| Znowu dzwoni budzik swoim "happy birthday to you". Kto wpadł na tak dziwny pomysł, żeby umieścić akurat tę melodię jako alarm? I to jeszcze w tak kiepskim wykonaniu... Z drugiej jednak strony człowiek od razu podrywa się ze snu słysząc tylko pierwsze nuty. Wybiła czwarta rano... Ruchy wykonujemy mechanicznie. Pijemy ledwo ciepłą herbatę, która w ciągu nocy zdążyła całkiem porządnie wystygnąć w naszych termosach. Mimo to smakuje wyśmienicie. Skuleni, przełykamy pasztet i salami kęs za kęsem. Dzisiaj mamy wolne od obrzydliwych kaszek. Przy każdym otarciu się o ściany namiotu strącamy mnóstwo kawałków lodu. Zamarzła wilgoć, która osiadła w nocy. Ze zdziwieniem obserwujemy, że do tej pory nie mamy objawów choroby wysokościowej, żadnego bólu głowy, czy mdłości. Krótka walka z zamarzniętym wyjściowym suwakiem i już stoimy na trzeszczącym śniegu. Mróz znów wciska się pod ubrania, przyspieszamy więc ruchy. Pakujemy plecaki, zwijamy namiot, zakładamy raki, wiążemy się liną i jesteśmy gotowi. Słońce już oświetla wierzchołek główny. Ruszamy ku przełęczy, od której dzieli nas około 200 metrów całkiem ostrego podejścia. Na początku śnieg tylko chrzęści pod stopami, wydaje się być zwarty i całkiem lekko po nim idziemy. Z nadzieją przyspieszamy. Tuż pod przełęczą Marcin zapada się prawie po pas... Zaraz potem staję w płytkim śladzie Marcina, który już nie wytrzymuje ciężaru drugiej osoby. Z trudem wychodzę z ponad metrowej dziury. Od tego momentu jest już coraz gorzej. Zziajani docieramy do oświetlonej słońcem przełęczy. Nagle robi się gorąco, ściągamy czapki i kurtki. Przed nami widnieje długa, dosyć niewinnie wyglądająca śnieżna grań. Zaraz nad nią zaczyna się skalne żebro, już na poziomie 5900 metrów. Chcemy tuż pod nim założyć obóz III. Co roku ludzie kopią tam jamy. Teraz jesteśmy sami, pierwsi w sezonie na górze. Przy takim nawale śniegu raczej nie znajdziemy starych jam. Skalna grań poprzecinana jest śnieżnymi polami aż do samego wierzchołka zachodniego, na poziom około 7000 metrów. W pełnym słońcu wszystko wydaje się takie bliskie, na wyciągnięcie ręki. Ruszamy. Powoli, z ciężkimi plecakami, wybijając mozolnie drogę w coraz głębszym śniegu. W niektórych momentach trzeba przystanąć, zrzucić plecak, wyciągnąć łopatę i kopiąc przebrnąć przez głębszy lub trudniejszy fragment. Od razu do głowy powracają opinie na temat Pobiedy, że dwoje ludzi to za mało, że trzeba kilku, kilkunastu silnego chłopa, by szybko zastępować tych, którzy się zmęczyli. Siłą wyorać głęboką transzeję. My we dwóch. Coraz częściej zmiany, coraz częściej postoje. Za każdym wzniesieniem oczekujemy chociaż wypłaszczenia. Niestety... brniemy stromo w głębokim śniegu, wciąż wyżej i wyżej. W końcu opadamy z sił. Jeszcze zostało nam ze sto metrów do góry, do wielkiego pola śnieżnego, miejsca naszego przewidywanego obozu. Siadamy, robimy sobie coś do jedzenia, odpoczywamy ponad godzinę. W końcu wstajemy, zostawiamy plecaki i na lekko torujemy ostatni odcinek. Wracamy po wory i już trochę lżejszą drogą ruszamy. Dopiero po jakiejś półtorej godzinie od zakończenia posiłku jesteśmy na miejscu. Marcin zaczyna kopać jamę, ale po chwili obydwaj zgadzamy się, że do zmroku zostało już mało czasu. Nie starczy na zrobienie wygodnej, obszernej jamy. Potrzebujemy jeszcze godziny na wykopanie platformy pod namiot, rozstawiamy go i wymęczeni wpełzamy do środka. Obiad przygotowujemy z rozsądku, nie za bardzo chce nam się jeść. Zapewne zarówno ze zmęczenia, jak i z wysokości. W nocy znów słyszymy charakterystyczny chrzęst, znowu pada... ZNOWU MISZA... Z trójki do obozu I idziemy całkiem szybko. W dół schodzi się w kopnym śniegu całkiem przyjemnie, jeśli porównać nasze zejście z wczorajszą harówką. Mijamy przełęcz Dziki, kopiemy się jeszcze w śniegu ze dwie godziny, aż osiągamy seraki. Po drodze nie spotykamy żywej duszy, na poręczówki zatem nie ma co liczyć. Już z daleka widzimy, że ktoś dotarł pod Pobiedę i chodzi koło naszego namiotu w jedynce. Może w końcu wyruszyło więcej osób? Prędko, by jak najszybciej uciec z pola rażenia wiszących olbrzymów, schodzimy pod ścianę. Potem prawie biegniemy do jedynki po naszych ledwo widocznych śladach. Koło naszego namiotu stoi drugi, a obok siedzi sympatycznie wyglądająca para i pije herbatę. Niemiec i Austriaczka. Częstują nas herbatą i opowiadają. Siedzą już trzeci dzień, czekają aż śnieg trochę opadnie. Albo jacyś ludzie przyjdą z dołu, by wspólnie z nimi torować. Nie chcą iść sami, po naszych śladach do góry. - Skąd wiecie, że jeszcze ktoś tutaj przyjdzie? Są jakieś ekipy wybierające się w tę stronę? - pytamy z ciekawością - Misza tak nam powiedział... że powinno być już tutaj sporo osób... ZNOWU TOROWANIE Ranek wstaje zachmurzony. Zwijamy nasz namiot, zostawiamy Austriaczkę i Niemca, znów ruszamy przez seraki. Szybko dochodzimy do szczerby, wychodzimy ponad lodowe olbrzymy. Nasze ślady znowu zasypane, jednak chociaż trochę je widać. Krok za krokiem, tempo, do którego już przywykliśmy, wleczemy się w stronę dwójki. Docieramy... Mamy już wszystko w naszej bazie wysuniętej, stąd będziemy atakować. Wieczór przychodzi chłodny, mglisty i śnieżny. Poranek na szczęście wstaje słoneczny. Znów zadzieramy głowy w stronę przełęczy Dziki. Wygląda jak nie tknięta ludzką stopą. Cóż robić... znowu szykuje się ostra praca na śnieżnej grani. W trakcie mozolnego marszu, w kluczowych momentach widać nieznacznie nasze stare ślady. Ułatwia to trochę wchodzenie, ale i tak wymordowani docieramy do trójki. Kolejny poranek budzi nas słońcem i nadzieją. Nie zraża nas krótkie, ale bardzo treściwe podejście pod skały i poręczówki. Śnieg w niektórych momentach sięga wyżej pasa. W końcu dotykamy skały. Odkopujemy stare liny, ostrożnie obciążam jedną z nich. Urywa się z cichym trzaskiem i w ręku zostaje mi jej kilkanaście metrów. Wyżej poręczówki są jednak w trochę lepszym stanie. Nie można im ufać, jednak pomagają i to znacznie. Jakby ktoś dodał nam skrzydeł. Nie przeszkadza nam nawet mgła, która nagle przyszła i w niektórych momentach ograniczyła widoczność prawie do zera. Na około 6000 zaczyna padać śnieg. Kawałek wyżej zaczyna się pole śnieżne. Po krótkich próbach pracy z plecakami, zrzucamy je, torujemy na lekko. W ciągu kolejnych kilku godzin pokonujemy trochę ponad 100 metrów do góry. Mieliśmy dzisiaj w planach dojście na 6400. Niestety, musimy zatrzymać się niecałe 200 metrów poniżej. Mgła gęstnieje, zakładamy obóz IV. Śnieg sypie już na całego. Po kilku godzinach, już po zmierzchu, trzeba nas odkopać. Ponad godzinna praca łopatą i już opatulamy się śpiworami. ZALEDWIE JEDNA NOC Gdzieś w połowie nocy przestaje padać. Wzmaga się za to wiatr, który z zawrotną prędkością roznosi ten diabelny biały pył po całej górze. Co pewien czas budzę się i spokojnie obserwuję, jak nasz namiot coraz głębiej pogrąża się w śniegu. Rankiem zadzwonił nasz nieśmiertelny budzik. Ciemno w namiocie, jak na godzinę piątą rano. Wiatr nadal wali w nas śniegiem. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że jesteśmy całkowicie zasypani, po czubek namiotu. Tylko kawałek jednej ściany wystaje i właśnie o niego tak dudni wiatr. Żeby wyjść, trzeba najpierw wepchnąć śnieg do środka namiotu. Najpierw siłuję się długo z zamarzniętym suwakiem, potem szukam łopaty. Powinna gdzieś być w przedsionku. Po jej odnalezieniu rozpoczynamy wrzucanie śniegu do środka, aż pokazało się białe niebo. Mozolnie wypełzam poprzez mały otwór, aż w końcu oswobodzony stoję przy zmiażdżonym i sponiewieranym namiocie. Wiatr zacina nieprzyjemnie, śnieg wszędzie wpada. Na szczęście szybciej odkopuję niż wiatr zasypuje. Po ponad godzinie udaje mi się odsłonić chociaż trzy czwarte namiotu. Tak by go wydobyć spod białych zwałów i zwinąć. W tych warunkach pakujemy się ponad dwie godziny i zaczynamy schodzenie. Krajobraz zmieniony nie do poznania. Z trudem schodzimy z naszego małego, stromego i śnieżnego pola, brodząc w śniegu czasem po pachy. Odnajdujemy pierwsze poręczówki. Kiedy wiatr trochę przycicha, próbuję zrobić zdjęcie. Jednak gdy tylko wyjmuję aparat, podmuchy wzmagają się zasypując mnie i mój sprzęt śniegiem. Nie zwalniając nawet migawki chowam wszystko do plecaka, bogatszy o mnóstwo śniegu. W miarę szybko schodzimy wzdłuż ciągu poręczówek i wkraczamy na śnieżną grań. Kiedy szliśmy do góry, śnieg sięgał nam najwyżej do połowy klatki piersiowej. Teraz... brodząc, wręcz płynąc powoli posuwamy się na dół. Coraz wolniej i wolniej, śnieg wysysa z nas wszystkie siły. Doczłapaliśmy się cali zasypani i wycieńczeni do obozu II. Okazało się, że nie jesteśmy już sami. Przybyli Rosjanie i Czesi oraz pewien Gruzin z Hiszpanką. Rano sześć osób wyruszyło na przełęcz po naszych śladach. Patrzyliśmy, jak ochoczo ruszają do góry. Po kilku godzinach czwórka z nich wróciła. Urobili około 200 metrów. Pozostała dwójka pięła się do góry przez resztę dnia. Dotarli na około 5600, przespali jedną noc i następnego dnia zawrócili do bazy. CO SIĘ STAŁO Z KOREAŃCZYKAMI? Siedzimy nadal w obozie II. Ten cholerny śnieg zupełnie popsuł nam humory. A jeśli przeczekamy śnieg i po kilku dniach zaatakujemy, może nam nie starczyć jedzenia. Po kilku godzinach ponurej atmosfery zapada decyzja: schodzimy do bazy, zabieramy resztki jedzenia, które tam zostały, potem jeszcze raz próbujemy. Będzie to kilka dni zwłoki, może śnieg do tego czasu osiądzie choć trochę. Zmęczenie nie poprawia naszych humorów. Przypominam sobie, jak wczoraj zeszliśmy z 6200 do dwójki. Przywitał nas wtedy Gruzin z Hiszpanką. Sokiem i kanapkami z wędliną. Świeże mięso smakowało niesamowicie, takich smakołyków nie zajadaliśmy już ponad 3 tygodnie. Wymieniliśmy się informacjami. Oni dowiedzieli się, że w tym sezonie do dwójki dotarli jako drudzy, przerwali naszą samotność. Nas najbardziej ciekawi, kto jeszcze wyruszył z bazy do góry. Udzielają nam wyczerpujących informacji, przecież są na bieżąco: czterech Rosjan, dwóch Słowaków, czterech Czechów i pięciu Koreańczyków. Ci ostatni założyli nawet poręczówki poprzez seraki. Ciekawi nas skośnooka ekipa, bo naród ten słynie z dość specyficznego zachowania się w górach, jak dla nas dosyć drażniącego. Minął wieczór, mija kolejny dzień. A co z Koreańczykami? Przyszli Rosjanie, Czesi, przyszli Słowacy. Zdążyli wejść nad przełęcz i wycofać się. Jutro schodzimy do bazy, okaże się, gdzie utknęli Koreańczycy. A może opowieści o nich są wyssane z palca? Choć z drugiej strony wszyscy używają ich poręczówek i zgodnie twierdzą, że zostały założone przez Koreańczyków. Widma jakieś? W ramach przerwy pomiędzy ponurymi rozważaniami na temat pogody i stekiem wyzwisk pod adresem śniegu zastanawiamy się nad tym, gdzie podziali się Koreańczycy. TAJEMNICA CZĘŚCIOWO ROZWIĄZANA Nie liczymy raczej na to, że podczas naszego zejścia do bazy i pobytu w niej śnieg na tyle zejdzie i słońce go tak urobi, że z powrotem będziemy miło grzać do góry po betonie. Pobudka po raz kolejny o jakiejś szatańskiej porze. Powoli pakujemy plecaki i dopiero o szóstej rano wyruszamy w dół obserwując na chmurach promienie wschodzącego słońca. Ostatnie promienie słońca tego dnia. Po pół godzinie nadchodzi gęsta mgła, z której delikatnie, ale równomiernie zaczyna sypać. Nie przestaje aż do wieczora. Nie uchodzimy dwustu metrów, gdy spostrzegamy 3 namioty rozbite we wzorowe obozowisko. Dlaczego w tym miejscu, a nie pod przełęczą? Podchodzimy bliżej. Na namiotach widać znaki, których pochodzenie nie budzi wątpliwości. Na jakimś detalu spostrzegamy nawet koreańską flagę. Zatem Koreańczycy nie są mitem, choć nie widać żywego ducha. Pewnie jeszcze śpią. Tylko co oni tu robią? Jedynka pełna różnych namiotów, wszyscy jednak śpią. Nikomu nie chce się wstawać, ludzie czekają na poprawę pogody. W bazie pada śnieg zmieszany z deszczem. Chowamy się w świetlicy, gdzie siedzimy do wieczora pijąc gorącą herbatę i robiąc sobie dzień obżarstwa. Tuż przed zmrokiem rozbijamy mokry namiot, wpełzamy do mokrych śpiworów i zasypiamy. MOJA KAPITUALACJA Z kolejnego pobytu w bazie uciekamy dosyć szybko. Jest w niej wilgotno i nieprzyjemnie. W miarę jak wschodzi słońce, chmury uciekają. Powietrze robi się powoli ciepłe i suche. Pomykamy dosyć raźno do jedynki po szerokiej transzei, dobrze widocznej, chociaż przysypanej wczorajszym śniegiem. Przypominam sobie, jak cztery tygodnie wcześniej z mozołem wybijaliśmy szlak. Teraz do jedynki dochodzimy w niecałe 5 godzin. Noc jest bardzo zimna. Ranek wstaje bezchmurny i trzaskający mrozem. Słońce już oświetla okoliczne szczyty, w tym oczywiście Pobiedę. Jak zwykle szybko pałaszujemy śniadanie i wyruszamy. Znów wybitą transzeją raźno dochodzimy pod koreańskie poręczówki. Teraz nimi do góry około 150 metrów i w pół godziny, bez żadnej walki, jesteśmy w szczerbie. Ruszamy do dwójki. Marcin raźnym krokiem idzie przed siebie. Co pewien czas na chwilę przystaje, odpoczywa i rusza dalej. Mimo tego coraz bardziej się ode mnie oddala. Czuję narastające zmęczenie, kumulowane od kilku tygodni. Nagle opadam z sił i ledwo dochodzę do dwójki. Leżę prawie bez ruchu kilka godzin, dopadają mnie ponure myśli i zniechęcenie. Słońce pięknie świeci nad naszymi głowami, śnieg kopny, ale jest już szansa, że opadnie. Koreańczycy powoli nadchodzą, wybijając jeszcze szerszą transzeję. Wolno, ale jak na razie skutecznie. Kiedy nadchodzi pora posiłku, podejmuję decyzję. Wiem, że na razie nie dam rady iść do góry, potrzebuję kilku dni odpoczynku dla ciała i dla umysłu. Tych kilku dni jednak nie mamy. Jeśli jeszcze chcemy marzyć o szczycie. Przeprowadzam krótką, ale treściwą rozmowę z Marcinem. On jest w dobrej formie. Załamanie miał, jak schodziliśmy z 6200, teraz już zdążył odpocząć. Też jest zmęczony, ale chce napierać, sam lub z Koreańczykami. Mówią, że do trzech razy sztuka. Mogę albo zostać kilka dni w dwójce, albo zejść do bazy. Rankiem następnego dnia schodzę... ROSJANIE O POBIEDZIE Jakoś przegryzłem już w sobie decyzję o wycofie. Teraz myślę o następnych dniach, jeszcze sporo pracy czeka mnie w Kirgizji, muszę wypełnić kilka zobowiązań. Po dwóch dniach schodzenia po lodowcu i miłej gościnie w Andżajlo siedzę znowu w Majdaadyrze, czekam na jakiś samochód do Karakołu. Przy stoliku, przy którym siedzę, zebrało się też kilku Rosjan. Większość z nich była na Pobiedzie, atakując głównie w latach osiemdziesiątych, kiedy warunki były zupełnie inne. Dwóch z nich weszło 6 lat temu. Śledzą jednak z zapałem współczesne osiągnięcia. Opowieści zaczynają się oczywiście od detali geograficznych. Pik Pobiedy jest najdalej wysuniętym na północ siedmiotysięcznikiem na świecie. Pogoda jest tak kapryśna, że czyni tę górę bardzo poważnym celem. Niejeden z siedzących Rosjan mówi, że Pobieda to nie Everest, gdzie pogoda jest w miarę stabilna. Tam jeśli przyjdzie słońce i wypogodzenie, może się spokojnie utrzymać kilka tygodni. Na Pobiedzie? Jeden dzień śniegu i cała wielodniowa praca idzie na marne. Jaka rada? Typowa dla rosyjskiej szkoły wspinania. Należy atakować nie nawet w 5-6 osób, tylko minimum 15-20, zorganizować wielką wyprawę. Przetorować śnieżną grań, wykopać solidne jamy, kopać także na polach śnieżnych w drodze na zachodni wierzchołek. Bo nie każdy namiot przetrwa wichurę, inaczej niż jama. Na 7000 należy zbudować igloo, tam zrobić skład jedzenia i dopiero dalej atakować: przetrzeć grań do obelisku pod głównym wierzchołkiem. Jak śnieg spadnie i zniweczy całą pracę, posłać świeżych ludzi, już zaaklimatyzowanych. Jak przyjdzie dłuższe załamanie pogody, przy dobrej organizacji jam śnieżnych nikogo śnieg i wichury nie wygonią z góry. Dla przykładu rzucają liczbami. Na początku lat osiemdziesiątych na szczyt weszło 129 śmiałków. W tym samym czasie śnieżna góra pochłonęła taką samą liczbę ofiar. Z roku na rok coraz mniej osób kończyło swoją walkę sukcesem. W 2001 roku liczba zaginionych w ścianie przekroczyła 180, z czego odnaleziono i zwieziono tylko 45 ciał. Ponura statystyka. Często śmierć na Pobiedzie była związana z niedostatecznym wyposażeniem w sprzęt, powiązanym z gwałtownym załamaniem pogody. Siedzę i słucham uważnie. Cóż, każdy ma jakąś koncepcję zdobywania tej przepięknej góry. Ciekawe, jak tam idzie Marcinowi, Koreańczykom i Gruzinowi, pomyślałem. SAM NA SAM Z GÓRĄ Marcin rusza z samego rana. Śnieg trochę opadł, ślady jednak całkowicie znikły pod białą warstwą. Cały dzień zajmuje mu żmudne torowanie. W efekcie opada z sił w okolicach 5600, rozbija namiot i zmęczony wpełza do środka. Pogoda waha się, co pewien czas przychodzą nieprzyjemne i nie wróżące nic dobrego chmury. Wieczorem docierają Koreańczycy, rozbijają obóz w sporej odległości. Przychodzą jednak do Marcina, dziękując mu za przetorowanie drogi. Kolejny ranek wypełniony jest mgłą. Rankiem Marcin na lekko przebija się pod poręczówki, wraca zmęczony do namiotu. Po dosyć długim wypoczynku rusza do góry złożyć depozyt, niestety z transzei nic nie pozostało. Noc upływa spokojnie. Znowu pobudka o czwartej, wymarsz ku poręczówkom. W skale wspinaczka idzie żwawo. Na 6000 zaczyna się pierwsze, dosyć spore śnieżne pole. Okazuje się, że nasza transzeja sprzed dwóch tygodni jest jeszcze widoczna, została tylko przysypana. Czasem ginie, ale ogólnie da się po niej iść. Kolejny obóz na poziomie 6200, w miejscu naszego obozu czwartego. Marcinowi wydaje się sprzyjać szczęście. Dużo partii skalnych i sporo torowania, ale Pobieda i tym razem jest łaskawa. Obóz tuż pod wierzchołkiem. Następnego dnia znowu świeci słońce, Marcin wychodzi na grań, gdzie ku swojemu zdumieniu widzi, że warunki są wyśmienite. Postanawia iść dalej. Śnieg z grani wywiało. Kolejny obóz staje na środku grani, w połowie drogi do obelisku (charakterystycznej wielkiej skały, mającej około 50 metrów wysokości), stojącego na końcu grani, a rozpoczynającego wspinaczkę na sam szczyt. Noc jest przyjemna i pogodna. Niestety, ranek znowu budzi się pełen mgły. Prawie po omacku Marcin dociera do obelisku. Troszkę załamany siedzi przez pół godziny, po czym, ku jego zdziwieniu, mgła ustępuje. Pięciogodzinna wspinaczka skalną granią i partiami zbitego śniegu kończy się sukcesem. Około godziny 14-tej, po 27 dniach wyczerpującego ataku, Marcin staje na szczycie, pod nim leżą wszystkie okoliczne góry i doliny. Wiatr się wzmaga, wbija zatem tylko traser, by potwierdzić swój wyczyn i zaczyna zejście. W tym momencie Pobieda obudziła się z letargu. Wraz z wiatrem nadchodzi gęsta mgła, taka, że ledwo widać własne stopy. Prawie po omacku zmęczony zwycięzca dociera do obelisku. Zapada zmrok. Krótkie wahanie: zostać w prowizorycznej jamie, czy ruszyć po ciemku na poszukiwanie namiotu, dawno już nie widać śladów, nie widać nawet własnych nóg... Marcin wybiera tę drugą opcję. W środku nocy dociera z ulgą do namiotu i kompletnie wyczerpany wpełza do środka. Zasypia jak kamień. SZCZYT TO NIE WSZYSTKO, TRZEBA JESZCZE ZEJŚĆ Nie na długo. W nocy przychodzi potężny opad śniegu. Namiot niknie pod ponad półtorametrową, białą warstwą. Ranek nie przynosi poprawy pogody. Sypie coraz gwałtowniej, wiatr się wzmaga. Namiot powoli nie wytrzymuje naporu, suwaki przestają działać, rozchodzą się całkowicie. Marcin usiłuje jakoś łatać powstałe dziury, żeby do środka nie nawiewało śniegu. Co pewien czas trzeba wyjść i odkopać namiot. Noc nie przynosi ulgi. Nad ranem zapada cisza. Śnieg całkowicie przykrył namiot. Marcin nie ma siły już nawet wyjść i odkopywać, leży czekając na poprawę, zbierając siły na zejście i zastanawiając się, ile zostało jeszcze w środku tlenu. Ale Pobieda znowu spogląda na niego przychylnie. Zrywa się potężny wiatr, który wywiewa powoli śnieg, odkopuje zniszczony namiot. Zamek wejściowy rozpada się całkowicie, igła odmawia posłuszeństwa i w trakcie szycia łamie się w połowie. Marcin kończy uszczenianie wejścia połówką igły i płachtą biwakową. Następnego dnia wiatr nie ustępuje. Noc pełna wycia i szumu śniegu, walącego o ściany namiotu. Rankiem Marcin postanawia schodzić. Odkopuje podarty namiot, z trudem go składa, pakuje plecak i zagłębia się w gęstą mgłę. Idzie powoli ku zachodniemu wierzchołkowi, potem zaczyna schodzić. Nic nie widać, zbocze staje się coraz bardziej strome. Nagle wielki płat śniegu wyjeżdża mu spod nóg. Marcin osuwa się bezwładnie w białą nicość. Zatrzymuje się dużo niżej w miękkiej zaspie. Wykopuje małą jamę, tak by przetrwać. Wszystkie rzeczy przemoczone, zimno przenika do szpiku kości. Ku przerażeniu Marcina jego zapalniczka przestaje działać. Wyciąga zapasowe zapałki... mokre. Nadciąga noc. Wraz z nią ze zbocza schodzi kolejne obsunięcie śniegu, zasypuje jamę całkowicie. Zaczynają się problemy z oczami. Idąc we mgle Marcin kilka razy ściągnął okulary, by lepiej widzieć. Jedno oko odmawia posłuszeństwa, widać tylko czarne plamy. Rankiem wymęczony wykopuje się z jamy. Widoczność poprawia się. Już widzi, że zaczął schodzić z grani dużo wcześniej niż powinien, dlatego poleciał. Teraz trawersuje w stronę skalnego żebra w głębokim śniegu. Po południu jeszcze zrywa się potężny wiatr. Przychodzi tak nagle, że Marcin nie jest w stanie rozstawić namiotu. Znów wykopuje małą jamę. Postanawia jednak schodzić. Idzie jeszcze kawałek pod górę, po depozyt, który zostawił przed wejściem na grań z zachodniego wierzchołka. Szybko potem rusza w dół, resztkami sił. Niżej wiatr jest słabszy. Nocleg już na 6200. Kolejnego dnia spokojne popołudnie pod przełęczą Dziki. W bazie czeka Marcina gorące powitanie. Obserwowano jego wysiłki przez lornetkę. Koreańczycy dotarli najdalej do 6000, zostawiając po drodze mnóstwo nowych poręczówek. Ktoś jeszcze dotarł prawie na 6800. Odbieram tryumfalnego e-maila: "W tym roku Pobieda należała tylko do mnie!". Wyczekał górę, przeczekał jej kaprysy, a ona dała mu na moment szansę, którą bezbłędnie wykorzystał. Słusznie ludzie powiadają, że do trzech razy sztuka...
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.piotrmorawski.com |