Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Fraser Island - urok piaszczystej wyspy
Autor: Waldemar Rakoczy   
16.jpg

Fraser Island to największa, piaszczysta wyspa świata. Znajduje się na Morzu Koralowym przy wybrzeżach Australii, jakieś 320 km od Brisbane, tam gdzie zaczyna się tworzyć Wielka Rafa Koralowa. Między wyspą a stałym lądem jest zatoka, do której w okresie od sierpnia do października przypływają wieloryby.

Odpoczywają one tu ze swoim potomstwem przed dalszą wędrówką w stronę Antarktydy. Dużą atrakcją są organizowane w tym czasie wycieczki statkami, dzięki którym można podpłynąć i z bliska przyjrzeć się tym ogromnym ssakom.

Wyspa jest długa na 123 km, a szerokość jej wynosi od 10 do 35 km. Badania archeologiczne stwierdziły osadnictwo Aborygenów na wyspie już 5000 lat temu. Zostali oni jednak wyniszczeni przez choroby przyniesione przez białych lub przeniesieni przez misje chrześcijańskie na stały ląd. Przez wiele lat wyspa była zapomniana, do czasu, gdy dużo ludzi przybyło na nią, gdy zaczęto odkrywać złoto w Australii. Nie było jednak na niej zbyt wiele minerałów i znowu opustoszała. W latach sześćdziesiątych XX wieku zaczęto wyręb drzewa. Na szczęście skończono go po kilku latach, co na dobre wyszło przyrodzie wyspy. Właśnie przez wzgląd na przyrodę, w 1971 roku utworzono tu park narodowy. Dosyć wcześnie wyspa została odkryta dla turystyki i w latach trzydziestych przyjeżdżały już na nią zorganizowane wycieczki.

Ze względu na niepowtarzalny krajobraz i bogaty przyrodniczo obszar Fraser Island została wpisana w 1992 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Na wyspie nie ma asfaltowych dróg, a komunikacja odbywa się po wyjeżdżonych w piachu traktach. Wpuszczane są tu tylko samochody z napędem na cztery koła, których wjazd trzeba rezerwować z pewnym wyprzedzeniem, ponieważ liczba wjeżdżających osób też jest kontrolowana.

Razem ze znajomymi, którzy mają samochód 4 WD, postanawiamy spędzić na wyspie ferie wielkanocne. Ładujemy całe wyposażenie pod sufit samochodu, bo musimy wziąć ze sobą wszystko, co potrzebne jest do życia na kempingu przez kilka dni. Następnego dnia wstajemy o 4 rano, łyk gorącej herbaty, obmycie twarzy, ostatnie pakunki lądują na samochód i... w drogę!

Mamy przed sobą ponad 300 kilometrów, żeby dojechać do Hervey Bay, skąd wyrusza nasz prom. Mimo wczesnej pory, ruch na drodze jest duży i widać, że wszyscy spieszą na świąteczny wypoczynek. Bez przeszkód docieramy na miejsce i wjeżdżamy na prom, gdzie ładują samochody na ścisk.

Za przepłynięcie promem w obydwie strony płaci się $A 60 za samochód z kierowcą, a każdy następny pasażer płaci dodatkowo $A 5. Podróż trwa około 30 minut. Dookoła rozciąga się spokojny ocean i widać wokół małych wysepek drzewa mangrowe, które żyją w morskiej wodzie. Po zjechaniu z promu wjeżdżamy na piaszczystą drogę, która jednak jest tak wyjeżdżona, że użycie napędu na cztery koła właściwie nie jest potrzebne. Na bocznych drogach już tak dobrze nie jest.

Docieramy do naszego kempingu w środku wyspy. Jest ładnie położony na polanie sosnowego lasu, a i rozbitych namiotów nie ma zbyt dużo. Obok płynie Wanggoolba Creek.

17.jpgPo rozlokowaniu się postanawiamy zobaczyć najbliższą okolicę. Idziemy piechotą, ścieżką przez las w stronę małego jeziora. Nazywa się Basin Lake, ma jasne, piaszczyste dno, piaszczyste brzegi, a dookoła rosną wysokie sosny - też na piachu. Przy brzegu, w płytkiej wodzie pływają małe żółwie, które podpływają do nas całkiem blisko i wychylają małe główki dla zaczerpnięcia powietrza. Woda w jeziorze jest słodka, podobnie jak w innych jeziorach na wyspie, których jest tu kilka.

W nocy słychać silne uderzenia kropel deszczu o dach naszego namiotu. Taka pogoda może zepsuć nam całą wycieczkę. Rano, mimo mgły po deszczu, słońce nieśmiało przebija się spoza drzew. Jemy szybko śniadanie i ruszamy w drogę, która prowadzi do Lake Mackenzie. Mamy do pokonania 13 kilometrów szlakiem wiodącym lekko pod górę przez piekny, sosnowy las. Są to australijskie odmiany sosen, o potężnych pniach i słabo kłujących igłach. Mijamy obszar porośnięty przez strzeliste, proste drzewa odmiany blackbutt, których używano kiedyś jako materiał na maszty żaglowców.

Dalej idziemy wśród palm, które prawie nie mają pni i wydaje się, że ich gałęzie wyrastają bezpośrednio z ziemi.

18.jpgLake Mackenzie to duże jezioro, więc na małej plaży widać kilka osób. Są też pływacy chlapiący się w przezroczystej wodzie, w której widać białe dno. Piasek na brzegu jest też biały i przez moment ma się wrażenie, że wokół leży śnieg. To jednak Australia i śniegu nie będzie!

Obok jeziora jest duży kemping i parking, na którym zatrzymują się autobusy z wycieczkowiczami. Dosyć popularne są tu jedno- lub kilkudniowe wycieczki. Autobus z napędem na cztery koła obwozi turystów po najbardziej atrakcyjnych miejscach wyspy. Nie muszę chyba dodawać, że większość z nich to Japończycy.

Wiele firm proponuje wypożyczenie samochodu 4 WD, a koszty wynoszą około $A 100 za dzień. Jeżeli zbierze się kilka chętnych osób, to nie kosztuje to zbyt dużo.

Po powrocie na nasz kemping, idziemy wieczorem na pokaz slajdów organizowany przez rangera. Dowiadujemy się ciekawych rzeczy o jego pracy, ochronie przyrody na wyspie oraz o jego mieszkańcach. Okazuje się, że na wyspie żyje około 300 stałych mieszkańców, którzy stanowią obsługę parku narodowego, kempingów oraz bardzo nielicznych sklepów i miejsc noclegowych. Najważniejszymi jednak mieszkańcami są tu dzikie dingo, których też jest na wyspie około 300. Są dzikie, ale na tyle przywykły do obecności ludzi, że przychodzą na kemping w poszukiwaniu żywności. Dokarmianie dingo jest zakazane i grozi za to nawet wysoka kara pieniężna. Zakaz nie przestrasza jednak dingo, które co wieczór buszują po kempingu. Wystarczy tylko na noc zostawić słabo zamknięte lub źle schowane jedzenie i na drugi dzień można już go nie znaleźć. Dingo bez problemu rozrywają plastikowy worek lub zwalają ze stołu zamknięty pojemnik z żywnością.

Dingo z odwagą biegają po kempingu, a w nocy, gdy śpimy, widać ich cienie na ścianie namiotu. Słychać też odgłosy walki o znalezione jedzenie.

Mimo takiego zachowania dingo cieszą się ogólną sympatią i każdy z turystów chętnie chce je zobaczyć.

W nocy znowu deszcz stuka w namiot. Może to taki zwyczaj na wyspie, że każdej nocy pada deszcz!? Niestety, tym razem nie rozjaśnia się do południa i nie możemy opuścić kempingu. Wolny czas wykorzystujemy na malowanie pisanek. Mamy dużo jajek ze sobą, więc każdy z nas popisuje się swoją twórczością artystyczną. Późnym popołudniem deszcz przestaje padać. Robimy krotką, pieszą wycieczkę wzdłuż pobliskiego potoku, którego dno lśni bielą wypłukanego piasku. Płynie on wśród gęstego lasu, gdzie wśród drzew dominują wysokie, smukłe palmy.

Na wieczór ranger znowu zapowiada rozrywkę intelektualną. Tym razem jest to film wideo "Dziki pies dingo". Gdy idę później po drzewo na ognisko, mija mnie biegnący facet. Mówi podniesionym głosem, że właśnie przed chwilą przyjechał i dingo ukradł mu foliową torbę z jedzeniem, którą nieopatrznie położył na stole, gdy odchodził na chwilę do samochodu. Cóż, bywa i tak!

Mimo pochmurnego nieba następnego dnia nie dajemy za wygraną i jedziemy samochodem w trasę. Tym razem ruszamy na południe wyspy, gdzie docieramy do dwu pięknie położonych jezior i po krótkim postoju na lunch ruszamy piaszczystą drogę w stronę oceanu. Docieramy na plażę tuż przed odpływem, woda jest więc daleko od brzegu, pozostawiając dużo miejsca samochodom. Można tu jeździć po plaży, tylko trzeba uważać na czas przypływu, bo w niektórych miejscach ocean w tym czasie podchodzi zbyt blisko brzegu i woda może odciąć powrót. Mamy kilka godzin czasu, więc ruszamy plażą na północ. Droga szeroka, wyrównana przez fale, więc sama jazda, jak i widok na ocean, to prawdziwa przyjemność. Jadących samochodów jest mało, dlatego ogarnia nas pewnego rodzaju beztroska i noga sama przyciska mocniej gaz. Musimy jednak uważać, bo obowiązuje tu szybkość do 80 km/h, a plaża bywa patrolowana przez policję, która dosyć często robi kierowcom test alkoholowy. Beztroska może się źle skończyć!

Po drodze mijamy piękne wydmy i małe potoczki, które wpadają tu do oceanu. Docieramy do małej miejscowości położonej przy plaży. Nazywa się Happy Valley. Jest tu kilka sklepów, gdzie kupujemy podstawowe rzeczy. Wracamy na kemping z postanowieniem, żeby jutro pojechać dalej i zobaczyć większe atrakcje.

Rano wyruszamy samochodem na plażę. Mijamy Happy Valley, gdzie dotarliśmy poprzedniego dnia, i podjeżdżamy do Eli Creek - dużego potoku, który można przejechać samochodem tylko w czasie odpływu oceanu. Jedziemy dalej i docieramy do sporego wraku. Wrak to wyrzucony w 1935 roku podczas huraganu statek "Maheno", którego ze względu na koszty i trudności techniczne nie opłacało się ściągnąć na głęboką wodę. Stoi teraz zardzewiały, a znaczna jego część jest schowana pod piachem, który jest tu nawiewany lub wyrzucany przez wody oceanu. Jadąc dalej plażą, mijamy piękne formacje piaskowe, wśród których najpiękniejsza nosi nazwę "Cathedrals". Wydmy mają tu różne kształty, a uroku dodatkowo dodaje im różnokolorowy piasek. Przybiera on różne barwy - od całkowicie białego przez żółty, czerwony, aż do ciemnobrązowego. Przy dobrym nasłonecznieniu wszystko lśni blaskiem. Niestety, musimy już wracać. Na dłuższy pobyt nie pozwala nam pogoda i czas. Musimy przyjechać tu jeszcze raz, bo nie zdążyliśmy zobaczyć północnej części wyspy. Wyspa jest tak ładna, że warto wybrać się tu jeszcze kilka razy. Wiemy już, dlaczego cieszy się ona tak dużą popularnością wśród Australijczyków.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;