|
|
|
|
|
16.12 - 19.12 - początek wyprawy |
|
16 grudzień 2002 (1) Lecimy do Londynu. Na lotnisko przyszli moi znajomi. Strasznie miło. Wszyscy mnie wyściskali, wzruszyli się, ja także. Patrzyłem w zaszklone oczy Olgi, wspominałem naszą wcześniejszą Wigilię. Popłakaliśmy się na niej jak bobry. Przy ślicznej choince i Dziuni szalejącej z radości: mnóstwo bombek do zabawy, do ściągania z choinki. I do tego kolędy. Na lotnisku było sporo osób. Oczywiście miałem najliczniejszy komitet pożegnalny. Do tego sporo osób w firmowych polarach czerwieniło się dookoła. Niby atmosfera wyjazdu, a jednak nawet teraz, siedząc w samolocie, nie czuję, że jadę na tak długo. Ciężko mi będzie bez mojej kochanej kobiety. W dole białe chmury, niczym biel śniegu, ku któremu jedziemy. Szykują się barwne 3 miesiące. Lotnisko w Londynie. Kilka godzin czekania na samolot do Biszkeku. Koczujemy na krzesłach, firmowe polary w większości zdjęte. Londyn powitał nas ciepłym powietrzem i zachmurzonym niebem. Właśnie się dowiedzieliśmy, że mamy kilka godzin opóźnienia. W Biszkeku będziemy dopiero o 8 rano, jak dobrze pójdzie. Siedzimy, leżymy, stoimy, wszystko by jakoś zabić czas. Przyzwyczajamy się do godzin oczekiwania, które jeszcze przed nami. Już się zdążyłem stęsknić za Olgą... W samolocie czeka nas prawie 10 godzin, akurat, by się porządnie wyspać. Po 3.5 godzinach na lotnisku wsiedliśmy do samolotu, w którym spędziliśmy kolejne 1.5 godziny. W końcu lecimy. Może takie opóźnienia zaraz na początku dobrze wróżą wyprawie. W Biszkeku spotykamy się z rosyjską częścią naszej ekipy. Z tego, co się zorientowałem bardzo mocną częścią 17 grudzień 2002 (2) Ranek. Mimo perypetii z samolotem w końcu powoli docieramy do Biszkeku. Zaliczyliśmy jeszcze planowane międzylądowanie w Baku, oczywiście dłuższe niż planowane. Patrzę z góry na bezkresną, przysypaną śniegiem Azję i jakoś mnie ściska w dołku. Dlaczego? Sam nie wiem... Może z powodu rozstania i długiej jeszcze rozłąki. A może to obawa przed wyzwaniem, które podjąłem, może teraz dociera do mnie jego waga... Nareszcie w Biszkeku. Siedzimy w knajpie i czekamy na kolejny samochód, dwa nie starczą. Bagaże już zapakowane, cargo pojechało do Narynu, my mamy być tam dziś w nocy. Jedynie plecak Krowy zaginął. Jedziemy wielkim, żółtym samochodem terenowym, zwykle używanym przez wszelkiego typu wyprawy, wypożyczonym w tutejszej agencji turystycznej. W środku napis: żurnal wertikalnyj mir. Za oknem sypie, białe pola spowija nieprzyjemna, szara mgła. Na szczęście atmosfera w środku wesoła. Niedługo Naryn. Jedziemy przez pasma górskie, stepy tylko lekko przyprószone śniegiem. Jest noc, lecz księżyc jasno świeci. Jedni śpią, inni patrzą w przestrzeń, jeszcze inni słuchają niekończących się opowieści Jacka. W nocy dotarliśmy w końcu do Narynu. Przywitał nas całkiem miły pensjonat, zjedliśmy tutejsze żarcie, rozdali nam kurtki i zaraz idziemy spać. Jutro długa droga przed nami, ciężarówkami na graniczną przełęcz, tam przeładunek w chińskie samochody i dalej do Kaszgaru 18 grudzień 2002 (3) Godzina 6.45. Zaraz ruszamy. Świt wstał ciepły i biały. Powoli zmieniamy kolory z polarowej czerwieni na puchową żółć i niebieski. Nastroje super, można powiedzieć bojowe. Pewnie niedługo ucichniemy i pójdziemy spać, w końcu spaliśmy tylko 3 godziny. Jedziemy białą równiną. Pozostałość po jeziorach, które nie tak dawno wypełniały tą krainę. W oddali majaczą, ledwo widoczne poprzez mlecznobiałą mgłę wzgórza i góry. Jest tak ślicznie, że podczas postoju wszyscy wylegli robić zdjęcia i filmować. Na kirgiskiej granicy wygonili nas z samochodu, przez pól godziny przeganiali nas przez piekielnie zimny budynek, w celu sprawdzenia paszportów. Ujechaliśmy kilka kilometrów . Czekały już na nas chińskie ciężarówki. W miarę sprawnie przeładowaliśmy bagaże z naszych dotychczasowych środków transportu. Całość wyglądała dosyć malowniczo, Kirgizi w swoich strojach, my w niebiesko-żółtych puchówkach, w czerwonych polarach, a do tego mnóstwo bębnów i kartonów. Oczywiście filmują nas cały czas, co druga osoba robi zdjęcie, jednym słowem szopka pełną gębą. Wszystko przepakowaliśmy i ruszyliśmy. Przejechaliśmy przez najwyższy punkt tutejszej przełęczy (3750m) i za kilka kilometrów szybka, miła odprawa i jesteśmy w Chinach. Nasz autobus jest wybitnie dla Chińczyków. Żaden z nas nie może normalnie usiąść, fotele są tak małe, że nie mieszczą się kolana. Na dodatek złapaliśmy gumę, nie mieliśmy zapasowego koła. Jakoś pożyczył od pobratymców i pojechaliśmy. Niedługo potem wysiadły hamulce i prąd. Jedziemy teraz bez świateł, marzniemy, bo nie można ogrzewać. Na dodatek podczas postoju nie dało się otworzyć drzwi. Jednym słowem wesoły autobus. Ciekawe, o której będziemy w Kaszgarze. Po drodze jeszcze czeka nas posterunek kwarantanno-graniczny, kolejne 2 godziny jazdy i jesteśmy w Kaszgarze. Zawożą nas do całkiem przyzwoitego hotelu. Z zewnątrz wygląda oczywiście socjalistycznie, wewnątrz okazuje się naprawdę przyjemny. A szczególnie restauracja, gdzie witają nas typowo chińskim jedzeniem i piwem. Najadamy się całkiem zdrowo, równie zdrowo popijamy piwem i idziemy spać. 19 grudzień 2002 (4) Dzisiaj cały dzień przepakowywania. Rano chińskie śniadanko, potem rozwalanie pakunków, segregowanie żywności, przygotowywanie ładunków do karawany. W połowie dnia kolejne typowo chińskie jedzenie i potem znów pakowanie. Aż do kolacji. Dzisiaj też poszły pierwsze mejle z relacjami, transmisje zdjęć i filmów. Rano przybyli nepalscy kucharze. Można powiedzieć cudem się znaleźli. Dopiero wieczorem mieli przylecieć do Kaszgaru. Jednak ich samolot, który leciał do jakiejś innej miejscowości, Urumczy, z której wieczorem mieli przylecieć do nas, uległ jakiejś usterce i mieli awaryjne lądowanie w Kaszgarze. Jak zrządzenie losu. Na dodatek nie wiedzieli, gdzie mieszkamy. Podczas gdy jedliśmy obiad w hotelowej restauracji Wielicki ich wypatrzył, jak przechodzili koło hotelu.
|
|
|
|
|