|
|
|
|
| | |
Tuż u wschodniego końca jeziora Issyk Kul leży jedno z większych miast Kirgizji - Karakoł. Znajduje się tutaj dla większości turystów i wspinaczy główna baza wypadowa na włóczęgi i wspinaczki po okolicznych górach, liczących sobie nierzadko więcej niż 5000 metrów. Tutaj też docierają wszyscy jadący na lodowiec Inylczek, którzy chcą atakować Chan Tengri (6995 m.n.p.m.) od kirgiskiej strony, lub najwyższą górę tego regionu - Pik Pobiedy (7439 m.n.p.m.). Miasto już przy wjeździe straszy zakurzonymi blokami, zazwyczaj wita mocnym słońcem. Ulice, jak w całej Kirgizji, potwornie zniszczone, kierowców całkiem sporo, szalonych i nieuważnych jak wszędzie w centralnej Azji. Jadą środkiem ulicy (utrudnia im to trochę brak pasów na jezdni), wymijają na piątego, albo szóstego, trąbią bez powodu, nawet jak jesteś kilkadziesiąt metrów przed nimi na ich drodze. Nieważne, że zdążysz zejść kilka razy w bezpieczne miejsce, ważne, że Cię akurat widzą. W oddali, poza miastem, widać długie, górskie łańcuchy. Przedsmak wspaniałych przeżyć dla tych, którzy chodzą po górach, jak i dla wspinaczy.
Czekam na dworcu autobusowym. Do tutejszych środków transportu trzeba przywyknąć. Często stare, rozwalone, uruchamiane na korbę. Zazwyczaj przepełnione i oczywiście wysoko podskakujące na wybojach. Wyjątkiem są autokary kursujące pomiędzy dużymi miastami, lub na długich trasach. Dzisiaj jadę do jednego z bardzo znanych miejsc - Dżet-Oguz, siedliska wielkich, czerwonych piaskowych skał. Patrzę z niepokojem jak z odległych, górskich szczytów nadchodzą ciężkie chmury. Po kilkunastu minutach nadciągają nad miasto, zrywa się silny wiatr. Cały Karakoł zostaje przysłonięty chmurą kurzu poderwanego z ulic miasta. Po kilku silniejszych podmuchach jestem cały zasypany brązowym pyłem, piasek chrzęści mi między zębami. Potem na szczęście spada deszcz i cały kurz z powrotem osiada na ziemi. Co jeszcze można znaleźć w mieście? Mnóstwo agencji turystycznych organizujących wycieczki w ciekawe miejsca oraz wyprawy w okoliczne góry. Dwa wielkie bazary. Mniejszy znajduje się w centrum, można na nim kupić prawie wszystko do jedzenia. Oprócz tego trochę papeterii i konfekcji. Drugi leży troszkę na uboczu. Jest ogromny. Można zaopatrzyć się na nim we wszystko, od kilkudziesięciokilogramowych worków z mąką do chińskich koszul i butów. W okolicy, jak to na kirgiskich bazarach, znajduje się mnóstwo małych lokali oferujących za niewielkie pieniądze (rzędu 20-30 somów) tradycyjne jedzenie typowe dla Centralnej Azji. Dla miłośników pięknych budynków znajdzie się niewiele. Niedaleko od centrum położony jest Chram Świętej Trójcy, piękna, drewniana cerkiew. Oprócz niej, podczas włóczęgi po mieście, można spotkać sporo ładnie wykończonych drewnianych budynków. Niestety cała reszta to obskurne, szare bloki lub pozostałości epoki Związku Radzieckiego - blade, partyjne gmachy, wielki szary sklep w samym centrum ohydne budynki uniwersytetu, czy socrealistyczne pomniki. Jak chyba w każdym, większym mieście Kirgizji, natkniemy się w Karakole na statuę dumnie stojącego Lenina wskazującego wyciągniętą ręką w kierunku gór. Deszcz minął, znów zerwał się wiatr. Podjeżdża mój rozwalony, wypchany po same brzegi ludźmi, torbami i workami z mąką i makaronem autobus. Wsiadam i bez żalu żegnam się z zakurzonym Karakołem. | | | W Karakole można znaleźć kilka biur oferujących dojazd do Majda Adyru. Jeśli ktoś organizuje wszystko dużo wcześniej, albo nie chce wszystkiego załatwiać dopiero w Karakole, może załatwić samochód poprzez Internet. Jedną z najpopularniejszych obecnie agencji jest Tien-Szan Travel z siedzibą w Biszkeku. Kiedy już udaje nam się znaleźć transport wsiadamy w podstawionego łazika z napędem 4x4 lub w Niwę. Ruszamy. Początkowo po ładnej, asfaltowej drodze, później po coraz większych wybojach. Aż wjeżdżamy w góry. Mijamy pomnik traktorzysty - samotny spychacz stający na szczycie wielkiego, kilkumetrowego kamienia. Potem o asfalcie można już zapomnieć. Widoki coraz piękniejsze, droga zaczyna powoli piąć się pod górę. W zależności od naszego samochodu, albo jedziemy płynnie, albo co pewien czas musimy stanąć w celu napełnienia chłodnicy wodą z pobliskiego strumienia. Zza zakrętu wyłania się przełęcz. Długimi serpentynami, po wyboistej drodze dojeżdżamy na nią. Przełęcz ma ponad 3800 metrów n.p.m., często spowita jest chmurami, na okolicznych wzgórzach leży śnieg. Góry dookoła wydają się dzikie i niezamieszkałe. Po zjeździe z przełęczy następuje jednak zdziwienie, pojawia się asfalt. Z wielkimi dziurami, zaniedbany, wielkie kamienie czasem leżą na środku. Mkniemy raźno dalej po czarnej drodze zastanawiając się kto wybudował taką drogę środku gór. Odpowiedź leży prawie u końca naszej drogi do celu. Mijamy wojskowy posterunek i wjeżdżamy na teren starej na pierwszy rzut oka fabryki. Zagadnięty kierowca odpowiada, że to pozostałości po Rosjanach. Na dwa lata przed upadkiem Związku Radzieckiego zaczęto tutaj budować wielkie blokowiska, hale fabryczne, ściągnięto ludzi do pracy. Fabryka ruszyła i... Związek Radziecki przestał istnieć. Rosjanie odeszli zostawiając niewykończone budynki oraz większość sprzętu. Bloki mieszkalne opustoszały. Obecnie w środku pięknych, majestatycznych gór straszą zeżarte rdzą ogromne metalowe konstrukcje, betonowe fundamenty czy gołe, nieotynkowane ściany kilkupiętrowych domów ziejące czarnymi dziurami okien bez ram. Jeszcze kilkanaście minut po bitej drodze i jesteśmy w Majda Adyrze. Podjeżdżamy najpierw do bazy wojskowej, pełniącej teraz rolę posterunku granicznego. Rozlega się gwizd, wychodzi zaspany żołnierz, podaje wszystkim rękę i znudzony sprawdza nasze dokumenty. Oddaje je, a my wjeżdżamy do postawionego na pobliskiej łące obozu Tien-Szan Travel. Obecnie bardzo popularnego miejsca przerzutowego do bazy pod Chan Tengri i Pikiem Pobiedy, a także bazy wypadowej na pieszej lub konnej włóczęgi po okolicznych górach i lodowcu Inylczek. Każdego roku przyjeżdża coraz więcej turystów, wspinacze powoli stanowią mniejszość. Stąd można polecieć helikopterem właściwie w dowolne miejce lodowca, w tym nad popularne ostatnio jezioro Merzbacher. Wielka niecka na środku lodowca Inylczek napełnia się wodą przez długie miesiące. Znad błękitnej tafli wyrastają wielkie lodowe góry. Zazwyczaj na początku sierpnia następuje przełom, w jednym dniu cała woda wypływa z jeziora i spływa w dół lodowca. W niecce zostają samotne seraki i zwały lodu. Wiele osób leci helikopterem do bazy pod Chanem, tam spędza kilka dni na włóczędze i wraca do Majda Adyru. Do bazy można dostać się także na piechotę. Około 40 kilometrów droga wiedzie wzdłuż rzeki i długiej, utworzonej przez lodowiec doliny. Potem wchodzimy na lodowiec i drugie 40 kilometrów idziemy jego skrajem, co pewien czas przecinając wypływające z sąsiednich dolin rzeki lodu i kamieni. Całość drogi to 3 do 6 dni włóczęgi po bezdrożach, gdzie rzadko można kogoś spotkać. Dlatego wiele osób decyduje się na transport helikopterem, zaledwie pół godziny lotu. 17 kilometrów w stronę czoła lodowca leży ostatnia ludzka przystań, Andżajlo. Kilka domów, spory kurnik, stajnia, obowiązkowa bania. Można tu znaleźć wygodne łóżko, wykupić pełne wyżywienie za rozsądną cenę. Okolica przepiękna, świetna baza wypadowa do wędrówki po okolicznych górach. Jeśli ktoś boi się samotnie, znajdzie się też oczywiście przewodnik, który pokaże piękniejsze szczyty i przełęcze, poopowiada o kirgiskich zwyczajach i zapewne poczęstuje wódką. Poznałem tamtejszych, przesympatycznych gospodarzy. Kucharka jest Rosjanką, więc oprócz nie dla każdego strawnej kuchni kirgiskiej, można poznać co pojawia się na rosyjskich stołach. W drodze do jak i z Majda Adyru zawsze wstępowałem do Andżajlo wypocząć i najeść się do syta. A bania... marzenie, szczególnie po kilku tygodniach spędzonych w śniegu i lodzie na atakowaniu góry... | | | | Z Karakołu do Dżet-Oguz autobus kursuje raz dziennie, około godziny 16-tej. Kierowca nocuje w tej małej miejscowości i z powrotem wraca do miasta o 8 rano. Dojeżdżam do kurortu, trasa wiedzie w górę rwącej rzeki, wzdłuż ślicznej doliny otoczonej niewysokimi, zielonymi wzgórzami. Nagle dolina zwęża się, u jej wrót wyrastają czerwone, dosyć wysokie, piaskowe skały. Zaraz za zwężeniem dostrzegam kilka zaniedbanych, drewnianych chat oraz wielki, szary budynek. Autobus zatrzymuje się. Większość pasażerów to kirgiscy wieśniacy wracający z Karakołu z targu. Jest też kilka lepiej ubranych osób, które nie chwytają worków z mąką, czy pudeł z kurczakami, tylko porządnie wyglądające torby. Udają się w kierunku obrzydliwego, szarego budynku. To pozostałości po kwitnącym kiedyś sanatorium. Teraz przyjeżdża tutaj dużo mniej osób i kurort dawn zapomniał czasy swojej świetności, jednak nadal funkcjonuje. Większość mieszkańców Dżet-Oguz pracuje jako obsługa pacjentów, sprząta budynki, czy zajmuje się zaopatrzeniem. Nadal oczywiście każda chata jest praktycznie samowystarczalna, jak wszędzie w Kirgizji obok wiejskich chat pasą się krowy, konie, ujadają psy. Nocleg znajduję u bardzo sympatycznej kobiety, która pracuje jako sprzątaczka, jej osiemnastoletni syn zaś zajmuje się masażem pacjentów. Ojciec umarł trzy lata temu i syn przejął jego pracę Rano ruszam w górę, na przechadzkę pomiędzy skałami. Spotykam jakiegoś tubylca, który mi tłumaczy, że nie w skałach tkwi piękno Dżet-Oguz. Namawia mnie, żebym poszedł w górę, do doliny, w której kiedyś mieszkali i szkolili się radzieccy kosmonauci. Czemu nie miałbym go posłuchać? Droga wiedzie zalesionym, przepięknym wąwozem, wzdłuż górskiego strumienia. Co pewien czas brzeg, po którym idę podchodzi blisko skał i trzeba przechodzić przez drewniane mosty. Naliczyłem ich pięć . kiedy wąwóz rozszerza się i kończy. Droga staje się trochę bardziej stroma. Kiedy w końcu wychodzę na mały pagórek, staję zdumiony. Przede mną rozpościera się szeroka dolina. Na wielkich pastwiskach pasą się stada koni i mnóstwo krów. Co pewien czas stoi samotna jurta. Czasem przejedzie w oddali Kirgiz na koniu, pozdrowi wyciągnięciem ręki i pogna dalej. Zachodzę z ciekawości do jednej z jurt. Wita mnie para starszych ludzi, około sześćdziesiątki. Właśnie przyrządzają herbatę, na którą oczywiście serdeczne mnie zapraszają. Ucinamy sobie miłą pogawędkę. Bez trudu dają namówić się na zrobienie im zdjęcia. Kirgiz wchodzi jeszcze na chwilę do jurty i wychodzi w tradycyjnej czapce. Potem notuję ich adres, zazwyczaj ludzie proszą, aby przysłać im ich zdjęcie. Pełen pozytywnych wibracji idę jeszcze na włóczęgę po ślicznej dolinie. Po dłuższym czasie zawracam i udaję się z powrotem w stronę sanatorium. Mijam domy i jeszcze długo chodzę pod ślicznymi, czerwonymi skałami. Rano jadę do Karakołu, by wykąpać się w orzeźwiających wodach jeziora Issyk-Kul. | | | | Autobus z Karakołu mknie po wyśmienitej, jak na tutejsze warunki, drodze. Po lewej stronie widzę już taflę jeziora. Po prawej góry raz przybliżają się, raz oddalają. Przy ulicy widać coraz więcej domów. Oprócz starych, drewnianych chałup, coraz częściej prosto ze stepu wyrastają kilkupiętrowe, szare bloki. Mijamy Bosteri, widać coraz więcej sklepów i barów. Po kilku minutach po obydwu stronach drogi ciągną się długie szeregi namiotów i jurt. To także są bary, których w rejonie Czołpon-Aty i w samym mieście jest naprawdę bardzo wiele. Mijamy kamienny napis, który wita białymi literami gości w najbardziej popularnym, tłumnie odwiedzanym turystycznym ośrodku Kirgizji. Przybywają tu ludzie pragnący wykąpać się w ciepłych wodach jeziora Issyk-Kul i wypocząć wśród górskich, często ośnieżonych szczytów. Dworzec autobusowy jest prawie na końcu miasta. Zabieram plecak i wolnym krokiem idę z powrotem, w stronę centrum. Ilość kantorów, które nagle mnie otoczyły jest zadziwiająca. Są wszędzie, nawet w aptece i wulkanizacji. Euro można tu sprzedać po całkiem sensownym kursie (43,5 soma), jednak na dolarach wszyscy okrutnie zdzierają, dają tylko 44 somy, prawie o 2 somy mniej niż w innych miejscowościach. Turyści są wszędzie, za to ze świecą trzeba szukać tradycyjnego, kirgiskiego folkloru, spiczastych czapek, koni na ulicach...
Trzeba sprawdzić, co można ciekawego robić w takim mieście. Na mojej mapie widnieje napis: petroglify. Wypytuję taksówkarzy i po jakiejś godzinie wolnego marszu jestem na peryferiach miasta, u wrót całkiem sporej, usłanej kamieniami łąki. Na tych kamieniach, zazwyczaj wielkości, kilku arbuzów razem wziętych, koczownicze plemiona idące na podbój Europy wyryły swoje znaki.. Niektóre z nich datowane są na IV-V wiek, większość jednak pochodzi z początków X wieku. Łąka kończy się zboczami pobliskich gór, których najwyższe szczyty przekraczają 5000 m.n.p.m. W dole widać zatopione w kurzu Czołpon-Ata, oraz ogromna, spokojną taflę jeziora Issyk-Kul. Nagle koło mnie pojawia się miły pan, dzierżący reklamówkę w ręku. Stwierdza, że jest strażnikiem tutejszych kamieni, oraz przewodnikiem. Oczywiście wstęp kosztuje (zaledwie 20 somów), a przewodnictwo gratis. Cóż, mam mnóstwo wolnego czasu, postanawiam wysłuchać miłego pana. Mówi zwięźle i interesująco, nie tylko o rysunkach naskalnych, ale także o ich historii, oraz dziejach regionu. Tłumaczy czemu to wielkie pole usłane kamieniami było tak ważne dla koczowniczych ludów, dlaczego wiele kamieni poukładanych jest w charakterystyczny sposób. Do tego opowiada mnóstwo ciekawostek. Po ponad pół godzinie kończymy naszą przechadzkę i udaję się z powrotem do centrum. Mijam stary , podniszczony, muzułmański cmentarz. Po drodze wstępuję jeszcze do jednej z chat i zapewniam sobie nocleg. W Czołpon-Ata przy wielu domach stoją tabliczki informujące, że są wolne pokoje do wynajęcia. Większość turystów przybywa do Czołpon-Ata na kilka dni. Ich głównym celem są plaże, których w całym mieście jest kilkanaście. Postanawiam odwiedzić jedną z nich. W miarę zbliżania się do jeziora gwałtownie rośnie liczba barów, sklepów oraz ludzi sprzedających lody, chłodne napoje, owoce, orzeszki, czy tutejszy przysmak: wędzone lub smażone ryby. Wiele osób powoli przechadza się z ręcznikami, siatkami pełnymi jedzenia, w plażowych strojach. I wielu już siedzi w barach zajadając tutejsze przysmaki po cenach często 2 razy wyższych niż w innych częściach Kirgizji. W obecnym sezonie stawka za posiłek w większości barów to 55 somów, tak głoszą wielkie napisy umieszczone dosłownie co kilka kroków. Do obiadu zazwyczaj dokupuje się lepioszke, herbatę i razem obiad wynosi nas około 80 somów. To dużo jak na Kirgizję... Najbardziej jestem zaskoczony, gdy docieram do płotu i bramy. Muszę zapłacić jeszcze za wejście na plażę. Niewiele, bo zaledwie 5 somów... Plaża zatłoczona jest ludźmi, woda przyjemnie chłodna i fantastyczna do kąpieli. Znudzeni pływaniem lub zabawami w piasku mogą wypożyczyć sobie łódkę lub rower wodny. Krzyki, piski, plusk wody, jednym słowem miejska plaża wielkiej, wypoczynkowej miejscowości. Co jeszcze można porabiać poza kąpielami w Czołpon-Ata? Jest to miasto stworzone do leniuchowania, jedzenia i wypoczynku. Jeśli ktoś nagle zapragnie aktywniej wypoczywać, może pójść w pobliskie góry, albo do muzeum. Jeśli o mnie chodzi, to jednak bez żalu następnego dnia opuszczam gwarną i rojną miejscowość i jadę w poszukiwaniu szczątków prawdziwej, koczowniczej Kirgizji. Nad jezioro Song-Kul... | | | |
Wielkie jezioro zajmujące ogromny obszar w północno-wschodniej Kirgizji zaskoczyć może każdego. I każdy może znaleźć tu dla siebie coś odpowiedniego. Z Biszkeku do Karakołu, znajdującego się na wschodnim krańcu jeziora można dojechać dwiema drogami. Dobra jezdnia, na północy, wiedzie przez turystyczne Czołpon-Ata. Duża gorsza nawierzchnia prowadzi wzdłuż południowych brzegów jeziora, które są jednak dużo bardziej malownicze i odludne niż północne. Na północy kursują porządne, długodystansowe autokary. Na południu zniszczone i rozwalające się lokalne autobusy. Do wód jeziora można dostać się w wielu miejscach, od najbardziej popularnych kąpielisk w Czołpon-Ata, do zarośniętych trzciną brzegów w małych miejscowościach. Góry ciągnące się wzdłuż granicy z Kazachstanem w większości przekraczają 4000 metrów, najwyższy wierzchołek wyrasta w okolicach Czołpon-Ata i osiąga 4771 metrów n.p.m. Niższe partie gór, to kamieniste, porośnięte pożółkłą często trawą zbocza. Nad jeziorem utworzono 5 ścisłych rezerwatów przyrody. Największy z nich znajduje się na południe od Bałykczy, miejscowości leżącej na zachodnim brzegu jeziora. Południowa strona jeziora jest dużo uboższa. Kursujące tutaj autobusy jeżdżą wyładowane po brzegi wiejskim inwentarzem i tubylcami, mają też tendencję do częstego psucia się. Tutaj przyjeżdżają ludzie pragnący poznać kirgiskie zwyczaje, napić się prawdziwego kumysu, a także nie boją się mnóstwa niewygód. Góry podchodzą często bardzo blisko brzegów jeziora, okolice często są dzikie i niedostępne. Ale za to jakże piękne. NAD JEZIOREM SONG-KUL 24.jpgDo Koczkorki, miasta w centralno-wschodniej Kirgizji, około 100 kilometrów na północny wschód od jeziora Song-Kul, dotarłem w zaskakująco szybkim tempie. W Bałykczy wsiadłem w autobus wyładowany po brzegi bagażami udający się do Min Kusz. Zaraz po mnie zaczęli wsiadać inni ludzie. Tłok nagle zrobił się niesamowity. Kierowca zaczął na mnie krzyczeć kiedy tylko mnie zobaczył. Okazało się, że już dawno w tym autobusie nie ma miejsca i z Bałykczy można godzinami próbować wyjechać w stronę Min Kusz. Ludzie, którzy wsiadali tuż po mnie, przyjechali wcześniej tym samym autobusem i na postoju wyszli rozprostować kości. Pokrzyczał, pokrzyczał, ale jechać pozwolił, skoro już siedziałem. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Koczkorki. Tam poszedłem na postój taksówek. Ceny za transport nad Song-Kul okazały się niebanalne. Po długich targach udało mi się zabrać za 750 somów, prawie trzykrotnie mniej niż standardowa cena. Jadę czerwoną, rzężącą Niwą. Najpierw 40 kilometrów po jezdni w stronę Narynu, wśród niewysokich, trawiastych wzgórz. Mijamy po drodze jedną, wysoką przełęcz, na której oczywiście asfaltu nie ma. Niwa troszkę się zagrzała, ale przetrwała. Dojeżdżamy do rozjazdu. Stary zatarty znak pokazuje na bitą drogę wiodącą między wysokie wzgórza. Ruszamy, góry dookoła stają się coraz wyższe. Z trudem wjeżdżamy na niewielką przełęcz i raźno mkniemy w dół do całkiem sporej doliny. Przed nami wysokie pasmo górskie. Zagłębiamy się w nie, powoli, coraz wolniej, mozolnie zyskujemy wysokość. Po ponad godzinie docieramy na przełęcz liczącą sobie ponad 4000 metrów. Na zielonej trawie pasie się ogromne stado jaków, kilkadziesiąt metrów od drogi połyskują szaro-białe płaty śniegu. Zaczynamy zjeżdżać wśród zielono-żółtego stepu. Poprzez mgłę, gdyż pogoda nam dzisiaj nie dopisuje, dostrzegam błyszczącą taflę jeziora, która zlewa się na horyzonce z chmurami. Widać już pierwsze jurty. Niektóre z nich opatrzone są widocznym z daleka napisem: "shepherd's life". Ze znalezieniem noclegu nie ma zatem tutaj żadnego problemu. Jak się potem okazuje, rzeczone jurty zapewniają również pełne wyżywienie. My kierujemy się do jurty kuzyna mojego kierowcy. Trafiamy na wyjątkowy dzień. Jezioro Song-Kul to Mekka zarówno dla ludzi kochających włóczęgi po górach, jak i lubiących spokojny wypoczynek nad wodą. Tafla wody znajduje się na poziomie 3019 metrów n.p.m. Jezioro otoczone jest ze wszystkich stron górami, często pokrytymi śniegiem, a najniższe, okoliczne przełęcze nie schodzą poniżej 4000 metrów n.p.m. Większość szczytów przekracza 4500 metrów n.p.m. Poprzez górskie łąki, wierzchołki i przełęcze wiedzie wiele szlaków. Można je znaleźć tylko na mapach kartograficznych (do kupienia wyłącznie w Centralnym Biurze Kartograficznym w Biszkeku), gdyż większość okolicznych terenów, mimo całkiem sporej ilości turystów pozostaje dzika. W praktyce najlepiej iść poprze góry na azymut. Dla zmęczonych wędrowców jurty są miłą przerwą. Można w nich zjeść naprawdę wiele pysznych potrawa, przespać się, czy w ramach przerwy od chodzenia wynająć za niewielkie pieniądze konia (50 somów za godzinę). Kilka godzin spędzonych w kirgiskim siodle, na wielkich zielono-żółtych łąkach, pośród stad owiec i krów, jest naprawdę fantastycznym przeżyciem. Jadę na koniu. Czasem spotykam jakiegoś Kirgiza, unosi dłoń w geście pozdrowienia, czasem ucinamy sobie krótką pogawędkę i oddalamy się każdy w swoją stronę. Wieczorem dojeżdżam do swojej jurty. Mijam kilka innych, wszystkie tętnią życiem. Podjeżdża jakiś samochód, kierowca wychodzi, otwiera drzwi na oścież i puszcza muzykę. Schodzą się autochtoni i turyści z innych jurt. Zaczynają się tańce, pojawiają się coraz to nowe butelki wódki. Na szczęście moja jurta leży trochę na uboczu, będę mógł spać spokojnie... Włóczyłem się po okolicznych górach, jeździłem na koniu, jadłem bieszparmak, piłem świeży kumys, patrzyłem jak dzieciaki na koniach harcują poganiając i drażniąc byki i niestety w końcu nadszedł czas wymarszu. Rano spakowałem plecak, zjadłem z moimi gospodarzami śniadanie i wyruszyłem piechotą ku najbliższej drodze. Dalej na południe Kirgizji. OKOLICE SONG-KUL, NARYN, DROGA DO KAZARMANU I OSZ Z Song-Kul na piechotę można wydostać się na kilka sposobów. Najkrótszą trasa, na północ, dojdziemy w okolicę przełęczy Kyz-Art, położonej na drodze z Min-Kusz do Koczkorki, po której jeździ całkiem sporo samochodów i autobusów. Można też udać się na wschód, aby dotrzeć do drogi Naryn-Koczkorka, lub na południe do Ak-Tał. Południowe rejony jeziora wraz z okolicznymi górami i przełęczami są dużo bardziej dzikie i odludne niż wschodnie i północne. 25.jpgSzedłem spokojnie wzdłuż brzegów jeziora, z wyborem drogi zdając się na los. Nadjechał jakiś samochód, przystanął. Kierowca jedzie do Koczkorki, wskakuję zadowolony ze szczęśliwego trafu i kolejne 50 kilometrów na wschód przejeżdżam w komfortowych warunkach. Mijamy znajomą mi przełęcz, ogromne stado jaków nadal się na niej pasie. Potem dolina, druga, mniejsza przełęcz i już jesteśmy na asfaltowej drodze. Decyduję się pojechać do Osz przez Naryn i Kazarman. Kierowca jedzie zatem w przeciwną stronę, zabieram plecak i zostaję sam na rozgrzanym asfalcie. Żar bucha z nieba, samochody prawie w ogóle nie przejeżdżają. Jeśli już jakiś jedzie, to wypchany po same brzegi pasażerami. W Kirgizji prawie każdy samochód to taksówka. Często wożenie ludzi jest jedynym sposobem na jakikolwiek zarobek. W czteroosobowym samochodzie nierzadko siedzi i ośmiu pasażerów... Po godzinie czekania zabiera mnie jakiś bus, zostaję upchnięty w jakimś ciasnym kącie i jedziemy. Przejeżdżamy przez sporą przełęcz, zjeżdżamy do doliny otoczonej górami. Jest naprawdę przepięknie. Po pół godzinie docieramy do dosyć sporego kanionu. Ściany czerwone, wysokie na ponad sto metrów, widoki tak niesamowite, że dech w piersi zapiera. Pod koniec wąwozu wita nas wielka rzeźba wojownika, nad którą góruje pęk włóczni. Jest to częsty widok w górach Kirgizji: wielkie i mniejsze socrealistyczne rzeźby szpecące fantastyczne miejsca. Wjeżdżamy do Narynu. Miasto położone jest nad rzeką, wzdłuż której ciągną się olśniewające, często wyglądające na pustynne, góry oraz długi mur wysokich, pionowych, czerwonych skał. Mój autobus skręca więc wysiadam. Idę powoli w stronę centrum, patrzę ze zdziwieniem na nadjeżdżający trolejbus. Szykuje się zatem całkiem spore miasto. Dojeżdżam do centrum, gdzie na głównym placu stoi nieśmiertelny Towarzysz z wyciągniętą ręką. Jeszcze dwa przystanki i wysiadam na dworcu autobusowym. Czeka mnie przykre rozczarowanie: autobus do Kazarmanu odjechał dziś rano. Następny będzie za cztery dni, we wtorek. Sympatyczna pani w kasie udziela mi informacji, że być może w Baetowie, miejscowości odległej od Narynu o 100 kilometrów, częściej jeżdżą autobusy w interesującą mnie stronę. Idę zatem powłóczyć się po mieście. Czerwone skały kończą się po dłuższym czasie, w zamian po horyzont widać beżowe, pocięte wąwozami wzgórza. Jeszcze idę zwiedzić cmentarz muzułmański pięknie wkomponowany w jedno z okolicznych zboczy. Zmęczony upałem schodzę z powrotem do miasta. Autobus do Baetowa odjeżdża raz dziennie, rano. Postanawiam wcześniej się tam dostać. Jadę trolejbusem do wylotowej ulicy. Okazuje się, że w jednym z miejsc czeka już tłumek ludzi. Podobno ma przyjechać jakiś autobus z Biszkeku. Czekamy dwie godziny, kolejni ludzie dochodzą, ale nic nie przyjeżdża. Przy okazji próbujemy złapać jakiś samochód, albo marszrutkę. Faktem, że autobus nie przyjechał, tubylcy nie są wcale zdziwieni. W końcu znajdujemy transport. Jest już prawie ciemno. Jedziemy wzdłuż rzeki i czerwonego kanionu, potem wjeżdżamy pomiędzy piaskowe wzgórza. Jeszcze tylko mijamy niewysoką przełęcz i zjeżdżamy do długiej płaskiej doliny. Zapada zmrok. Baetowo położone jest na równinie, góry majaczą na horyzoncie. W samej miejscowości nie ma nic ciekawego do oglądania i robienia. Rano lecę na dworzec. Już nauczyłem się, że większość autobusó w południowej Kirgizji odjeżdża tylko rankiem. Oczywiście żaden autobus do Kazarmanu nie jedzie. Zostaje mi albo czekać do wtorku, albo wrócić do Biszkeku i poprzez stolicę pojechać do Osz. Dobrze się składa, za 10 minut ma być planowo autobus do Biszkeku. Czekamy cierpliwie wraz z kilkoma innymi osobami ze dwie godziny. Nie przyjeżdża. Kirgizi odchodzą do swych domów. - może przyjedzie jutro - powiadają spokojnie - wczoraj też nie przyjechał - ktoś dodaje na pocieszenie. Postanawiam pojechać do Ak-Tał i tam wyjść na drogę do Kazarmanu. Może uda mi się złapać jakąś taksówkę, albo ciężarówkę jadącą akurat w tamtą stronę/ Nęci mnie wizja przejazdu przez malowniczą Kaldama pass do Dżal-Abad, choć ta podróż (zaledwie 200 kilometrów) może zająć kilka dni. W najgorszym razie pojadę wtorkowym autobusem do Kazarmanu, albo wrócę do Biszkeku.
OKOLICE BISZKEKU W Tokmok, miejscowości niedaleko Biszkeku zatrzymuję się na noc. Przed zaśnięciem jednak idę jeszcze na dworzec autobusowy, sprawdzić połączenie z niedaleką, interesującą mnie wioską - Buraną. Dworzec pełen ludzi, głównie oferujących transport do Biszkeku. Taksówkarze zachęcają, kierowcy marszrutek głośno nawołują, megafon dworcowy krzyczy niezrozumiale. Z całego zgiełku jedno słowo można wyłowić bezbłędnie, powtarzane tysiące razy w ciągu godziny: "Biszkek". Autobus odjeżdża o 6.40 rano. 20 minut wcześniej czekam już na dworcu. Kierowca przyjeżdża zaledwie kwadrans spóźniony i po niecałej półgodzinie jestem w Buranie. Słońce już zaczyna przypiekać mimo, że ledwo pojawiło się nad linia zamglonych gór. Na zielonym polu stoi szara, niewysoka wieża. Obok niewielki dom, jak się potem okazuje mieści się w nim muzeum. Przechodzę przez bramę, do moich uszu dobiega śpiew, a raczej zawodzenie. Ktoś odprawia modły na wieży. Wchodzę wąskimi schodami na jej szczyt. Kiedy jestem w połowie, śpiew ustaje i po chwili mija mnie dwóch Kirgizów o natchnionych twarzach. Mijanka przebiega w miarę bezkolizyjnie, mimo, że przejście ma niecały metr szerokości. Wchodzę na dach. Wieża ta, to minaret, którego początki datowane są na XI wiek. Krajobraz dookoła wspaniały, majaczące w oddali góry, pola zielonego zboża i żółtych słoneczników, cicha i pusta okolica. U stóp minaretu znajduje się jeszcze kilka fundamentów istniejących tu kiedyś budynków. Niedługo nadjedzie mój autobus, schodzę na dół i opuszczam to spokojne i bardzo przyjemne miejsce. Po drodze do Biszkeku zawadzam o riuny w Krasnej Rieczce, które tubylcy nazywają Kriepast'. Na środku spalonego słońcem pola stoją trzy różnej wielkości kopce. Jeden z nich to główne wykopaliska osady sprzed tysiąca lat. Moim zdaniem, ruiny warte oglądania tylko dla pasjonatów. Słońce praży niemiłosiernie, zbliża się południe. Po drodze zaczepiam jakiegoś pracującego na polu mężczyznę i pytam, czy nie odsprzeda mi melona. Okazuje się, że jest Turkiem, patrzy na mnie badawczo przez chwile i po krótkim wahaniu zaprasza na poczęstunek do swojej chatki. Siedzi tam jeszcze trzech innych Turków. Okazuje się, że znaleźli się tutaj poprzez Stalina, który swego czasu zesłał wielu Turków do pracy w kołchozach. Po upadku Związku Radzieckiego nie mogli już powrócić do kraju, zatem każdy z nich spokojnie uprawia swoją ziemię, sadzi arbuzy, pomidory i melony i marzy o podróżach. Od opowieści o Europie nie mogą się oderwać. Opuszczam to przesympatyczne miejsce po dwóch godzinach przepełniony arbuzami i pomidorami po same brzegi, z siatką pełną kolejnych pomidorów i dwóch wielkich melonów. Po kolejnej godzinie ląduję w Biszkeku. Wysiadam na Dworcu Wschodnim, szybko jadę do hotelu, który już znam z zeszłego roku. Potem wychodzę na miasto na porządną kolację.
TROCHĘ O TYPOWYM KIRGISKIM STOLE Często przydarzało mi się spać na wsi w domu typowej, kirgiskiej rodziny. Zawsze ugaszczano mnie posiłkiem, taki tu panuje zwyczaj. Jeśli gość zawita pod strzechę, lub do jurty, musi coś zjeść. Nawet jeśli nie jest głodny. Nie wypada odmówić gospodarzom. Szybko nauczyłem się tego dosyć wygodnego zwyczaju i nie najadałem się przed znalezieniem noclegu. Stół zazwyczaj jest niski, zbiera się przy nim cała rodzina. Dookoła leżą porozrzucane barwne dywany i poduszki na których biesiadnicy zasiadają. Jedna osoba, zazwyczaj gospodyni, zarządza podczas całego posiłku herbatą. Wypatruje bacznie, czy komuś jej nie brakuje. Gospodarz rwie na kawałki lepioszki i chleb i rozrzuca po całym stole, tak by każdy mógł sięgnąć po kawałek. Zaczyna się posiłek. Na początek wjeżdża gorący posiłek, przyrządzony zazwyczaj w oparciu o makaron lub kaszę. Na bazarach można kupić kilkadziesiąt rodzajów i jednego i drugiego. Oprócz tego stoi kilka miseczek, w których można znaleźć domowej roboty masło i śmietanę, przypiekane i wyprażone mięso w małych kawałkach, różnego rodzaju dżemy, najczęściej morelowe lub śliwkowe. Sztućce często są zbędne, nawet do dania głównego. Kawałkami lepioszki lub chleba wybiera się masło, śmietanę i inne przysmaki z podanych misek. Oprócz tego dżemy służą do słodzenia herbaty. Jeśli jest jakaś specjalna okazja, na stole gospodyni kładzie jakąś wędlinę. Kirgizi jedzą bardzo dużo mięsa i potraw mięsnych, ale wędlina uważana jest za coś wykwintnego. Herbaty nie może nigdy zabraknąć i podczas jednego posiłku każdy wypija kilka lub kilkanaście miseczek. Darmo jednak szukać mocno zaparzonego nawaru. Herbata jest słabiutka, czasem prawie bez koloru. O mocniejszą należy specjalnie poprosić. Poczęstunek kończy się charakterystycznym, dziękczynnym gestem, w którym obiema rękami jakby obmywamy twarz i słowem: "omin". Potem możemy już wstać od stołu.
CO TO JEST BIESZPARMAK I SZORPO? Po kilku kilometrach wzdłuż jeziora docieramy do jurty kuzyna mojego taksówkarza. Witamy gospodarzy i zaraz staje się jasne, że pan domu ma dziś urodziny. Ledwie zdążam wypakować przemoczone rzeczy z plecaka, kiedy słyszę rozpaczliwy bek owiec. Kilku Kirgizów zagania stado owiec, wypatrując jakiegoś młodego jagnięcia. Wybierają je dosyć szybko, następne pół godziny trwa wyłowienie go ze stada. W końcu udaje im się. Prowadzą spętane jagnię do jurty. W międzyczasie przyszło już kilku sąsiadów. Też dostaję zaproszenie, siadamy przy niskim stole, pojawia się pierwsza butelka wódki. Gospodarz z jednym z sąsiadów kładą jagnię w jurcie, niedaleko od stołu, podstawiają wielka, metalową balię, po czym z wprawą je zarzynają. Nawet nie beknęło. Zdejmują skórę, walcząc dosyć długo z opornym ciałem. Na zewnątrz jest dosyć chłodno, toteż z oprawianego jagnięcia biją kłęby pary. Zwierzę po oprawieniu zostaje poćwiartowane, teraz kobiety zajmują się przetwarzaniem różnych części ciała. Przygotowują kiełbasę z jelit, faszerują żołądek pieprzem, oczyszczają serce z krwi, czyszczą głowę i kopyta, kroją mięso i wnętrzności. Robota wre na całego. Co pewien czas wpada jakiś sąsiad, wypija kolejkę za zdrowie gospodarza i wraca do swoich obowiązków. Misa pełna wnętrzności, kiełbas, mięsa, z dodatkiem baraniej głowy staje na pełnym ogniu. Siedzę w środku całego zamieszanie i fotografuję. Zapowiada się wieczorem huczna uczta! Po kilku godzinach gotowania gospodarze i sąsiedzi zbierają się ponownie. Misa zostaje zdjęta z ognia, wywar zlany do garnka i potem rozlewany do miseczek. Każdy się musi napić tradycyjnego szorpo. Razem z kumysem i herbatą to jeden z najpopularniejszych, tradycyjnych napojów. Szorpo smakuje mi zupełnie inaczej, niż to sprzedawane na ulicy. Śmierdzi świeżym mięsem i już zaczynam bać się o mój żołądek. Wiem, że żadnego smakołyka nie będę mógł odmówić, aby nie obrazić gospodarzy... Gospodyni wyciąga z misy kiełbasę i kości z kawałkami mięsa. Każdy dostaje swój kawałek. Z ledwością przełykam kęs za kęsem. Potem każdy dostaje pocięte kawałki tłuszczu z zadu jagnięcia i plastry wątroby i nerek. Wszystko gotowane bez soli. Jeden z gości, za przyzwoleniem gospodarza, wyciąga z misy ugotowaną głowę zwierzęcia. Nacina skórę wzdłuż czaszki, od nosa po kark. Ściąga ją z jednej połowy głowy, kroi na małe kawałki, kładzie na talerzu i wszystkim rozdaje. Każdy zajada, traktując te kawałki jako niesamowity przysmak. Potem chwila przerwy, z radością witam kolejną kolejkę wódki. Muszę trochę przepłukać gardło. Gospodyni gotuje długi makaron. Potem serwuje go z kawałkami mięsa, całość polaną szorpo. Bieszparmak, bo tak nazywa się owa potrawa, tradycyjnie jemy rękami. Można zabierać prosto z półmiska. Lub posłużyć się swoim talerzem. Ucztę kończy podanie żołądka nadziewanego pieprzem, serca i pozostałych resztek wnętrzności. Kiedy gospodyni chce mi nalać po raz kolejny szorpo, proszę o herbatę. W końcu następuje rytualny gest i można już bez obrazy gospodarzy oddalić się od stołu. Przesiąknięty zapachem świeżego, gotowanego mięsa, z lekkim szumem w głowie po kilku kolejkach, wychodzę z jurty. Uczta urodzinowa gospodarza dobiegła końca. Choć on sam będzie jeszcze długo pił z sąsiadami, zapasy mają całkiem spore...
BENZYNA, TAKSÓWKI I ARBUZY Pierwszy raz, gdy zobaczyłem tutejszą stację benzynową, długo patrzyłem z niedowierzaniem. Stała, udawało się zatankować i nie wybuchła. W miarę upływu czasu okazało się, że owe stacje funkcjonują całkiem sprawnie i jest ich całkiem sporo. Oferują diesla i zazwyczaj benzynę 80-cio oktanową. 93 oktany to już rarytas, a w mniej uczęszczanych, biedniejszych rejonach można zaopatrzyć się głównie w 76 lub 73 oktanowe paliwo. Wokół stacji często wyrastają jurty, namioty, stare wagony lub inne budy oferujące kumys i jedzenie. Ci, którzy pragną oszczędzić trochę pieniędzy mogą kupić benzynę sprzedawaną na ulicy, ze starych kanistrów, plastikowych butelek i pojemników wszelkiej maści. Mnóstwo ludzi wychodzi na główne, wylotowe ulice z miast i miasteczek i sprzedaje paliwo i olej napędowy po niskich cenach. Nieraz zadawałem sobie pytanie: "skąd oni biorą tą benzynę i jaka jest jej jakość?". Dodatkowo wszyscy sprzedający mają w ofercie kumys. Napój ten, wyrabiany z owczego mleka można kupić wszędzie. I każdy rodowity Kirgiz pije go litrami. Mnie nie smakował... Na ulicy można kupić jeszcze wiele innych rzeczy oprócz kumysu i benzyny. W okresie letnim tony arbuzów sprzedawane są za śmiesznie niskie ceny, 1-2 somy za kilogram. Wielkie, zielone kule piętrzą się wielkimi górami przy wjeździe do każdej większej miejscowości. Przez pewien czas zastanawiałem się, co łatwiej kupić: arbuzy, czy benzynę? Po kilku dniach spędzonych na południu Kirgizji nie miałem już wątpliwości. Benzynę można kupić wszędzie, w razie czego ktoś spuści ją ze swojego samochodu i sprzeda, arbuzów czasem nie spotykałem. Już wychodząc z lotniska w Biszkeku napotykamy tłum nachalnych taksówkarzy, którzy nie dają człowiekowi spokoju, aż wsiądzie do autobusu. Czasem nawet wsiadają i natarczywie nagabują go w autobusie oferują przejazd. Tego typu przewoźnikom nie można ulec, potrafią obedrzeć swoją ofiarę z poważnych kwot. Są ludzie, którzy za transport z lotniska do centrum (godzina jazdy autobusem) płacą 20 USD. Autobus kosztuje 12 somów. Mnóstwo ludzi w każdej nawet najmniejszej miejscowości zarabia jeżdżąc taksówkami. Nie zawsze ceny są straszne, szczególnie jeśli w naszym kiedunku i naszym samochodem jedzie dodatkowe cztery, czy pięć osób. Należy starannie wybierać nasz środek komunikacji w zależności od tego ile mamy pieniędzy, ile czasu na podróż chcemy przeznaczyć i w jakich ma się ona odbywać warunkach. Jednak nawet jeśli chcemy pojechać gdzieś szybko i mamy sporo pieniędzy należy unikać nieuczciwych kierowców, przy każdym udanym zdzierstwie rozzuchwalają się jeszcze bardziej. Zazwyczaj w mieście robię rozpoznanie cen biletów autobusowych. Jeśli nie ma odjazdu w interesujących mnie godzinach, albo zależy mi na czasie, rozważam jazdę marszrutką. Zazwyczaj kosztuje niewiele drożej od autobusu, jazda jest bardziej komfortowa i szybsza. Jeśli zaś nic nie ma, lub śpieszę się potwornie wsiadam do taksówki. Zarówno przed odjazdem marszrutką jak i taksówką można całkiem sporo poczekać, aż kierowca zbierze komplet pasażerów. W małych miejscowościach można spędzić czasem 4-5 godzin. Na trasie Biszkek-Osz kursuja tylko taksówki, zatem ceny są straszne (około 800 somów za przejazd w jedną stronę), a odległość nie taka wielka (350 km.). Po ustaleniu ceny to, że jesteśmy zagranicznym turystą ułatwia już nam podróż. W samochodzie zazwyczaj siedzi 5-6 osób + kierowca. Turysta siedzi na przednim siedzeniu, a autochtoni tłoczą się z tyłu. Myślę, że do tłoczenia się i do niewygodnego transportu są przyzwyczajeni. Taksówka dojeżdża do celu często dwukrotnie szybciej niż autobus.
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.piotrmorawski.com |
|
|
|
|
|