Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Pierwsze zimowe wejście na Shishę 14.01.2005
POWTÓRKA Z ROZRYWKI

   Myśl o kolejnej wyprawie na Shishę prześladowała mnie od momentu nieudanego ataku szczytowego. Kiedy schodziłem 17 stycznia 2004 roku, zawracając zaledwie 300 metrów w pionie od wierzchołka, po pierwszym zimowym przejściu południowej ściany Shisha Pangma, ledwie trzymałem się na nogach. Ale myśl o powrocie i zmierzeniu się jeszcze raz z tą górą już zakiełkowała, by przez cały rok rosnąć i wydać w końcu owoce.


   W tym roku, tak samo jak poprzednim kierownikiem zostaje Jan Szulc z trójmiejskiego Klubu Wysokogórskiego. Skład mamy podobny. Jedzie z nami znowu Simone Moro, który podejmował ze mną zeszłoroczną, ciężką decyzję o zaniechaniu ataku szczytowego. Wybiera się też Darek Załuski, który oprócz wspinania pełni ważną funkcję filmowca oraz Jacek Jawień. W Kathmandu ma na nas czekać ten sam co poprzednio kucharz, Jagat. Wyruszamy na początku grudnia, by jeszcze zdążyć zorganizować jakiś trekking i porządnie się zaaklimatyzować. W zeszłym roku wystartowaliśmy od razu pod górę i jakaś nieznana nam, grypopodobna choroba rozłożyła nas na łopatki.

   Cały rok rozmyślań, biegania krótszych biegów i maratonów. Rok treningów i marzeń o szczycie. Wiedziałem, że jest w moim zasięgu. Czułem to już w zeszłym roku, jak rzucałem ostatnie spojrzenie za siebie schodząc w dół z wysokości prawie 7700 mnpm. Tym razem moja determinacja sięgała zenitu. Zrobiłem wszystko, by wytrenować swój organizm i psychikę. Nie boję się mrozu, długich oczekiwań na dobrą pogodę, wpinaczki w ciężkich warunkach. Teraz zobaczymy, co przyniesie przyszłość, a szczególnie pogoda. Czynnik, który zaważy na wszystkim, który jest głównym sprawcą porażek zimowych wypraw. Wystarczy, że przyjdzie długotrwająca wichura, albo nieustanny opad śniegu, a jak niepyszni zwiniemy bazę i wrócimy do domu. Ostatnim wejściem na niezdobyty zimą ośmiotysięcznik może pochwalić się Krzysztof Wielicki. Było to w noc sylwestrową 1988 roku, 17 lat temu! Ostatniego w ogóle zimowego wejścia dokonali Hiszpanie w styczniu 1994 roku, kiedy weszli na Cho Oyu, 11 lat temu!
DOLINA KHUMBU I AKLIMATYZACJA

   Na trekking jednogłośnie wybraliśmy dolinę Khumbu. Przez dwa tygodnie chodzimy po przepięknej okolicy. Niebo rzadko kiedy zasnuwa się chmurami i słońce nas rozpieszcza. Wchodzimy coraz wyżej i przyzwyczajamy swoje organizmy do wysokości. W niesamowitych okolicznościach przyrody. Dookoła nas wznoszą się szczyty i ściany pełne swoich radosnych i tragicznych historii: Everest, Lhotse, Nuptse, Ama Dablam. Zwieńczeniem naszego turystycznego wypadu jest wejście na Island Peak (6184 mnpm), z którego roztacza się panorama na groźną, południową ścianę Lhotse. Na której zginął m.in Jerzy Kukuczka. W wiosce Chhukung położonej u stóp owej niesamowitej ściany można zobaczyć tablicę pamiątkową ku czci jego i dwóch innych wspinaczy: Rafała Chołdy i Czesława Jakiela. Wracamy do Kathmandu w świetnej kondycji. Jeszcze okres dobrej pogody trwa, jest połowa grudnia. Chcemy dostać się do bazy pod Shishą w okolicach Wigilii. Zaraz po rozpoczęciu zimy kalendarzowej, a przed spodziewanym, późnogrudniowym załamaniem pogody. Nie docieramy bez przeszkód do granicy nepalsko-chińskiej. Nasz samochód zostaje zatrzymany wieczorem, jakieś 20 kilometrów od szlabanów. Dzień wcześniej maoiści zabili w okolicznym garnizonie kilkunastu żołnierzy. Całą noc spędzamy w brudnej norze i rankiem nas na szczęście przepuszczają. Po drugiej stronie granicy wita nas nasz chiński oficer łącznikowy, Dawa. Przejmuje nad nami kontrolę.

PRACA W ŚCIANIE

   Dalej historia potoczyła się szybko. Tradycyjne problemy ze zorganizowaniem karawany. Mamy prawie 2 tony bagażu. Tym razem jesteśmy zaopatrzeni tak, że spokojnie możemy w bazie siedzieć do końca lutego i dłużej. Czyli nie tylko ja jestem tak zdeterminowany. W końcu jakoś dogadujemy się z Tybetańczykami, którzy wsadzają cały nasz dobytek na 32 jaki. Po dwóch dniach podróży przez bezdroża znowu jestem w bazie pod Shisha Pangma, na wysokości ponad 5200. Jest Wigilia. Tutaj przyjdzie mi spędzić kolejny kawałek swojego życia. Ciekawe jak długi... Rozstawiamy namioty, a wieczorem tradycyjna kolacja wigilijna. Jak zwykle Jagat przygotowuje jakieś specjały do jedzenia, wie, że to ważny dzień dla nas. Ty razem jednak uczulamy go, że jest to także dzień bez mięsa.


   Z kolejnymi dniami ruszamy do pracy. Staje baza wysunięta na wysokości około 5700. Od ściany oddziela nas już tylko krótki lodowiec. Wybieramy na wejście drogę jugosławiańską, która idzie w prawej części góry. Chcemy dotrzeć do przełęczy, tam postawić obóz i stamtąd zaatakować szczyt. Pogoda jest na tyle kiepska i niestabilna, że musimy zaniechać innych planów. Dostajemy regularne prognozy z Insbrucku, które jednak za każdym razem nie brzmią radośnie. W tym roku w styczniu będzie bardzo zimno i będzie potwornie wiało - można je w skrócie podsumować.

   W Sylwestra mamy już obóz pierwszy na wysokości 6550 metrów. Znajduje się on na końcu długiego plateau i przy tych wiatrach, które panują, czasem ciężko się do niego dostać. Stoi tam mały namiot, w którym dwóch wspinaczy ledwie leży koło siebie. Nie mówiąc już o gotowaniu, czy ubieraniu się. Głównym atutem tego namiotu była jego waga. Jest bardzo lekki, a teraz liczy się każdy kilogram, który transportujemy do góry. Trzeba jak najszybciej zaporęczować niebezpieczne kawałki drogi i założyć obóz drugi na grani - myślimy zerkając w niebo i wysłuchując niepokojących nasz prognoz pogody. W Sylwestra także jesteśmy z powrotem w bazie, śnieżyca i wiatry wygoniły nas ze ściany i z bazy wysuniętej.

W DRODZE DO OBOZU DRUGIEGO

   Jak tylko niebo trochę jaśnieje znowu ruszamy do góry. Wydzieramy kolejne metry, wnosimy kolejne kilogramy lin, sprzętu i jedzenia. W "jedynce" czeka już namiot, który wyniesiemy na przełęcz. Jest duży i ciężki, ale o to chodzi. Dwójka ma być miejscem komfortowym, tak by można była wypocząć przed atakiem na szczyt. Kolejne załamanie pogody wygania nas ze ściany. Jesteśmy już na wysokości 7200 w trudnym lodowo-śnieżnym kuluarze. Tam położyliśmy ostatnie poręczówki. Siedzimy w bazie i cierpliwie czekamy, aż minie okres niepogody.

   Do naszej nierównej walki z naturą włączyły sie ptaki. Niestety nie po naszej stronie. W zeszłym roku wydziobywały nam dziury w namiotach i wygrzebywały sobie jedzenie. Teraz całą żywność pakowaliśmy do beczek. Ale to nie przeszkadzało upartym ptakom w niszczeniu naszych namiotów. W poszukiwaniu pokarmu wyciągały nasze ubrania na zewnątrz. A potem wiatr nanosił przez dziury śnieg do środka. Co za bałagan. Baliśmy się, że namioty są na tyle osłabione, że mocniejsze podmuchy mogą je zniszczyć do końca. Obóz pierwszy był w najbardziej opłakanym stanie...

   Kiedy tylko na niebie chmury zwalniają swój szaleńczy pęd i przestaje sypać ruszamy do bazy wysuniętej. Wiemy, że zaraz przyjdzie kolejne załamanie pogody i pośpiech gna nas do przodu. Trzeba zrobić jak najwięcej. Może tym razem uda założyć sie obóz drugi na grani. Jeszcze ze dwieście metrów poręczówek. Może trzysta... Droga do bazy wysuniętej wydaje się już całkiem krótka. Następny dzień upływa pod znakiem rajdu do obozu pierwszego. Czujemy się z Simone wyśmienicie i rozsadza nas energia.

   Noc w jedynce daje się nam mocno we znaki. Takiego mrozu dawno nie przeżyłem. Ostatnim razem chyba na K2 w obozie trzecim, czy czwartym. Chowam się w śpiworze cały i oddechem ogrzewam wnętrze. Noc mija powoli, nie możemy zasnąć. Jutro będzie męczący dzień - myślę - ale też cholernie ważny dla wyprawy. W końcu nadchodzi poranek. Jeszcze bardziej mroźny niż noc. Czekamy z niecierpliwością na słońce, by wypełznąć ze śpiworów. Ledwie nadchodzi od razu wstępuje w nas życie. Szybkie przejście ze śpiworów do kombinezonów, krótkie śniadanie i wystrzeliliśmy z namiotów. Niebo błękitne, wiatr jak zwykle potwornie wieje. Zakładam raki i lecę do góry. W myślach robię przegląd zawartości plecaka. Namiot na dwójkę, jedzenie, rękawiczki, gogle zostawiłem w namiocie, zabiorę je następnym razem. Jak będziemy szli na szczyt lepiej się przygotuję. Trochę niezbędnego ubrania, kartusze na gaz... Zaraz, leżały przed namiotem jak zaczynałem podchodzić. Zrzucam plecak, przypinam go do liny i lece 100 metrów niżej, z powrotem do jedynki. Mijam Simone, któremu tylko rzucam po drodze, że czegoś zapomniałem. Kilka minut poźniej podchodzę do góry z kartuszami w ręku. Dobrze, że sobie przypomniałem, gdzybyśmy tak wylądowali bez gazu w dwójce... Wolę o tym nie myśleć.

W KOŃCU NA PRZEŁĘCZY

   Simone na mnie zaczekał. Mijam go, zakładam plecak i teraz nieodwołalnie dzień ciężkiej pracy się zaczyna. Jesteśmy na wysokości prawie 7000 metrów, a gnamy do góry jak szaleni. Robimy nawet po kilkadziesiąt kroków za jednym razem. Jakbyśmy się ścigali. Mimo ciężkich plecaków. Coś nam mówi, że dzisiaj trzeba założyć dwójkę. Dajemy z siebie wszystko. To będzie ważny moment dla wyprawy. Jak założymy dwójkę, zejdziemy do bazy, odpoczniemy i droga na szczyt będzie otwarta.

   Długie podejście pod szczelinę brzeżną. Trochę kłopotów z jej przekroczeniem. potem kuluar wypiętrzający się nad nami skałami i śniegiem. Coraz wyżej, ale tempo nieustanie podkręcamy. Koniec kuluaru i docieramy do stanowiska, które zakładałem z tydzień wcześniej. Niewielka platforma przyklejona do skał pełna jest lin, haków, śrub i szabli śnieżnych. Depozyt. Zabieram stąd trochę śrub i 200 metrów lin. Koreański plastik, ciężki niesamowicie. Zarzucam polecak, który conajmniej podwoił swoją wagę, na plecy i usiłuję ruszyć do góry. Tracę równowagę i zawisam na stanowisku. Nie przypuszczałem, że będzie aż tak ciężko. Przede mną około 100 metrów śnieżnym kuluarem do góry. Dopiero tam będę mógł zrzucić linę, bo stamtąd zacznę poręczować. Robię zaledwie dwa, trzy kroki i muszę odpoczywać. Irytuje mnie moja powolność, ale nic na nią nie poradzę. Nie przeskoczę własnego organizmu. Kiedy jestem już w połowie drogi widzę jak Simone dociera do załadowanego sprzętem stanowiska. Bierze kolejne sto metrów lin, śruby i kilka szabli śnieżnych. W przerwach pomiędzy krokami liczę ile mamy sprzętu. Myśli się rwą ze zmęczenia, ale w końcu dochodzę do wniosku, że do przełęczy powinno starczyć. Dobra nasza!

   Docieram do końca tych stu metrów. Wyssały ze mnie więcej sił niż całe podejście z jedynki. Z ulgą zrzucam plecak, zdejmuję z niego liny i czekam na Simone. Który idzie tak samo wolno jak ja. Kiedy przystaje i patrzy do góry, widzę jak jego twarz wykrzywia grymas. Jest także zmęczony, dodatkowy ciężar ciągnie na dół. A przed nami dopiero właściwa robota na dzisiaj. Dotrzeć do przełęczy i założyć obóz drugi. Patrzę do góry i wiem, że przełęcz nie będzie na wysokości 7200-7300 tak jak się spodziewaliśmy. Conajmniej ze sto metrów wyżej. Dobrze, że wzięliśmy aż tyle lin. Oby wystarczyły - myślę teraz z niepokojem. Na niebie pojawiły się jakieś chmury. Nie wyglądają jednak groźnie. Dużo bardziej mi doskwiera wiatr i drobiny śniegu które niesie z zawrotną prędkością. I które wbijają się boleśnie w twarz, jedyną odsłoniętą część ciała. Chowam głowę w ramionach, przytulam twarz do ściany i czekam. Kiedy Simone w końcu do mnie dotrze. Czas zwalnia i zaczyna się dłużyć. Odpływam myślami daleko, do bazy, do ciepła. Wszystko by jak najdłużej znieść otaczające mnie zimno. Z letargu wybudza mnie krzyk Simone. Jest kilka metrów pode mną, a musi krzyczeć, bym go usłyszał poprzez ryk wiatru.

   Zakładam plecak. Kiedy Simone do mnie dochodzi już jestem gotowy do prowadzenia. Nagle docierają do mnie jego słowa. "Piotr, a może zostawimy namiot i jedzenie tutaj. Pójdziemy na lekko zaporęczować przełęcz, mamy wtedy większe szanse że w ogóle na nia wyjdziemy." Nie chcę. Coś mnie pcha do góry. Czuję się silny i wiem, że dam radę. Nie wiem skąd, ale mam takie przeczucie. Może ta bliskość przełęczy na mnie tak działa. Może bliskość szczytu. Simone kiwa głową na znak zgody, przywiązuję liny i lecę do góry. Jak lekko tym razem, bez tej przeklętej liny mogę znowu robić po kilkanaście kroków.

   Mijam śnieżny kuluar i wbijam się w skałę. Technicznie niezbyt trudna, ale krucha potwornie. Trzeba uważać na każdy krok. Zerkam na dół. Simone stoi przyklejony do skały i usiłuje sobie radzić z wielkim kłębem skręconej liny. Eh, te plastikowe koreańskie sznurki. Jakim cudem wszystkie lepsze poszły na dole? Nieważne. Trzaba się ruszać, by wiatr nie wychłodził. Nade mną skalna szczerbina przełęczy. Stop. Skończyła się pierwsza setka liny. Już czuję jej ciężar u pasa. Byle nie zahaczyła o jakiś większy kamień i nie strąciła go na Simone. "Piotr, możesz iść" - trzeszczy do mnie radio. Simone dowiązał drugą setkę i ciągnę poręczówki za sobą. Wiem, że nie mogę popełnić żadnego błędu. Jeśli polecę, to plastikowe coś nie utrzyma mojego ciężaru. To jest cena za szybkość. Jeśli do tego całego ciężaru miałbym taszczyć ze sobą linę dynamiczną do wspinania, zakładać stanowiska co 50 metrów...

   Ciężar ciągniętej liny staje się coraz większy. Do przełęczy mam jeszcze z pięćdziesiąt metrów. Może i więcej, nie widać wyjścia z wąskiego skalnego komina. Zakładam stanowisko, nie przecisnę się do góry z takim obciążeniem. Simone szybko rusza do góry, widzi że stoję w cieniu. Miejsce, w którym stoję znajduje się u podstawy wąskiego komina. Żeby nad nim była przełęcz. Znowu kulę się cały, by wiatr miał do mnie jak najmniejszy dostęp. Twarz chowam głęboko i odpływam. Oby Simone doszedł jak najszybciej.

   Słyszę ciężki oddech i chrzęst kroków na skale. Jest. Patrzę na zegarek, jest dopiero przed trzecią. Wspinamy się od zaledwie 6 godzin. Gnaliśmy jak najszybciej do góry z ciężkimi plecakami i powoli zmęczenie zaczyna mnie ścinać. Simone jest już na stanowisku. Zabieram kolejne śruby i wchodzę w skalny, zacieniony komin. Znowu odzyskuję jasność myślenia. Ruchy stają się pewne, wiatr jakby mniejszy. Kolejny skalny próg, kawałek lodu, trochę śniegu, znowu skała. Nagle jestem na wielkiej połaci śniegu. Podnoszę głowę i pierwszy raz od pół godziny rozglądam się dookoła. Jestem na przełęczy! Szybko zakładam stanowisko i krzyczę przez radio do Simone, że może iść. Słyszy w moim głosie radość i wie. Założymy upagnioną dwójkę.

CO DALEJ?

   Tak jak się spodziewałem na przełęczy już tak nie wieje. Jest osłonięta granią. Wysokościomierz pokazuje ponad 7400 metrów. Potem GPS to potwierdzi. Dobrze, że wiatr wieje z północnego zachodu. Inaczej pewnie nie bylibyśmy w stanie ustać. Jeszcze półtorej godziny i jesteśmy w namiocie. Tyle zajęło nam zrobienie platformy i rozstawienie namiotu. Specjalnie przytargaliśmy większy, by obóz drugi był wygodny. By dało się w nim komfortowo spędzić noc, a potem wyjść na szczyt. Myślałem, że w jedynce dzisiejszej nocy było zimno. To co się dzieje w dwójce przekracza moje wyobrażenia o mrozie. Zamieniamy kilka słów z Simone. Jeszcze łączność z bazą. Decyzja zapadła. idziemy jutro na szczyt. Dzisiaj był męczący dzień. Nie mamy żadnych rzeczy, które planowaliśmy brać na szczyt, a których nie wzięliśmy ze względu na wagę. Naszym celem było przecież "tylko" założenie obozu drugiego. Ale góra przyciąga jak magnes. Wiem, że damy radę. Wszystko we mnie krzyczy, że to jest właśnie ten moment, na który tak długo czekałem. Jeszcze oszukujemy siebie, że pójdziemy jutro tylko rozeznać teren, zaznaczyć drogę przez pierwsze plateau. I tylko jeśli pogoda dopisze, to spróbujemy wejść na szczyt. W głowie jednak pojawiają się myśli, że nawet jak będzie tragicznie wiało, to i na czworakach będziemy usiłowali dojść.


   Simone dzwoni do Karla, znajomego meteorologa z Insbrucku. Jutro ma wiać około 30-35 m/s. Ale niebo ma zostać błękitne. Niewielka pociecha. Temperatura na poziomie 7000 ma oscylować w granicach -35 stopni. Co się będzie działo tysiąc metrów wyżej. Wolę jakoś nie myśleć. Ogarnia mnie spokój. Zasypiam mimo wysokości i porywów wiatru szarpiących namiotem.
"CIMA, CIMA, SZCZYT, SZCZYT!"

   Ranek budzi nas ciszą. Jest już jasno, ale nie wychodzimy ze śpiworów. Czekamy na słońce. Nie chcemy popełnić błędu z zeszłego roku i wyjść za wcześnie. Leżę wpatrzony w długie strąki szronu wiszące nad moją głową. Czekam na sygnał do wyjścia. Potem już nie będzie czasu na myślenie. Patrzymy na zegarki, na siebie. Błysk zrozumienia w oku i zaczynamy wypełzać ze śpiworów. Szybko gotujemy garnek herbaty, jemy kilka ciastek i jesteśmy gotowi. Startujemy około 8 rano, późno jak na atak szczytowy. Nie myślimy już, że idziemy na rekonesans. Niebo rzeczywiście bez chmury, pierwsze plateau (na którym także stoi nasz namiot)osłonięte od wiatru. Nie wiem co w nas wstępuje. Gnamy przed siebie jak na skrzydłach. Czasem musimy torować drogę w głębokim śniegu, czasem omijać jakieś szczeliny. Po niecałej godzinie jesteśmy w miejscu, w którym zakończyliśmy nasz zeszłoroczny atak. Powinno być jakieś 7700 - myślę mechanicznie. Przed nami jeszcze stromy serak i jesteśmy na drugim plateau. Przed nami widnieje grań szczytowa. Zaczyna wiać. Wyszliśmy z osłoniętego miejsca i wiatr sobie nagle o nas przypomniał. Co pewien czas ogarniają nas ogromne tumany śniegu niesione z niesamowitą szybkością. Przypadamy wtedy do ziemi, wbijamy czekany i leżąć na nich czekamy aż przejdzie. Ból wbijających się drobin lodu w twarz jest nieznośny. Usiłuję jakoś zakryć twarz, ale maska, którą mam w tym celu, szybko pokrywa się lodem. Chyba łatwiej mi chować głowę. Zdobywamy kolejne metry. Do czasu. Przed nami otwiera się ogromna szczelina. Nagle staje się jasne, że musimy zawrócić i ją obejść. Bez słowa wracamy. Pełni energii. Szczyt nas ciągnie do siebie.


   Obchodzimy szczelinę i wchodzimy powoli na grań szczytową. Walka z wiatrem staje się rutyną. Jeszcze tylko kilka kroków i zobaczymy upragniony szczyt. Staję na górze grani i patrzę z niedowierzaniem przed siebie. Miejsce, które uważaliśmy za szczyt jest tylko skałą. Niczym więcej. Właściwy szczyt jest daleko przed nami. Droga do niego wiedzie po wąskiej, ostrej, śnieżnej grani. Opada mnie nagłe zrezygnowanie. Koło mnie staje Simone i z równym niedowierzaniem patrzy w ten sam punkt co ja. Jesteśmy już prawie cztery godziny w drodze. Wiatr i wysokość sporo sił z nas wyssały. Umysł już przyzwyczaił się do myśli, że tylko trochę wysiłku go czeka. Że potem już tylko w dół. A spotkał go taki zawód.

   Nie mówimy do siebie ani słowa. Skręcamy we właściwym kierunku i już dużo wolniej idziemy. "Dojdę chociażby na czworakach" - przebiega mi przez głowę. Wchodzimy na ostrą grań. Tutaj podmuchy, nie dość że nieznośne, mogą być potwornie niebezpieczne. Wystarczy stracić równowagę... Coraz wyżej i wyżej. Grań jest jedyną rzeczą, którą widzę. Znowu odpływam myślami gdzieś daleko. To umysł broni się przed zmęczeniem, wiatrem i zniechęceniem.

   Nagle słyszę krzyk Simone: "cima! cima!". Podnoszę głowę i patrzę w jego rozradowane oczy. Jesteśmy! Rzucamy się sobie w ramiona. Kilka zdjęć, niecała minuta fimowania i musimy schodzić. Jeszcze usiłuję skontaktować się z bazą. Chłopaki nie wiedzą co się z nami dzieje. Bezskutecznie. Wiatr jest nie do wytrzymania. Patrzę dookoła i łzy cisną mi się do oczu. Niedaleko od nas widać centralny wierzchołek. Z jednej jego strony rozpościera się ruda wyżyna tybetańska. Z drugiej białe łańcuchy gór. Widzę morenę, za którą jest nasza baza. Odwracam się do zejścia. Przede mną Everest i Lhotse. I płaski kształt Cho Oyu. Pode mną nasze ślady wiodące do obozu drugiego. Jestem na szczycie swojego pierwszego ośmiotysięcznika! Zimą! 14 stycznia, godzina 13:15...

I PO SZCZYCIE...

   Gnani przez przenikliwe zimno i wiatr szybko schodzimy przeklętą, stromą granią. Jeszcze spięci, jeszcze pełni uwagi. Jeszcze nie możemy całkowicie cieszyć się sukcesem. Dopiero jak dojdziemy do łatwiejszego plateau. A potem do namiotu dwójki.


   Dochodzimy zmęczeni, ale roześmiani. Szybko wpełzamy do śpiworów i wrzucamy do garnka lód na herbatę. Dopiero teraz łapię łączność z Darkiem, który właśnie podchodzi z Jackiem do jedynki. Za dwa oni będą próbować. Jest pierwszą osobą, której przekazuję radosną nowinę. Wiadomość o pokonaniu pierwszy raz od 17 lat dziewiczego zimą ośmiotysięcznika leci do kraju. A my w tym czasie spokojnie pijemy i zmęczeni zasypiamy. To było udane wyjście do góry. Niespodziewane. Wstrzeliliśmy się w pogodę, jakby góra sama nas zapraszała byśmy weszli. Postawiła kilka warunków, musieliśmy się zmordować, wymęczyć. Ale dała nam szansę.

   Rankiem wygrzebujemy się jak najszybciej z ciepłych śpiworów. Choć chciało by się poleżeć i nie wstawać. Organizm czuje wysiłek i domaga się swoich wyoczynkowych praw. Wolimy być szybciej na dole. Po drodze do jedynki mijamy Jacka i Darka, którzy idą wykorzystać swoją szansę. Zabieramy prawie wszystkie rzeczy z jedynki i po męczących zjazdach jesteśmy w bazie wysuniętej. Darek i Jacek mają po swoim ataku zwinąć dwójkę. Opuszczamy powoli górę. Jak to wszystko szybko się zmienia! Wczoraj jeszcze nie było wiadomo ile czasu spędzimy pod górą, walcząc o szczyt. Dzisiaj już zwijamy obozy i wyprawa dobiega końca.

KOMPLIKACJE

   Już z bazy z niepokojem wysłuchujemy raportów. Pogoda gwałtownie się zmieniła i dwójka nie jest już komfortowym obozem. Darek i Jacek jakoś docierają do namiotu, ale ledwie są w stanie przetrwać w nim noc. Rano, zamiast na szczyt muszą uciekać na dół. Wiatr i śnieg uniemożliwiają im nawet zwinięcie obozu. Przez kilka godzin nie wiadomo, czy przedostaną się przez niezaporęczowane plateau poniżej jedynki. Czy wiatr ich przepuści. Aż w końcu dociera raport o tym, że bezpiecznie dotarli do bazy wysuniętej. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.

   Wydawało by się, że wyprawa dobiegła końca i już nic nas nie może zaskoczyć. Zwijamy bazę wysuniętą i siedzimy w bazie czekając na jaki. Wiatr wcale nie ucichł, a na dodatek zaczął padać śnieg. Bezustannie. Po drugim dniu wiemy, że musimy jakoś zejść do Nyalam, inaczej śnieżyca na uwięzi. Jaki na pewno nie przedrą się do nas. Decyzja zapadła szybko. Idziemy jutro. Dzisiaj jeszcze powinien dojść Chhiring z ostatnim ładunkiem z bazy wysuniętej.

   Zaczyna zmierzchać. Chhiring nie wziął radia i nie wiemy, co się z nim stało. Bierzemy czołówki i wyruszamy zaniepokojeni w noc i śnieżycę, ku bazie wysuniętej. Nie powinien być daleko - myślimy - silny chłop jest na schwał. Zaraz jednak w głowie pojawiają się czarne scenariusze. Śnieg pada przez cały czas, a może gdzieś się przewrócił i teraz go przysypuje. Może złamał nogę i zamarza gdzieś skulony. Z drugiej strony wiemy, że niesie ze sobą śpiwór, jedzenie i namiot, który zabrał z bazy wysuniętej. Ma wszystko, by zabiwakować. Tylko dlaczego rano zapomniał wziąć radia. Błąkamy się po okolicy do północy. Wracamy do bazy oblepieni śniegiem, zmęczeni i przemoczeni. Zaczyna panować ponury nastrój. Ranek przyniesie rozwiązanie. Rozchodzimy się ociężale do namiotów.

   Rankiem przychodzi uśmiechnięty Chhiring. I zmęczony. Wczorajsza śnieżyca tak go zmęczyła, że nie był w stanie dojść do bazy. Zabiwakował. Kiedy zaczęliśmy wypytywać go, w którym miejscu rozstawił namiot, okazało się, że we wczorajszych poszukiwaniach dotarliśmy prawie do niego. Zabrakło nam dwustu metrów. Wszyscy ożywieni pakujemy się i jemy krótki posiłek. Przez chmury prześwitują kawałki błękitu. Powinien być dobry dzień na zejście. W osamotnionej bazie, razem z bagażami, zostają nasi kucharze: Jagat i Chhirin. Zaczekają na jaki.

DŁUGA DROGA DO KATHMANDU...

   Ładujemy do plecaków najniezbędniejsze rzeczy i jak uskrzydleni wyruszamy do Nyalam. Pierwsze kilka kroków jednak ostudza nas zapał. Śnieg czasami sięga pasa i początkowo radosne schodzenie zamienia się w żmudne torowanie. Po zaledwie godzinie nadchodzą chmury i powoli tracimy orientację. Przychodzi zimny wiatr i znowu zaczyna padać śnieg. Po dwóch godzinach nie wiemy zupełnie gdzie jesteśmy. Wiemy tylko w jakim kierunku mamy iść. Kluczymy straszliwie, by znaleźć jak najpłytsze miejsca, by jak najmniej torować w głębokim śniegu. Kiedy zmierzcha trafiamy na znajomą morenę. Wiemy, że gdyby była pogoda bylibyśmy tutaj kilka godzin wcześniej. Liczymy trochę na to, że od pewnego mostku powinny być już ślady do samego Nyalam. Ktoś tam napewno doszedł. Od mostku to już 2-3 godziny i jesteśmy na miejscu - pocieszamy siebie nawzajem. Schodzimy do rzeki, myśląc że będzie nam łatwiej torować drogę. Niestety. Oprócz głębokiego śniegu zaczynamy zmagać się także z cienkim lodem. Który ma tendencję do załamywania się w najmniej odpowiednim momencie. Co pewien czas wpadamy do wody nawet po kolana. Niektóre buty to wytrzymują, inne zamieniają się w wielkie bryły lodu. Lekceważona wycieczka do Nyalam przerodziła się w koszmar.


   W końcu docieramy do upragnionego mostku. Nie widać, by ktokolwiek czy cokolwiek przechodziło w okolicy. Pamiętam z zeszłego roku ile pracy nas kosztowało przebicie się do Nyalam. A śnieg był dużo płytszy. Ogarnia nas zrezygnowanie. Siadamy, jemy jakieś resztki batonów i milczymy. Po kilkunastu minutach mróz nas podnosi do kolejnego wysiłku. Zaczynamy żmudne torowanie. Niby tylko kilka kilometrów. Trawersujemy zbocze za zboczem. W którymś miejscu zapadam się w śniegu po piersi i ledwie mam siłę się wydostać. Po dwóch godzinach drogi pojawiają się koło nas światła Nyalam. Wiem jednak, że to złudzenie. W zeszłym roku też myśleliśmy, że jesteśmy niedaleko. To dopiero połowa drogi. Po kolejnych dwóch godzinach wchodzimy do miasta. Wszędzie stoją zaparkowane ciężarówki zasypane śniegiem. Wyglądają jak wielkie robaki, które ugrzęzły w śniegu. Zmęczeni docieramy do baru, który na szczęście jest otwarty. Mieli na nas czekać. Do świtu już niedaleko, szliśmy ponad czternaście godzin. Od razu zamawiamy stertę jedzenia i picie. Zalodzone buty, mokre skarpetki i przepocone kurtki kładziemy na rozgrzanej kozie. Powoli rozkoszujemy się nadchodzącym ciepłem. I przekonaniem, że już nic nas nie może powstrzymać przed powrotem.

   Niezupełnie. Ciężarówki, które stoją na ulicach Nyalam mogą oznaczać tylko jedno. Droga do oddalonego o 40 kilometrów, położonego ponad kilometr niżej Zangmu jest zablokowana śniegiem. Po południu następnego dnia udaje nam się jednak ją przebyć i nocleg spędzamy w przygranicznym hotelu. Jutro już będziemy w Kathmandu...

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.piotrmorawski.com


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;