|
15.03.04. Lecimy z Katowic przez Frankfurt do Kapsztadu za cenę ok. 3400 PLN w obie strony. Po wylądowaniu jedziemy taxi za 100R do pensjonatu Big Blu gdzie dwójka kosztuje 135R. O 15:00 wychodzimy z kierunku Wzgórza Sygnalizacyjnego (Signal Hills) o wysokości 686m n.p.m. Przechodzimy przez las eukaliptusowy, potem sosnowy i po 40 min stajemy na szczycie. Z jednej strony widok na Kapsztad (z Górą Stołową i Głową Lwa), a z drugiej na ocean, po którym ściele się wysoki na kilkanaście metrów wał mgły. Maszerujemy dalej przez fynbos na szpiczasty wierzchołek Głowy Lwa (Lions Head) o wysokości 686 m n.p.m. Wejście miejscami po łańcuchach i drabinach dość eksponowane. Ze szczytu widok jeszcze piękniejszy niż z Signal Hills. Widać mgły przelewające przez przełęcz między Lions Head a Signal Hills w kierunku Kapsztadu. Szczęsliwy powrót do hotelu.
16.03.04. Następnego dnia jedziemy metrem podmiejskim do Simonstown, miasteczku nad Zatoką Fałszywą (Falsy Bay). Stąd stopem jedziemy na plażę pingwinów (wstęp 15R). Po godzinie kolejnym stopem jedziemy do Przylądka Dobrej Nadziei (wstęp do parku 45R). Widok z punktu widokowego jest wspaniały. Klify opadają 150-200 m do morza. Widać plaże z bielutkim piaskiem i turkusową wodę. W drugę stronę widok na góry półwyspu przylądkowego i nisamowitą florę fynbosu. Z powrotem mamy z koleżanką szczęście - zatrzymuje nam się para jadąca swoim autem do Kapsztadu zachodnią stroną półwyspu. Po drodze widzimy plażę w Slorbrough gdzie serfują na deskach. Potem jedziemy trasą widokową Peak Chipman's Road wykutą w skale (po drodze postój w punkcie widokowym). Nasi nowi znajomi wysadzają nas w pobliżu dolnej stacji kolejki linowej na Głórę Stołową, gdzie wjeżdzamy 1:30 h przed zachodem słońcem. Robimy pętle szlakiem po szczycie Góry Stołowej i podziwiamy roślinność fynbosu. Po zachodzie słońca zjeżdżamy na dół. Podłoga podczas wjazdu i zjazdu wykonuje obrót wokół osi on 360 stopni, tak że nie ruszając się możemy podziwiać widok w każdą stronę. Bilet powrotny kosztuje 15R (1R = 57gr). Taksówką za 50R wracamy do hotelu.
17.03.04. Stopem jedziemy do Haut Bay, skąd płyniemy za 45R stateczkiem do kolonii fok na wyspie i wraku zatopionego statku. Po drodze z plaży widzimy stado delfinów. Wycieczka trwa godzinę. Foki tłoczą się na skalistej wysepce o powierzchni ok. 0,5 km2. Stateczek podpływa do nich na kilka metrów. Po powrocie do portu oglądamy stoisko z pamiątkami. Naszą uwagę przyciągają wydmuszki ze strusich jaj ozdobione wspaniałymi rysunkami ręcznej roboty. Wracamy autobusem za 5,5R do dworca w Kapsztadzie stąd metrem podmiejskim jedziemy przez rejon Winlandii do Paarl. Nie przesiadamy się w Bellville, bo tego nie wiemy i lądujemy w Strand. Ale nie żałujemy bo widoki na góry są wspaniałe. Wieczorem wracamy do Kapsztadu i szukamy połączeń autobusowych do Namibii. Autobus jedzie jutro o 10:00 rano. Kupujemy bilet Keetmanshop za 320R.
18.03.04. Cały dzień jazdy. W Keetmanshop jesteśmy o 1:45 Na granicy namibijskiej okazuje się, że potrzebujemy wizy. Wmawiamy celnikom, że należymy już do Unii Europejskiej i dostajemy wizy za darmo na 7 dni. 2 jadących w naszym autobusie Słowaków wizy nie dostaje i muszą wysiąść z autobusu na granicy (są strasznie wściekli). Mieliśmy farta. W Keetmanshop znajdujemy pensjonat Ptasie Gniazdo za 350 N$ za dwójkę (telewizor, klimatyzacja, czysto i śniadanie wliczone w cenę - super). 1N$ = 1R = 57gr.
19.03.04. Rano taksówką za 100N$ jedziemy do lasu aloesowego (drzewiaste aloesy osiągają wysokość od 4-6 m. Mają cienką jasną korę, po oderwaniu którego widać wilgotny zielony miąższ drzewa. Miąższ aloesu jest bardzo miękki i lekki. Buszmeni wydłubują miąższ gałęzi i robią z nich dmuchawki. Robimy zdjęcia i po 1 godz. wracamy tą samą taksówką za kolejne 100N$ (kierowca czekał na nas). Nie ma żadnego ruchu po tej drodze, a do miasta jest 14 km. Po drodze łapiemy gumę dwa razy, kierowca jedzie dalej na flaku - nie przejmuje się tym. Z opony zostają fragmenty. Wysadza nas pod miejscowym szpitalem, który zwiedzamy. Załapujemy się na karetkę transportową odwożącą pacjenta do miasta. W mieście po 2 godz. poszukiwań organizujemy sobie na następny dzień wycieczkę do kanionu rzeki Fish (drugi na świecie co do wielkości po kanionie Kolorado) za 690N$.
20.03.04. Wyruszamy po śniadaniu (wspaniały omlet z warzywami) 0 7:30. PO 3 godz. jazdy bezdrożami dojeżdżamy do punktu widokowego na brzegu kanionu. Podziwiamy wspaniały widok na rzekę Fish płynącą 700 m niżej. Na brzegu kanionu biegają surykatki. Nakarmiwszy ducha cudownymi widokami jedziemy z powrotem. Po drodze lunch w restauracyjce na pustkowiu (otworzyli chyba tylko specjalnie dla nas). Następnie odwiedzimy prywatny park skamieniałych śladów dinozaurów (Mizozaura) i las kokakerbumów (drzewiastych aloesów) jeszcze ładniejszy niż wczoraj. Właściciel który nas oprowadza jest pasjonatem paleontologii i tłumaczy nam wszystko po kilka razy aż zrozumiemy całość. Udziela nam się jego zapał, jesteśmy zachwyceni. Na koniec pokazuje nam pnie skamieniałych drzew, meteoryt będący stopem żelaza i niklu (bardzo ciężki), gniazda ptaków (chyba wikłaczy) i robi nam koncert uderzając kamieniem w różne części skały - każdy dźwięk jest inny. Ok. 17:00 wracamy do pensjonatu.
21.03.04. Dzień luzu, czekając na autobus, który będzie o 1:00 w nocy, zwiedzimy sawannę w okolicy miasta i podziwiamy jej roślinność. Popołudnie spędzamy nad miastem podziwiając kolorowy zachód słońca). O 1:00 wsiadamy w autobus do Windhoek (stolicy Namibii). Bilet kosztuje 240 N$. Śpimy całą drogę. Na miejsce dojeżdżamy o 7:00.
22.03.04. Na dworcu spotykamy Ramona - właściciela Toyoty, z którym po krótkiej pertraktacji ustalamy cenę wynajmu (auta z kierowcą), na pięć dni za 3000N$ + koszty paliwa. Robimy zakupy i w drogę. Początkowo jedziemy asfaltową drogą przez zieloną sawannę z akacjami. Po drodze widzimy stado pawianów. Po 60 km zjeżdżamy w szutrową drogę i jedziemy do Sossusvlei w sercu pustyni Namip. Przez kolejne 340 km sawanna staje się coraz bardziej sucha, przechodzi w półpustynię.W końcu pojawiają się pierwsze wydmy. Wstęp do parku pustyni Namib kosztuje 95N$ Od bramy do Sossusvlei jest 64 km. Po drodze wchodzimy na ponad 100 m wysokości wydmę 45. Jest 16:00 - największy upał, piasek parzy w stopy przez buty. Po zejściu jedziemy dalej. Ostatnie 5 km trzeba przesiąść się do auta z napędem na 4 koła. Musimy dopłacić 140N$. W Sussavlei idziemy na kolejną wydmę. Widok przebija dotychczasowe. Przed nami po horyzont morze gigantycznych, do 300 m wysokości wydm koloru żółto-pomarańczowo-brązowego. W dole białe koła wyschniętych okresowych jeziorek i kikuty martwych drzew. Miejscami kilka zielonych krzewów. Siedzimy podziwiając zachód słońca ze szczytu wydmy. Widok grzbietu i fal tworzonych przez wiatr na wydmach jest niesamowity. Po zachodzie słońca wracamy do Sossuvlei, gdzie nocujemy na campingu za 210N$. Jadąc widzimy przebiegające przez drogę oryksy. Nocne niebo nad pustynią jest wspaniałe, pełne gwiazd. Powietrze jest tak przejrzyste, że ich ilość wydaje się kilkakrotnie większa niż w naszym kraju.
23.03.04. Rano wyruszyliśmy do Walvis Bay na wybrzeżu Atlantyku. Jedziemy kilka godzin, najpierw przez pustynne góry, potem przez równiny.Żar leje się z nieba, nie ma ani jednej chmurki. Tuż przed miastem po prawej stronie duży obszar wydm (tzw Diuus 7). Docieramy do miasta. Chcemy dostać się do Sandwich Havbor, które leży 51 km na południe od miasta. Niestety nie da się dojechać tam naszą Toyotą, potrzebny jest napęd na 4 koła, ponieważ jedzie się po plaży brzegiem oceanu i przez wydmy. Po poszukiwaniach i pertraktacjach, znajdujemy gościa, który za 500N$ zawiezie nas tam jutro o 8:00. Potrzebny jest nam tylko permit na wjazd na teren parku (60N$) - ministerialny wymóg w Namibii. Jeździmy po całym mieście żeby znaleźć odpowiedzialną urzędową osobę godną wystawienia nam tak ważnego dokumentu. Zdobywamy go wreszcie w biurze informacji turystycznej. Śpimy w bungalowie za 280 N$ (mamy do dyspozycji 5 łóżek i kuchnię).
24.03.04. Rano o 8:00 na pace pick-up, jedziemy do Sandwich Harbour, leżącego 50 km na płudnie od miasta. Po drodze mijamy brodzące przy brzegu flamingi, stado elandów i kilka otocjonów (podobnychm do małego wilka).Po kilkunastu kilometrach wjeżdżamy w rejon wydm. Po jednej stronie wysokie na 200-300 m wydmy, po drugiej fale Atlantyku, a my mkniemy plażą z prędkością ok. 100 km/h. Po godzinie jazdy dojeżdżamy na miejsce. U podnóża wydmy jest laguna słodkowodna, pełna ptaków (również pelikanów). Idę na szczyt jednej z wydm . W jedną stronę widok na Atlantyk, w drugą na morze wydm pustyni Namib. Nasyciwszy ducha widokami wracam do auta i jedziemy do stada fok na cyplu. Są ich setki. Jedne tłoczą się na plaży, drugie wskakują do wody. Po powrocie wskakujemy do naszej Toyoty i jedziemy do miejsca gdzie rośnie welwiczia. jest to jedyne miejsce na świecie gdzie występują te rośliny. Docieramy tam po 35 km jazdy przez pustynię. Największy okaz welwiczi ma 20 m obwodu, ponad 1 m wysokości i 1500 lat. Długość ich korzenia wynosi 3 m i dzięki temu mogą rosnąć na pustyni. Welwiczia rozmnaża się w ten sposób że rodzaj insekta żywi się kwiatem męskim i przenosi na niego pyłki z kwiatu żeńskiego powodując zapłodnienie i dając pioczątek nowej roślinie. Robimy zdjęcia, i jedziemy do Damaralandu w góry Brandberg. Nocujemy w lodge w Uis za 400N$ od 2 osób w budynku krytym trawą afrykańską (lokalna strzecha). Wokół piękna roślinnośc - palmy rafiowe, bananowce, kwitnące akacje. Jedziemy na okoliczne wzgórze i podziwiamy zachód słońca nad górami Brandberg. Najwyższy szczyt masywu ma 2574 m n.p.m.
25.03.04 O 8:00 jedziemy we góry obejrzeć rysunki naskalne - tzw "Białą damę". Powstały one 2000-4000 lat temu. Rysunek przedstawia zwierzęta i czarne postacie, kłujące dzidami białą kobietę. Do malowideł idzie się 2,5 km śliczną doliną wsród gór koloru czerwono-brązowego porośniętych rzadko drobnymi drzewami. Zaliczamy jeszcze kolejne dwa molowidła naskalne i po 3 godzinach wędrówki wracamy na parking. Jedziemy w kierunku Spitzkope, góry zwanej Matterhornem Afryki o wys. 1728 m n.p.m. Widziana od południa rzeczywiście przypomina słynną szwajcarską górę. Robimy wycieczkę na jeden z wierzchołków sąsiedniej góry zwanej małym Spitzkope. Widok ze szczytu jest bardzo rozległy. Widać odległey o ponad 100 km masyw Branderberg. Roślinność jest niesamowita - drzewiaste aloesy, różne gatunki kaktusów, akacje. Spotykam antylopy i gryzonie podobne do świstaków biegające po pionowych skałach. Szczyty mają wygląd wygładzonych kopuł, dużo leżących swobotnie kulistych, kamiennych bloków w łagodniejszych zboczach. Mam tam groźną przygodę. Wspinając się wszedłem wprost na czarnych szerszeni. Zostaję użądlony przez dwa z nich, ale na szczeście jakimś cudem udaje mi się zeskoczyć na półkę znajdującą się poniżej i reszta szerszeni daje mi spokój. Przygoda kończy sie na bólu i chwilowym oszołomieniu, ale od tej pory unikam drzew papai, bo tam szerszenie mają swoje gniazda. Po zejściu z gór wracamy do Windhoek i kończymy nasz czterodniowy objazd Namibii.
26.03.04. Po całodziennym odpoczynku w pensjonacie Cela (nocleg ze śniadaniem i basenem 360N$) jedziemy do Victoria Falls o 18:00 za 450N$.
27.03.04. Na miejsce dojeżdżamy ok. 14:00. Jadąc przez Caprivi w Namibii widzimi wioski murzyńskie Są to kwadratowe i okrągłe chatki ze słomy i błota, kryte stożkowatymi dachami. Szkielet mają z drewnianych żerdzi i otoczone są ostrokołem. Wokół zielona sawanna, drzewa wystepują gęściej i są wyższe niż w okolicach Windhoek. Pojawiają się pojedyńcze baobaby, trawa też jest wyższa. Wsród traw bardzo liczne duże cytrynowe i małe żółte kwiaty. Dojeżdzamy do granicy Bostwany, widzimy mokradła, wokół dużo prześlicznych baobabów. Żeby dojechac do Victoria Falls w Zimbabwe, trzeba kilka kilometrów przejechać przez terytorium Bostwany. Musimy zapłacić za tranzyt 25 pula. Przyjmują tylko w walucie Bostwany, nie chcą dolarów, może nie tego faceta z zielonego bankomatu. My oczywiście lokalną walutą nie dysponujemy. Pomaga nam personel autobusu. Zatrzymują nam się przy sklepie, gdzie możemy nieoficjalnie wymienić walutę. Wymieniamy po 20$ bo niewiemy ile w końcu z nas zedrą. Na granicy z Zimbabwe wypełniamy jeszcze dwa formularze (dłużej piszemy niż jechaliśmy przez terytorium Bostwany).Potem wbijają nam w paszport trzy pieczątki (zmarnowali skurczybyki całą stronę) i wreszcie wyjeżdżamy z tego kraju. Na granicy Zimbabwe płacimy po 30$ za wizę. Urzędnicy patrzą głęboko w oczy nie nasze, ale prezydenta na 20$ banknocie, po czym wklejają nam do paszportu śliczną wizę. Widocznie w oczach nie dostrzegli nic podejrzanego. Wreszcie jesteśmy w kraju Roberta Mugabe. Z dworca naganiacze z plemienia Uenda pakuja nas do auta i wiozą na tani kamping. Bierzemy nocleg w chatce za 10U$ od osoby. Chaty kryte strzechą. Śliczna roślinność, wiele kwitnących drzew, na biało, czerwono, żółto i pomarańczowo. Na terenie znajduje się duży basen i restauracja. Zrzucamy plecaki i idziemy do wodospadów Wiktorii. Widok jest niesamowity, masy wody z hukiem spadają ze 110 m w wąski kanion. Stan wód jest wysoki, nad wodospadem unosi się chmura pyłu wodnego który miejscami spada w postaci deszczu na las deszczowy, przez który biegnie ścieżka. Roślinność jest wspaniała. Świeża zieleń, liczne palmy rafiowe i kokosowe. Wstęp na teren parku 20$ (zdzierstwo, miejscowi płacą niecałe 2$). Nie dochodzimy do mostu na Zambezi ponieważ wygania nas deszcz. Pobieramy pieniądze z bankomatu, wiemy, że nie wolno wymieniać dolarów na ulicy, gdyż jest to surowo karane przez władze. Stare pieniądze zdewalułowały się(10 tutejszych dolarów=1gr). Nowe banknoty są czyste z jednej stony (brak jakichkolwiek nadruków) i mają napisany termin ważności, nie dłuższy niż kilka miesięcy. Ciężko w tym kraju zaoszczędzić.
28.03.04. Rano wracamy nad wodospad. Dziś pogoda lepsza, więcej błękitnego nieba, wczoraj było zachmurzone. Potem robimy przechadzkę do ogromnego baobabu (obwód pnia ok. 20 m) nad brzegiem Zambezi powyżej wodospadu. Poza gigantem rośnie tu wiele mniejszych baobabów, liczne palmy rafiowe. Po drodze spotykamy stado antylop. Wracamy na camping dręczeni po drodze przez sprzedawców pamiątek, którzy w żaden sposób nie potrafią pojąć, że nie interesują nas ich wątpliwej jakości wyroby. Pakujemy plecaki i idziemy na pociąg odchodzący o 18:30 do Bulawayo (bilet 1 klasy ok. 10$ od osoby). Jedziemy w zamykanym od środka przedziale. Mamy dwie kuszetki i stolik. Podróż przesypiamy.
29.03.04. Na miejsce dojeżdżamy opo 10:00 rano. Na peronie zaczepia nas lokalny przewodnik Shepherd. Uświadamia nas co do cen zorganizowanych wycieczek do parku Rhodes Matopos, leżącego 40 km na południe od Bulawayo. Cena wynosi 55$ na osobę, z czego 30$ opłata za wstęp. Nie pasuje nam to, mówimy że damy 40$ za dwie osoby. Przewodnik zgadza się na naszą ofertę i obiecuje pokazać nam teren poza granicami parku i malowidła naskalne. Jedziemy rozpadającą się Toyotą brata naszego przewodnika, która nadzwyczaj dobrze radzi sobie na drogach terenowych. Potem idziemy przez sawannę wśród brązowych bloków skalnych, na najwyższy szczyt gór Mapotos o wysokości 1553 m n.p.m. Po drodze odwiedzimy jaskinię z malowidłami naskalnymi Buszmenów sprzed 40000 lat. Potem wychodzimy na szczyt z którego widać cały masyw Mapatos, obejmujemy wzrokiem również część parku z płatnym wstępem(leży w dolinie między skalistymi szczytami utworzonymi z bloków skalnych). Na zboczach leży mnóstwo luźnych bloków skalnych. Schodząc spotykamy stado 2 gatunków antylop i jaszczurki o niebieskim ogonie i głowie. Nocujemy w lodge za 25$ od osoby, właścicielka pochodzi ze Słowaji.
30.03.04. Rano odpoczywamy, suszymy pranie. O 12:30 jedziemy taksówką za 5$ na dworzec, skąd odchodzą autobusy firmy City to city do Johanesburga. Kupujemy bilet za 30$ do Messiny, tuż za granicą RPA. Wyjeżdżamy o 14:00. Autobus nie ma toalety i klimatyzacji, i ma po 5 miejsc siedzących w poprzek. Jesteśmy jedyną parą białych w autobusie - wszystki miejsca są wypełnione przez Murzynów. Mimo upału okna pozamykane, niektórzy czarni mają nawet czapki (no cóż, "jesień idzie, nie ma na to rady"). Do granicy przez 4 godziny ani jednego postoju. O 18:00 upragniona granica. Wszyscy pasażerowie po zatrzymaniu autobusu rzucają się w kierunku toalety (ciekawe czemu?). Nareszcie można wystawić lepkie od potu ciała na powiew gorącego powietrza - co za ulga! Dostajemy pieczątkę wyjazdową z Zimbabwe dość szybko, ale to dopiero początek. Musimy odstać w kolejce do prześwietlenia bagażu (jak na lotnisku). Mija prawie godzina, kiedy wreszcie wszyscy pasażerowie są z powrotem w autobusie. Teraz z kolei granica RPA. Podwójne zasieki, wysokie na kilka metrów,z drutem kolczastym. Powtórka tego samego co po stronie Zimbabwe. Wszyscy wysiadają z autobusu i pokolei wycierają buty w wycieraczkę nasączoną środkiem dezynfekacyjnym, potem prześwietlenie bagażu i sprawdzenie paszportów. Łącznie na granicy spędzamy prawie 3 godziny. Rozumiemy też pośpiech kierowcy i brak postojów, bo przejście graniczne zamykająo 20:30. Do Messiny dojeżdżamy przed 22:00. Nocujemy na campingu za 70R od 2 osób w namiocie.
31.03.04 Rano wynajmujemy Volswagena Polo z firmy Avis na 3 dni za 1800R bez limitu z opcją oddania go w Ladysmith niedaleko parku narodowego Natal w Górach Smoczych. Jedziemy do północnej części parku narodowego Krugera. Po drodze zaliczamy największy w Afryce baobab w okolicy miasteczka Sagole. Jest to gigantyczne drzewo, ma pień wielkości domu. Okolica porośnięta jest licznymi baobabami. Wstęp do parku Krugera kosztuje 120R na osobę. Można poruszać się po nim swoim autem, nie można tylko wysiadać z samochodu (lwy, lamparty, słonie itp). Jeździmy po parku 4 godziny. Spotykamy liczne antylopy, zebry, bawoły, żyrafy, bardzo dużo ptaków. Roślinność wspaniała, bardzo zielono. Są liczne baobaby, miejscami palmy rafiowe, drzewa chlebowe. O 18:00 wyjeżdzamy z parku bo zamykają bramę. Nocujemy w domku za 300R od 2 osób w miejscowości Thohoyandou.
01.04.04. Rano jedziemy w kierunku kanionu rzeki Blyde. Jedziemy bardzo dobrą, dwupasmową drogą, która nagle kończy się na lokalnym cmentarzu i musimy wracać. Po godzinie kluczenia udaje nam się wyjechać na właściwą drogę. Po drodze pierwszy od 2 tygodni deszcz w Afryce. Po 2 godzinach jazdy ponownie błekitne niebo, i na horyzoncie pojawiają się Małe Góry Smocze. Wspinamy się serpentynami coraz wyżej, widoki coraz piękniejsze. Wreszcie docieramy do punktu widokowego na kanion rzeki Blyde i Trzy Siostry (szczyty w kształcie murzyńskich chatek). Potem jedziemy do wodospadu Berlin i nocujemy w Graskop w domku za 140R na osobę.
02.04.04. Rano gęsta mgła, ale mimo to jedziemy na drogę widokową, w góry na północ od Graskop. Nie żałujemy tego bo wyjeżdżamy ponad mgłę. Widok jest niesamowity, szczyty gór wystają jak wysepki z morza chmur. Spacerujemy po rezerwacie lasu deszczowego. Zaliczamy tzw. Boże okno (bardzo stromy żleb w kształcie "V" spadający do dna kanionu rzeki Blyde), wieżyczkę (kilkunastometrowy blok skalny wyrastający z dna wąwozu) i kilkunastometrowy wodospad w otoczeniu drzewiastych paproci. Po nasyceniu oczu widokami poranka, ponownie jedziemy do parku Krugera, tym razem do jego południowej części. Tym razem mamy wiecej szczęścia do zwierząt, dwukrotnie spotykamy słonia. Jeden z nich jest tak blisko, że szarżuje nasze auto, i robimy mu zdjęcie z odległości 3 m. W ostatecznej chwili uciekamy spod jego trąby i kłów (było gorąco). Jeździmy jeszcze kilka godzin po parku, spotykamy wiele zwierząt roślinożernych. Niestety nie trafiamy na lwa. Popołudniu jedziemy w kierunku parku narodowego Natal w górach Smoczych. Nocujemy w małym miasteczku Breyten w pokoju za 50R na osobę. Właściciel jest biały, jest dla nas bardzo miły. Rano dostajemy od niego śniadanie gratis i pomaga nam umyć auto. Jesteśmy zaskoczeni taką gościnnością.
03.04.04. Jedziemy w kierunku gór Smoczych. Do parku Natal docieramy ok. 14:00. Wstep kosztuje 40R od osoby. Przechodzimy szlak przez wąwóz Tugela do punktu widokowego na 5-kaskadowy wodospad Tugela o wysokości 850 m i Amfiteatr (mur skalny o wysokości 1400 m długi na 14 km).Kolory i rzeźba skał są wyjątkowo malownicze, od soczystej zielani po pomarańcz i brąz. Wracamy już po zmroku w swietle księżyca w pełni. Wreszcie dokładnie namierzamy lokalizację Krzyża południa. Wyjeżdżamy z parku i znajdujemy nocleg w domku stylizowanym na chatki murzyńskie o okrągłych ścianach. Nocleg ze śniadaniem 175R na osobę.
04.04.04. Rano oglądam dokładną mapę okolicy wiszącą w recepcji, i znajduję drogę do parkingu Sentiniel, który leży na wysokości 2620 m n.p.m. w zachodniej części Natalu. Zaczyna się stąd szlak na szczyt u Źródeł (Mont-aux-Sources) 0 wysokości 3282 m n.p.m. Mają tu źródło trzy rzeki RPA - Tugela, Oranje i Elands. Do parkingu jedzie się ponad 100 km okrężną ale bardzo przepiękną widokową droga. Opłata za wjazd 10R, a za szlak 50R od 2 osób. Cały dzień wędrówka szlakiem. Dochodzimy na krawędzi Amfiteatru i oglądamy go oraz wodospad Tugela, tym razem z góry, wchodzimy na szczyt u Źródeł. Po drodze dwie kilkunastometrowe ścianki wyposażone w oryginalnie wiszące drabiny. Wieczorem wracamy na parking i dotychczas cudowna pogoda (bezchmurne, błękitne niebo) zaczyna się zmieniać. Od zachodu zbliżają się chmury. Wracamy do Ladysmith, gdzie rano chcemy oddać auto w Avisie. Nocujemy w motelu za 125R od osoby.
05.04.04 Dziś pochmurny dzień. Znajdujemy stację benzynową, skąd odchodzą autobusy do Durbanu, będzie dzisiaj o 16:15, cena 160R. Ale niestety z Durbanu do Knysny będzie dopiero 7.04 o 7:00, a my musimy być w Kapsztadzie 8.04 w czwartek, bo w piątek mamy samolot do Polski. Koszt biletu do Kapsztadu z Durbanu wynosi 495R od osoby. Przeliczamy czas i pieniądze. Stwierdzamy, że jadąc autobusem nic już nie zobaczymy, a finansowo wyjdzie na to samo, co przedłużenie wynajęcia auta o 3 dni. Szybka decyzja, jedziemy autem do Kapsztadu. Do wieczora dojeżdżamy do Urataty, rodzinnego miasta prezydenta Mandeli, gdzie nocujemy w hotelu za 375R. Pokój dwuosobowy. Pogoda przez cały dzień w byłym bantustanie Transkei była fatalna (mgła i deszcz).
06.04.04. Rano nadal pogoda fatalna, rezygnujemy ze zjazdu na wybrzeże do parku Dwesa, i jedziemy dalej. Za Grahamstown pogoda zaczyna się poprawiać. Pojawia się ciekawa roślinność i liczne draceny przypominające lobelie ze stoków Kilimandżaro, oraz lasy drzewiastych kaktusów. Od 14:00 dojeżdżamy w okolice parku narodowego Addo, gdzie żyje 316 ostatnich słoni przylądkowych. Pogoda jest już dobra, więc decydujemy się tam zjechać. Objeżdzamy wszystkie 3 pętle drogowe po parku. Widzimy mnóstwo słoni, ale nie są one już tak dzikie jak ten z parku Krugera, pozwalają podjechać na 2-3 m i nic sobie z tego nie robią. Spotykamy jeszcze zebry, strusie, liczne kudu, bawoły. Po 18:00 wyjeżdzamy z parku i jedziemy w kierunku parku narodowego Tsitsikamma. Śpimy za 100R na osobę w miasteczku Karredouw.
07.04.04. Cały dzień spędzamy w parku narodowym Tsitsikamma. Zaczynamy od mostu nad wąwozem rzeki Sztormowej, gdzie jemy śniadanie w przydrożnej knajpce. Potem jedziemy dalej i przechodzimy szlak przez las z paprociami drzewiastymi do gigantycznego Potocarpusa o wysokości 40 m i obwodzie pnia prawie 30 m. Później przechodzimy szlakiem przez mostek wiszący 7 m nad ujściem rzeki sztormowej do oceanu Indyjskiego. Widać z niego pływające pod wodą wydry. Wchodzimy na punkt widokowy, skąd mamy widok na klifowe wybrzeże i góry Tsitsikamma w głębi. Wszędzie cudowna zieleń. Potem płyniemy łodką w górę rzeki Sztormowej przez kanion, szeroki na kilkanaście, a głęboki na conajmniej 200 m. Na koniec 6 km szlak wzdłuż wybrzeża do wodospadu i jedziemy na most Blaukrans 216 m nad poziomem rzeki. Jest to najwyższy na świecie punkt, skąd można skoczyć na bangue. Niestety dziś jest zamknięte i omija nas ta przyjemność. Jedziemy na przełęcz Blaukrans, skąd podziwiamy zachód słońca. Na tym koniec zwiedzania i jedziemy w kierunku Kapsztadu. Droga wspanaiła, mogę jechać cały czas 140-160 km/h, dzięki czemu ok. 23:00 jesteśmy tylko 100 km od Kapsztadu, w miasteczku Caledon. Niestety wszystkie pensjonaty zamknięte na głucho, więc śpimy w aucie za miastem.
08.04.04. W nocy budzi nas policja. Są w porządku, sprawdzają czy wszystko OK i zostawiają nas w spokoju. Rano jedziemy drogą widokową przez góry do Frankshoek i Paarl, a stąd autostradą do Kapsztadu, gdzie dojeżdżamy po godzinie 10:00 rano ioddajemy auto. Za 8 dni płacimy 3708R (1R = 55gr) i idziemy do znanego nam już hotelu Big Blue. Receptionistka cieszy się na nasz widok, my też na jej. Bierzemy pokój za 110R od osoby. Zostawiamy plecaki i ponownie wjeżdżamy kolejką na górę Stołową. Jeszcze raz znajomy nam widok, pogoda piękna. Widzimy zbliżającą się tu jesień. Fynbos nie jest już tak zielony jak 3 tygodnie temu, zaczyna się pojawiac brązowy kolor. Podziwiamy nasz ostatni zachód słońca w Afryce.
09.04.04. W nocy padało, ranek też pochmurny z przelotnymi opadami. Pakujemy się i o 12:00 jedziemy na lotnisko busem za 140R. Nie ma żadnego transportu publicznego, a taxi jest jeszcze droższa Na tym kończymy naszą przygodę z Afryką i o 15:55 wracamy samolotem do Frankfurtu, gdzie lądujemy o 5:25 rano.
10.04.04. Po 4 godzinach oczekiwania lecimy do Katowic.
Jacek Streich
|