Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
2005.04-06 - WYPRAWA NA BLISKI WSCHÓD
Autor: Cyprian   
Zobacz też:

 29 kwiecień - 03 czerwiec 2005 r.

Wyprawa na Bliski Wschód !!!!
Część I - Węgry, Rumunia i Bułgaria

Przygotowania - marzec - kwiecień 2005 r.

Planujemy niezwykły wyjazd.
Chcemy dotrzeć aż do Syrii.
Ale nie jest to łatwe zadanie.
Z każdej strony zaskakują nas nowe niespodzianki.
Wybierając się w tamte rejony należy mieć wizy turystyczne.
Niektóre podobno dostaniemy na granicach (Turcja, Jordania, Serbia), ale o niektóre należy się postarać przed wyjazdem w odpowiednich ambasadach. Niezbędne jest także posiadanie międzynarodowego prawa jazdy. A także - należy odpowiednio przygotować siebie (nastawienie psychiczne własne i rodziny), samochód (gruntowny przegląd), ekwipunek no i oczywiście - finanse. Ale jesteśmy na dobrej drodze.
Trasy zaczęliśmy przygotowywać.
Czekamy właściwie już tylko na termin wyjazdu.
Założenie - 28.04.2005 r.

Dzień wyjazdu - dzień pierwszy -29.04.2005 r.

Zaczęło się.
Pakuję samochód - w rodzinnym Chorzowie - swoimi gratami, a jest tego od groma, następnie ruszam po uczestników wyjazdu. Pierwszego odbieram z Chorzowa Batorego, drugiego (drugą) - aż z Kędzierzyna Koźla. Przez przebudowę drogi w Gliwicach tracimy dobre półtorej godziny. Pakujemy ostatnie rzeczy i ok. godz. 21.00 tankujemy i ruszamy w drogę.

Zaczęło się.
Kierujemy się na Zakopane. Po drodze mijamy piękny drewniany kościółek w Chabówce, a następnie mijając Krupówki docieramy do granicy, gdzie na przejściu granicznym w Łysej Polanie ok. godz. 01.00 w nocy przekraczamy granicę i żegnamy nasz Kraj. Pierwsze pieczątki w paszporcie zdobyte.

Dzień drugi - 30.04.2005 r.

Nocujemy w samochodzie, już na Słowacji. Rankiem ruszamy dalej. Około godz. 08.00 przekraczamy kolejną granicę - tym razem słowacko - węgierską. Kierujemy się na małe, ale niezwykle słynne miasteczko Tokaj. Chyba wszyscy wiedzą z czego słynie ta mieścina, ale jakby jednak ktoś nie miał tak elementarnej wiedzy - powiem tylko tyle, że zaopatrzyliśmy się w doskonałe Tokaj Aszu. Drugim punktem odwiedzin na Węgrzech jest duże, bardzo ładne miasto - Debreczyn. Spacer po Piaca Utca pozwala poznać najciekawsze miejsca miasta. Zwiedzamy - dzięki uprzejmemu zaproszeniu węgierskiej przewodniczki - Refurmatus Nagytemplom, gdzie docieramy aż na dzwonnicę. A z góry piękna panorama miasta. Ruszamy w kierunku następnej granicy. Z obawą, czy przejście graniczne będzie czynne. Ale szczęśliwie tak, więc żegnamy Węgry i witamy Rumunię. Nawet nie spodziewaliśmy się, jakie tutaj na nas czekają atrakcje. Wjeżdżamy do krainy Maramuresz. Pierwsza mieścina - Valea lui Mihai przeraża nas biedą. Droga gruntowa, zdezelowane samochody, etc. Pierwsze myśli - to raczej przerażenie. Ale do odważnych świat należy. Kierujemy się na Satu Mare. Zostawiamy samochód pod katedrą, i wśród gości weselnych ruszamy zwiedzać pierwsze miasto. Centralny plac miasta - Piata Libertatii - to właściwie mały park wewnątrz ronda. Senne miasteczko nie oferuje zbyt wielu atrakcji, po półgodzinnym spacerze (podczas którego oglądamy kościoły i synagogę) wracamy do samochodu i ruszamy dalej. Docieramy do Baia Mare, gdzie planujemy przenocować. Nowoczesne miasto posiada kilka hoteli, jednak większość jest zdecydowanie za droga, decydujemy się na apartament w Hotelu Sport. Zasłużony odpoczynek.

Dzień trzeci - 01.05.2005 r.

Ruszamy na podbój Baia Mare. Nowa część miasta przeraża strasznie szerokimi arteriami ulicznymi i ogromnymi skrzyżowaniami, jednak gdy docieramy do starówki klimat miasta ulega gwałtownej zmianie. Piata Libertati to piękny, ale strasznie zniszczony i zaniedbany plac. Stąd udajemy się w kierunku Wieży Stefana, gdzie - my to mamy szczęście - obserwujemy barwną procesję. Tak się złożyło, że trafiliśmy akurat na prawosławną Wielkanoc. Następnie spacerujemy sobie po wąskich uliczkach docierając do Baszty Rzeźników znajdującej się wśród brudnych straganów miejscowego targowiska. Jeszcze tylko krótka wycieczka dookoła zamkniętego skansenu i ruszamy dalej. Wyjeżdżamy z miasta. Zaczynają się góry. Piękne, wąskie, kręte i zniszczone drogi. Jazda po nich to wielka frajda, która wymaga jednak wielkiego skupienia. Przypadkowo znajdujemy w lesie ośrodek wypoczynkowy z kolejką linową na górę Guti. Korzystamy z okazji, i mimo, że pogoda jeszcze niezbyt pewna ruszamy do góry. Już z kolejki widoki są niesamowite, a gdy docieramy na szczyt urzekają nas rozległe panoramy. I masa pięknych kwiatów układających się w barwne dywany. Gdy chcemy zjechać na dół okazuje się, że operatorzy poszli na obiad, więc robimy mały piknik na szczycie i gramy sobie w kości. W końcu jednak zjeżdżamy kolejką na dół i ruszamy dalej. Kierujemy się na Sighetu Marmatiei (Syhot Marmaroski), niechlubnie słynnego z ciężkiego komunistycznego więzienia. Mijamy to ponure miasteczko i docieramy do Sapanty, gdzie zwiedzamy jedyny w swoim rodzaju "wesoły cmentarz". Dziwne nagrobki ilustrują najczęściej sposób, w jaki dany nieboszczyk przeniósł się na tamten świat. Odmienne. Jeszcze spotkanie z "wioskowym głupkiem", którego uszczęśliwia otrzymany od nas długopis i jedziemy dalej. Kolejnym punktem dzisiejszego programu jest Barsana, gdzie zwiedzamy ciekawy monastyr. Ale największą frajdę mamy spacerując po wiszącej na linach kładce. Kierujemy się na wieś zwaną Poienile Izei, której odnalezienie graniczy jednak z cudem. Kluczymy kilkanaście kilometrów po polnych, gruntowych drogach, ale w końcu podróż uwieńczona jest sukcesem - docieramy do ślicznej, malutkiej cerkiewki, zasłużenie wpisanej na listę UNESCO. Wyjazd i znalezienie drogi do następnej miejscowości także obfituje w niespodzianki. Jesteśmy zaskoczeni, gdy na polnej drodze znajdujemy drogowskaz z numerem tej drogi, który niestety nie jest wiele nam przydatny. Wczesnym wieczorem dojeżdżamy do wsi Bogdan Voda, gdzie podczas zdjęć przy studni napatoczyło się dwóch pijaczków, którzy jednak zawstydzili nas znajomością języka angielskiego. Wstyd nam. Późnym wieczorem docieramy do Borsy, gdzie stołujemy się w ohydnej spelunie, w której jedzenie nie było lepsze od wystroju. Jedziemy dalej i docieramy do przełęczy Prislop, gdzie na przydrożnym parkingu układamy się do snu (w samochodzie, rzecz jasna).

Dzień czwarty - 02.05.2005 r.

Wita nas piękny, mglisty poranek. Pięknymi, górskimi drogami docieramy do wioski Vatra Moldovitei, gdzie zwiedzamy przepiękny monastyr. Podziwiamy niesamowity urok i spokój tego miejsca. Robimy teraz takie "małe skoki" z wioski do wioski podziwiając kolejne monastyry. W ten sposób odwiedzamy m.in. wsie: Sucevita, Humorului, Voronet. Ciekawostka - wszystkie odwiedzone do tej pory monastyry wyglądają na klasztory żeńskie. A siostry zakonne ubrane są w dość ciekawe nakrycia głowy będące swoistego rodzaju połączeniem toczka z czarną chustą. Po drodze odwiedzamy także miasteczko Radauti (Radowce) skąd udajemy się do polskiej wsi Cacica (Kaczyca), w której - pod Domem Polskim - poznajemy Polaka, pana Eliasza Wiśniewskiego (nieco wciętego, ale na wesoło), który oferuje się na przewodnika po miejscowej kopalni soli. Wcześniej jednak zatrzymujemy się we wsi Arbore, gdzie w zabytkowej cerkwi mamy kolejną okazję obserwować obchody świąt Wielkiej Nocy. W miejscowości Voronet zafundowaliśmy sobie obiad. Ja zamówiłem sobie tradycyjny posiłek rumuński, na który składały się doskonała zupa (zwana tutaj ciorba) oraz pieczywo, a także m.in. móżdżek cielęcy, wątróbka i mamałyga. Niestety - drugie danie było kompletnie niezjadliwe. Docieramy do Suceavy. To duże miasto, w którym planowaliśmy nocleg na kempingu. Niestety nie udało się nam go odnaleźć. Drogi są tutaj fatalnie oznakowane. Znajdujemy za to w budynku dworca autobusowego przyjemny i tani hotelik (Hotel Autogara). Podczas gdy moi towarzysze rozgaszczają się w hotelu ja próbuję zlokalizować i usunąć pierwszą usterkę naszego samochodu. Na szczęście tylko poluzowały się śrubki mocujące koło. Po zakwaterowaniu ruszamy na wieczorne zwiedzanie miasta. I po kolei odwiedzamy: pomnik Stefana Wielkiego, skansen, malownicze ruiny zamku. Po zmierzchu docieramy do ślicznie oświetlonej cerkwi (biserica sf Gheorghe), którą oczywiście uwieczniamy na kliszy fotograficznej. Gdy już spakowaliśmy nasze foto-zabawki spotykamy proboszcza tej cerkwi, który zaprasza nas do środka i opowiada historię świątyni. Z powodzeniem komunikujemy się z nim w języku rosyjskim (aż sam się zdziwiłem). W drodze powrotnej do hotelu kupujemy, jak później się okazało, doskonałe wino Cotnari.

Dzień piąty - 03.05.2005 r.

Rankiem docieramy do sennego miasteczka Targu Neamt, nad którym górują majestatyczne ruiny zamku, do którego wchodzi się po wysoko umieszczonej kładce. Następnie odwiedzamy kolejne, tym razem murowane, monastyry. Są to: Agapia i Varatel, a także Neamt i Secu. W drugim wpadłem w oko bardzo ładnej zakonnicy, która wpuściła mnie w krótkich spodenkach do środka. Z kolei klasztor w Neamt to chyba najciekawszy obiekt tego rejonu. Jest to klasztor męski, a zakonnicy, a może popi, noszą tutaj śmieszne długie brody. A najstarszy z nich z widocznym zainteresowaniem przyglądał się naszemu samochodzikowi. Tutaj też mamy okazję posłuchać pięknej muzyki cerkiewnej i od razu w przyklasztornym sklepiku z dewocjonaliami zaopatrujemy się w płytę CD z taką muzyką (oczywiście płyta jest piracką kopią !!!). Znudzeni już nieco kolejnymi monastyrami zmieniamy front. Ruszamy na podbój pięknego górskiego jeziora Izvorul Muntelui. Mijaliśmy małą wioskę Poiana Teiului, leżącej przy potężnym moście przerzuconym nad jeziorem. Podziwiając most zostajemy zaczepieni przez cygana wędrującego na wozach wraz z całą rodziną. Poznanie go kosztowało nas bochenek chleba. Dojeżdżając do jeziora zaczęło nam brakować paliwa. Jadąc wzdłuż brzegu rozglądaliśmy się właściwie jedynie za stacją paliw, przegapiając wiele widoków. Na oparach zrobiliśmy jeszcze blisko 80 km, minęliśmy zaporę z hydroelektrownią i dotarliśmy do miasteczka Bicaz. Stąd ruszamy na poszukiwanie słynnego Wąwozu Bicaz. I znajdujemy go. Między wysokimi skałami wije się droga i równoległa do niej rzeka. Miejscami jest to niezwykle klaustrofobiczne miejsce, ale zarazem tak interesujące i intrygujące, że nie możemy go wręcz opuścić. Za wąwozem zaczyna się górska droga. Na przydrożnym kempingu się stołujemy. Doskonała ciorba i świeżutki smażony pstrąg. Jedziemy dalej, wjeżdżając coraz głębiej w region Transylwanii. Mijamy małą miejscowość Ditrau z monumentalnym neogotyckim kościołem, następnie dojeżdżamy do Toplity, gdzie - bez powodzenia - próbujemy znaleźć nocleg na miejscowych kempingach. Niestety o tej porze roku - jeszcze są nieczynne. Za to zwiedzamy uroczą drewnianą cerkiew - biserica sf Ilie. Późnym wieczorem docieramy do Tirgu Mures, gdzie na bocznej uliczce spędzamy nocleg w samochodzie.

Dzień szósty - 04.05.2005 r.

Wczesnym rankiem wybieramy się na spacer po starym mieście i twierdzy Tirgu Mures, a na śniadanie jemy pierwszy (niezwykle przeciętny) kebab. Takie sobie miasteczko, więc po godzinnym spacerze opuszczamy je i ruszamy dalej. Docieramy do miasta Sighisoara. Niezwykła starówka, do złudzenia przypominająca średniowieczne, francuskie Carcassone. Skradamy się wąskimi uliczkami, podziwiając piękną wieżę zegarową i kolejne baszty. Docieramy także drewnianym tunelem na wzgórze. W tym malowniczym miejscu znajduje się szkoła. A wokół piękne miejsca na wagary. Zazdrościmy uczniakom. Na parkingu widzimy samochód na chorzowskich (!!!) numerach. Nawiązujemy sms-ową znajomość z chłopakami z Chorzowa. Dalszy etap dzisiejszej wycieczki to kościoły warowne. Pierwszy zwiedzamy we wsi Biertan. Położenie kościoła uniemożliwiało chyba jego zdobycie. Przewodniczka pokazuje nam zakrystię, do której wejścia bronią drzwi z zamkiem, którego nawet GERDA by się nie powstydziła. Kolejne warowne kościoły odwiedzamy we wsiach Mosna i Valea Villor. Te są już w decydowanie gorszym stanie i niestety nie udaje się nam ich zwiedzić wewnątrz. Noclegu szukamy w Sibiu. Trafia się nam sympatyczny pensjonacik prawie w samym centrum. Wieczorem spacerujemy po dużej i pięknej starówce, która niestety obecnie jest niemalże w całości rozkopana. Ale w przyszłości będzie to miasto, które urodą może dorównać naszej dawnej stolicy. To taki rumuński Kraków.

Dzień siódmy - 05.05.2005 r.

Ruszamy na podbój najsłynniejszych chyba rumuńskich gór, a drogi na pewno. Mowa tutaj o Górach Fogarskich oraz słynnej trasie transfogarskiej. Ruszamy w górę, pomimo, że przydrożne tablice ostrzegają nas o braku przejazdu. Po kilkunastu kilometrach jazdy na drodze zaczynają pojawiać się najpierw pierwsze kamienie, a następnie już całkiem spore głazy. Mimo to pomału przemy dalej w górę. Ale w końcu dojeżdżamy do miejsca, w którym droga wygląda, jakby zeszła na nią lawina śnieżna, która tam została. Zostawiamy samochód, przebieramy się i ruszamy sobie na spacer po górach. Po drodze mijamy grupkę czeskich turystów. Niestety - drogi są nie tylko nie przejezdne, ale także skutecznie uniemożliwiają piesze wędrówki. Podobno dopiero w II połowie czerwca są drożne. Nie mamy tyle czasu, by zaczekać, ale może w drodze powrotnej? Zobaczymy. Ruszyliśmy powrotem i kolejnymi górskimi drogami dojechaliśmy do Simbata, gdzie zwiedziliśmy kolejny, doskonale zachowany monastyr Branloevanu. Tomek znudzony, znalazł ławeczkę i zaczął się opalać. Próbowaliśmy także wjechać w góry, co ciekawe - w Rumunii nie ma zakazów wjazdu na ś cieżki leśne, ale nasz samochód powiedział PAS. To nie terenówka z napędem 4x4 (chociaż niedaleka przyszłość miała powiedzieć zupełnie co innego). Kolejny punkt programu to zamek chłopski w Fagaras, który jednak potraktowaliśmy nieco po macoszemu, mając w perspektywie zwiedzanie kolejnej miejscowości. Brasov - bo o nim mowa - także może pretendować do miana Krakowa Rumunii. Piękna miejscowość, położona u stóp wysokiej góry (z psującym efekt napisem w hollywoodzkim stylu, na jej stokach), zaskakuje subtelną starówką, z rynkiem i sukiennicami. Po raz kolejny mamy szczęście - tym razem zwiedzamy miasto podczas obchodów 700-lecia (chyba). Parady lotnicze, procesje, zabawy, festyny. A my zamiast się przyłączyć - idziemy na pizzę. Nie jest to tradycyjne rumuńskie jedzenie, ale nie będziemy już w tym kraju eksperymentować na naszych żołądkach. Spacerując po uliczkach natrafiliśmy na stragan z łakociami - kupiliśmy sobie po takim dziwnym ciastku w cukrze i cynamonie, w kształcie spirali (jego nazwa nam gdzieś uleciała). Ciastko można opisać jednym zdaniem - NIEBO W GĘBIE, GĘBA W NIEBIE. Na samo wspomnienie ślinka nam cieknie. Koniecznie należy zobaczyć Czarny Kościół, rynek i nieco oddalona od centrum cerkiew św. Mikołaja. Warto także urządzić sobie spacer bocznymi uliczkami, gdzie można odkryć różne ciekawostki architektoniczne, a także znaleźć specyficzny klimat okolic. Jedyna trudność - to ograniczone miejsca parkingowe w mieście. Późnym popołudniem dotarliśmy do wielkiej transylwańskiej ciekawostki. Mieścina Rasnov kryje fantastyczny zamek chłopski, który tak naprawdę jest warowną wsią. W dużej mierze odrestaurowany bije na głowę większość zabytków tej klasy. Kilka kilometrów dalej wznosi się największa (podobno, ale nas nie zadowoliła) atrakcja Transylwanii - zamek hrabiego Draculi - Bran. To taka komercyjna siedziba króla wampirów, prawdziwa jest nieco dalej. Uciekliśmy, czym prędzej. Na szczęście przyjechaliśmy za późno na jego zwiedzanie, a i pogoda nas zniechęcała. Spotykamy tutaj mocno poturbowanego pieska. Żal, że nie można mu pomóc. Ruszamy więc dalej. Podczas jazdy obserwowaliśmy przydrożnych handlarzy, aż w końcu skusiliśmy się na zakupy. Kupiliśmy doskonałe, ostre kiełbaski, gęste soki owocowe domowej roboty oraz alkohol w butelce po coca-coli (taki lokalny bimber). Po drodze udało nam się zobaczyć jeszcze mały ale niezwykle uroczy kościółek w Podu Dambovitei. Późnym wieczorem dotarliśmy ponownie do trasy transfogarskiej, tym razem od południa, pokonaliśmy nocą bardzo duży odcinek trasy, by na leśnej polance urządzić sobie (samochodowy - rzecz jasna) nocleg. Początkowy odcinek tej drogi jest dość monotonny, kręta droga prowadzi lasem, a jej stan urąga wszystkiemu, co widzieliśmy do tej pory.

Dzień ósmy - 06.05.2005 r.

Piękny poranek w górach. Zwijamy szybciutko nasze graty i ruszamy w kierunku gór. Pięknych gór. Zaczynają się serpentyny, droga "wychodzi" z lasu, przed nami roztaczają się piękne, górskie panoramy. Docieramy do hotelu - schroniska Valla Kaprei na wysokości ok. 1500 m n.p.m., a dalej - śnieg uniemożliwia przejazd (śmieszne - południowy kraj i tak nisko zalegają takie zwaliska śniegu). Zostawiamy samochód i naszą koleżankę na parkingu. Męska część ekipy ruszyła na pieszy podbój Gór Fogarskich. Wspinamy się ostro pod górę, kierując się na malowniczy wodospad. Wędrówka o tej porze roku nie jest zbyt przyjemna, zalegają duże połacie kruchego śniegu, non-stop się zapadamy, a jak już trafi się jakaś trawiasta łączka, to jest podmokła. Nie zraża nas to - wspinamy się dalej. Do wodospadu dotarliśmy bez większych przeszkód, próbujemy dalej. Tu już nie jest tak łatwo, docieramy mniej więcej do połowy szczytu i zaczynają się pogarszać warunki atmosferyczne. Widzimy już zabudowania kolejnego schroniska, niestety dotarcie bez sprzętu jest niemożliwe. Poza tym - obiekt jest jeszcze zamknięty. Wracamy na parking, docieramy przemoczeni i przemarznięci. W między czasie otwarło się schronisko, miły jego opiekun udostępnia nam pokój z łazienką - możemy się umyć i przebrać, z okazji skwapliwie korzystamy. Wszyscy troje - rzecz jasna. W rewanżu - stołujemy się w schronisku. Ciepłe śniadanie i kawa dobrze nam robi. Ruszamy w dół trasą (zresztą innej możliwości już nie mamy). I tu niespodzianka. Parę kilometrów poniżej schroniska zeszła lawina śnieżna i zatarasowała nam przejazd. Nie pozostało nam nic innego jak zakasać rękawy i ręcznie rozgarnąć śnieg. Nie było to zbyt miłe zajęcie, znowu się nieco przemoczyliśmy, ale udrożniliśmy przejazd (połowicznie, bo połowa samochodu jechała przydrożnym strumyczkiem). Ruszyliśmy uradowani, ale radość nie trwała długo, ponieważ kilometr niżej zwaliły się na drogę drzewa, ponownie uniemożliwiając nam podróż. Ponownie musieliśmy zakasać rękawy i ręcznie drzewka usunąć. Dalsza podróż przebiegała już bez podobnych przygód. Docieramy do sztucznego jeziora Vidraru, gdzie podziwiamy ogromną tamę z hydroelektrownią. Zjeżdżając w dół zostajemy zatrzymani przez żołnierzy pilnujących terenu elektrowni, którzy proszą nas jedynie o papierosy. Udaje nam się dojechać do "stóp" zapory, co pozwala zmierzyć się (wzrokiem, rzecz jasna) z jej ogromem. Kilka kilometrów niżej docieramy do zamku Poienari. Aby jednak zwiedzić ruiny zamku, musimy pokonać ponad 1200 schodów. A na szczycie okazuje się, że ruiny są tak zniszczone, że właściwie oglądanie ich bez straty można było sobie darować. Nie mniej Poienari to prawdziwa siedziba Vlada Tepesa (znanego lepiej pod imieniem Draculi). Docieramy do Curtea de Arges. Nasze przewodniki informują nas, że jest to pierwsza stolica Rumunii. Niestety, nie jest to porywające miasteczko, chociaż znaleźliśmy trzy interesujące, zabytkowe cerkwie. Korzystamy z chwili przerwy, kończymy wypisywanie kartek (pierwszych) i udajemy się na pocztę. Kolejny odcinek drogi jest koszmarny - duży ruch, wiele patroli policji, ale nie ma się właściwie specjalnie co dziwić. Jedziemy w końcu jedną z głównych dróg dojazdowych do stolicy - do Bukaresztu. Z każdym kilometrem, z którym zbliżamy się do metropolii, powiększa się horror na drodze, osiągając apogeum na przedmieściach miasta. Jakoś udaje się nam jednak przejechać, a nawet znaleźć miejsce noclegowe - duży kemping Casa Alba. Przyjemne warunki - dostajemy sympatyczny bungalow, w którym czym prędzej się kwaterujemy. Po chwili odpoczynku i zasłużonej kąpieli decydujemy się na wieczorne zwiedzanie miasta. Z planem w rękach pilota ruszamy do centrum kierując się do najsłynniejszego miejsca w tym mieście. Parkujemy pod Pałacem Parlamentu (dawniej Pałacem Ludu) - słynnej z wielkości budowli. Podobno pod względem zajmowanego obszaru jest to drugi budynek na świecie, za amerykańskim Pentagonem. Zostawiamy samochód i rozkoszując się przyjemnym wieczorem zaczynamy spacer. Docieramy do pozostałości starego miasta reprezentowanego przez malutką cerkiew św. Antoniego. Komunistyczny dyktator Caucescu diametralnie zmienił wygląd miasta równając z ziemią właściwie wszystkie zabytki, które zastąpił nowoczesną zabudową. Nie mniej - miasto zachowało nieco uroku. Ciekawa zabudowa pozostała w rejonie pałacu Banku Narodowego, gdzie mieliśmy niezbyt przyjemne zdarzenie - otóż ochrona banku na siłę próbowała nas wyrzucić spod budynku banku, gdzie uparliśmy się uskuteczniać nocną fotografię. Nasz upór doprowadził strażników na skraj wyczerpania nerwowego. W końcu odeszliśmy, a jeden z nich podszedł do nas z przeprosinami, ale właśnie dostali transport pieniędzy - na niezabezpieczonym TIR-rze. Klucząc wąskimi uliczkami dotarliśmy w rejon pięknej cerkwi Stavropoleos, skąd spacerem wróciliśmy pod Pałac Parlamentu. W nocnym oświetleniu prezentuje się on znacznie lepiej, niż za dnia. Wróciliśmy na kemping.

Dzień dziewiąty - 07.05.2005 r.

Plany co do Bukaresztu mieliśmy wielkie. Niestety poranne zwiedzanie pokrzyżowała pogoda. W związku z powyższym skusiliśmy się na ofertę miejscowych muzeów. Pierwsze było Muzeum Tradycji Rumuńskiej, gdzie można podziwiać wyroby rękodzieła ludowego a także wiele dzieł malarstwa sakralnego. Drugie muzeum - znacznie ciekawsze dla przeciętnego turysty - to Muzeum Historii Naturalnej. Wystawione eksponaty robią wrażenie - m.in. potężne szkielety czy kolekcja wypchanych zwierząt z całego świata. Jedyna trudność jaka nas zastała w muzeum to szkolne wycieczki. Zwiedzanie z dzieciakami jest niezwykle męczące. A z taką ilością. Po zakończeniu zwiedzania szukamy jakiegoś sympatycznego miejsca na posiłek - docieramy do jakiegoś baru typu Fast-food. Po skończonym posiłku, w strugach deszczu z biedą docieramy do samochodu. Decydujemy się jeszcze na krótką, objazdową wycieczkę po mieście, podczas której mamy małą awarię - pod wpływem mas zalewającej nas wody - przestaje działać wycieraczka pasażera. Awarię usuwamy na najbliższej stacji benzynowej. I ruszamy w trasę. Celem jest już Bułgaria. Niestety - na przejściu granicznym Rumunii pokazują pazurki. Najpierw opłata za przejazd drogami, potem bardzo niesympatyczna celniczka wymusza drugą opłatę w formie winiety, a na sam koniec musimy opłacić jeszcze opłatę środowiskową i jeszcze jedną (nawet nie wiemy jaką) - w sumie skasowali nas na ponad 200 PLN. W złych humorach opuszczamy ten piękny kraj. Jeszcze tylko przejazd mostem żelaznym przez graniczny Dunaj i witają nas celnicy bułgarscy, którzy jawnie dopominają się "podarka", którego my im równie jawnie odmawiamy, najnormalniej w świecie rżnąć "głupa". Jeszcze tylko kilka opłat - za dezynfekcję, winietę i jesteśmy w Bułgarii. Celnicy nie mogą uwierzyć w nasze zapewnienia, że nie mamy żadnej kontrabandy. Pierwsze wrażenie - przygnębiające. Przejeżdżamy przez miasto Ruse, które straszy blokowiskami i wielką biedą, tak więc nawet nie zatrzymując się kierujemy się na główną drogę biegnącą do Warny nad Morzem Czarnym. Główna droga mija wioski i miasteczka, tak więc dość szybko się przemieszczamy, uważając na bardzo liczne (co kilka kilometrów) patrole policji. Kierujemy się na miejscowość Vielikij Preslav, mając nadzieję na nocleg. Znajdujemy nawet hotel, otwarty, pusty i bez obsługi. Udaje się nam namierzyć telefonicznie gospodarza obiektu, który nie był jednak zainteresowany gośćmi. Chcąc nie chcąc ruszyliśmy dalej i późnym wieczorem dotarliśmy do Madary, gdzie na miejscowym kempingu zorganizowaliśmy sobie nocleg i kolację.

Dzień dziesiąty - 08.05.2005 r.

Wczesnym rankiem wyjeżdżamy z kempingu i kierujemy się za znakami na "madarskiego konika". Docieramy do parkingu, gdzie - pomimo wczesnej pory - czynne były kramy z pamiątkami i niestety - kasa również. Zaopatrzyliśmy się w pamiątkowe wisiorki, kupiliśmy bilety i ruszyliśmy po schodach. Po kilku minutach jesteśmy na szczycie, u stóp potężnej skały, na której znajduje się słynna płaskorzeźba tzw. "Jeźdźca z Madary". Krótki czas odpoczynku i refleksja - jak ówcześni radzili sobie z realizacją tego typów zadań, ile istnień ludzkich kosztowało widzimisie jednostki. Nie mniej - płaskorzeźba robi ogromne wrażenie. Chociaż nie na wszystkich uczestnikach wycieczki - co poniektórzy okupowali ławki i leczyli "samogonowego kaca". Następnie, rezygnując z głównych dróg udaliśmy się w kierunku miejscowości Staro Orianowo, przejeżdżając przez wiele malutkich, bardzo biednych i zniszczonych wiosek i miasteczek, bardzo typowych dla Bułgarii. W końcu docieramy w rejon wybrzeża Morza Czarnego, gdzie wita nas bardzo ładna pogoda, a także - po raz kolejny - górskie kręte drogi. Wspinając się samochodem na kolejne górskie przełęcze mieliśmy okazję podziwiać mieszane panoramy nadmorsko - górskie.
W ten sposób dotarliśmy do bułgarskiego Słonecznego Brzegu.
Najwspanialszym okolicznym miejscem jest Nesebyr, a właściwie jego starówka znajdująca się na wyspie połączonej z lądem groblą. Urocze miasto. Mnóstwo wąskich uliczek wijących się wśród atrakcyjnej zabudowy. Znajduje się tutaj sporo ciekawych zabudowań, w tym ruiny kilku małych, kamiennych cerkwi. Tutaj po raz pierwszy spożywamy typowo nadmorski posiłek - rybę, na dodatek fantastycznie przyrządzoną (i podaną). Dania, które dostaliśmy były nie do przejedzenia. Wieczorem ruszamy w kierunku granicy bułgarsko - tureckiej. Po stronie bułgarskiej odprawa odbywa się - ku naszemu zaskoczeniu - błyskawicznie i bez żadnych problemów (i opłat). Gorzej - po stronie tureckiej. Przekonujemy się, że mieszkańcy wschodu mają zawsze czas, a w szczególności, gdy wypadałoby popracować. Ale po kolei - najpierw budka przy szlabanie, potem wizyta w budynku odpraw przy okienku urzędnika sprzedającego wizy, następnie - policja graniczna kontroluje nasze paszporty i potwierdza naszą wizytę stosownym stemplem, kolejny - tym razem pokój - należy do celnika wpisującego samochód do paszportu właściciela, a ostatni pokój - odwiedzamy w bliżej nie określonym celu, a jego pracownik gra z nami w zgadywanki, od których warunkuje pozwolenie na wjazd do Turcji. W końcu wjeżdżamy do Turcji. Zaczyna się kolejny etap naszej przygody. Pierwsze odwiedzane przez nas większe miasto to Kirklareli, gdzie na gwałt szukamy bankomatu. Jest. Próbujemy wypłacić pieniądze przy użyciu wypukłej karty VISA i o mały włos nie zablokowaliśmy bankomatu, który przez parę długich minut nie chciał nam oddać karty. Kierujemy się na Istambuł. Po raz pierwszy podczas naszej podróży wjeżdżamy na autostradę. Jesteśmy bardzo mile zaskoczeni. Wspaniała, sześcio pasowa szosa prowadzi nas niemalże do granic aglomeracji stambulskiej. Po ok. 30 min jazdy zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu, by rozprostować kości i skorzystać z przybytku ulgi. Wcale nam nie ulżyło, gdy dziadek klozetowy skasował nas na 4 miliony!!!! Ruszamy dalej. Im bardziej zbliżamy się do miasta, tym ruch na autostradzie robi się coraz większy. W pewnym momencie decydujemy się na zjazd z płatnej autostrady (ale śmiesznie taniej) i ruszamy równoległą szosą D100, przy której ma znajdować się kemping, w którym planowaliśmy się zatrzymać. I to był nasz błąd. Z wygodnej autostrady zjechaliśmy wprawdzie na szeroką, ale za to bardzo zatłoczoną i fatalnie oznakowaną ulicę miejską. Zbliża się godz. 22 a walka na szosie trwa w najlepsze. To miasto to istna dżungla drogowa. Przeciskając się w ulicznych korkach podejmujemy decyzję, że do centrum będziemy dojeżdżać kolejką podmiejską. Jazda samochodem po Istambule nie ma sensu. Oczywiście udało się nam przegapić zjazd na kemping, znajdujący się za (a nawet poniżej) stacji Shell. Zjechaliśmy na pierwszym zjeździe, ale powrót graniczył z cudem. Klucząc po osiedlowych uliczkach w końcu łapiemy okazję. Taksiarz - za drobną opłatą - deklaruje się dowieźć nas do celu. O dziwo - to mu się udaje. Załatwiamy nocleg i kładziemy się spać. Jest godz. 24.00


29 kwiecień - 03 czerwiec 2005 r.

Wyprawa na Bliski Wschód !!!!
Część II - Turcja

Dzień jedenasty - 09.05.2005 r.

  Pierwszy dzień w Istambule. Ruszamy na jego podbój. Okazuje się to niezbyt łatwe, zwłaszcza, że już na kempingu nie udaje się nam porozumieć z recepcjonistką. Ale nie zraża nas to i pierwsze kroki kierujemy na stację podmiejskiej kolejki. Jedziemy ok. 30 min i docieramy na stację, która zwie się Aksaray. Tu mieliśmy się przesiąść na tramwaj, jednakże nie udaje się nam znaleźć jego przystanku. Co robimy? Oczywiście wołamy - TAXI. Pokazujemy kierowcy taksówki miejsce docelowe, targujemy się i ruszamy. To co wyrabia taksiarz na drodze, a także cała reszta żółtej hałastry (taksówkarze) i kierowców przeróżnych rupieci, przekracza nasze zdolności pojmowania. Z radością przyjmujemy informację, że jesteśmy już na miejscu i ochoczo opuszczamy taksówkę. Dobrze, że zostawiliśmy nasz samochód na kempingu. Tutaj nawet rękę przez opuszczone okno w samochodzie jest strach wystawić. Taksówkarz wysadził nas na placu między Błękitnym Meczetem a Świątynią Hagia Sofia. Ta druga jest zamknięta - dzisiaj jest poniedziałek, wrócimy, więc tu nazajutrz, a zwiedzanie miasta zaczynamy rzecz jasna od słynnego meczetu. Zanim jednak dotarliśmy do świątyni, w parku do niej przylegającym zaczepiają nas herbaciarze w tradycyjnych tureckich strojach i kasują nas na niebotyczną kwotę 40 lirów - rozbój w biały dzień. Od tego zdarzenia jesteśmy (chociaż nie zawsze) znacznie ostrożniejsi. Jest to nasz pierwszy meczet, więc uczymy się dopiero panujących zwyczajów. Ale obsługa jest nad wyraz wyrozumiała. Nie mniej - musimy zdjąć obuwie, owinąć chustą nogi (bo wybraliśmy się w krótkich spodenkach), a kobieta - dodatkowo musi nakryć głowę. Wewnątrz - świątynia jest ogromna, zupełnie odmienna od tych, które mieliśmy okazję podziwiać w innych krajach do tej pory. Drugi punkt dzisiejszego programu to pałac Topkapi. Wchodzimy piękną bramą - Królewskimi Wrotami, na dziedziniec Janczarów. Pomimo bardzo wysokich cen za wstęp, przed pałacem kłębią się tłumy ludzi z całego świata. Grzecznie stoimy w kolejce oczekując na naszą kolej. Topkapi to potężna rezydencja sułtańska, miejsce, skąd władali swoim imperium. Przez kolejną bramę - Orta Kapi - docieramy do dziedzińca, z którego można podziwiać Harem oraz wspaniałe wewnętrzne zabudowania. Na kolejny dziedziniec prowadzi brama szczęśliwości. A tutaj już znajdują się wejścia do niezwykle bogatego skarbca. Ekspozycja zawiera eksponaty z całego świata. Wzdłuż czwartego - ostatniego dziedzińca biegną tarasy widokowe - wspaniałe panoramy Bosforu i Złotego Rogu. Opuszczając tereny pałacowe mijamy na parkingu luksusowe Volvo z powiewającą biało - czerwoną flagą. Na nasze zainteresowanie tym samochodem kierowca uprzejmie informuje nas, że jest to pojazd polskiego konsula. Wróciliśmy na plac między słynnymi świątyniami i rozpoczęliśmy poszukiwanie słynnej restauracji stambulskiej - Lale, znanej bardziej pod nazwą "sklep budyniowy". Miejsca słynnego - jak nazwa wskazuje - z doskonałych ryżowych puddingów. Zamawiamy obiad a na deser prosimy po jednym z każdego puddingu z karty. Delektujemy się. Obiecujemy sobie koniecznie tu wrócić. Po sutym posiłku nie chce nam się zbytnio ruszać. A tu jeszcze tyle atrakcji. Kierujemy się więc do słynnego "supermarketu" - oczywiście na Wielki Bazar. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Blisko 4 tysiące sklepów i kramów pod jednym dachem. Giniemy wśród wąskich i ciasnych alejek. Robimy zakupy - kilka pamiątek. Klucząc między straganami tracimy dobrą godzinę. W końcu udaje się nam wydostać. Ruszamy dalej i docieramy do placu Beyazit, nad którym góruje meczet i brama uniwersytecka. Wchodzimy do środka. Meczet jest potężny, piękny, surowy. Jest także niezwykle zaniedbany. Zwracamy uwagę, że w Stambule nie dba się specjalnie ani o porządek, ani o zabytki (może z wyjątkiem najbardziej charakterystycznych). Ruszamy dalej, spacerując wzdłuż zabudowań uniwersyteckich docieramy w końcu do jednego z najsłynniejszych meczetów świata - do Suleymaniye Camii. Z zewnątrz meczet prezentuje się niezwykle okazale, chociaż sama budowla została niemal na siłę wciśnięta w otaczającą okolicę, przez co nie można właściwie jej podziwiać w pełnej krasie. Nie mniej - wrażenie jest piorunujące. Niestety - nie udaje się nam zwiedzić meczetu wewnątrz. Kiedy spacerowaliśmy wokół, rozległ się krzyk muezina nawołujący do modlitwy. Właściwie to nie krzyk. To ryk potęgowany przez umieszczone na minaretach meczetu megafony. Uciekliśmy stamtąd, czym prędzej. Udaliśmy się na nadbrzeża Złotego Rogu. Zanim jednak tam dotarliśmy kluczyliśmy po wąskich i stromych uliczkach, przedzierając się przez stamulskie slumsy. Gdy już dotarliśmy do nabrzeża byliśmy tak zmęczeni, że taksówką dojechaliśmy do dworca kolejki i na kemping. A na kempingu uwidoczniła się pierwsza usterka naszego samochodu podczas podróży. Zawiesił się system sterowania centralnym zamkiem. Na szczęście odłączenie i ponowne włączenie akumulatora rozwiązało problem. Auto jak do tej pory zachowuje się fantastycznie.

Dzień dwunasty - 10.05.2005 r.

Drugi dzień pobytu rozpoczynamy podobnie - przejażdżką kolejką podmiejską do centrum, następnie tramwajem jedziemy pod Błękitny Meczet. Dzień rozpoczynamy od śniadania oraz deseru w "sklepie budyniowym". Dotrzymaliśmy swojej obietnicy. Po śniadaniu ruszamy zwiedzać słynną świątynie Hagia Sofia. Wchodzimy do wnętrz, które zaskakują nas przepychem i rozmachem. Niestety - świątyni nie można podziwiać w pełnej krasie ze względu na prace remontowe kopuły. Wewnątrz zostało ustawione potężne rusztowanie, które nieco psuje kompozycję. Zwiedzamy także górne kondygnacje, gdzie podziwiamy przepiękne mozaiki. Następnie wybieramy się na spacer po hipodromie, a właściwie po jego resztkach. W drodze powrotnej docieramy do starej łaźni tureckiej, obecnie przerobionej na sklep z dywanami. Bardzo interesujące miejsce. Musimy kiedyś odwiedzić czynny hammam. W rejonie łaźni znajdujemy punkt pocztowy i wysyłamy pozdrowienia do bliskich. Spacerujemy sobie po głównej ulicy biegnącej do Złotego Rogu. Trudno się zgubić, ponieważ biegnie tędy jedyna linia tramwajowa w mieście. Sama ulica jest typu reprezentacyjno - handlowego, więc zbaczamy z niej i spacerujemy bocznymi uliczkami. Docieramy do przystani, skąd odpływają promy i statki wycieczkowe. Decydujemy się na wycieczkę promem po Bosforze. Wycieczka daje nam możliwość poznania Istambułu od strony morskiej. Podziwiamy wspaniałe dwa mosty spinające nad cieśniną dwa kontynenty - europejski z azjatyckim, a także dwie potężne twierdze - Europa i Azja. Przeraża nas ogrom stambulskiej aglomeracji, bo trudno ten organizm nazywać miastem. Docieramy w końcu do Azji - mamy w małym porcie godzinny postój. Pierwszy kontakt z kontynentem azjatyckim nie wspominamy zbyt miło. Trafiliśmy do fatalnej restauracji z niemiłą obsługą i niedobrym jedzeniem. Niestety - bywa też tak. Droga powrotna była już dość męcząca, więc odpoczywaliśmy sobie, pogrywając w pokera w kości. Do przystani dotarliśmy wczesnym wieczorem, udaliśmy się na spacer po portowej dzielnicy, potem myszkowaliśmy troszkę po sklepach. Szukając księgarni z mapami trafiłem na tureckiego pucybuta, który swoją angielszczyzną mnie zadziwił (i zawstydził - w końcu wypadałoby się kiedyś zabrać za naukę tego języka), z którym - mimo jego starań - nie udało mi się dogadać. W końcu trafiliśmy (już po raz trzeci) do "sklepu budyniowego", gdzie zamówiliśmy sobie porządny obiad i - oczywiście - desery. Tutaj Tomek nie wytrzymał kontaktu z ostrą papryką i od tego momentu zanim wziął jakąkolwiek paprykę do ust, dawał ją nam do skosztowania. Na zakończenie wspaniałego obiadu raczyliśmy się ponownie deserami. Puddingi są tutaj niepowtarzalne. A potem jeszcze prawdziwe tureckie - kawa (z zimną wodą do popicia) i herbata (którą słodzi się nieprzyzwoicie). Po sutym posiłku ruszyliśmy na ostatni, wieczorny spacer po mieście - poszliśmy oglądać świątynię Hagia Sofia i Błękitny Meczet w świetle wieczornych lamp. Oczywiście wykonaliśmy całą serię wieczornych zdjęć, podczas robienia których zostałem zaatakowany na rzadko przez przelatującą rybitwę. Tak zakończyła się nasza przygoda z jednym z największych miast Europy i świata.

Dzień trzynasty - 11.05.2005 r.

Pakujemy samochód i ruszamy w drogę. Próbujemy wrócić na główną drogę prowadzącą na zachód, czyli po części europejskiej. Nasz plan - półwysep Galipolli (Gelibolu). Ale jazda po stambulskich drogach to jest tragedia. Turcy w mieście dostają małpiego rozumu. Na dwupasowej drodze potrafią zmieścić 4 a nawet 5 samochodów. Przez to ich samochody wyglądają jak wyglądają. W końcu udaje się nam wydostać z aglomeracji, ruch się uspokaja, wszystko wraca do normy. Po jakimś czasie docieramy na półwysep. Galipolli to jedna wielka baza wojskowa, zlokalizowana na półwyspie, nad cieśniną Dardanele. Jest to także miejsce pamięci narodowej, w którym zlokalizowane jest wiele pomników upamiętniających miejsca bitew i poległych żołnierzy - tureckich, angielskich, australijskich i nowozelandzkich. Smutna pamiątka po wydarzeniach z 1915 r. Dotarliśmy do Kilidulbahiru skąd wyruszają przeprawy promowe do Canakkale. Wjechaliśmy niemalże na styk zajmując jedno z ostatnich miejsc na promie. Na promie spotykamy moto-turystów z Polski, podróżujących Skodą. Po kilkunastu minutach prom dobija do brzegu i zjeżdżając z niego wjeżdżamy do Azji, do pierwszej miejscowości, do Canakkale. I to wydarzenie traktujemy jako pierwszy kontakt z nowym kontynentem. Próbowaliśmy się zatrzymać w tym mieście, coś zwiedzić no i się pożywić. Niestety - było to nie wykonalne. Zrobiliśmy kilka kółek po mieście, ale na tym się to skończyło. Niezwykle wielki ruch i utrudnienia parkingowe. Ruszyliśmy więc - tym razem na Troję. Srogo się zawiedliśmy. Jedyną właściwie atrakcją, ale skierowaną raczej do dzieci, jest makieta słynnego konia trojańskiego. Same ruiny wyglądają raczej nieciekawie. Są to właściwie pojedyncze kamienie. Ale z drugiej strony - te kamienie to niezwykła historia i dla tej historii warto było tutaj przyjechać. Wczuć się w atmosferę miejsca i puścić wodze wyobraźni. To miejsce to właściwie tylko historyczny symbol. Jedziemy dalej. Po drodze mijamy malownicze ruiny (wyglądające na ruiny - w przeciwieństwie do sąsiadującej niemalże z nimi Troi) Alexandria Troi oraz Apollon Smintherion. Mijamy kolejne wioski, podziwiamy krajobrazy. W ten sposób docieramy do miasta Assos. Wspinamy się - samochodem rzecz jasna - wysoko w górę, objeżdżając niejako miasteczko i - naszym oczom ukazuje się wspaniały widok na wyspę Lesbos. Wracamy do centrum i udajemy się do twierdzy górującej nad miasteczkiem. Przy okazji spacerujemy sobie po malowniczych uliczkach miasteczka. Sama twierdza - to już praktycznie pojedyncze kamienie, natomiast starówka robi niezwykłe wrażenie. Okrążamy miasteczko - tym razem od wschodu i ponownie docieramy nad morze. Tutaj jednak trafiamy na typowe wczasowisko, jednakże w znacznej części nieczynne. Znajdujemy nocleg na nieczynnym kempingu, gdzie uprzejmi właściciele gratis udostępniają nam domek do celów socjalnych. Rozbijamy namiot, posilamy się, myjemy - a jakże i udajemy się na zasłużony odpoczynek. Był to kemping Omerlan w Kadriga. Miejsce malowniczo położone. Warte odwiedzin.

Dzień czternasty - 12.05.2005 r.

Zwijamy obóz i ruszamy do Ayvalik. Tutaj poszukujemy Alibey Adami, gdzie trafiamy na śliczne ruiny kościółka, niestety bardzo zniszczonego przez miejscowych wandali (polskich śladów nie znaleźliśmy - na szczęście), a następnie udajemy się na Seyfan Sofrai. Jest to wzgórze położone wysoko nad miasteczkiem, skąd mamy okazję podziwiać niezwykłe panoramy. Śliczne miejsce. Żeby nie tracić czasu posilamy się podczas jazdy (samochód już wymaga gruntownego sprzątania) i w ten sposób docieramy do Bergamy, gdzie po kolei zwiedzamy Asklepion (czyli starożytne centrum medyczne, a właściwie jego pozostałości), Kizil Avlu (ruiny potężnej czerwonej bazyliki, słynnej dzięki wpisaniu jej do Apokalipsy przez św. Jana jako siedliska diabła) oraz starożytny Pergamon (potężne ruiny na wzgórzu, z doskonale zachowaną świątynią Trajana oraz budynkiem biblioteki). Ze wzgórza roztacza się widok na jezioro i hydroelektrownię. Ruszamy dalej. Mijamy miejscowość Foca, w której zatrzymujemy się, by zobaczyć Beskapilar (tj. dobrze zachowaną fortecę), a następnie docieramy do Izmiru. Trzecie co do wielkości miasto w Turcji (znacznie większe od naszej Warszawy) jest strasznie niezorganizowane, wręcz odpychające (jeśli chodzi o turystów). Ciężko do niego wjechać, jeszcze trudniej - wyjechać. Większość ciekawostek jest nieczynnych, znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem. Nie mniej - po wielkich bojach, długotrwałym kluczeniu po wąskich uliczkach udaje się nam zostawić samochód przy jakiejś myjni i ruszamy na spacer. Najważniejszy zabytek - Agora - możemy podziwiać przez płot. Z niewiadomych przyczyn jest nieczynny. Zwiedzanie miasta zaczynamy od wizyty w małym barze serwującym wyłącznie kebaby (co nam w niczym, rzecz jasna, nie przeszkadza). Następnie spacerujemy po hali targowej (będącej pomniejszoną kopią Wielkiego Bazaru w Istambule). Tutaj spotyka mnie niecodzienna przygoda - w obskurnym WC, po załatwieniu swoich potrzeb, wyłuskałem strasznie zniszczony banknot 500.000, a dziadek klozetowy - widząc, że nie dysponuje żadną inną gotówką wspaniałomyślnie oddaje mi ów banknot. Na bazarze trafiamy też do malutkiego baru serwującego doskonałe desery. Zwiedzamy także meczet Basdurah, znajdujący się wewnątrz bazaru, po czym udajemy się na bulwar Cumhuriyet, przy którym znajdują się najważniejsze chyba zabytki Izmiru - wieża zegarowa i meczet Konak. Stąd już bliziutko do wybrzeża, gdzie w porcie mamy okazję oglądać okręty wojenne. Wieczorem docieramy do miasta Selcuk. Trafiliśmy na parking pod ruinami Efezu, sprawdziliśmy, o której rozpocząć można zwiedzanie i rozpoczęliśmy poszukiwania miejsca na nocleg. Znaleźliśmy takowe w sąsiedztwie farmy, zjedliśmy kolację i ułożyliśmy się do snu. Niestety napatoczył się patrol wojskowy, który grzecznie, aczkolwiek stanowczo wygonił nas. Pojechaliśmy, więc zwiedzić nocą Selcuk, co było dobrym pomysłem, ponieważ w mieście znajduje się sporo ciekawostek - m.in. ruiny bazyliki św. Jana oraz bizantyjskiego akweduktu. Na szczycie akweduktu uwiły gniazda bociany (może nawet polskie). W końcu znaleźliśmy parking, na którym ułożyliśmy się do snu w samochodzie.

Dzień piętnasty - 13.05.2005 r.

Dzień zaczął się gwałtownie. O bladym świcie obudził nas krzyk muezina nawołujący muzułmanów do modlitwy. Niestety - nie tylko nas. Okazało się, że wszystkie drzewa w rejonie naszego parkingu zamieszkałe były przez bociany, które, gdy tylko usłyszały rzeczonego muezina wpadły w histerie i nie mogły się uspokoić. Podjechaliśmy przed godziną ósmą do bramy głównej ruin w Efezie i rozpoczęliśmy zwiedzanie jako pierwsi. Absolutna cisza. Czas na zadumę. W ten sposób zwiedziliśmy sporą część najlepiej zachowanych w Turcji ruin (zresztą nie tylko w Turcji). Największe wrażenie zrobił na nas amfiteatr oraz ruiny biblioteki Celsusa. Niestety - popełniliśmy brzemienny w skutkach błąd - ruszyliśmy w kierunku odwrotnym od przyjętego kierunku zwiedzania i w połowie drogi napotkaliśmy tłumy turystów. Zwiedzanie stało się bardzo uciążliwe. Dotarliśmy do kolejnych ruin. Do starożytnego Priene. Nie są to tak atrakcyjne ruiny jak Efez, ale dzięki zawiłością historii są to jedne z nielicznych ruin miast greckich nie przebudowanych przez rzymian. Zachował się tutaj w doskonałym stanie wielki amfiteatr, a i pozostałości świątyni Ateny prezentują się niezwykle okazale. Następne odwiedzone przez nas ruiny to miejsce pochodzenia słynnego filozofa i matematyka greckiego - Talesa. Rzecz jasna - chodzi o Milet. Rozległe miasto greckie znacznie przebudowane przez rzymian. Osobliwością tego miejsca jest fakt, że znaczna część ruin znajduje się pod wodą. W niewielkiej odległości od ruin znajdują się osobliwe ruiny - Ilyas Bei Camii. Jest to podupadły meczet zbudowany z kamieni pochodzących z ruin miasta. Didyma słynna jest z nieźle zachowanych ruin świątyni Apollona, w której znajdowała się słynna, niemal równoważna do delfickiej, wyrocznia. Sama świątynia to skupisko potężnych kolumn. Ciekawi jesteśmy, jak powstały takie budowle. I choć w Efezie na tablicach były szkice, nie chce się wierzyć, że starożytni potrafili stawiać tak potężne i cudowne budowle. Heraklea at Latmos. Niezwykła wioska. Wręcz zamieszkały skansen. Pięknie położona wieś, na terenie której znajduje się mnóstwo starożytnych zabytków. A wszystko niezwykle malowniczo wkomponowane w górski krajobraz. Należy się jednak przygotować na opłatę wjazdową do wsi, nam się udało ją ominąć (nie trafiliśmy na pobierającego opłaty), nie mniej budka stoi. Dojeżdżamy wąskimi (bardzo wąskimi) uliczkami do samego centrum wioski, gdzie nawrót samochodu graniczył z cudem. Zostawiamy nasze auto i w asyście wioskowej kobiety ruszamy w góry, podziwiać piękno okolic. Kobieta doprowadza nas na szczyt, pokazuje ścieżki i wraca. A my spacerujemy sobie po tej osobliwej osadzie. Wyjeżdżając z tej pięknie położonej miejscowości coś mnie tknęło. Z tyłu samochodu dochodzą nas dziwne dźwięki. Wychodzę, oglądam koła i okazuje się, że jedna śruba jest już ścięta, a cztery pozostałe odkręcone. Mieliśmy szczęście, że nie urwaliśmy koła. Po dokręceniu śrub dojechaliśmy do najbliższego warsztatu, gdzie za drobną kwotę naprawiono nam usterkę. Był to warsztat specjalizujący się w Peugeotach J9 (popularnych w Turcji mikrobusików) w Selimiye. Chłopcy bardzo żwawo przystąpili do działania i już godzinę później ruszyliśmy dalej. W ten sposób docieramy do Milas. Wg przewodnika w miasteczku znajduje się ciekawa brama. Naszym zdaniem - można sobie ją swobodnie darować, zwłaszcza, że dojazd do niej nie jest w żaden sposób oznakowany, a mieszkańcy nawet nie wiedzą, że jest to miejscowa atrakcja. Zatrzymujemy się jeszcze tylko na kolację i żegnamy się z mieściną. Jadać dalej, już późnym wieczorem mijamy miejscowość Yatagan, za którą zjeżdżamy na boczną górską drogę. Fajna, szeroka i kręta droga, więc pozwalam sobie na ostrą jazdę. Przejechaliśmy jednak parę kilometrów i nagle zaczyna rzucać samochodem. Zatrzymuje się, a tu kapeć. Dojeżdżamy na kapciu do najbliższej stacji benzynowej, bo strach w środku nocy zmieniać koło w środku wysoko położonego lasu, i okazuje się, że mamy skrzywioną i pękniętą felgę. Problem w tym, że jest to felga ze stopów lekkich. Niestety - nic na stacji nie da się zrobić. Właściciel - widząc nasze zdenerwowanie i bezradność zaprasza nas na herbatę. Zastanawiamy się - co nas jeszcze dzisiaj może spotkać? Mamy chyba dość przeżyć jak na jeden dzień. Już w trochę lepszych humorach pakujemy samochód i ruszamy w dalszą drogę. Późną nocą dojeżdżamy do Pamukkale, gdzie parkujemy na potężnym parkingu nad Hierapolis. Nocleg w samochodzie. 13-go w piątek się kończy i mamy nadzieję, że pech także.

Dzień szesnasty - 14.05.2005 r.

Pobudka. Wstajemy wczesnym rankiem, szybka parkingowa toaleta. Robimy jeszcze mały rekonesans po okolicy i ruszamy w poszukiwaniu wejścia do Hierapolis - starożytnego miasta. Jest dopiero parę minut po godzinie ósmej rano, a wszędzie dokoła tłumy. Zwiedzamy ruiny, spacerujemy sobie wśród pozostałości potężnego niegdyś miasta, i na ścieżce spotykamy żółwia. Fajne, niezwykle sympatyczne, chociaż nieco strachliwe zwierzątko zostało bohaterem sesji zdjęciowej. Docieramy do amfiteatru, gdzie spotykamy grupę turystów rosyjskich z przewodniczką. Przysłuchujemy się opowiadaniom przewodniczki i ze zdziwieniem zauważamy, że większość jest dla nas w pełni zrozumiała. Podejmujemy nawet próbę rozmowy. Wychodząc z amfiteatru mijamy kiosk pocztowy - kupujemy w nim, a następnie wysyłamy kartki do bliskich. Teraz przychodzi czas na podziwianie jednej z największych osobliwości natury w Turcji - słynnego Pamukkale. Wśród tłumów ludzi spacerujemy po trawertynach wapiennych. Są to naturalne tarasy powstałe z odkładającego się wapienia niesionego przez niewielki potoki wody. Podobne, ale znacznie mniejsze widzieliśmy już kiedyś na Węgrzech w rejonie Egeru. Dojeżdżamy do Denzili, gdzie znajdujemy warsztat wulkanizacyjny. Lokalizujemy usterkę, mechanik zabiera felgę i jedzie szukać spawacza. Po parunastu minutach wraca, ja jadę ponownie razem z nim, dogadujemy sprawę z spawaczem i udajemy się na obiad. Po godzinie wracamy, koło czeka na nas już gotowe. Możemy ruszać w dalszą drogę. Niestety - pech nas jeszcze nie opuścił - trafiliśmy na TRAFIC POLIS, które nie oznakowanym radiowozem zrobiło nam śliczne ujęcie udowadniając, że na drodze o dozwolonej prędkości 90 km/h jechaliśmy 108 km/h co równało się utracie 92 lirów z portfela. Bywa i tak. Co gorsza - nie mieliśmy tyle lirów i musieliśmy na gwałt wymienić euro na najbliższej stacji. Dobrze, że w Turcji właściwie wszędzie można wymienić walutę. Uregulowaliśmy karną opłatę i lżejsi pojechaliśmy dalej. W ten sposób dotarliśmy do Tloss. Niewielka, ale malownicza wioska ze sporą twierdzą górującą na wzgórzu. W drodze na szczyt mijamy ciekawe komory grobowcowe wykute w skale. Na szczycie spotykamy wycieczkę Kanadyjczyków, a po drodze mamy sesję zdjęciową z miejscowymi kozami. W drodze powrotnej - zatrzymujemy się, ponieważ drogę zajął nam żółw, próbujący przedostać się na drugą stronę. Tomek zlitował się nad nim, wysiadł z samochodu, wziął go na ręce by przenieść go na tą drugą stronę i � został obsikany. Tak żółw odpłacił się za ratunek. Kierujemy się na Saklikent. Podobno jest tam ciekawy kanion rzeczny. Jedziemy piękną, górską drogą, ale gdy docieramy na miejsce okazuje się, że jest już za późno. Nie wiele by brakło, a pojechaliśmy dalej. Znaleźliśmy jednak ciekawy kemping z domkami na drzewach (!!!). Decyzja zapadła - musimy spać w takim domku. Po długich targach wynajmujemy domek i się kwaterujemy. Jeszcze fajna kolacja i kładziemy się spać w towarzystwie niezliczonej ilości "robali".

Dzień siedemnasty - 15.05.2005 r.

Ja wstaję bardzo wcześnie, parę minut po czwartej rano. Moi towarzysze jeszcze smacznie śpią. Ruszam nad rzekę. Znajduję tutaj o tej porze niezwykły spokój. Mam czas by sobie porozmyślać. Siedzę w cieniu skał i przyglądam się rwącej rzece. Koło godziny ósmej dołącza do mnie reszta wycieczki. Jemy śniadanie, pakujemy się do samochodu i ruszamy zwiedzić kanion. Mieliśmy wielkie szczęście, wręcz przysłowiowego nosa, że tutaj zostaliśmy. Zwiedzanie kanionu Saklikent to niezwykła przygoda. Przez ok. 1,5 km idziemy brodząc nieraz po pas w wodzie (no - może nie zupełnie po pas). Kanion miejscami na całej szerokości zajmuje rzeka. Niezwykłe przeżycie. Niezwykłe widoki. Fantastyczna zabawa, trwająca blisko 2 godziny. Po powrocie gospodarz kempingu namawia nas na mikro-rafting, czyli spływ górską rzeką na dętkach samochodowych. Po wielkim ociąganiu - bo impreza jest nieco kosztowna - zgadzamy się. Znowu świetna zabawa, chociaż mój tyłek zapamięta to na długo. Po spływie przyjeżdża po nas mikrobus, wracamy na kemping, przebieramy się i w drogę. Dotarliśmy do Fethiye, gdzie po uzupełnieniu gotówki (z bankomatu) ruszyliśmy do wczasowiska Oludeniz. Próbujemy się stąd górskimi drogami dostać do Kidirak. Początkowo jedzie się całkiem dobrze, później asfaltowa droga zwęża się, po kolejnych kilometrach przechodzi w drogę szutrową, by następnie zwęzić się do szerokości uniemożliwiającej przejazd samochodem. Jak nie pyszni musimy się zawrócić, a dla poprawienia nastroju w Oludeniz na plaży robimy krótki postój i po raz pierwszy korzystamy z uciechy morskiej kąpieli. W ten sposób zaliczamy Morze Egejskie. Po odpoczynku udajemy się do Letoon, małej wioski z bardzo zniszczonymi ruinami wśród których znajdujemy perełkę - śliczną mozaikę na posadce. Kilka kilometrów dalej i docieramy do Patary - miejsca słynnego z plaży, którą upodobały sobie na miejsce lęgowe żółwie. W pobliżu plaży znajdują się ruiny starożytnego miasta, które - jak zapewniają lokalne władze - w najbliższej przyszłości mogą stanowić ostrą konkurencję dla Efezu. Trudno w to uwierzyć, ponieważ miejsce jest mocno zaniedbane, chociaż z drugiej strony Turcy potrafią działać z rozmachem. Ale pożyjemy, zobaczymy. Późnym popołudniem ruszamy malowniczą drogą, wijącą się wzdłuż morskiego wybrzeża, mijamy kolejno: Kas, Kale, Finike, Kumulce i późną nocą docieramy do Antalya. Gdy docieramy w rejon starówki jest już ok. północy, nie mniej życie kwitnie w pełni o tej porze. Próbujemy znaleźć parking, by chociaż wieczorem zobaczyć co ciekawsze miejsca w tym mieście, niestety - parkingów zupełnie brak. Podejmujemy więc ryzykowną próbę przejechania starówki samochodem, co okazuje się brzemienne w skutkach. W pewnym miejscu, gdy już udało nam się przejechać po miejskim bazarze, na bardzo wąskiej uliczce jesteśmy zmuszeni przez miejscowego kierowcę do cofnięcia się, co kończy się tym, że wpadamy jednym kołem do głębokiego rynsztoka. Wpadamy tak nieszczęśliwie, że koło zawisa w powietrzu, a auto podwoziem oparło się na jezdni. Próbujemy wypchnąć samochód własnymi siłami - niestety - bezskutecznie. Nawet pomoc okolicznych mieszkańców na wiele się nie zdała, gdyby nie jeden młody kierowca, który swoim (a może i nie) fiacikiem wyciągnął nas. Znowu się szczęśliwie skończyło. Gdyby nie ten młody Turek pewnie tkwilibyśmy tam do rana. A tak zrobiliśmy jeszcze jedno okrążenie starówki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Antalya może poznamy w przyszłości. Teraz odjechaliśmy nieco zniesmaczeni. Jakby w rekompensacie dalsza droga to była moja ulubiona, kręta szosa górska. W ten sposób ok. 2.00 nad ranem znaleźliśmy się w rejonie Koprulu Kanyon. Nocleg - rzecz jasna - w samochodzie.

Dzień osiemnasty - 16.05.2005 r.

Wczesnym rankiem, po niezbędnej toalecie własnej i samochodu (który wyglądał na "pożal się Boże"), wybraliśmy się krętymi drogami do położonej wysoko w górach osady Selge. Malutka wioska, w której znajduje się dobrze zachowany amfiteatr grecki. Samochód zostawiliśmy u miejscowych gospodarzy, a ich dzieciak zaoferował się (samoistnie) jako przewodnik po ruinach. Tak więc w towarzystwie odbyliśmy spacer po okolicznych ciekawostkach. Zanim pojechaliśmy dalej zostaliśmy zaproszeni na herbatkę i kawkę do gospodarzy. W drodze powrotnej do kanionu przyglądamy się przepięknym formacją skalnym, a także niezwykłym przepaściom, nad którymi poprowadzono tę drogę. Niezwykłe miejsce. Docieramy do rzeki Kopru. Tutaj następuje drobny podział. Ja wyruszam na krótką wycieczkę po okolicznych kanionach, moi towarzysze robią sobie przerwę na plaży nad rzeką. Potężne kaniony zazdrośnie kryją swoje atrakcje. Właściwie dotarcie do wewnątrz jest niemożliwe - bardzo zimna i głęboka woda oraz liczne kaskady uniemożliwiają dostanie się dołem, a górne podejście jest pełne pułapek. Nie mniej mam okazję podziwiać fantastyczne widoki. Po powrocie dzielimy się wrażeniami. Moi towarzysze poznali Nepalczyka oraz przyglądali się raftingowi na górskiej rzece. Po krótkim odpoczynku decydujemy się spróbować dotrzeć do miejscowości Beysehir. Problem w tym, że na mapach, którymi dysponujemy nie ma zaznaczonej żadnej drogi, są natomiast oznaczone szczyty o wysokościach przewyższających nasze najwyższe tatrzańskie szczyty. Nie mniej decydujemy się i ruszamy. Początkowo jedziemy asfaltową szosą o nienajlepszej nawierzchni za to z nie jedną wyrwą (chyba polawinową). Mijamy kilka stad owiec. W pewnym momencie mijamy strzałkę z nazwą miejscowości, do której się udajemy. W oddali majaczy nam się ośnieżony szczyt. Podbudowani tą informacją raźniej ruszamy do góry, mimo że skończyła się już droga asfaltowa i jedziemy po ubitym tłuczniu. Z każdym kilometrem stan drogi się pogarsza, za to pnie się coraz wyżej do góry. W pewnym miejscu mijamy wielkiego terenowego Unimoga, którego kierowca na nasz widok tylko kręci głową. Kamienista droga już nie jest ubita, później wjeżdżamy na typowy dukt leśny, przecinamy kilka leśnych potoków (wpław rzecz jasna) i ciągle pniemy się w górze. W pewnym momencie wyjeżdżamy z lasu i jedziemy pastwiskami, które przypominają nam bieszczadzkie połoniny. Później wjeżdżamy w rejon skalisty i jedziemy właściwie po półce skalnej. Bardzo wąskiej półce położonej nad kilkusetmetrową przepaścią. Jedziemy już bardzo niepewni, wręcz nerwowi. Zastanawiamy się, co będzie dalej. Strach przeplata się z podnieceniem. Przed samym szczytem natrafiamy jeszcze na stado wolno idących krów, które mamy duży problem wyminąć. W końcu dojeżdżamy do przełęczy, położonej u stóp śnieżnej góry, którą widzieliśmy wcześniej, w oddali. Podjechaliśmy prawie pod sam szczyt góry, która ma wysokość 2330 m n.p.m. Nasz samochodzik dostał "nieźle w dupę". Cały zakurzony, gorący i śmierdzący (sprzęgło paliło się pod samym szczytem uniemożliwiając wręcz miejscami jazdę). Na górskiej przełęczy zrobiliśmy sobie, a właściwie naszemu BMW zasłużony odpoczynek. Zrobiliśmy ponad 50 km, z czego 40 km jadąc właściwie wyłącznie na pierwszym biegu. Zjazd z góry to już była czysta przyjemność. W końcu dojeżdżamy do Yesildag, skąd normalną, asfaltową szosą dojeżdżamy do samego Beysehir. Jest to spore miasto położone nad bardzo dużym jeziorem. Spacerujemy sobie po ryneczku, jemy obiad i udajemy się na poszukiwanie noclegu, który znajdujemy w hotelu nad jeziorem. Zanim do niego dotarliśmy zrobiliśmy zakupy, w tym świeże owoce. Kupiliśmy sobie całego arbuza. Minął najtrudniejszy i najbardziej męczący dzień naszej dotychczasowej podróży.

Dzień dziewiętnasty - 17.05.2005 r.

Dzień zaczął się niezbyt pomyślnie. Po wczorajszym posiłku, a może po degustacji arbuza, mój biedny żołądek dostał sensacji. A to był dopiero początek. Rankiem wróciliśmy do miasta, gdzie rozpoczęliśmy poszukiwanie meczetu Esrefoglu. Zapytaliśmy o drogę mijanych policjantów, którzy byli tak uprzejmi, że każąc jechać za radiowozem dowieźli nas do poszukiwanego miejsca. Ciekawostką był radiowóz, który lata świetności miał już dawno za sobą. Był to dwudziestokilkuletni Ford Taunus. A u nas mówi się, że skupujemy graty z całej Europy. Weszliśmy do meczetu, który swoją architekturę miał niezwykle odmienną od tej, do której przyzwyczaiły nas poprzednio odwiedzane miejsca. Charakterystyczne było niezwykle subtelne i wyrafinowane zdobienie wnętrza drewnem. Gdy spacerowaliśmy po meczecie podszedł do nas starszy pan, który przedstawił się jako Imam, czyli taki proboszcz meczetu. Oprowadził nas po meczecie, opowiedział jego historię, pokazał kryptę grobową Sulejmana. Na koniec wytępił od nas 5$ na renowację kościoła (jeszcze nosem kręcił). Dotarliśmy do Konya. Jest to bardzo duże miasto, w którym podstawowym problemem komunikacyjnym jest znalezienie wolnego miejsca parkingowego. Po kilku rundkach udaje się nam zaparkować na parkingu pod jakimś urzędem. Punktem centralnym miasta jest Alaettin Tepesi, tj. wzgórze parkowe, stanowiące ulubione miejsce odpoczynku mieszkańców. Na szczycie wzgórza znajduje się Alaettin Camii - duża, kamienna i bardzo surowa świątynia. Ruszamy w stronę starówki, gdzie lawirując po wąskich uliczkach i posilając się w przydrożnych barach (oczywiście kebaby) docieramy do Sircali Medrese (Szklana Medresa). Jest to Seldżuckie seminarium duchowe, zawdzięczające swoją nazwę ceramice, którą wyłożone zostały fasady budynku. W środku znajduje się muzeum nagrobków (!!!). Tutaj dołącza do naszej grupy pewien samotnie podróżujący Szkot, który nie może trafić do muzeum archeologicznego. Oferujemy mu naszą pomoc, bo sami zmierzamy w tym kierunku. Docieramy do kompleksu meczetów Sahib-i ata Kulliyesi, który sąsiaduje z muzeum i w tym miejscu rozstajemy się ze Szkotem. Sam kompleks prezentuje się całkiem okazale, chociaż duża jego część jest mocno zdewastowana. Zmęczeni upałem decydujemy się na wizytę w tradycyjnym tureckim Hammamie, czyli łaźni miejskiej. Tutaj musimy ponownie się rozdzielić, ponieważ łaźnie nie są koedukacyjne. Ciekawe przeżycie - wchodzimy, jesteśmy witani bardzo serdecznie, dostajemy z Tomkiem kabinę, i komplet ręczników i gospodarz oprowadza nas po wnętrzach łaźni. Łaźnia jest podzielona na boksy, a w każdym z nich jest kamienna misa, do której doprowadzone są dwa kraniki (z zimną i gorącą wodą). Każdy boks oddzielony jest parawanem. Tutaj - przy pomocy plastikowej miseczki do polewania ciała - można się umyć. Po za boksami jest jeszcze pewnego rodzaju sauna, gdzie można się wygrzać i wypocząć. Jeżeli kogoś stać na ekstrawagancję może zamówić sobie osobę do mycia i masażu. Niestety - dla mężczyzn nie jest to przedstawicielka płci pięknej tylko zgrzybiały staruszek, w związku z czym, zrezygnowaliśmy - rzecz jasna z tej przyjemności. W drodze powrotnej zjedliśmy sobie po jeszcze jednym kebabie. Jedziemy szeroką i prostą szosą po typowym anatolijskim stepie. Jest to dość monotonny krajobraz, chociaż w oddali majaczą się wysokie góry. Ale wokół właściwie jedynie piach i trochę trawy. W ten sposób dojeżdżamy do Sultanhani. Jest to niewielka mieścina, w której znajduje się doskonale zachowany i jeden z największych tureckich, a właściwie selżduckich karawanseraji. Karawanseraj to miejsce postoju karawan, taki potężny dzisiejszy autostradowy MOP. Przy głównym wejściu zaczepiają nas miejscowe dzieciaki, którym w pobliskim sklepie kupujemy lody. Ich zadowolenie jest niemierzalne. Następnie docieramy do Aksaray, gdzie próbujemy odnaleźć krzywy minaret. Po półgodzinnej jeździe po mieście i dopytywaniu się różnych ludzi o to miejsce dajemy sobie spokój i ruszamy na podbój Kapadocji. Zatrzymujemy się we wiosce Selime. Biedna, ale bardzo malowniczo położona wioska. Jak tylko się zatrzymaliśmy zostaliśmy otoczeni przez grupę dzieciaków, które rywalizowały o miano przewodnika naszej grupy. W sumie doszło do tego, że małych przewodników było więcej od nas. Nie mniej, pokazali nam wszystkie wioskowe atrakcje i razem z nimi odbyliśmy spacer po ciekawych stożkach. W drodze powrotnej dołączyła do nas jeszcze większa dzieciarnia, która bardzo chciała zostać sfotografowana. Dostaliśmy nawet adres pocztowy, na który prosili przesłać zdjęcia. Tak też zrobimy. Jeszcze poczęstowaliśmy dzieci słodyczami, czym wzbudziliśmy powszechny aplauz i pojechaliśmy. W wiosce znajdują się również klasztor wykuty w skale i leżący nieopodal grobowiec Ali Paszy. Dolina Ihlara to potężny kanion rzeczny, w skałach którego wykuto dziesiątki kościołów i pustelni. Kościół skalny to może zbyt mocne określenie. Są to najczęściej pojedyncze komnaty skalne ozdobione pozostałościami fresków. Ich położenie to największa atrakcja. Są nie raz wykute wysoko w skale, czasem przy samej rzece. No i niezwykły klimat miejsca. Po drugiej stronie kanionu znajduje się niewielka wioska Belisirna, w której można coś zjeść i przenocować. My jednak udaliśmy się do odległego o kilka km Guzelyurt. Tutaj znajdujemy nocleg w niezwykle przyjemnym, malutkim pensjonacie, i dostajemy pokoik wykuty w skale.

Dzień dwudziesty - 18.05.2005 r.

W nocy i nad rankiem rozpoczynają się moje sensacje żołądkowe. Nie mam pojęcia, czym mogą być spowodowane, ale na razie się nad tym nie zastanawiam - ot, zwykła biegunka. Ruszyliśmy w kierunku podziemnego miasta. Rejon Kapadocki słynie z podziemnych, wykutych w litej skale, miast, gdzie miejscowa ludność potrafiła przeczekać najazdy swoich wrogów. Podczas zwiedzania pojedynczych komór podziemnego miasta zwanego Yeralti Sehriw Guzelyurt, towarzyszy nam młody przewodnik. Włóczymy się, zaglądamy w różne komnaty, a nawet próbujemy się przeciskać wąskimi korytarzykami. Miejsce to jest niezwykle interesujące, ale także nieco zaniedbane. Następnie zjeżdżamy drogą ostro w dół i udajemy się do Manastirei Vadisi - doliny klasztornej, która jest jakby pomniejszoną kopia Ihlary. Po zwiedzeniu kilku skalnych kościołów decydujemy się na wjazd samochodem na pobliskie wzgórza, skąd mamy przepiękne widoki na całą okolicę. Tutaj nasila się mój mały problem, a moi towarzysze mają z tego całkiem niezły ubaw. Docieramy do Derinkuyu. Tutaj znajduje się jedno z największych podziemnych miast. Ma siedem znanych poziomów w głąb ziemi. Schodzimy wąskimi korytarzami coraz głębiej, mijamy wiele komnat i dużych sal. W pewnym momencie zaczyna ogarniać mnie panika, całkowicie straciłem orientację. Niektóre z korytarzy są ślepe, inne są tak nisko, że musimy iść na czworakach pchając przed sobą plecaki. Na szczęście po jakimś czasie dołączamy do japońskiej wycieczki i mimo, że była bardzo liczna, a my raczej cenimy sobie spokój, staramy się trzymać jej blisko. Gdy wyszliśmy na powierzchnie odetchnęliśmy z ulgą. Zwiedzamy jeszcze ogromny kościół klasztorny i uciekamy przed natrętnymi przekupkami. W drodze do Avanos mijamy jeszcze Gore (wioskę z kamiennymi domami) oraz Acik Saray (kamienną dolinę z ciekawymi formacjami skalnymi i jaskiniowymi, zwaną potocznie Otwartym Pałacem). Same Avanos to niewielkie miasteczko słynne z wyrobów garncarskich. Robimy tutaj postój, zamawiamy doskonały obiad w restauracji, a następnie robimy zakupy w jednym z zakładów garncarskich, skąd przywozimy najwięcej pamiątek. Także tutaj kontaktujemy się z lekarzem w Polsce, ponieważ przypadłość przyjęła znacznie bardziej niesympatyczną formę niż do tej pory. Diagnoza - czerwonka. Zalecenia - odpoczynek i ścisła dieta. Jak tu się z tym pogodzić? Dobrze, że przed wyjazdem zaopatrzyliśmy się w niezbędne lekarstwa. Wczesnym wieczorem docieramy do Zelve. Tutaj znajduje się odkryty skalny skansen. Ale pora i ceny odstraszyły nas i pojechaliśmy do Goreme. Tutaj kwaterujemy się w sympatycznym pensjonacie, dostajemy kamienny pokój i szykujemy się do zasłużonego odpoczynku. Moje przypadłości powodują, że wyrzucam wręcz pozostałą ekipę i zostaję sam. Towarzysze moi, ze zrozumieniem udali się do najbliższej knajpy, gdzie balowali do późna.

Dzień dwudziesty pierwszy - 19.05.2005 r.

Poranek po ciężkiej nocy. Niestety, z moim żołądkiem jest coraz gorzej. Tabletki w ogóle nie pomagają. Niestety, zepsułem ten fragment wycieczki. W przyszłości należy bardziej zwracać uwagę na to, co się je. Tyle się naczytałem, tak długo marzyłem, żeby to miejsce zobaczyć, że w końcu nie poddałem się i pomimo tej nieszczęsnej przypadłości ruszyliśmy w teren. I całe szczęście. Goreme koniecznie trzeba zobaczyć. Pierwszym punktem programu dzisiejszej wycieczki był otwarty skansen, będący skupiskiem bizantyjskich kościołów i kaplic. Jest to także jedno z tureckich miejsc na liście UNESCO. Prześliczne miejsce ma jedną niedogodność - są to tłumy zwiedzających. Żeby móc spokojnie pozwiedzać, należałoby przyjść przed otwarciem kas i wchodzić jako pierwsi. Niestety nam się to nie udało. Mimo tego utrudnienia byliśmy pod wrażeniem. Popołudniu odpoczywaliśmy chwilkę w pensjonacie, a pod wieczór, gdy troszkę temperatura spadła i mój brzuszek się nieco uspokoił pojechaliśmy na krótką wycieczkę po okolicach. Pierwszym odwiedzonym miejscem była dolina Devrent zwana także Doliną Baśniowych Kominów. Ta druga nazwa wiele tłumaczy, więc nie trzeba chyba nic więcej dodawać. No, może z wyjątkiem informacji, że tutaj także spotkaliśmy Polaków. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w Pasa Bagi - znowu ciekawe formacje skalne. Ostatnim dzisiejszym punktem była przejażdżka do miasteczka Uchisar, nad którego starówką góruje wspaniały zamek.

Dzień dwudziesty drugi - 20.05.2005 r.

Kolejny ciężki poranek po kolejnej nie lekkiej nocy. Choroba trzyma mnie dalej. Komu w drogę temu czas - mówi nasze powiedzonko. W związku z powyższym pakujemy nasze graty i ruszamy dalej. Żal tylko jednego - że nie udało się przelecieć nad Kapadocją balonem. Z drugiej strony - będzie to powód, by przyjechać tu raz jeszcze. Wyjeżdżając z Goreme po raz ostatni podziwiamy niespotykane piękno i dziwy natury. Docieramy do Kayseri. Parkujemy samochód na parkingu podziemnym pod samą starówką. Tutaj spotykamy miejscowego młodzieńca, który płynnie mówi po angielsku. Oferuje się samorzutnie, że pokaże nam miasto. Pokazuje nam wieżę zegarową, pomnik Ataturka, a także nowoczesny meczet Burunguz. Spacerujemy także po cytadeli, wewnątrz której urządzono duże targowisko. Nie przewidzieliśmy jednej rzeczy - że zwiedzanie kolejnych bazarów ma pewien ukryty sens. W pewnym momencie docieramy do krytego bazaru Bedesten, znanego z przepięknych dywanów. Tutaj młodzieniec zdradza nam tajemnicę - przyprowadził nas do sklepu z dywanami swojego wuja. Wtedy dopiero zorientowaliśmy się, że wpadliśmy w pułapkę. Weszliśmy do sklepu, gdzie najpierw poczęstowano nas herbatą, potem opowiedziano nam historię okolic i produkcji dywanów, następnie wyjaśniono różnicę między dywanem a kilimem. Na samym końcu wuj naszego przyjaciela przystąpił do prezentacji swoich wyrobów próbując przekonać nas do zakupu. Długo się broniliśmy, ale po jakimś czasie zrozumieliśmy, że nie wyjdziemy bez dokonania zakupu. W końcu, niemalże na siłę, wcisnął nam dwa kilimy za 70 Euro. Zgroza. Po tych udanych zakupach wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy dalej. Następne miejsca były położone wysoko w górach. Skierowaliśmy się na Erciyes Dagi, śnieżny szczyt o wysokości 3917 m n.p.m. Zwróciliśmy uwagę na fakt, że okolice szczytu to są tereny typowo narciarskie. Nie spodziewaliśmy się w gorącej Turcji spotkać narciarzy. A jednak. Nie mniej podróżowaliśmy teraz stromymi, górskimi drogami, mając cały czas przed sobą wspaniałe widoki. Miła odmiana po gorących i niemalże pustynnych stepach. Cały czas poruszamy się po górach. Kolejne pasma nie są już tak wysokie i pozbawione są pokrywy śnieżnej, nie mniej podróż schodzi nam dość długo. Po paru godzinach docieramy w końcu do Kozan, skąd udajemy się do Parku Narodowego Karatepe. Niestety mijamy to miejsce, ponieważ nie potrafimy znaleźć noclegu i w ten oto sposób docieramy do Osmaniye. Kwaterujemy się w niezłym hotelu, dostajemy klimatyzowany pokój z polską telewizją i udajemy się na spoczynek.

29 kwiecień - 03 czerwiec 2005 r.


Wyprawa na Bliski Wschód !!!!
Część III - Bliski Wschód - Syria, Liban, Jordania.
Powrót.

Dzień dwudziesty trzeci - 21.05.2005 r.

  Wyjeżdżamy z Osmaniye i ruszamy autostradą (oraz licznymi tunelami) w kierunku Gaziantep, skąd udajemy się do Kilis - miejscowości granicznej, gdzie tankujemy samochód, a także rezerwowe bańki (mamy 15 dm3 paliwa extra), a miła obsługa na stacji częstuje nas herbatą. W końcu nie często u nich zdarza się klient tankujący blisko 100 litrów paliwa. Na granicy tureckiej podobne formalności co poprzednio, dziwi nas brak jakichkolwiek opłat. Przejeżdżamy pas ziemi niczyjej, o szerokości ok. 2 km, i podjeżdżamy do bramki syryjskiej. Wjeżdżamy na teren przejścia granicznego Syrii, parkujemy samochód i zaczynamy załatwiać pozwolenie na wjazd. Najpierw kontrola paszportowa, wypełniamy także wielojęzyczne karty turystyczne. Później udajemy się do punktu celnego, skąd miły celnik prowadzi nas do kasy, gdzie wpłacamy po 100 $ za każdy tydzień pobytu w Syrii tytułem wyrównania cen paliwa, następnie 31 $ za ubezpieczenie pojazdu i jeszcze 42 $ opłaty celnej. O drobnych opłatach (łapówkach) za wypisanie dokumentów - w sumie ok. 2 $ nie warto wspominać. W sumie wyszło nas to 275 $. Zgroza. Później jeszcze wizyta w kolejnych okienkach i w końcu dostajemy pozwolenie na wjazd. Jeszcze tylko kontrola wnętrza samochodu i dostajemy się w końcu do Syrii. Jesteśmy na Bliskim Wschodzie. Jesteśmy w pierwszym kraju arabskim. Jesteśmy w innym świecie. Niezwykłe przeżycie. Pierwsze wrażenie raczej posępne. Wszędzie widać wyłącznie biedę. Biedne wsie wydzierają kawałki ziemi pustynnym stepom, mijające nas na drodze samochody pochodzą z lat 50 i 60 XX w. Zaczynamy się uczyć jazdy po terenie arabskim. Największe utrudnienie to znaki i tablice drogowe. Najgorsze jest to, że właściwie to najczęściej ich nie ma i poruszamy się prawie po omacku. Zaczynamy żałować, że nie mamy ze sobą urządzenia GPS. A sporadyczne tablice drogowe, wprawdzie pisane są po angielsku, ale nazwy na nich nijak nie przystają do nazw na posiadanych przez nas mapach. Tak więc więcej kluczenia niż jazdy. Docieramy, po wielkich trudach, do Qala'at Samaan - świątyni Szymona Słupnika. Pierwszy obiekt zwiedzany w Syrii i już jesteśmy pod wielkim wrażeniem. Doskonale zachowany kompleks ruin świątyni na wzgórzu, na którym pustelnik Szymon siedząc na kolejnych słupach spędził wiele lat życia (dokładnie 37 lat - oryginał). Po śmierci pustelnika wokół jego słupa wybudowano cztery bazyliki, z których jedna pełniła rolę świątyni, pozostałe zaś noclegowni dla pielgrzymów. W chwili ukończenia budowli był to największy kościół na świecie (a działo się to w 490 r n.e.). Kluczymy górskimi drogami, przejeżdżamy wiele wiosek. Naszą uwagę zwraca specyficzna zabudowa - prawie wszystkie domy mieszkalne budowane są z kamienia i mają całkowicie płaskie dachy. Docieramy do Aleppo (Halab). Jest to miasto, w którym powiało grozą. Kierowcy jeżdżą tutaj zdecydowanie gorzej niż w Turcji, nawet niż w samym Istambule. Jeżdżą tutaj w sposób wyjątkowo agresywny i chamski. Jazda wśród nich wymaga nie lada odwagi i przyzwyczajenia. Zobaczymy co będzie działo się dalej. Jeszcze gorzej jest wśród pieszych - ci na ulicy rzeczywiście nie mają żadnych praw. Jakimś cudem dojeżdżamy do centrum (cudem, bo oznakowanie kierunkowe oraz nazwy ulic pojawiają się sporadycznie) i nawet docieramy pod cytadelę. Tutaj parkując na chodniku pytamy policjantów, czy w ogóle można tu parkować, a następnie udajemy się do twierdzy. Aby dostać się do środka należy przejść po 20 metrowym moście przerzuconym nad wyschniętą fosą. Wnętrze cytadeli wygląda jak niewielkie średniowieczne miasteczko. Spacerujemy sobie wąskimi alejkami od czasu do czasu zaglądając do ciekawszych pomieszczeń. Niestety wnętrze jest dość zrujnowane, nie mniej - wszędzie widać prace restauratorskie. Najpiękniejszym miejscem jest Sala Tronowa, odrestaurowana z niezwykłym przepychem. Po opuszczeniu twierdzy udajemy się na spacer po okolicznych bazarach, z których znaczna część jest zadaszona, a także po uliczkach starego miasta. Następnie udajemy się w kierunku dzielnicy chrześcijańskiej, po drodze mijamy wieżę zegarową. Dzielnica chrześcijańska to zupełnie inny typ zabudowy. Idąc uliczkami ma się wrażenie, że przemieszcza się między blokami. Wszystko wkomponowane jest w formie jednej ściany, po przekroczeniu której wchodzi się na sympatyczne patia i podwórka - tak wyglądają m.in. kościoły. Stołujemy się w niezłej restauracji i wieczorem kontynuujemy spacer po tej części miasta. W pewnym momencie ktoś zagadnął do nas w naszym, polskim języku. W ten sposób poznaliśmy miłego Syryjczyka, w średnim wieku, który przedstawił się imieniem Aleksander. Na pytanie o znajomość języka polskiego powiedział, że pracował u nas, a dokładnie w Katowicach. Człowiek ten oprowadził nas trochę po tej części miasta, a potem zorganizował nam nocleg przez swojego przyjaciela. Jego przyjaciel jest przewodnikiem i nauczycielem, przespacerował się z nami do samochodu, a później udaliśmy się razem do rekomendowanego przez niego hotelu. Niezbyt piękny, ale Tomek był szczęśliwy - mamy znowu telewizor w pokoju. Zanim udaliśmy się na spoczynek ja i Asia wdaliśmy się w pogawędkę z przewodnikiem, uzyskując od niego cenne informacje.

Dzień dwudziesty czwarty - 22.05.2005 r.

Ten ranek zaczął się znacznie spokojniej. Chyba choroba pomału daje mi spokój, nie mniej zachowuję jeszcze ścisłą dietę. A hotelowe śniadanie - dość skromne: kawa i herbata, jajko, pomidory i oliwki. Po śniadaniu pakujemy samochód i w drogę. Wyjazd z Aleppo w kierunku syryjskiej stolicy mile nas zaskoczył. Szeroka droga, po 3 pasy w każdym kierunku i mały ruch - więc gaz do dechy i kilometry nam szybko uciekają. Żaden Syryjczyk nie ma z nami szans, ale po prawdzie ich wiekowe samochody nie są predysponowane do szybkiej jazdy. Oni są w stanie wariować po mieście, ale na szosie się uspokajają. Niestety za Arihą kończy się dobra droga i jedziemy cały czas wzdłuż budowy nowej autostrady - budowa robi wrażenie, same wiadukty - ale na przejazd tędy w luksusowych warunkach przyjdzie poczekać jeszcze kilka lat. Nie mniej, rozmach budowy nie przypomina niczego, co można by zobaczyć w Polsce. I to jest bardzo smutne. Pod tym względem (jak i pod wieloma innymi - niestety) wypadamy bardzo niekorzystnie. Wracając jednak do podróży - jak tylko zjechaliśmy z autostrady pechowo "łapiemy gumę", na szczęście dzieje się to tuż obok zakładu wulkanizacyjnego (czyżby?). Podczas naprawy okazuje się, że przecięliśmy oponę na dużej powierzchni, w sposób uniemożliwiający jej naprawę. Na szczęście pracownik zaproponował alternatywne rozwiązanie - wstawił nam dętkę. Ruszyliśmy dalej, ale samochód zachowywał się bardzo niestabilnie. W najbliższym miasteczku - Jisr ash Shughur - podjechaliśmy do innego warsztatu, który miał wyważarkę do kół i okazało się, że skrzywiona felga ma prawie 600 g niewywagi. Koło poszło na zapas, z nadzieją, że więcej nie będzie konieczności używania go. Kilkanaście km za miasteczkiem zjeżdżamy na boczne drogi i ruszamy na poszukiwanie Qal'at Salahidin. Niestety nie jest to proste zajęcie - po ponad godzinnym kluczeniu i dopytywaniu się miejscowych, docieramy do wzgórza, z którego rozpościera się widok na ogromną twierdzę. Jakimś cudem ją znaleźliśmy. Zjechaliśmy ze wzgórza i podjechaliśmy pod zamek. Po drodze, a właściwie na jej środku pojawił się potężny słup, który w przeszłości był podporą pomostu. Wchodzimy do wewnątrz - Cytadela Saladyna z dołu robi ogromne wrażenie, jeszcze lepiej jest wewnątrz. Chociaż niestety wnętrza są jeszcze zaniedbane, to i tak prezentują się okazale. Spotykamy tutaj wycieczkę polsko - słowacką, a także parę Niemców, których spotkaliśmy wcześniej - przy świątyni Szymona Słupnika. Ze szczytu wież twierdzy rozciągają się wspaniałe widoki. Gubiąc wielokrotnie drogę, jadąc przez wysokie góry i wioski, których nazw nie udaje się nam określić, docieramy na żyzną równinę Al Ghab, gdzie w końcu udaje się nam umiejscowić na mapie i skąd udajemy się do Afamya. Najpierw zwiedzamy stare miasto - twierdzę, zlokalizowaną na wzgórzu, gdzie zaraz po opuszczeniu samochodu zostajemy otoczeni przez miejscowych mających ochotę zrobić z nami jakiś biznes. Jedni oferują posiłek, inni - noclegi, etc. Jeden z miejscowych zabiera nas na wycieczkę po uroczych, wąziutkich uliczkach starówki i razem z nim wchodzimy na teren prywatnej posesji, skąd rozciąga się widok na Apamea - ruiny starożytnego miasta. Udajemy się do samochodu, a podczas powrotu Tomek daje się namówić naszemu przewodnikowi na odkupienie monety, rzekomo znalezionej w ruinach - płaci za nią 5 $. Wszyscy wiemy, że jest to falsyfikat, ale i tak jest to fajna pamiątka po pobycie w tym miejscu. Dojeżdżamy do właściwych ruin, zostawiamy na drodze samochód i ruszamy wzdłuż potężnej kolumnady. Spacerując wzdłuż ruin znajdujemy węża z odgryzioną głową - też był to imponujący widok. Podczas pobytu przyczepiło się - tym razem do mnie - kolejnych dwóch handlarzy oferujących monety. Proponowali chyba z 8 szt. za 30 $. Nie byłem zainteresowany, ale w końcu - widząc, że się nie odczepią - utargowałem z nimi cenę do poziomu 5 Euro za wszystkie. Zgodzili się i wszedłem w posiadanie tych monet. Tomka mało szlag nie trafił, bo wśród nich była dokładnie taka sama jak on kupił. Zrobiliśmy tutaj kolejny "biznes życia". Następne miasteczko - Qal'at Sheizar - to piękna twierdza na wzgórzu i pierwsze Jurije - tj. drewniane koła wodne służące do nawadniania okolicznych pól. Niestety - trochę się pogubiliśmy, i założyliśmy, że jest to już Hama. Gdy się okazało, że jesteśmy w błędzie, byliśmy już dość daleko, więc pominęliśmy to miasteczko i ruszyliśmy od razu do Hamy. Epiphania (Hama) wita i zaskakuje nas kiczem. Kolorowe fontanny i masę zbędnych bzdetów. No cóż - co kraj to obyczaj. Natomiast największa atrakcja tego miasteczka - nurije - robią wrażenie. Średniowieczna technika, a mimo to urządzenia pracują do dzisiaj, chociaż bardziej jako atrakcja turystyczna niż jako urządzenie funkcjonalne. W zachodniej części miasta wzdłuż rzeki (w okolicach najefektowniejszych czterech nuriji) powstał pasaż rekreacyjny z wieloma restauracjami. Tutaj też przyjechaliśmy, zamówiliśmy obiad i obserwowaliśmy poczynania młodych wyrostków, którzy wspinali się na szczyt drewnianych kół i z pełnej wysokości skakali do rzeki. Wariaci. Niestety same restauracje nie zachwycają - są tandetne i nieprzyzwoicie drogie, nie oferując w zamian nawet smacznego jedzenia. Ruszamy dalej wczesnym wieczorem, zatrzymujemy się dwukrotnie w centrum, by podziwiać kolejne nurije, a także jedną z kolorowych fontann. Tutaj wzbudzam niekłamane zainteresowanie miejscowej młodzieży, gdy rozstawiam statyw i zaczynam robić zdjęcia. Po zmierzchy oglądamy największe, ale już nieczynne koło wodne. W Hamie, po raz pierwszy tankujemy na terenie Syrii. I jakie jest nasze zaskoczenie, gdy za równowartość 40 zł tankujemy cały bak paliwa. 10 dm3 oleju napędowego kosztuje tutaj równowartość 1 Euro. Wspaniały kraj. Teraz zrozumieliśmy konieczność wniesienia tak drakońskich opłat wjazdowych. Coś za coś. Tutaj jednak życie bez ropy nie miałoby racji bytu, nawet pola nawadnia się przecież przy użyciu pomp wyposażonych w silniki Diesla. Nie raz widzieliśmy na polu taki agregat wyposażony w kontenerowy zbiornik paliwa (ok. 1000 dm3). Ruszyliśmy dalej. Nocna jazda po Syrii jest potworna. Ogromny ruch, zwłaszcza samochodów ciężarowych, brak oznakowania pionowego i poziomego, a także nie znajomość okolic powoduje, że ta część dzisiejszego etapu naszej podróży jest niezwykle męcząca. W ten sposób dojeżdżamy do Qal'ar al Hims (Hosna Citadel) znanego Europejczykom bardziej jako Krak de Chevaliers. Wielka twierdza nocą nie prezentuje się zbyt efektownie. Jedziemy dalej i szukamy noclegu. W ten sposób docieramy do Francis Hotel, gdzie za nocleg życzą sobie 250 $. Po wielkich targach dostajemy apartament za 40 $. Przynajmniej taką mamy nadzieję, a jak będzie - okaże się rano. Miejsce super luksusowe. Ale puste. Kładziemy się spać. Choć nie wszyscy, bo Tomek dorwał pilota TV.

Dzień dwudziesty piąty - 23.05.2005 r.

Luksusowe śniadanie (przynajmniej tak twierdziła obsługa hotelu), Asia korzysta z basenu i po krótkim odpoczynku zmierzamy w kierunku słynnej twierdzy. W dzień zamek Krak de Chevaliers prezentuje się znacznie bardziej okazale niż w nocy. Jest to zachowana w doskonałym stanie twierdza wybudowana przez krzyżowców podczas wypraw krzyżowych na Jerozolimę. Spora część zamku została odrestaurowana, ale z niewielkim polotem, czasem wręcz szpecąc niż zdobiąc. Najgorzej prezentują się posadzki zewnętrzne - zwykłe betonowe wylewki. Całość jest dość zaniedbana przez Syryjczyków. Nie mniej, w zamku jest wiele ciekawych miejsc i zakamarków. Można tu spędzić długie godziny. Jest to jednak miejsce oblegane przez turystów jako jeden z najciekawszych zabytków tego kraju. Tutaj wpadamy na doskonały pomysł. Jesteśmy tak blisko, że jedziemy do Libanu, zobaczyć Trypolis i Bejrut. Dotarliśmy do granicy, Syryjczycy wypuścili nas z kraju, dojechaliśmy do granicy Libańskiej, gdzie w punkcie kontroli dowiedzieliśmy się, że nie ma możliwości wjechania na teren kraju z dwóch powodów. Po pierwsze - nie są wpuszczane samochody z silnikiem Diesla. Po drugie - wizy wjazdowej nie otrzyma niezamężna kobieta, przed ukończeniem 30 roku życia. Podsumowując - mogliśmy pójść pieszo, ale bez Asi. Zawróciliśmy do Syrii i tu czeka nas niemiła niespodzianka - musimy ponownie zapłacić 42 $ opłaty celnej - wnosi się ją każdorazowo przy wjeździe do Syrii. Chcieli od nas jeszcze 100 $ opłaty paliwowej - ale udało się nam od tego wyłgać. Wizyta w Libanie zakończyła się pełnym fiaskiem. Jedyna pamiątka - wiza i pieczątka w paszporcie. Skierowaliśmy się do stolicy Syrii. Dojeżdżamy do Damaszku. Droga do stolicy wjedzie skrajem pustyni. Dobrze, że jest to stosunkowo zatłoczona droga, bo strach by było jechać. Sam wjazd do Damaszku także jest niczego sobie - szerokie ulice, ale bardzo duży ruch. Bardzo dużo skrzyżowań z sygnalizacją świetlną, na każdym z nich stoi kilku policjantów, ale kierowcy nic sobie z tego nie robią. Ruch niezwykle chaotyczny. Kierowcy, a zwłaszcza taksówkarze - jeżdżą jak idioci. Strasznie ryzykowne miejsce dla obcego kierowcy. Jakimś sposobem udaje się nam dotrzeć do samego centrum i to bez stłuczki. W centrum szukamy hotelu. Kwaterujemy się w hotelu Sultan. Po zakwaterowaniu i odstawieniu samochodu na parking strzeżony ruszamy na spacer po mieście. Pierwsze ciekawe miejsce jest położone przy naszym hotelu. Dworzec kolejowy Hidżaz - śliczny budynek dworcowy, z przepychem wykończony wewnątrz i strażnikiem na zewnątrz. Stan i wykończenie dworca wskazuje, że nie był to obiekt ogólnie dostępny. Dworzec jest w gruntownej przebudowie - tzn. urządzenia kolejowe, brakuje m.in. szyn. Natomiast sam budynek jest w doskonałym stanie. Wewnątrz znajduje się piękna makieta, pokazująca jak w przyszłości będzie to wyglądało. W pobliżu dworca, wzdłuż głównej ulicy prowadzącej na starówkę znajduje się wiele sklepików i barów, posilamy się oczywiście kebabem i ruszamy dalej. Kebaby serwują tutaj z kiszonym ogórkiem (!!!) i sosem czosnkowym. Pycha. Spacerkiem dotarliśmy na plac Męczenników. Tutaj znajduje się wiele sklepów i doskonałych cukierni. A na samym środku placu stoi kolumna z makietą jakiegoś budynku. Następnie kroki kierujemy do Cytadeli, spacerując wąskimi uliczkami w cieniu jej murów docieramy do serca syryjskiej stolicy - do Meczetu Umajjadów. Meczet ten powstał w 705 r. na podstawie chrześcijańskiej katedry. Potężna świątynia zachwyca mozaikami na ścianach dziedzińca oraz ujmuje prostotą wnętrza, które oszpecono kablami elektrycznymi i ogromną ilością lamp oświetleniowych. Zwiedzając świątynie poznaję trójkę małych, syryjskich dzieci, które dopraszają się, by zrobić im zdjęcie. Za zgodą mamy robię im kilka fotek, czym doprowadzam dzieciaki do wybuchu radości. W meczecie poznajemy także Syryjczyka, który oprowadza nas po meczecie i opowiada jego historię, a następnie oferuje się doprowadzić nas do ciekawego punktu widokowego. Na miejscu okazuje się, że punkt widokowy to okno z kamienicy, w której mieści się sklep znajomego naszego przewodnika. Mając doświadczenia z Turcji uciekamy czym prędzej. Spacerujemy sobie w cieniu zadaszonych bazarów, rozglądając się po różnych zakamarkach. Obserwujemy także ruch uliczny, który wzbudza w nas przerażenie. Gdy zapada zmrok wracamy w rejon meczetu, by podziwiać budowlę w wieczornym, sztucznym oświetleniu. Wieczorny spacer starówką Damaszku to także nie lada atrakcja, nie mniej - jesteśmy już bardzo zmęczeni i ruszamy w kierunku hotelu. Droga powrotna prowadzi nas ponownie przez plac Męczenników, gdzie wstępujemy do cukierni i kupujemy wspaniałe łakocie. Jeszcze tylko zakup regionalnego wina (na lepsze spanie) i napojów. I upragniony odpoczynek.

Dzień dwudziesty szósty - 24.05.2005 r.

Drugi dzień w Damaszku rozpoczynamy od wizyty w Ambasadzie Królestwa Jordanii, gdzie składamy dokumenty niezbędne do wystawienia wizy turystycznej. Po złożeniu wniosków i uiszczeniu stosownej opłaty ruszamy na spacer po nowszych dzielnicach Damaszku. Docieramy do małego parku, gdzie wśród drzew ulokowane otwarte muzeum wojskowe, szczycące się kolekcją poradzieckich samolotów bojowych. Do muzeum przylega niezwykła świątynia Takijja As-Sulajmanijja, nijak nie pasująca do okolicznej zabudowy. Ciekawa budowla składa się niejako z dwóch części - pierwsza to właściwy meczet o pasiastej elewacji, druga - to uroczy, arkadowy dziedziniec. Następnie spacerując główną arterią miejską Damaszku Choukri Al-Quwatii docieramy do parku Tishreen. Znajdujemy małą knajpkę i odpoczywamy popijając zimne napoje. Upał doskwiera strasznie. Wracamy do ambasady i odbieramy paszporty wraz z wbitymi wizami. Już wiemy - jutro ruszamy do Jordanii. Łapiemy taksówkę. Kierowca pierwszej nie rozumie nas, więc odjeżdża pusty, kierowca drugiej posługuje się łamaną angielszczyzną (podobną zresztą do naszej) i zabiera nas na Stare Miasto. Podjeżdżamy do bramy miejskiej Bab as-Saghir, skąd udajemy się na spacer po uliczkach starówki. Brama jest tak ciasno wpasowana w gęstą zabudowę miejską, że można ją przegapić - co nam się udało zrobić dnia poprzedniego. Spacerując uliczkami docieramy do drugiej bramy - Bab Kisan, do której dobudowano mały kościółek św. Pawła, a idąc dalej docieramy do okazałej bramy Bab Sharqi. Tutaj zatrzymujemy się w restauracji, bardziej dla odpoczynku od upału niż z powodu głodu, by po doskonałym posiłku móc poznać odmienne miasto. Spacerujemy po dzielnicy żydowskiej i chrześcijańskiej starówki Damaszku, gdzie panuje niespotykany gdzie indziej w tym mieście spokój. Spacerujemy wąskimi uliczkami, gdzie właściwie nie docierają promienie słoneczka i podglądamy co ciekawsze podwórka. Układ starówki jest następujący - wąziutkie uliczki przecinające się niemal pod kątem prostym, obudowane są ścianami budynków, wewnątrz których znajdują się śliczne dziedzińce, a nieraz całe kościoły. Warto popytać miejscowych co zobaczyć, bo można przegapić najciekawsze miejsca. Zwiedzamy m.in. kościół franciszkański, w pobliżu którego jesteśmy świadkami scysji dwóch arabów, która doprowadziła do rękoczynów. A poszło o to, że woźnica wymusił pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Nie przypuszczaliśmy, że miejscowi są tacy nadpobudliwi (oględnie rzecz ujmując). Spacer kończymy późnym popołudniem. Wieczorem udajemy się jeszcze na małą kolacyjkę - rzecz jasna składającą się z kebabu - i w ten oto sposób kończymy nasze spotkanie z miastem, które uważane jest za najdłużej zamieszkałe miasto świata i kolebkę cywilizacji.

Dzień dwudziesty siódmy - 25.05.2005 r.

Rankiem pakujemy nasz samochodzik i próbujemy wydostać się z Damaszku. Nie jest to takie proste, ponieważ oznakowanie ulic pozostawia wiele do życzenia. Nie mniej po jakiejś godzinie wyjeżdżamy poza granice stolicy i ruszamy do Bosry. Jest to miasto zlokalizowane kilkanaście kilometrów od jordańskiej granicy. Jesteśmy zachwyceni tym, co zobaczyliśmy. Jest to niezwykłe miasto - mowa rzecz jasna o starej dzielnicy. Całość wykonana z czarnego bazaltu. Nie jest to podobne do niczego, co widzieliśmy do tej pory. Kolejną - pozytywną - niespodzianką jest stan ruin, które do naszych czasów dotrwały w doskonałej kondycji. Rzymski amfiteatr został otoczony murem i przeistoczony w potężną twierdzę. Za ruinami twierdzy znajduje się antyczne miasto. To już znacznie gorzej zachowane ruiny, których wielkość świadczy o historycznym znaczeniu tego miasta. Spacerując wśród ruin poznajemy grupkę czterech młodych (13-sto letnich) dziewczyn, które sprawdzają na nas swoją znajomość języka angielskiego (znowu zostaliśmy zawstydzeni). Robimy sobie wspólne zdjęcia, które obiecujemy wysłać pocztą. Gdy wróciliśmy na parking - kolejna niespodzianka - stary Arab wypucował nasz stary samochodzik, za co - po wielkich targach inkasuje 5 $ (chciał 10). Wracamy się do miasta Dara, gdzie znajdują się dwa przejścia drogowe z Jordanią, uzupełniamy zapas paliwa i ruszamy ku nowemu. Wjeżdżamy na nowoczesny (jak na warunki arabskie) terminal graniczny i zaczynamy zabawę z papierkami. Oni uwielbiają wszelkiego rodzaju papiery, a książki graniczne są tak monstrualnych rozmiarów, że z pewnością nie zmieściłyby się na moim biurku. Granicę syryjską znamy z poprzednich wizyt, natomiast jordańska - to nowość. Kontrola dokumentów idzie dość sprawnie i po chwili ruszamy dalej (najpierw jednak wymieniamy dolary na lokalną walutę). Dojeżdżamy do punktu odpraw celnych, gdzie jesteśmy świadkami drobiazgowych kontroli samochodów i bagaży. Po kilku minutach nerwowego oczekiwania zostajemy obsłużeni poza kolejnością i bez żadnej kontroli, więc po dokonaniu odpowiednich opłat (opłata drogowa, ubezpieczenie samochodu) wjeżdżamy do Jordanii. Cała odprawa zajęła jakieś 1,5 godz. Trasą szybkiego ruchu docieramy do Jarash. Pierwsza miejscowość jordańska na naszej trasie. I od razu - perełka. Pięknie zachowane miasto rzymskie oraz wykopaliska. Prace trwają tutaj od lat 20 XX w. do dnia dzisiejszego, a mimo to szacuje się, że ponad 80 % obiektów jest jeszcze nie odkrytych. Natomiast to co już zostało odkryte zapiera dech w piersi. Przede wszystkim są to: łuk tryumfalny oraz hipodrom w części południowej zabytku, oraz świątynie Zeusa i Artemidy, a także Cardo, czyli typowa główna rzymska ulica otoczona z obydwóch stron rzędami kolumn. Tutaj kupujemy także oryginalne pamiątki - szklane flakoniki z usypanymi wzorami z piasku. Taka miejscowa ciekawostka. Późnym popołudniem udajemy się na wschód. Gdy już zmierzcha docieramy do Qasr al-Hallabat - ruin fortyfikacji rzymskich. Delektujemy się wieczornym chłodem i bawimy się z nowym towarzyszem podróży - małym pieskiem. Późną nocą docieramy do oazy Azraq. Tutaj kwaterujemy się w jedynym hotelu w mieście. Po zakwaterowaniu szukamy jakiegoś baru czy restauracji - należałoby się posilić przed noclegiem. Oaza ta jest jedynym miejscem na Pustyni Wschodniej z wodą. Sama mieścina to raptem dwa rzędy zabudowań wzdłuż głównej szosy (przypomina to miasteczka na Dzikim Zachodzie). Spacerując przyglądamy się swoistym lodówkom. Otóż owca lub krowa po uboju zostaje powieszona za tylne łapy przed wejściem do lokalu, następnie rzeźnik pozbywa się skóry i stopniowo zdejmuje pasy mięsa - wg aktualnych potrzeb. Aż dziw, że tak przechowywane mięso nie psuje się. Ale suche powietrze robi swoje. Nie do końca przekonani wybieramy jednak restauracyjkę i posilamy się. Następnie wracamy do hotelu. Tu mamy jeszcze okazję podziwiać wspaniały wschód księżyca.

Dzień dwudziesty ósmy - 26.05.2005 r.

Pobudka i w drogę. Ruszamy na poszukiwanie pustynnych zamków. Kierujemy się na granicę z Irakiem (!!!) i docieramy do odległej o parę km wioski nazwanej nazwą poszukiwanego przez nas zamku - Qala'at al-Azraq. Równocześnie poszukujemy jeziora wokół którego mieliśmy nadzieję odnaleźć rezerwat żywej przyrody. Miała to być ostoja dzikiej zwierzyny. Udało się nam odnaleźć jezioro, niestety wyschnięte. Wjechaliśmy na jego dno i zaczęliśmy przemieszczać się w kierunku mirażu, który sugerował obecność wody i bujnej roślinności. Niestety, nie przewidzieliśmy pułapki. Przemierzając dno wyschniętego jeziora trafiliśmy na wilgotną, błotnistą łatę i - oczywiście - w niej ugrzęźliśmy. I to praktycznie oparliśmy się podwoziem o dno. Próbowaliśmy wypchnąć samochód, podkładać ścięte krzewy - nic to nie dało. Zmęczeni i brudni mieliśmy wszystkiego dość. Wszelkie samodzielne próby skazane były z góry na niepowodzenie. Szczęście w nieszczęściu po dnie naszego jeziora jechała sobie ładowarka (tutejszy odpowiednik Fadromy). Uprzejmy operator tego wielkiego urządzenia nie zadawał nawet zbędnych pytań, tylko podjechał, zapiął linę do uchwytu i wyciągnął nas z bagienka. Potężna siła. Budzi respekt. Jesteśmy uratowani, ale auto jest ubłocone, że strach. Porzuciliśmy nadzieję na odnalezienie rezerwatu i ruszyliśmy do centrum miasteczka, gdzie odnaleźliśmy zamek (nota bene - przy głównej drodze). Zamek ten po raz ostatni służył celom wojskowym na początku XX w. kiedy Lawrence z Arabii wraz z szafirem Husajnem dowodzili z niego antytureckim powstaniem. Po ruinach oprowadził nas miły kustosz zabytku. Ogromne wrażenie zrobiły na nas kamienne drzwi. Ruszyliśmy zdecydowanie na podbój pustyni. A właściwie jej zamków. Zanim mieliśmy jednak okazję poznać uroki pustyni zostaliśmy zatrzymani przez uzbrojony po zęby patrol pustynnej policji. Miejscowi stróże prawa zatrzymali nas na � klachy. Mieli ochotę sobie pogadać. Na dodatek poczęstowali nas doskonałą herbatą (niezwykle gościnni ludzie, polscy policjanci mogliby brać z nich przykład). Przekazali nam cenną wiedzę o oznakowaniu policyjnych samochodów, złożyli kondolencje z okazji śmierci papieża, podziwiali znaczki z odwiedzonych przez nas krajów, a nade wszystko interesował ich nasz boks bagażowy. Po kilkunastu minutach wjechaliśmy na pustynię. Przejechaliśmy tylko kilka km i kolejna niespodzianka. Tym razem jest to stado wielbłądów blokujących jedyną pustynną drogę. Doskonała okazja, by pstryknąć im parę fotek. Następnie bez większych niespodzianek dojechaliśmy do Qasr al-Amra - najlepiej zachowanego pustynnego obiektu. Spacerując po okolicy natknęliśmy się na tablice ostrzegawcze o możliwym nastąpieniu na minę (!!!), w związku z czym bardzo grzecznie trzymaliśmy się wyznaczonych ścieżek. Wnętrze zameczku pokazał nam sympatyczny Arab, a w okolicy podziwialiśmy jeszcze studnię przygotowaną do oślego napędu. Kilkanaście km dalej zwiedzamy Qasr al-Kharana - monumentalny karawanseraj przystosowany do obrony. Położony jest on centralnie pośrodku całkowicie pozbawionej roślinności równiny. W poszukiwaniu kolejnego miejsca zbaczamy z doskonałej asfaltowej drogi i ruszamy w poprzek pustyni trzymając się nieco utwardzonych traktów. 40-sto km off-road samochodem marki BMW - nam kompletnie odbiło, nie mniej była to jazda pełna wrażeń. Jadąc po pustyni wzniecaliśmy tumany kurzu, co spowodowało, że nasz samochód zmienił barwę z granatowej na żółtą. Pustynny piasek był wszędzie, aż dziwne, że autko nie odmówiło posłuszeństwa. Po jakimś czasie natrafiliśmy na betonową drogę, która i tak obfitowała w różne niespodzianki. Niewiele brakowałoby, by nasza pustynna wyprawa zakończyła się tragicznie. W ostatnim momencie zauważyliśmy duży ubytek w mostku nad wyschniętym korytem rzeki. Cudem udało się zahamować. Później jeździliśmy już znacznie wolniej. Niestety nie udało się nam znaleźć kolejnego zamku, wpadliśmy natomiast na uzbrojony po zęby patrol pustynny (chociaż nie byliśmy do końca pewni czy był to patrol wojskowy czy raczej jakiś paramilitarny). Wróciliśmy na główną drogę, która doprowadziła nas do przedmieść Ammanu, skąd udaliśmy się na międzynarodowe lotnisko. Tuż za lotniskiem znajdują się kolejne ruiny - Qasr Al-Mushatta. Doskonale zachowane ruiny znajdują się na terenie zamkniętym lotniska, na szczęście istnieje możliwość wjazdu na jego teren, trzeba tylko w punkcie kontrolnym zostawić paszporty. Ten zamek uchodzi za największą budowlę obronną Umajjadów, niestety nigdy niewykończoną. Górskimi, krętymi drogami podążamy do Madaby. Podczas jazdy mamy przyjemność podziwiać Morze Martwe i tereny Zachodniego Brzegu Jordanu (okupowanego przez Izrael). Dziwne uczucie być w miejscu, gdzie właściwie od wielu lat bez przerwy trwa wojna. Dojechaliśmy jednak do Madaby. Bardzo ciekawa miejscowość. Zwiedzamy muzeum archeologiczne z przepięknymi mozaikami, do którego przylega słynna szkoła mozaik, następnie udajemy się do greckiego kościoła, gdzie na posadce znajduje się mapa Palestyny i Egiptu wykonana w formie mozaiki. Później spacerując po krętych uliczkach miasteczka docieramy - z małą przerwą na posiłek - do kościoła Apostołów. Późnym popołudniem docieramy do Hammamat Ma'in - uzdrowiska słynnego z źródeł termalnych. Droga prowadząca do tego kompleksu wypoczynkowego prowadzi przez piękne góry, wije się serpentynami - niesamowite wrażenie sprawia zwłaszcza podczas zachodu słońca. Wjazd na teren ośrodka jest płatny, a gdy już jesteśmy na miejscu okazuje się, że większość ośrodka jest zamknięta, ze względu na remonty, a w czynnej części brak wolnych miejsc. Jak niepyszni musieliśmy się wrócić. Zanim jednak wyjechaliśmy poszliśmy zobaczyć malownicze wodospady. Postanowiliśmy pojechać w kierunku wybrzeża Morza Martwego i tam gdzieś poszukać noclegu. I tu kolejne rozczarowanie. Na wybrzeżu jest tylko jeden ośrodek z bajecznie drogimi hotelami typu Mariott. Samo wybrzeże nie prezentuje się zbyt atrakcyjnie. Właściwie po stronie jordańskiej jest to szeroka szosa z betonowym chodnikiem, ciągle w zabudowie. Zawróciliśmy więc do Madaby, skąd pojechaliśmy na południe i na pierwszym przydrożnym parkingu przenocowaliśmy w samochodzie.

Dzień dwudziesty dziewiąty - 27.05.2005 r.

Pobudka bladym świtem, poranna toaleta przy samochodzie i w drogę. Wjeżdżamy na piękną Królewską Drogę. Uroda jej polega na tym, że biegnie wzdłuż pasma górskiego co raz to opadając w malownicze kaniony. Najpiękniejszy jest Wadi al-Mujib - głęboki na ponad kilometr. Krajobraz niemalże księżycowy. Coś pięknego. Najpierw zjeżdża się serpentynami ostro w dół, by po kilku kilometrach rozpocząć mozolną wspinaczkę do góry. Dotarliśmy do Al-Karak. Miasto z wspaniałą twierdzą krzyżowców - Krak de Moabitem - położoną na wzgórzu. Bardzo dobrze zachowany obiekt z ciekawymi cysternami - zbiornikami na wodę. Z tym miejscem wiąże się pewna historia - pan tego zamku, Renauld de Chatillon znany był ze swego okrucieństwa, swoich jeńców zwykł zrzucać z murów (ok. 450 m wgłąb), a żeby nieszczęśnicy bardziej cierpieli kazał zamykać im głowy w drewnianych skrzynkach. Chory człowiek. Kolejny odcinek Królewskiej Drogi prowadzi przez następne piękne kaniony. Wspaniałe widoki. Po drodze mijamy miasto Tafila i docieramy do Dany. Dana to rezerwat krajobrazowo - przyrodniczy, gdzie wędrując wyznaczonymi ścieżkami, przy odrobinie szczęścia można spotkać dzikie zwierzęta. Qasr al-Shobak - potężna twierdza położona wśród gór. Niezwykle majestatyczne miejsce. Niestety - w kiepskim stanie. Późnym popołudniem dotarliśmy do Wadi Musa. Jest to miasteczko żyjące wyłącznie z turystyki. Zlokalizowane jest przy najciekawszym zabytku Jordanii. Mowa tu o Petrze. Zmęczeni jedziemy tylko sprawdzić ceny biletów wstępu i godziny otwarcia Petry i wracamy na poszukiwanie noclegu. Po kąpieli udajemy się jeszcze na kolację. Po kolacji udaje mi się zaobserwować ciekawe zjawisko. Podczas zachodu słońce zniknęło nie docierając do horyzontu. Prawdopodobnie skryło się za tumanami piasku lub rozgrzanym powietrzem. Dziwny widok.

Dzień trzydziesty - 28.05.2005 r.

5.00 - pobudka. Szybko zwijamy nasz cały dobytek i pół godziny później pakujemy już graty do samochodu. Recepcjonista nawet nie drgnął, gdy wychodziliśmy z hotelu. Podjechaliśmy na główny parking, zostawiliśmy samochód, kupiliśmy bilety (drogie - ok. 30 $ za osobę) i w drogę. Do Petry od strony Wadi Musa można dostać się właściwie jedną drogą - przez wąwóz Siq, do którego docieramy parę minut po szóstej. Jest to niezwykle wąska i bardzo wysoka szczelina (prawie 200 m w górę), powstała na skutek ruchów tektonicznych. Po przejściu ok. 1200 m tym klaustrofobicznym naturalnym tunelem, efektownie zza skał wyłania się Chanza (skarbiec) - najsłynniejsze miejsce w Jordanii. Widok jest tak niesamowity, że przez kilka minut stoimy w samotności i w milczeniu. Jest to najpiękniejsze odwiedzone do tej pory przez nas miejsce na ziemi. Brak nam słów. Stoimy porażeni urokiem tego miejsca. A to dopiero początek. Budowla ta, to właściwie płaskorzeźba wykuta w litej skale z przeznaczeniem na grobowiec. Miejsce zostało rozsławione przez Stevena Spielberga i Harrisona Forda - to tutaj kręcono film "Indiana Jonem i Ostatnia Krucjata". Ruszamy kolejnym wąwozem i po paru minutach docieramy do skalnego miasteczka z amfiteatrem. Kierując się na prawo docieramy do monumentalnych grobowców skalnych. Tutaj malutka, raptem kilkuletnia arabka konsekwentnie mnie namawia do zakupu kamienia, mała natrętka w końcu wydębiła ode mnie 1 $ za kamień, który mogłem sobie podnieść z ziemi. Ale święty spokój nie ma ceny. Dalej znajdują się już tylko schody, którymi wchodzimy na szczyt skał otaczających wąwozy. Z tarasu rozpościerają się fantastyczne widoki. Ruszamy jednak wyżej i po kilkunastominutowym spacerze docieramy do swoistego płaskowyżu, który wyglądał, jakby przeniesiono go z księżyca. Klucząc wśród różnych formacji skalnych próbowaliśmy dotrzeć do miejsca, skąd z góry widoczny byłby skarbiec. Niestety - bezskutecznie. Okolica składa się jakby z dwóch pasm górskich oddzielonych sporą równiną. Na obszarze tej równiny powstał kompleks świątynny, a nad nią góruje fort krzyżowców. Tutaj znajduje się małe centrum turystyczne z muzeum i restauracjami. Stąd także można się wybrać na spacer w góry, po drodze mijając Lwi Grób, by dotrzeć do ad-Dajr, klasztoru wykutego w skale, robiącego wcale nie mniejsze wrażenie niż skarbiec. W drodze powrotnej zwiedziłem ruiny świątyń, ponownie odbyłem spacer po skalnym mieście, które przybrało zupełnie inne zabarwienie niż wczesnym rankiem i dotarłem ponownie do skarbca. Teraz jednak nie można było go nawet dojrzeć - dotarły tutaj takie tłumy turystów. Wybrałem się więc w drogę powrotną szczeliną skalną do Wadi Musa, po drodze spotykając starszych turystów z Czech. Ruszyliśmy jeszcze na południe. Dotarliśmy do Wadi Rum. Jest to podobno jedna z najpiękniejszych pustyń świata, znana m.in. z pobytu w czasie antytureckiego powstania w tym miejscu słynnego Lawrenca z Arabii. Dotarliśmy do punktu informacji turystycznej, gdzie wynajęliśmy samochód terenowy z kierowcą (a właściwie zdezelowanego trupa z małomównym, ale całkiem sympatycznym Arabem). Ruszyliśmy. Najpierw przejechaliśmy małą wioskę złożoną wyłącznie z niskich, parterowych, kamiennych domków by nieoczekiwanie wjechać na pustynną równinę. Przemieszczaliśmy się między formacjami skalnymi, piaskowymi barchanami i skarłowaciałą roślinnością. Zwiedziliśmy piękny kanion, mieliśmy przyjemność podziwiać zachód słońca stojąc na jednej ze skał, a także spróbować wspinaczki po piaskowym barchanie. Trzygodzinna przygoda pozostawiła niezatarte wspomnienia. Tylko Tomek był nachmurzony. Ale było to zrozumiałe - on jako jedyny z nas widział Saharę. Nocą dotarliśmy do Akaby. Jedyny nadmorski kurort i jednocześnie port w Jordanii. Jest to również jedno z największych miast Jordanii, w którym życie nie zamiera przez całą dobę. Po znalezieniu hotelu (i wytargowaniu odpowiedniej ceny) ruszyliśmy na poszukiwanie pożywienia. Niestety - wylądowaliśmy w Pizza Hut.

Dzień trzydziesty pierwszy - 29.05.2005 r.

Poranek rozpoczęliśmy podjęciem ważnej decyzji. Dzisiejszy dzień przeznaczamy wyłącznie na odpoczynek. Czytaliśmy w przewodniku, że Zatoka Akaba, będąca częścią Morza Czerwonego ma krystalicznie czystą wodę i znajduje się tutaj kilka ośrodków nurkowania. W poszukiwaniu takiego ośrodka dotarliśmy do przystani pasażerskiej, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć chyba największą flagę na świecie. Wysokości masztu i rozmiarów flagi nie sposób nawet określić. Ale wspaniale, dostojnie powiewała na wietrze,