białczańskiej Palenicy.
Wsiedliśmy więc w samochód i pojechaliśmy z Zakopanego kierując się na Łysą Polanę, skąd już niedaleko do wielkiego parkingu.
Jednakże dzień i pora powodowały, że parking świecił pustkami.
Pogoda też raczej nie zachęcała do marszu.
Ale skoro już tutaj jesteśmy, nie zostało nam nic innego do zrobienia, jak iść do góry. Jest to chyba najnudniejszy tatrzański szlak. Prowadzi on po asfaltowej drodze. Niezwykle monotonnej i męczącej, aczkolwiek na tyle prostej, że każdy turysta, nawet niedoświadczony czy zwykły spacerowicz może się w nią wybrać. Droga prowadzi lasem, wzdłuż Rybiego Potoku. Jest to ok. 10 km spacer drogą, cały czas w górę. W końcu dochodzimy do Szałasiska nad Włosienicą, gdzie znajduje się zdewastowane rondko - latem tutaj docierają podobno wozy konne.  Znajdują się tutaj także byle jakie zabudowania, w ogóle nie komponujące się z otaczającą przyrodą - ot takie betonowe pawilony. A droga prowadzi dalej w górę. Jeszcze tylko pół godziny marszu i wyłania się nam schronisko nad Morskim Okiem. Zmęczeni monotonna wędrówką z radością wchodzimy do środka, gdzie zamawiamy śniadanie i oddajemy się błogiemu lenistwu. Niestety - nad Morskim Okiem mgła. Widoczność niemalże zerowa. Trudno. Co zrobić? Na pogodę nie ma rady, zwłaszcza późną jesienią. Podczas karmienia małego coś zaczyna wyzierać zza mgły. Pojawiają się jakieś niezwykłe cienie, kontury. Robi to niezwykle ponure wrażenie. Zza mgły zaczyna pojawiać się Mnich. W pewnym momencie - nagle, gwałtownie mgła się przesuwa i dzień się rozpogadza. W pełnej krasie pokazuje się nam okolica Morskiego Oka. A nad brzegiem pojawia się lis. Bezczelny, bo znalazł jakiś plecak i próbował dostać się do jedzenia. Gdy mu się to nie udało podszedł do leżącej nieopodal kurtki i - najzwyczajniej w świecie - podniósł tylną łapkę i ją obsikał. A my w międzyczasie spakowaliśmy wszystkie nasze zabawki i ruszyliśmy na spacer wokół Morskiego Oka. Był to bardzo szybki spacer, bo planowaliśmy dotrzeć jeszcze do Czarnego Stawu pod Rysami. Niestety. Gdy doszliśmy do miejsca, gdzie szlak odchodzi od brzegu mgłą zaczęła znowu osnuwać staw i stało się jasne, że nic nie będzie z naszych planów. Zdegustowani wróciliśmy się do schroniska, spacerując drugim brzegiem, skąd wróciliśmy tą samą drogą którą weszliśmy. Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy na kwaterę.

Dzień piąty

Ostatni poranek w Zakopanem. Wybraliśmy się na spacer po zakopiańskich Krupówkach. Zrobiliśmy zakupy - przede wszystkim serki - oscypki. Po czym wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy do domu. Tak nam minął tatrzański weekend Wszystkich Świętych.

Obserwacje:

Tatry - to przepiękne góry. Piękne właściwie o każdej porze roku. Ale również bardzo niebezpieczne. Zwłaszcza, że dzięki dostępności Kasprowego Wierchu, po górach próbuje chodzić wiele osób niemających żadnego doświadczenia ani nawet przygotowania. Stąd wiele wypadków. To co zdarzyło się nam to tylko namiastka. W tym samym czasie w rejonie Doliny Pięciu Stawów konieczne były dwie interwencje TOPRu. Poza tym - te góry tracą wiele uroku przez "masową" turystykę. Jeśli szukamy spokoju - Tatry należy omijać szerokim łukiem. Zwłaszcza okolice Kasprowego Wierchu i Giewontu.

Autor: Cyprian Pawlaczyk

Uczestnicy wycieczki:
Iwona Pawlaczyk
Tomasz Pawlaczyk
autor

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.cypis.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;