Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Jesień w Granitowej Krainie
Autor: Waldemar Rakoczy   
10.jpg



Z Brisbane do Sydney można jechać dwoma drogami. Dłuższą - prowadzącą wybrzeżem wzdłuż Pacyfiku, z pięknymi widokami, i krótszą - ze znacznie innym krajobrazem, przez kontynent. Tą krótszą drogą do Sydney jest dokładnie 1000 kilometrów, wzdłuż oceanu jest około 200 kilometrów więcej.

Ta krótsza droga wiedzie przez Granit Belt (Granitowy Pas), duży obszar, jakieś 250 kilometrów od Brisbane, na którym jest dużo skał i miejsc pokrytych rozrzuconymi, ogromnymi granitowymi głazami.

Jedziemy tam z Brisbane małą grupą, dwoma samochodami w kwietniu, czyli w czasie australijskiej jesieni. Droga do Sydney nazywa się New England Highway i jakieś 100 kilometrów od Brisbane czeka nas przejazd przez Góry Wododziałowe. Są to góry ciągnące się wzdłuż wschodniego wybrzeża Australii i - jak mówi ich nazwa - dzielą wody tego obszaru na dwie części. Od strony wschodniej spływają ze stoków tych gór różne strumyki, potoki i rzeki do Pacyfiku, a od strony zachodniej cała woda płynie w stronę stałego lądu. Zdecydowana większość wody spływa w stronę oceanu i dlatego środek Australii pokrywa pustynia.

Początkowy odcinek New England Highway nosi nazwę Cunningham Highway na cześć odkrywcy tego terenu w pionierskich czasach Australii. W swoim odkrywaniu Australii lord Cunningham - bo taki tytuł nosił - zapędził się tak daleko, że podobno kazał zabijać Aborygenów zamieszkujących te tereny. Ostatnio pojawiły się nawet głosy, żeby zmienić przez to nazwy geograficzne noszące jego imię, ale sprawa jakoś ucichła.

Wjeżdżamy wolno na przełęcz, która jest dosyć wysoka, a po obydwu stronach szosy wznoszą się dwa szczyty. Jeden to Mt. Mitchell, noszący imię innego odkrywcy bezdroży Australii. Postanawiamy zatrzymać się na przełęczy na małym parkingu i wejść na górę, która liczy sobie trochę ponad tysiąc metrów. Na szczyt prowadzi wytyczony szlak biegnący jak spirala dookoła góry, przez co wejście jest dosyć łatwe.

11.jpgZe szczytu roztacza się wspaniały widok na znaczną część Gór Wododziałowych. W dole widać szosę, a samochody jadące po niej sprawiają wrażenie poruszających się dużych pudełek. Zejście jest znaczniej łatwiejsze niż wejście i po krótkim czasie jesteśmy już na parkingu.

Jedziemy dalej! Po drodze mijamy Warwick, małe miasteczko z dużą katedrą anglikańską i skręcamy na lewo w kierunku Sydney. Jadąc prosto wybralibyśmy najkrótszą drogą do Melbourne, ale musielibyśmy zrobić jeszcze ponad 1500 kilometrów, żeby tam dojechać.

Po ponad półgodzinnej jeździe docieramy do Stanthorpe - stolicy Granit Belt. Jest to małe miasteczko, liczące kilka tysięcy ludzi, które utrzymuje się z turystyki i uprawy owoców. Cały ten obszar ma specyficzny mikroklimat, jest tu znacznie chłodniej niż w pozostałej części Queensland, a gleba nadaje się do uprawy drzew i krzewów owocowych. Pierwsi osadnicy w XIX wieku hodowali tu owce, ale późniejsi emigranci, głównie Włosi, zaczęli sadzić drzewa owocowe i tymi owocami handlować. Z czasem rejon ten stał się znany i teraz szczyci się eksportem jabłek nawet do Singapuru.

12.jpgPoza tym jest to jedyne miejsce w stanie Queensland, gdzie można zobaczyć śnieg. Śnieg jest znany w Australii, ale jego opady występują w rejonie Snowy Mountains (Góry Śnieżne), blisko 1500 kilometrów od Brisbane. W Górach Śnieżnych znajduje się najwyższy szczyt Australii, Góra Kościuszki. Jak głoszą reklamy na jego stokach, trasy narciarskie są tu lepsze niż w słynącej z doskonałych warunków Szwajcarii.

W okolicach Stanthorpe w czasie zimy temperatury znacznie się obniżają i czasami w nocy spadają poniżej zera. Wtedy bardzo rzadko, ale bywa, że spada śnieg. Mieszkaniec Brisbane musi się jednak spieszyć, żeby go zobaczyć, bo późnym rankiem, gdy słońce zacznie mocniej przygrzewać, śnieg szybko się topi. Mieszkańcy są jednak bardzo dumni z tego śniegu i można nawet kupić tu pocztówki pokazujące domy z wiszącymi soplami lodowymi. Tak jednak zdarza się raz na kilka lat i wtedy piszą nawet o tym w gazetach. Nie ma co marzyć jednak o śniegu w naszej sytuacji, bo przyjeżdżamy tu w kwietniu, w środku australijskiej jesieni.

W okolicach Stanthorpe znajdują się cztery parki narodowe: Girraween National Park, Boonoo-Boonoo National Park, Bald Rock National Park i Basket Swamp National Park. Każdy z nich ma wiele niepowtarzalnych atrakcji, ale wszędzie występują ogromne skały i porozrzucane jakby rękami wielkoludów olbrzymie głazy granitowe. Jedziemy jeszcze trochę za Stanthrope i skręcamy do Girraween National Park. Na miejscu, w informacji turystycznej można otrzymać mapki terenu parków narodowych z zaznaczonymi na nich szlakami wędrówek. Tylko Girraween National Park znajduje się w stanie Queensland, pozostałe parki to już sąsiedni stan - Nowa Południowa Walia.

Rozbijamy namioty na kempingu, trochę skromnym, ale da się wytrzymać. Są tu ubikacje, prysznice z ciepłą wodą i wyznaczone miejsca do palenia ognisk. Za to mamy piękny widok na ogromną skałę zwaną Piramidą, a obok kempingu jest łąka, na którą wczesnym rankiem i późnym wieczorem przychodzą kangury na świeżą trawkę. Opłata za kemping nie jest też zbyt wysoka i wynosi 5 AUD za noc od osoby. Dzieci i studenci mają zniżkę.

Po rozbiciu namiotów i wypakowaniu sprzętu idziemy na mały spacer, żeby poznać najbliższą okolicę. Słońce zachodzi znacznie wcześniej, bo to jesień i dni są trochę krótsze. Wraz z zajściem słońca zaczyna pojawiać się chłód i bardzo szybko przekonujemy się, na czym polega tajemnica tutejszego mikroklimatu. Noc przesypiamy w cieple, ale to tylko dzięki dobrym śpiworom i temu, że w namiotach panuje duże zagęszczenie.

13.jpgRano rozgrzewamy się kubkiem gorącej herbaty i po śniadaniu ruszamy na szlak. Bardzo intryguje nas Piramida i zmierzamy właśnie do niej. Po drodze mijamy Granite Arch, fantastycznie ułożone skały granitowe, które tworzą wspaniałą, skalistą bramę. Wejście na Piramidę nie jest zbyt trudne. Granit, po którym stąpamy, jest dosyć chropowaty, więc buty nie ślizgają się. Jednak osoby, które trochę boją się wysokości, mogą mieć z wejściem kłopoty. Wchodząc na szczyt miejscami można przytrzymać się skały lub ogromnych głazów, których kilka leży na zboczach. Na samym szczycie nieco wieje, ale za to rozciąga się wspaniały widok na cały park narodowy. Gdzie tylko spojrzeć - skały, skały, skały...

Po drugiej stronie, przy naszym kempingu, znajdują się następne szlaki. Główny wiedzie do Mt. Norman, ogromnego zbiorowiska skał, które leżą na wysokości 1267 m n.p.m. Aby jednak tam wejść, potrzebny jest do tego odpowiedni sprzęt i trochę pojęcia o wspinaniu się. Na szczęście po drodze też nie brakuje skalnych atrakcji. Natura ułożyła skały w różne kształty i nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby je zidentyfikować. Mijamy po drodze Żółwia, Sfinksa, a także zdobywamy - bez oręża - dużą skałę o nazwie Zamek. Zmęczeni całodzienną wędrówką wracamy do namiotów.

Na drugi dzień postanawiamy zobaczyć inne parki narodowe i jedziemy w stronę Bald Rock National Park. Po drodze przekraczamy granicę stanu. Jesteśmy już w Nowej Południowej Walii i na naszych zegarkach mamy godzinę do przodu. Stan Queensland jest trochę konserwatywny i nie zmienia sezonowo czasu. Przez ponad pół roku Sydney jest o godzinę do przodu w stosunku do Brisbane. My też nie przestawiamy naszych zegarków, bo przecież nie ma tu urzędów ani sklepów, a o długości dnia decyduje słońce. Poza tym mamy przecież wrócić na kemping, gdzie obowiązuje "stary" czas.

14.jpgPewnie każdy interesujący się trochę Australią wie, że największym monolitem tego kontynentu jest Ayers Rock (Uluru - po aborygeńsku), który znajduje się w centrum lądu. Każdy globtroter przybywający do Australii bierze sobie za punkt honoru zobaczenie i wejście na ten cud natury. Nie każdy jednak wie, że druga co do wielkości skała Australii znajduje się w Bald Rock National Park i od jej imienia wzięła się nazwa parku narodowego. Na szczyt skały są dwa wejścia: jedno - przez rzadki las, wśród rozrzuconych skał, i drugie, trochę trudniejsze, bezpośrednia wspinaczka po granitowej skale.

Wybieramy wejście bezpośrednie, planując zejście już łagodniejszą trasą. Droga nie jest zbyt trudna, ale na samym szczycie łapie nas lekka zadyszka. Tutaj można podziwiać wspaniały widok na cały park narodowy, a także wpisać się do książki pamiątkowej, przechowywanej w specjalnym schowku. Nie znajdujemy w niej jednak żadnych polskich nazwisk.

U podnóża skały znajduje się mały kemping, na którym widzimy rozbitych kilka namiotów. Nie zatrzymujemy się jednak zbyt długo, zjadamy lunch, bo chcemy pojechać jeszcze do Boonoo-Boonoo National Park, co po aborygeńsku znaczy "duże skały".

Jest tu piękny wodospad o długości 210 metrów, który poprzerywany jest kilkoma kaskadami. Podziwiać go można z punktu widokowego, jak spada z hukiem i ginie na dole w rosnącym buszu, by dalej płynąć jako łagodny już strumień. Tuż obok znajduje się miejsce, gdzie w latach 90. XIX wieku wydobywano złoto. Być może to od nazwiska jakiegoś szczęśliwca nosi ono nazwę Morgans Gully.

Będąc w tej okolicy następnego dnia, postanawiamy zobaczyć małe miasteczko Tenterfield. Jest to typowe małe miasteczko australijskiego "country", ale ma w sobie coś, co bardzo nam się podoba. Jego mieszkańcy jakiś czas temu, być może wiedzeni emigracyjnym sentymentem, posadzili liczne drzewa z Europy. Cechą tych drzew jest to, że w odróżnieniu od drzew rdzennie australijskich żółkną i opadają im jesienią liście. Możemy więc przejechać samochodem, a także przejść się alejami pod mieniącymi się różnymi kolorami jesieni topolami.

15.jpgTuż za miastem znajduje się inne ciekawe miejsce - to Ghost Gully. Na małym obszarze na skutek działania deszczu i wiatrów wytworzyły się z piaskowca ciekawe formy z fantastycznymi kształtami duchów lub innych zjaw pozaziemskich. Niestety, wiatr i woda, dzięki którym powstała ta dolina, działają dalej na kruchy piaskowiec i teraz niszczą stworzone wcześniej kształty. Piaskowe wytwory rozsypują się pod ich szkodliwym działaniem. Być może za kilka lat to fantazyjne miejsce przestanie istnieć i dołączone zostanie do sąsiadującego z nim pastwiska.

Czas nam już wracać! Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Stanthorpe, żeby kupić zerwane w miejscowym sadzie jabłka. Są smaczne i tanie, a co najważniejsze - mają piękny zapach, którego brakuje owocom kupionym w supermarkecie.


Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;